niedziela, 28 sierpnia 2005
Po urlopie

Kolejny raz okazało się, że katastrofy lotnicze powoduje coś innego, niż graniczące z pewnością przekonanie jednego z pasażerów (w tym przypadku mnie), że nawet jeżeli jakimś cudem pilotowi udało się oderwać od ziemi ważące tony metalowe pudło to i tak musi się to skończyć spektakularnym bum o ziemię.

Urlop, ponieważ nie umiem wchodzić w interakcje z obcymi a moja córka nawet jak nie fruwała na balonie:



przez większość dnia była zajęta kimś innym, spędziłam w swoim towarzystwie. I gdy pierwszego dnia okazało się, że jak tylko coś robię na słońcu od razu bolą mnie oczy wyszło na to, że narażałam swoje życie tylko po to, by
czytać książki w hotelowym pokoju. M.in. przeczytałam mocno przereklamowaną szmirę - Cień wiatru i odkryłam ciekawego pisarza - Somozę (w każdym razie jego Klara i półmrok z zastrzeżeniem, że niestety nie kończy się na przedostatnim rozdziale i ma kretyńskie zakończenie, naprawdę dobrze się czyta). A jak kolejno czytałam Uchodźców Grynberga, Opowieść o miłości i zmroku (na marginesie - polecam) i Czarną skrzynkę Oza a w BBC cały czas leciały obszerne relacje z wysiedlania osadników z Gazy, to nawet zadumałam się na dłużej nad losem narodu żydowskiego.

Już w Bułgarii wiedziałam, że coś z tą firanką wyszło nie tak. Po przyjeździe okazało się, że to nie "coś", ale wszystko nie tak. Co z tego, że ma w sobie coś więcej niż bawarski wdzięk firanek szydełkowych, gdy jest wiotka i po powieszeniu zrobiła się za długa i za wąska:



Trochę żałuję, że nie kupiłam sprzedawanych w Bułgarii na ulicznych kramach wyrobów szydełkowych (inna sprawa, że ładne były tylko szydełkowe serwety). W Neseberze jedna kobieta sprzedawała wyroby z klockowych koronek:



Ale nie miałam pomysłu co z takim gadżetem można potem zrobić.

A po powrocie do domu okazało się, że gdy ilość rzeczy do zrobienia przekracza masę krytyczną to ja aż tak bardzo nie wiem od czego zacząć, że w końcu za nic nie potrafię się zabrać.

sobota, 06 sierpnia 2005

Tornado

W piątek Kaliningrad znalazł się w epicentrum burzy w naszym regionie. Szkody były znaczne, również w moim ogrodzie.

W niektórych domach prąd włączyli dopiero w środę, ja miałam więcej szczęścia - u mnie prąd już był już w sobotę. Korzyści z awarii elektryczności odniósł tylko Cezar, który skonsumował całe mięso z zamrażarki, nadające się w sobotę już wyłącznie do hodowania białych robaków.

Czekając na włączenie prądu, cały czas bałam się, że wcześniej zabraknie w rurach wody i będę musiała korzystać z ręcznej pompy. Radość gdy go włączyli trwała tylko chwilę - szybko okazało się, że nie działa komputer (prawdopodobnie spaliła się w nim płyta główna). Ponieważ Moniek ze złamaną nogą musi być cały czas on-line, konieczne było szybkie znalezienie innego komputera. W poniedziałek, dumna z siebie, że tak szybko poradziłam sobie z tym problemem, przywiozłam do domu stary grat Leona. Tymczasem po włączeniu do gniazdka, sprawny jeszcze godzinę wcześniej komputer, zaświecił lampkami i zaraz potem zrezygnował z nawiązywania dalszego kontaktu. W tej sytuacji wpadłam na pomysł, że to wina monitora i szybko pożyczyłam na kilka dni nowy.

Niestety, podłączenie nowego monitora niewiele pomogło - komputer dalej nie chciał z nami rozmawiać. W akcie desperacji podłączyłam go do innego gniazdka i uzyskałam przynajmniej tyle, że podniósł się monitor a komputer wprawdzie szeptem, ale jednak wydawał z siebie jakieś dźwięki. Następnego dnia w południe przyjechał wezwany przez Mońka na pomoc zaprzyjaźniony informatyk Franc (jak sama nazwa wskazuje pochodzenia francuskiego) i późnym wieczorem, korzystając z tego, że w komórce jest jeszcze sporo komputerowego złomu, osiągnął sukces (okazało się, że za drugim razem „agresywne gniazdko” spaliło karty pamięci i dysk). Świadkami elektronicznego triumfu stało się dwóch uroczych, choć niespodziewanych gości Kaliningradu - oficerów ABW, którzy do Kaliningradu z Warszawy jechali dwie godziny i to w dodatku przez Kutno. Wobec tego nabyłam kolejną porcję cennej wiedzy o funkcjonowaniu polskiego aparatu defensywnego i teraz już wiem, że na wypadek ataku terrorystycznego mieszkańcy Polski powinni jednak liczyć raczej na siebie.

To nie koniec chaosu. Wieczorem po burzy tylko Cezar beztrosko bawił przyniesionymi przez wiatr patyczkami, bo nie wiedział, że od soboty nie wiadomo co się dzieje z jego tatą, który płynie na jachcie, z którym stracono łączność.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i już w niedzielę koty kończą przymusowe wczasy w Toyocie i wracają do domu. O ile oczywiście tata Cezara załapie się na jakiś samolot z Oslo, bo jak wiadomo, stamtąd dość ciężko wraca się autobusem.

Próbowało się też ze mną skontaktować złe Mzimu tego domu i zamiast kończyć przed zbliżającym się urlopem rozpoczęte prace, wolny czas spędzałam przede wszystkim na telekonferencjach z ciotkami. Moniek chodził lekko poirytowany, ponieważ po pierwsze niekoniecznie akceptował wypalane przeze mnie przy tej okazji trzy paczki fajek dziennie, a po drugie - zatroskanej jego zdrowiem Matce niezwykle ciężko było znaleźć "dziurę telefoniczną", w którą mogłaby się wstrzelić ze stacjonarnego z Krakowa.

Z kolei Moniek pokazał, że poza organizowaniem konferencji 26 godzin na dobę coś jeszcze potrafi. W nawale obowiązków tak intensywnie kicał na drugiej, nie-złamanej nodze, że ją sobie skutecznie skręcił w kostce. Wobec tego, że obecnie obie ma nieczynne, dzielnie postanowił, że od jutra zaczyna chodzić na rękach.

Do zasług Moniek w czasie turnusu rehabilitacyjnego należy niewątpliwie odkrycie nowej funkcji ogromnej domowej patelni - okazało się bowiem, że poza zadaniem dekoracyjno-prewencyjnym może ona służyć m.in. do smażenia naleśników. Zdjęcie produktu końcowego zostanie dołączone później, ponieważ okres tzw. półtrwania naleśników w Kaliningradzie jest krótszy niż działanie migawki aparatu cyfrowego. Na pocieszenie zawsze pozostają mirabelki sąsiada, które w chwilach kryzysu głodowego dzielnie wcina nawet Cezar.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli