poniedziałek, 31 lipca 2017

Kolejna cykliczna impreza - imieninowy spływ kajakowy nie wyszła. Kiepski ten rok - cały czas coś nie wychodzi - inna sprawa jaki ma być, skoro pierwszą towarzyską imprezą była stypa?  

I tak dobrze, że sytuacja z mamą została na tyle opanowana, że weekendy mogę spokojnie spędzać w Brwi. Obsztorcowana przez Gabi siedzę na tarasie. Tyle że ona na swoim ganku z książką, ja z elektroniką. 


Nie wyszło mi też na innym froncie. Miała być piękna bawełniana bluzeczka na motywach wybranego przez Łosia obrazu Miro:

A wyszedł pasztet.


A Gumiś po zrobieniu tyłu mówił: Ładne będzie tylko wtedy, jak będzie szerokie ...

Co wiem:

  • Bawełna jest ładna tylko jak się "leje" - nie tylko trzeba robić cienko (do tej zasady się zastosowałam), ale i obszernie. Żadnych obścisłości. 
  • Każda bawełna przez to ze jest sztywna, jest wredna, to że ta z której robiłam się nie rozdwaja, oznacza tylko tyle że nie jest takim szajsem jak bawełna Dropsa.  Nie ma co liczyć że po praniu się wyrówna, wręcz przeciwnie, wszystkie błędy będą jeszcze bardziej widoczne.

 

  • Należy unikać szwów. Nie umiem robić od góry contiguosem, a nie chciałam reglanu. Zamiast nauczyć się contiguosa, wybrałam tradycyjny sposób "od dołu" i poległam. 

 I tak pojadę do Lądka z pustymi rękami.  

Zanim się w ten weekend poddałam, obejrzałam na Netflixie kolejny serial.

Dokument: po wielu latach uczennice katolickiej szkoły w Baltimore usiłują odpowiedzieć na pytanie dlaczego pod koniec lat sześćdziesiątych zamordowano ich nauczycielkę, siostrę Katty. Tej sprawy nie udaje im się wyjaśnić, ale przy okazji ujawniają skalę skandalu pedofilskiego, w którym głównym bohaterem był szkolny psycholog (ksiądz) i jak kościół katolicki latami to tuszował.

Nie tylko dobry film, ale dający też sporo do myślenia. O mechanizmach wypierania złych wspomnień i o podcinaniu przez kościół gałęzi na której siedzi. Trudno zrozumieć na co w takich przypadkach liczą.  

Z pamiętnika wk ... konsumentki  

Wk.. mnie Microsoft. Taki niby światowy gigant a help-desk dla klientów tylko w dni robocze w godzinach pracy. I też tylko chat i telefon, żadnych maili, wszystko chyba po to by nie było śladu składanych reklamacji.

A mam powód. Kiedyś dostałam od córki Office 2013, potem dopłaciłam 150 zł i stałam się właścicielką Office 2016. I wszystko może byłoby i cacy, gdyby nie to, że razem z Lumią dostałam roczną subskrypcję Office 365. Po roku od zakupu telefonu zaczęli się dopraszać o opłacenie licencji na Office 365 i wyświetlali mi tę wiadomość za każdym razem, gdy na domowym kompie odpalałam Office. skontaktowałam się z nimi na chacie, wyjaśniłam, że nie jestem zainteresowana 365, bo mam Office 2016 i wydawało mi się, że zrozumieli. Tak uspokojona ignorowałam to, że na moim kompie dalej namolnie przypominali mi o konieczności opłacenia subskrypcji Office 365. Czas pokazał, że to był błąd. W weekend siadłam do kompa, bo mam coś do roboty a tu siupryza - odłączyli mi Office 2016 - mogę tylko edytować dokumenty. 

Jest to o tyle dziwne, że domaga się subskrypcji również gdy usiłuję odpalić Publishera, a on nie wchodzi w skład Office 365.

A jak sobie jeszcze pomyślę, że gdy sobie spałam (albo siedziałam na tarasie), oni wleźli do mojego kompa, to ogarnia mnie jeszcze większy, konsumencki wk ...  

Niedługo "mój czas z wnukiem". Na kilka dni mam go też zawieść do Anglii, gdzie on będzie na swojej imprezie a ja będę nocować nieopodal w hotelu, który ma 300 lat i gdzie mam nadzieję spotkać na śniadaniu Herculesa Poirot

Po raz pierwszy na własne oczy zobaczę angielski interior.

poniedziałek, 24 lipca 2017

Życie w ciekawych czasach jest bardzo męczące.

Zawładnął mną Twitter. Chyba już za dużo ludzi obserwuję, bo cały czas spływają nowe twity. Oszczędzam za to, na czytaniu obszerniejszych wypowiedzi - nie widzę nikogo, kto byłby mądrzejszy od innych. Wszyscy płyną we mgle. Nikt dzisiaj nie wie, czy to co się dzieje przyniesie zmianę za miesiąc, czy dopiero za kilka lat. Tyle, że przynajmniej już jest jasne, że zmiana ante portas. 

Wyłożyli się koncertowo. Wyjściem byłaby zmiana I sekretarza, pozamiatali by sytuację w ciągu jednego dnia. Na szczęście to akurat nie wchodzi w grę, więc gdzieś tam dojrzewa polski Zapatero.


Tylko czy oni stworzą nową jakość, jak na hymn wybrali piosenkę mojej młodości?

Przez tę cholerna politykę, życie upływa między palcami. Nie wiadomo nawet, czy będą w tym roku imieninowe kajaki. 

W kinie byłam raz


Sala była pełna. Z jednej strony film o niczym - 1,5 godziny niesamowitych zdjęć Istambułu z kotami w roli głównej, pięknych ale  nie w estetyce National  Geographic Z drugiej strony mimo braku fabuły, film wciąga, więc jest w nim jednak coś niesamowitego.

A że nie słyszałam o zakładach bookmacherów, podaję swój typ; dwie ustawy zostaną podpisane, ta o SN wyląduje w TK (wiem, że nie jestem oryginalna).

niedziela, 16 lipca 2017
Zawsze może być gorzej

Dopadła mnie choroba mamy - dobrze nie jest. Ale też, jak na razie, jest nadzieja że to tylko stan przejściowy. W jeden dzień - na wizytę + leki, wydałam 1/2 przeciętnej emerytury i się zastanawiam skąd oni biorą to poparcie?

W każdym razie o kręgosłup trzeba dbać, bo nawet mnie zdziwiło jak oczywiste było dla pani doktór z poradni bólu, że z powodu kręgosłupa można wyć z bólu. Kolejny raz obiecałam sobie, że zadbam o swój - jak na razie swoje dbanie ograniczam do krioteriapii, o ćwiczeniach, które są tu podstawą tylko myślę.

W tym tygodniu na Wołoskiej, gdy wracałyśmy z kolejnej krio, Gumiś na szpitalnym trawniku znalazł grzyba:

Szłam przed nią i oczywiście go nie zauważyłam.  

Przez chorobę mamy zrobiłam się mniej ruchliwa. Dotarłam na spotkanie Filozofii Ogrodzie, ale nie wyglądało to tak jak na tym zdjęciu. Padał deszcz i przenieśliśmy się do foyer.

 

Było to kolejne spotkanie z Andrzejem Lederem. O tym, czy i w jaki sposób historia wpływa na teraźniejszość i czy czy psychoanaliza jest dobrym narzędziem do rozumienia historii? Ciekawe, ale spodziewałam się czegoś więcej. Może jestem zbyt przyziemnie przyczepiona do bieżących wydarzeń?

Bo to co za oknem straszy.

Kiedyś tam mieliśmy nadzieję, czekaliśmy aż otworzą się przed nami drzwi na zachód. Dziś już nie ma wątpliwości, że właśnie się za nami zamykają.  Jedno i drugie na wyraźne życzenie narodu.

Trzy lata temu, należałam do tych, którzy nie rozumieli dlaczego nie jest traktowane poważnie, to co jest otwarcie zapowiadane i do białej gorączki doprowadzały mnie teksty, że jesteśmy w UE, że są ramy, poza które nie da się wyjść ... Dziś z kolei nie rozumiem, tych którzy uspokajają, że ONR może liczyć na co najwyżej 15%. ... Jeżeli nie stanie się coś, co zakłóci obecny marsz wydarzeń, prędzej czy później dojdą do władzy. I chyba zaczynają sobie z tego zdawać sprawę, sądząc z wypowiedzi ich liderów. 

I mam na dziś ćwiczenie:

Jest rok 2020. Ci co zawsze palą na rynku kukłę, już nie anonimowego Żyda, ale kogoś z dzisiejszej "elyty", w telewizji dają ordynarne kuplety, kpiny z urody, wdzięku i sex appealu lwic prawicy, w prasie ordynarne demaskatorskie artykuły o ich życiu osobistym.

Współczujesz?

Ale jak dla mnie już dziś uszło stąd życie. 

Pod Sejmem nie było tłumów. Policji też się ich nie spodziewała, bo poza otaczającym Sejm kordonem, nie było jej zbyt wiele. Śmieszne było to, jak licznie broniła kilkuosobową "kontrmanifestację"

W każdym razie dożyłam czasów, gdy takie transparenty wznosi się przeciwko "większości"

Nie tylko pod Sejmem nie ma tłumów. W lipcowy wieczór, w środku tygodnia,  poszłam z Joluśką na spacer nad Wisłą. W pobliżu knajp  było trochę młodzieży, pili piwo, ale tłumami bym tego nie nazwała.   

Zamykamy się w prywatnych kręgach, ale z moich obserwacji wynika, że więcej w nich wina, niż radości.

A w tym tygodniu, zupełnie przez przypadek dowiedziałam się o "waku". Również i w mojej, podmokłej okolicy kopane są stawy:

I można na nich popływać na "waku". czyli przypiętej do drutu desce.


Marianna jest w moim wieku, dzielnie uprawia i twierdzi że robi niesamowite postępy. Może i ja się skuszę. W Brwi też już jest Wake Family.

A po kilku latach od wycieczki do Gruzji, gdzie zajadałam się tamtejszymi pierogami, trafiłam do knajpy gdzie je serwowano, tylko były podawane jako ormiańskie.

Polecam. Pyszne. 

piątek, 14 lipca 2017
Przeczytane 2017

Moja walka 3 Karl Ove Knausgård

 

Gdybym nie miała za sobą Mojej walki 1 i Mojej walki 2, pewnie bym po kolejny tom nie sięgnęła. Ale skoro przeczytałam poprzednie, przeczytałam ten i pewnie przeczytam i następne.

W Mojej walce 3 … Knausgård wraca do dzieciństwa spędzonego na norweskiej prowincji. Tak jak i w poprzednich tomach, tak i w tym, czasami i na kilkadziesiąt stron zatrzymuje się na opisie jakiegoś konkretnego momentu, delektując się każdym detalem i starając się odtworzyć przeżywane emocje. Czytając o kolejnych, tak szczegółowo opisywanych przeżyciach,  zastanawiało mnie jakim cudem on to wszystko pamięta? A może tylko konfabuluje?

Przez to zamiłowanie do koncentrowania się na szczególe, łatwo się tej książki nie czyta. Może nie tak, że jest z półki „dla koneserów”, ale do czytadła jej daleko.  Z drugiej strony, jest to bardzo przejmująca, napisana z pozycji dziecka, opowieść o dorastaniu. Z tym nieuchwytnym, trudnym do nazwania „czymś” co powoduje, że tę perspektywę dziecka, odbiera się jako bardzo wiarygodną. 

Nabrałam ochoty na przeczytanie jego książki Wszystko ma swój czas - nie ma jej na Allegro, ani w żadnej ze śródmiejskich bibliotek (z warszawskich, jest jedynie w katalogu biblioteki w Ursusie). Trochę dziwna sytuacja, zważywszy na popularność tego autora.   

 

Ukryte godziny Delphine de Vigan

 

Przemiłe czytadło, z tym nieuchwytnym czymś, (w 2009 roku książka otrzymała nawet polską wersję nagrody Goncourtów). Opowieść o dwóch mieszkańcach współczesnego Paryża: 

Mathilde, wdowie, matce trójki dzieci, kobiecie na stanowisku, która dawała sobie świetnie radę do dnia, gdy jej szef postanawia ją zniszczyć i dzień po dniu, z sukcesem ten plan realizuje. 

I Thibaulcie, wrażliwym na cierpienie, wypalonym zawodowo lekarzu pogotowia, który przeżywa miłosny zawód.

Wciągająca opowieść o tzw. zwykłym życiu, w którym pozornie nic się nie dzieje, a tak naprawdę dzieje się bardzo dużo.

 

Ślady Jakub Małecki


Zbiór opowiadań, krótkich historii o tym co wydarzyło się w życiu mieszkańców małego Kwilna i ich potomków. W pierwszym opowiadaniu z Kwilna wyrusza na wojnę młody chłopak, który niedługo potem ginie w okolicach Łomianek w kampanii wrześniowej  i który - poza żołnierskim grobem - niewiele więcej zostawia po sobie śladów.

Kolejne opowiadania, kolejni bohaterowie i do czasu, kiedy opowieść wije się wokół śladów jakie po sobie zostawili, przeżywając tzw. „zwykłe” życie, czyta się to bajecznie. Bonus, to zarysowany w tle delikatny rysunek powiatowego PRL-u i osób, które wywodząc się z małego miasteczka robią w wielkim karierę. 

Niestety pod koniec książki autor postanowił nadać temu wszystkiemu głębszy sens i robi się mocno bełkotliwie.

niedziela, 09 lipca 2017

I stał się cud.

Wyrosła trawa.

Jeżeli dalej będzie taka pogoda, to może się i przyjmie. Bo na to, że będę ja regularnie podlewać, na jej miejscu bym nie liczyła.

Dopiero u Gumisia zobaczyłam, jak powinny wyglądać moje pomidory. Kupiła dla siebie i dla mnie i wtedy wyglądały tak samo. Dziś ja mam ledwo odrośniętą od ziemi gałązkę, a ona krzaczki z pomidorami.

W kinie kolejna porażka


Pomysł mało oryginalny - rodzinna stypa. Galeria postaci, targowisko zadawnionych pretensji, animozji. Tyle, że najwyraźniej reżyser był tak przywiązany do swojej wizji i był przekonany że wszystko co chce pokazać jest tego warte, że nie umiał dokonać selekcji. I tak film trwa trzy godziny, a nic by nie stracił gdyby trwał 1,5. A nawet by chyba i zyskał. Parę świetnych obserwacji i dialogów ginie w morzu dłużyzn i niepotrzebnych scen.

Festen to to nie jest.    

z pamiętnika zadowolonej konsumentki

W tym tygodniu aż dwa razy uśmiechnęło się do mnie konsumenckie słońce.

Już od jakiegoś czasu nie umiałam sobie poradzić z jego ponownym uruchomieniem mojego Fitbita, podchodziłam do tego kilka razy i za każdym razem ponosiłam spektakularną porażkę. W końcu się przemogłam i postanowiłam poszukać pomocy na czacie. Tam, ten ktoś po drugiej stronie kabla też nie za bardzo umiał pomóc i tak trochę z desperacji w pewnym momencie napisałam, że może to wszystko dlatego, że rozkleiła się gumowa opaska. W tym momencie rozmowa nabrała przyspieszenia, zostałam poproszona o przesłanie zdjęcia i jak tylko mój rozmówca go otrzymał, napisał, bym czekała na nowy. Za trzy dni już stał na biurku.

Drugi raz też pomógł mi czat.  

Wszystko zaczęło się od dziwnego sms-a, w którym  bank zawiadamiał mnie, że ktoś chciał pobrać pieniądze z mojego konta, ale nie udało mu się zrealizować tej transakcji, z powodu ustawionych limitów.  Przez telefon dowiedziałam się, że to Microsoft chciał pobrać 300 zł. za roczną subskrypcję Office 365. Chwilę później na chacie Microsoftu wyjaśniłam im, że mam Office Proffesional, a przypisany do mojego konta Office 365, to jakaś pakietowa zaszłość, którą nie jestem zainteresowana - sprawę załatwiłam od ręki. 

babcia trendsetterka

Na weekend zaciągnęłam się do ochotniczej brygady remontowej, więcej było picia wina niż latania na miotle, ale podpatrzyłam fajny pomysł na buty.

 

Do kupienia na Allegro.

A tu bardzo ciekawy artykuł o uchodzącym za jeden z lepszych, systemie opieki zdrowotnej. Temat dla mnie w tym tygodniu nieobojętny, bo znów musiałam się o szóstej rano zameldować się na chodniku, by "wystać" numerek dla mamy. Miałam walizkę, na której usiadłam, wyjęłam Kindla i czas mi szybko minął. Ale przede mną stała kobieta o kulach. Moja mama ma mnie. A ta kobieta może, tak jak ja, ma dzieci hen daleko stąd. 

 

 

niedziela, 02 lipca 2017

Nie pamiętam kiedy cały weekend spędziłam na lataniu na miotle, a raczej na grabiach. Nawałnice szkód wielkich nie poczyniły, ale z tych szyszek to bym chyba z hektar lasu zasadziła.



Za mokro by to spalić. Pewnie teraz już będzie sucho, bo zachęcona tym opadami wysiałam trawę, tam gdzie stał basenik wnuka:


Przez te sosny trawnika tu nie będzie, ale mogłoby być bardziej zielono. Silniejszy od tych sosen okazał się jedynie dąb.


Zasadziłam kolejny, ciekawe czy się przyjmie.

 

Ale generalnie ogród i grzebanie w ziemi uważam za stracony czas.

Zwłaszcza odkąd wymyślono Netflix. Jak śpię u mamy, czasami włączam telewizor i jakbym nie skakała po kanałach, jeżeli już na czymś zawieszę oko, to jedynie na TVN24. Telewizja jest skazana na wymarcie, ale to co się ostatnio w Polsce zadziało, bardzo przyspieszy jej śmierć. Ci którzy przez te wszystkie zabawy z abonamentem od niej odejdą, nigdy już do niej nie wrócą: na zewnątrz jest zdecydowanie ciekawsza oferta. Jedyne co może trzymać przy telewizji to transmisje sportowe. Ale mnie to nie dotyczy. 

Obejrzałam trzy sezony Masters Of Sex i czekam na czwarty

Uczyłam się o nich na studiach. Pamiętam, że gdy wtedy czytałam o wynikach tych  badaniach, rozpalało moją wyobraźnię to, jak im się udało to zorganizować.  Ale o tym jest najwięcej tylko w pierwszym sezonie. Potem powoli coraz więcej jest o komplikacjach uczuciowych prowadzących te badania i ich bliskich i tym samym serial coraz bardziej przypomina inne tego typu snuje. Co nie znaczy że nie wciąga. Jako wisienka na torcie jest jeszcze stylistyka połowy XX wieku.

Ale żeby nie mieć poczucia straconego czasu, gapiąc się w ekran robię jednocześnie na drutach, aktualnie mam na nich moją pierwszą chustę robioną techniką mosaic knitting


W przerwach robię kolejne podejścia plisy kamizelki -jak dotąd wszystkie nieudane (po prawej jedna z tych prób).


Plisa ma być w jednym kawałku, robiona na okrągło, ale cały czas nie jest to to, o co mi chodzi.

 

Jak na to jak długo nie było mnie w kinie, filmów dużo do zobaczenia nie mam.

Czerwony żółw został wybrany w ramach projektu Scope, w którym w tym roku nie brałam udziału. Robiłam tam za dinozaura - gdybym w tym roku brała udział w projekcie nie zagłosowałabym na ten film.


Ale młodym się ten film podoba. Bardzo prosta animacja Bez słów, nie przeładowana efektami dźwiękowymi opowieść o rozbitku, który rozpoczyna życie na bezludnej wyspie. Potem pojawia się kobieta i robi się z tego opowieść o życiu.Podobno jest to bardzo głębokie, jak dla mnie w jedynie w poziomie kabotyństwa.

Z pamiętnika wk ... konsumentki  

Irytacji we mnie moc. Ostatnio wpienił mnie brodzik. Bo ja tu się szykuję do remontu, myśląc jak by tu się wygodnie urządzić na starość, zrobić prosto i solidnie by łatwo było koło tego chodzić i na długo starczyło. A tymczasem jakość tych rzeczy jest taka, że chcieć można wprawdzie dużo, ale na nic nie można liczyć.  Myślałam, ze w niebieskiej łazience muszę tylko wymienić podłogę, a tymczasem po pięciu latach z brodzika odpryskuje lakier.

Brrr ...



Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli