piątek, 31 lipca 2015
Przeczytane

Korekty Jonathan Franzen

 

Współczesna saga o amerykańskiej rodzinie

Enid Lambert żyła na przedmieściu w jednorodzinnym domku, gotowała, sprzątała, dbała o męża i trójkę dzieci. Teraz, na emeryturze chciałaby jeszcze mieć coś od życia, najlepiej wyjechać w podróż, a przynajmniej - mając w perspektywie przeniesienie się do łatwiejszego do utrzymania starość mieszkania, a potem i do domu starców chciałaby urządzić w domu ostatnie prawdziwe święta. Tak by do stołu siadł nie tylko jej popadający w demencję mąż, ale i trójka dorosłych dzieci. Syn, który wprawdzie odniósł  sukces (czyli ma żonę, dzieci, i pieniądze), ale w którego życiu, nie ma miejsca na Enid, bo jego zona nie lubi jego rodziny. Drugi syn, który nie może znaleźć sobie miejsca w życiu, ale nie chce by inni za dużo o tym wiedzieli, wystarczająco źle się czuje z tym, ze inni się tego domyślają. I córka, która pozornie idzie od sukcesu do sukcesu, a tak naprawdę ucieka od kolejnych emocjonalnych porażek. 

W kolejnych rozdziałach poznajemy ich historię i dowiadujemy się jak bardzo są nieszczęśliwi. Podejmowane próby zmiany sytuacji, tytułowe korekty, przypominają szamotaninę, a nie mające jakąkolwiek szanse powodzenia, strategie. W tle współczesna Ameryka, w podobnej kondycji jak bohaterzy tej książki. 

Świetnie napisane powieścidło. Taki współczesny Irving. Ale też zez szaleństw. Wynotowałam sobie zwięzły opis jednej z najczęstszych, granych w związkach gier: "zwróć uwagę na to jaki jestem nieszczęśliwy/a": 

Alfred siedział w ciemnościach, z pochyloną głową i zamkniętymi oczami. Interesujące, jak bardzo pragnął być sam, jak okropnie oczywistym uczynił to dla jego rodziny; teraz zaś, kiedy wreszcie odizolował się od reszty, siedział tu w nadziei, że ktoś przyjdzie i przerwie tę samotność. Chciał, żeby ta osoba zobaczyła, jak jest zraniony. Chociaż zachowywał się chłodno w stosunku do niej, to nie było w porządku, że odwdzięczała mu się tym samym: niesprawiedliwe, że mogła grać sobie radośnie w ping-ponga, szeleścić tuż za jego drzwiami i nigdy nie zapukała, nie zapytała, jak się czuje.

Nawet prezydent Obama czyta książki Franzena. Pewnie nie tylko te, w przeciwieństwie do naszych polityków. 

 

Gumiś zlecił mi kupienie Znaku. Udało mi się kupić dopiero w trzecim Empiku i był to ostatni egzemplarz. Przez chwilę patrząc na pełną półkę:

pomyślałam: nie jest źle. Ale chwilę potem sprzedawca wylał mi kubeł zimnej wody na głowę: My tego bardzo mało dostajemy.

Ale przynajmniej w rodzinie duch czytelniczy nie ginie. Na zdjęciu kot mojej mamy:

A mój synek, widząc jak czytam Pudelka mnie podsumował: przeczytałaś całego Dostojewskiego, że masz na to czas?  

niedziela, 26 lipca 2015
Doroczny imieninowy spływ kajakowy

Po rocznej przerwie (w zeszłym roku byłam w tym czasie z wnukiem na Kaszubach), znów popłynęliśmy Wkrą.

Wkra powoli zarasta, tak że coraz mniej przypomina rzekę, a coraz bardziej rów melioracyjny. Ale pięknie jest tam tak, jak było.


W ramach dbania o formę wybrałam się z Joluśką na wycieczkę rowerową. 

Zwiedzając Mazowsze nie zauważyłam, by "ustawa śmieciowa" coś zmieniła. Wszystko dalej tonie w śmieciach, nie tylko pobocza dróg. Nad rzeką, na miejscowym kąpielisku ludzi było całkiem sporo i najwyraźniej zupełnie im nie przeszkadzało to, że otaczają ich śmieci:


Zamiast 8 kilometrów, przejechałyśmy kilkanaście i zwiedziłyśmy Sochocin. Niektóre uliczki tego miasteczka klimatem przypominają Tykocin.

 

Tym razem goście nie dopisali, a ci nieliczni zaraz po spływie pognali do siebie. Może i lepiej, bo mieliśmy więcej czasu na  brydża:

Trochę w tym tygodniu się działo.

W środę poszłyśmy na Marsz Pamięci. Tym razem dedykowany dzieciom szmuglującym żywność. Marsz przeszedł od Umschlagplatz do muru na Siennej. Każdy z uczestników dostał lniana wstążkę z napisanym na niej imieniem dziecka. Na końcu te tasiemki zostały przywiązane do muru, tworząc symboliczny pomnik Małego Szmuglera. Fajny pomysł.  


 

 Odkryliśmy fajną knajpę Bisti (na Mokotowie, na Olesińskiej) gdzie dobrze karmią. 

 

I byłam po raz pierwszy po remoncie w kinie Apolonia, jest tak samo klimatycznie jak było i na całe szczęście nie wymienili foteli na krzesła. Film też był warty obejrzenia. 

Węgierska komedia, o porzuconym przez dziewczynę trzydziestoletnim chłopcu. Sekwencja scenek w której patrzymy jak nasz bohater nieporadnie boksuje się z życiem. Chłopiec jest uroczy, scenki wywołują śmiech, ale trochę jak u Gogola - widownia śmieje się z siebie.

Jak ktoś ma synka, polecam. 

 

Powoli zbliża się jesień....

Jak mijam, mruczę sobie pod nosem: nie rób drugiemu, co tobie nie miłe ...

z pamiętnika wk ... konsumentki

Ręce opadają ..

niedziela, 19 lipca 2015
Jak rozmnażają się sosny?

Jak rozmnażają się sosny?

Klon, orzech, dąb (nie mówiąc już o perzu) wszystko się rozsiewa, a sosny tyko produkują jakąś obłędna ilość szyszek i z moich wieloletnich obserwacji wynika, że jest to zupełnie po nic. Nawet jedna mała sosenka z tego nie powstała.

Takim rozmyślaniom oddawałam się w pierwszą od dawna sobotę w całości poświęconą domowej krzątaninie. Za wiele w domu w tym roku nie zrobię, ale po tym jak kilka rzeczy naprawił hydraulik, mam pomalowany płot:


i mogę znów wietrzyć pościel za oknem. Odczekałam, aż gołębie wyfruną z gniazda i na najwyższej belce poprosiłam o przybicie kolcy:


Teraz muszę dokupić i zamontować jeszcze w tym roku na kolce i na niższych belkach (jak zobaczą, że wyższe belki są niedostępne, mogą wpaść na pomysł, by usadowić się na tych niższych).

Dotarłam wreszcie na Szarotki


Pochwalić się za bardzo nie maiłam czym - Swetra Pani Ani ze sobą nie targałam, a szary szal idzie mi bardzo powoli. Teraz widzę, ze powinien być szerszy - z wąską bordiurą (taką, jak jest w tym wzorze) będzie przypominał raczej szalik, nie szal. Z kolei szeroka bordiura będzie się zwijać. Podobno to dlatego wplata się w szal koraliki. Ale jakoś to do mnie nie przemawia.  

Od jakiegoś czasu robię zdjęcia komórką. Nikon znowu się popsuł i postanowiłam go nie reperować, tylko oddać Staśce. Nie lubiłam go, był za ciężki, nie nadawał się do noszenia w torebce a ja i tak nie potrafiłam wykorzystać większości jego funkcji. Zdecydowałam się na kompaktowego Panasonica - podoba mi się to, że jest lekki i ma wysuwany obiektyw.

Mam nadzieję, że będzie tak jak obiecują w reklamach, robił dobre zdjęcia. 

z pamiętnika wk ... konsumentki

Jechałam dzisiaj pociągiem do Warszawy, w Pruszkowie pociąg stanął. Skwar nie do wytrzymania, blaszana puszka nagrzana do nieprzytomności - dzwonię i się pytam, dlaczego tym razem stoimy.

Okazuje się, że w Ursusie pies pogryzł jakiegoś człowieka. I zamiast wypakować psa z właścicielem i pogryzionego i jechać dalej, oni zatrzymali ruch. Przyjechało pogotowie itd ... . A to że pociągi stoją - dzień jak co dzień. 

czwartek, 16 lipca 2015
Przeczytane

dobra książka

Kamień na Kamieniu Wiesław Myśliwski

Ten sam Myśliwski co w Widnokręgu, czy Traktacie o łuskaniu fasoliSpecyficzny, więc trudno mi sobie wyobrazić by po jednej jego książce, od razu sięgnąć po następną.Ale hipnotyczna siła tej chłopskiej gawędy jest niesamowita. Siedzi w człowieku jeszcze długo po odłożeniu książki na półkę. 

Powojenna Polska. Szymon Pietruszka powraca, po dwuletnim pobycie w szpitalu (wypadek) do swojej chałupy, w której kiedyś żył z matką, ojcem i trzema braćmi, a teraz żyje tylko z jednym z nich, niepełnosprawnym Michałem, Chociaż nie jest jeszcze taki stary, postanawia wybudować grób, duży, tak by zmieściła się rodzina braci, którzy zamieszkali w mieście i z którymi ledwo co utrzymuje kontakt. Staje się to dla niego okazją by przypomnieć sobie całe przeszłe życie.Dzieciństwo, lata w partyzantce, powojenne dźwiganie z wojennych zniszczeń.  

Opowieść Szymona o swoim życiu, to opowieść o wsi której już dawno nie ma, a która w czasach gdy Myśliwski pisał tę książkę, dopiero odchodziła do historii.Ja jeszcze pamiętam, jak chłop nad Liwcem gdzie rozbijaliśmy namiot przeżywał, że na cmentarzu w Jadowie zamówił dla siebie "pieczarę" i potrafił o tym godzinami gadać. 

Nikt już tak dzisiaj nie myśli:

Gdzie człowiek się urodził, tam powinien umrzeć (...)

Bo nigdzie już się tak nie przyzwyczai. A dawniej, bracie, jak umarłeś, we wsi wyrwa zostawała, jakby w bruku. Ale dawniej, żeby tak powiedzieć, śmierć była przywiązana do ludzi. Wszyscy żyli całe życie w jednym miejscu, to śmierć jednego była jakby śmiercią wszystkich. A dzisiaj wszyscy w ruchu, to i śmierć w ruchu.

Ale ksiażkę nie dla wartości historycznych warto przeczytać. Mało kto tak pięknie dziś pisze. 

niedziela, 12 lipca 2015

Moje pierwsze doświadczenia z modular knitting nie są zachęcające. Nauczyłam się wprawdzie całkiem zgrabnie i estetycznie to łączyć (już wiem dlaczego robi się to żakardem: przy takiej samej ilości oczek i rzędów łatwiej o kwadrat,  dżersejem wychodzi prostokąt), ale to co zrobiłam średnio mi się podoba,

W dodatku, tak "dla koloru", kupiłam wtedy jasno zieloną mieszankę bawełny z wełną, prawie tyle samo metrów w kłębku, ale zupełnie inaczej wygląda w robocie.


Wiem jedno, nie lubię wełen Rowana! Jak dla mnie są mocno przereklamowane. 

Mam z nimi na pieńku odkąd kupiłam paczkę Rowan Tweed, a w środku były bardzo zbliżóne, ale jednak różne odcienie. Tym razem Rowan wool jest tak skręcona, jak bawełna Dropsa (czyli źle).

Na razie wracam więc do szala:


Nigdy nie startowałam w konkursach na dobrą gospodynię, ale patrząc jak archaiczne są pomysły mojej mamy na zarządzanie domem, myślałam że na tym polu jestem w miarę 'nowoczesna". Tymczasem, przez to że nie oglądam telewizji i w zasadzie jestem odcięta od reklam, widzę że też "odpadam". 

W ten weekend dowiedziałam się, że szafki kuchenne wykleja się naklejkami na mole spożywcze, zmywarkę czyści się wkładając do niej od czasu do czasu specjalny preparat i puszając na max. temperaturze.

 

przyniesione ze sklepu buty na dzień dobry się impregnuje, a zamszowe czyści szczoteczką, mającymi też trochę o "metalowego" włosia, konserwujac kolor za pomocą specjalnego preparatu.

 

(na zdjęciu to co kupiłam na przecenie w londyńskim w Clarksie).

Dowiedziałam się tego wszystkiego, bo zaprosiłam ciotki (i towarzyszących im ciotków) na pierogi z jagodami. Pierogi zostały docenione, ale ciotki potem wygotowały całe mnostwo innych pyszności, tak że teraz ledwo się ruszam.

Lato w pelni, najchętniej nie ruszałabym się z domu, tymczasem wszystko wskazuje na to, że w najbliższym czasie będę w nim rzadkim gościem. Od poniedziałku zaczynam kolejną, tym razem trzytygodniową, turę krio. Ańćka zaczęła tydzień wcześniej, zgadała się z jakimiś emerytami, którzy ją przekonali, że minus 1200 to ledwo "smyra po lędźwiach" i jak komuś zależy na zdrowiu, to chodzi na minus 1500. Już samo pogodzenie kriokomory z pracą jest karkołomne, a jeżeli jeszcze mam ma chodzić na minus 1500, to muszę być o siódmej rano w pracy (a to z kolei trudno pogodzić z mieszkaniem w Brwi).

A tymczasem moi ukochani kolejarze wdrożyli tak zwany 'rozkład dynamiczny" - ma się teraz zmieniać co kilka dni. Remont też poszedł w odstawkę, teraz grodzą to, co jeszcze nie zostało zagrodzone (takimi drobiazgami, czy obok torów są domy, się nie przejmują, płacone mają od metra ogrodzenia).


Niestety trzeba poczekać na jakąś katastrofę kolejową, wtedy okaże sie, że takie tunele utrudniają prowadzenie akcji ratowniczej i podniesie się krzyk. Ale mam jakiś problem z koleją. Nawet jak nimi mało jeżdżę,  to i tak o nich myślę. Nie wiem czy to co napisał Jaś Kapela w feletonie jest prawdą. Ale pasuje mi do nich.

Wi-Fi nie ma w Pendolino, bo w 2008, gdy ogłaszano przetarg, nikt w PKP takich wymyślnych technologii nie potrzebował. Zapewne wtedy standardem przesyłania danych w tej firmie ciągle były dyskietki. Co prawda, gdy Pendolino wjeżdżało na polskie tory, Wi-Fi było już w pociągach Intercity, ale z zainstalowaniem go w pociągach klasy Intercity Premium pojawił się problem. Firma Alstom za zainstalowanie ich w zamówionych pociągach zażyczyła sobie ceny równie premium. A firma Intercity nie chciała takiej ceny zapłacić. I do dzisiaj nie chce. Chciała, żeby internet zainstalował tańszy polski kontrahent. Ale Alstom zagroził, że jeśli tak zrobimy, stracimy dwudziestoletnią gwarancję na pociągi. Czy jest nadzieja, że z tej patowej sytuacji uda się wyjść wcześniej niż za dwadzieścia lat, nie wiadomo.

niedziela, 05 lipca 2015
Upał

Sennie i leniwie. Unikam dzienników i zaglądania  na strony z wiadomościami, usiłując tkwić w letniej beztrosce (inna sprawa, że kiepsko mi się to udaje, bo z tyłu głowy mi brzęczy, że od rzeczywistości uciec się nie da).

Na moim małym poletku miałam mieć sukcesy, ale chwilowo nie "wyszło". W szarym szalu poszło oczko i musiałam sporo spruć:


Z Noro chciałam odtworzyć taką kamizelkę:


ale zrobiłam próbkę i mi "przeszło".

Rozrysowałam coś, co mam zamiar robić z kolorowych włóczek Rowana:


Co to ma być, nie wiem. Może kamizelka (taka jak ta co miała być z Noro), może kardigan. Założenie mam takie, by nie ciąć wełen i nie zszywać kwadratów, tylko kolejne kwadraty doczepiać do już zrobionych (jak nie wyjdzie zmienię koncepcję). Jak przyglądam się bliżej, to widzę że rzeczy zrobione techniką modular knitting zazwyczaj ładnie wyglądają tylko z daleka. 

Dopiero zaczęłam, a  już (chociaż dodaję oczka) wychodzi  prostokąt, a nie kwadrat:


Zaczynam podejrzewać, że chyba lepszy efekt osiągnę, gdy nie będę się sztywno trzymać kwadratowej szachownicy.

A  lata lecą.

Dziecko, którego przyjście kiedyś tam anonsowałam na tym blogu:


właśnie dostało się do szkoły baletowej i to z etykietką"zapowiada się wielki talent".

Teraz tylko trzeba trzymać kciuki, by nie było kontuzji (sama widzę, ze ciotka Joanna ma rację, ja nie umiem nie krakać).

Tymczasem mój wnuk tak skomentował wieczorną bajeczkę: Mamo, dlaczego księżniczki są zawsze piękne?

 

piątek, 03 lipca 2015
Przeczytane

Czerwcowe czytanie Szczygła


 

Perec Opoczyński Listonosz widzi wszystko

Reportaże Pereca wchodziły w skład archiwum Ringelbluma. Podobno, chociaż ten ostatni obawiał się angażowania dziennikarzy, bo uważał że nie zapanują nad skłonnością do fabularyzowania rzeczywistości, to Pereca doceniał. Reportaż wybrany do tej antologii opowiada o szmuglu, jak się odbywał i o przerażającym losie dzieci. Autor wojny nie przeżył, więc to wówczas na gorąco napisał, ma dziś siłę podobną do Spowiedzi Perehodnika. 


Władysław Leny -Kisielewski Historia jednego lotu

Autor jako wojenny korespondent wziął udział w locie bojowym - wystartowali z Anglii, bombardowali cele w Niemczech. Opowieść o wojennym heroizmie z elementami szwejkowego humoru. Wprawdzie to o o czym pisze za bardzo mnie nie ciekawi, ale to jak pisze trudno nie docenić.  


Kazimierz Wierzyński Chodzić piechotą

Relacja o obronie Helu spisana gdy autor spotkał w Brazylii jednego z uczestników tych walk. Kolejna opowieść o wojennym heroizmie.

Dużo bardziej spodobał mi się przytoczony we wstępie fragment reporterskiego creda Wierzyńskiego:

Ogromne samoloty, stu pasażerów, ciasnota, nuda. Okno bez treści, nawet wody w dole nie widać […]. Nie należy poznawać świata z samolotu. Nie ma wtedy świata, nie ma człowieka, nie ma życia, jest maszyna, pośpiech, zamęt w głowie.Skrytykował podróż samochodem:To także podstępny przewodnik po świecie […] Niewiele da się z niej uchwycić, gdy mija się wielkie przestrzenie, nie odrywając oczu od szosy […]. Nad podróżą unosi się tak zwany terror punktu docelowego: czym prędzej tam dotrzeć i wysiąść według planu. […] Właściwie świat nadaje się, by chodzić po nim piechotą. Wtedy jest dostępny i namacalny od oczu do podeszwy. 

Józef Mackiewicz Ponary baza

Pewnego dnia Józef Mackiewicz miał pilny interes do mieszkającego w tej wsi znajomego, był świadkiem przygotowań do kolejnego dnia rzezi. We wstępie przytoczone są słowa Hanny Krall:  Mam poczucie, że to jest najlepsze, co przeczytałam o Zagładzie. Gdy pisał swój tekst w 1945 roku, słowa, którymi się posłużył, były jeszcze niezużyte.

 

Droga Romo Roma Ligocka

 

Bardzo prosta, bezpretensjonalna, momentami grafomańsko ckliwa autobiograficzna opowieść o starcie w dorosłe życie, odpępowianiu się od matki, studenckich latach w Krakowie, nieudanym, zakończonym po dwóch latach małżeństwie.

Dla osób w "pewnym wieku" jest w tej książce jakieś "cuś": gorzkie rozliczenie się z młodością i ówczesnymi wyborami. Można sobie razem z autorką podumać jak bardzo zaważyły na całym późniejszym życiu. A świadomość, że za drugim razem prawdopodobnie popełniłoby się te same błędy optymistycznie nie nastraja.

Słowem do kabotyńskich refleksji.  

 

nie przebrnęłam

Tę książkę postanowiłam przeczytać po obejrzeniu Xięgarni, w której Jacek Dehnel opowiadał o swojej książce.

 

Opowieść o Makrynie Mieczysławskiej, prostej kobiecie która w XIX wieku wielu mądrzejszych od siebie (w tym całe grono polskich romantyków) wywiodła w pole udając prześladowaną za religię unicką siostrę. Ale co z tego, ze historia ciekawa, gdy autor opowiada archaicznym językiem, takim jakim być może opowiadała o swoim życiu bohaterka książki. Dla mnie było to niestrawne i po 100 stronach się poddałam.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli