niedziela, 27 lipca 2014

Najbardziej na drutach lubię robić trójkątne szale - najlepiej mi wychodzą (prostokątne nie są już tak wdzięczne w robocie, obramowanie potrafi się "zwijać" nawet po blokowaniu połączonym z prasowaniem, co upodabnia szal do zwiniętej, szalikowej ściereczki).

Z kolei w szafie, najbardziej chyba przydają się kardigany, zwłaszcza od kiedy przestała obowiązywać w pracy marynarka. Tyle, że jak dotąd tylko raz udało mi się wykończyć taki sweter tak, że nie miałam do tego najmniejszych zastrzeżeń.

Po środku są kamizelki. Też się przydają, a odkąd wszystko robi się "na okrągło" (czyli bez szwów), są stosunkowo  łatwe w wykańczaniu. W każdym razie, wszystko wskazuje na to, że dzierganą przeze mnie teraz kamizelkę nie tylko skończę, ale i będę w niej chodzić (no chyba, że bawełna się w praniu nie rozciągnie, wtedy oddam i ktoś szczuplejszy będzie się nią cieszył).

 

Na razie doszłam do wykroju pach i myślę: z podkrojem czy bez (przychylam się do tej pierwszej opcji). Gorzej z dekoltem. Wzór aż prosi się o "w szpic", ale boję się, że wyjdzie tak, że za bardzo będzie się rzucać w oczy "ręczne wykonanie".

Inna sprawa, że patrząc na to ile udało mi się zrobić podczas tygodniowego urlopu, duma mnie nie rozpiera. Zwłaszcza mając świadomość co w tym czasie robiła moja córka - w ciągu miesiąca nie wykonuję tylu ćwiczeń, co ona w ciągu jednego dnia.

 

dobra książka

Czytanie trudno zaliczyć do aktywnego wypoczynku. Ale wyszła kolejna powieść Chimamanda Ngozi Adichie, Amerykanaa, więc mialam pretekst by dbanie o kondycje przełożyć na kolejny poniedziałek.

Tym razem Nigeria - USA - Nigeria (w pobocznym wątku zahaczając o Anglię), a tytułowe Amerykanaa, to określenie ludzi, którzy po latach spędzonych w USA, wracają z powrotem do Nigerii.

Powieść Adichie składa się z wielu warstw. Bardzo dużo miejsca zajmuje w niej typowy wątek romansowy: tak jak w każdej powieści dla kucharek, w tej również przeżywamy z bohaterką jej kolejne miłości i związki, nakładające się na to jedno, drzemiące w tle i oczywiście jedyne prawdziwe  uczucie). Ale jak ładnie jest to napisane!

Poza tym kapitalny obraz współczesnej Nigerii (inna sprawa, że ten opis jest smutny i straszny). Bardzo ciekawie jest też przedstawiony problem bycia czarnym w USA. Książka to też i studium o rasizmie - główna bohaterka prowadzi blog, w którym popisując się swoją elokwencją, wypowiada się na związane z tym zagadnienia. 

Po książki z takim epickim rozmachem łatwiej sięga się na wakacjach. Ale warto przeczytać, nawet jak nie jedzie się na urlop.

sobota, 26 lipca 2014
Przeczytane

dobra książka

Miasto skazanych. 2 lata w warszawskim getcie Jerzy Jurandot

 

Po raz pierwszy usłyszałam o tej książce w audycji radiowej, zaciekawiła mnie historia jej powstania: jakiś czas po śmierci Jerzego Jurandota młoda dziennikarka (Agnieszka Arnold) robiła wywiad ze Stefanią Grodzieńską. Zadowolona z tego wywiadu, wyszła już z domu Grodzieńskiej, gdy ta dogoniła ja przy furtce i wręczyła jej pamiętniki swojego męża mówiąc, że ma je opublikować dopiero po jej śmierci, do tego czasu nikomu nie zdradzając informacji o ich istnieniu. Przez moment Agnieszce Arnold wydawało się, że ta „wspólna tajemnica” sprawi, że stanie się dla Stefanii Grodzieńskiej bliską osobą. Tymczasem, tak jak nie znały się przed tym wywiadem, tak zostało i potem. Każda próba nawiązania przez Arnold kontaktu z Grodzieńską pozostawała bez odzewu.

Agnieszka Arnold dotrzymała słowa, o istnieniu tych pamiętników nie wiedziała nawet córka Grodzieńskiej i Jurandota. Wydana obecnie książka, Miasto skazanych, 2 lata w warszawskim getcie to tamte, wręczone przy furtce pamiętniki, do których dołączono wydane tylko raz, tuż po wojnie wiersze Grodzieńskiej, opowiadania Jurandota oraz napisaną przez niego w czasie wojny, sztukę Miłość szuka mieszkania. W książce umieszczono również tekst napisany przez Jurandota wiele lat po wojnie, już po wylewie, w którym jeszcze raz wrócił do wspomnień z warszawskiego getta. Ale z tego wszystkiego, najciekawsze są te wspomnienia. Wprawdzie Jurandot spisał je już po opuszczeniu getta i nie mają tej siły autentyku, co pamiętnik Perehodnika, ale budzi podziw przenikliwość Jurandota: opisuje nie tylko to czego doświadcza, ale też trafnie widzi to jako element szerszej układanki.

W relację z codziennego życia warszawskiego getta, wpleciony jest opis prowadzonego przez niego teatru; będącego swoistym "tańcem na wulkanie" - z ponad siedemdziesięcioosobowego zespołu, przeżyło zaledwie kilka osób. Problemy z repertuarem, Żydom wolno było grać tylko teksty żydowskich autorów, zdobycie tekstu było czasami łatwiejsze, niż ustalenie narodowości autora; „wykruszający się", w trudny do przewidzenia, makabryczny sposób zespół,  zapełnienie widowni, każde zaostrzenie represji, zwiększało niechęć do opuszczania domów - na tym tle problemy ze scenografią, kostiumami czy brakiem ogrzewania to były błahostki. Z tym, że wszystko to jest podane z zachowaniem proporcji i opis szmuglowania artykułów żywnościowych zajmuje dużo więcej miejsca, niż opis kierowanego przez Jurandota teatru.

Wiele lat po wojnie Stefania Grodzieńska powiedziała, że dzieli swoje życie: Dwudziestolecie międzywojenne pół życia. Okupacja: prawie cała druga połowa. A króciutki pozostały okres to lata 1945-1985. Czytając te wspomnienia, łatwo to zrozumieć. Słowem kolejna książka z gatunku: „ludzie ludziom zgotowali ten los”. Tyle, że na tle wielu innych tego typu książek, wyróżnia ją zarówno lekkie pióro Jurandota, jak i świeżość, spisanej „tuż po” relacji. "

niedziela, 20 lipca 2014
Przerwa wakacyjna

Przerwa wakacyjna

Współczesne proporcje: sześć dorosłych zachwycających się jednym dzieckiem


 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli