niedziela, 31 sierpnia 2008

Blog Day.


Dziś Dzień Blogów. W tym dniu zamieszcza się poleca się 5 innych, mało znanych, ale ciekawych blogów. Trochę czasu poświęciłam na znalezienie takich blogów, ale nie natknęłam się na żaden, którego bym wcześniej nie znała.

Jak ktoś zna mój blog, zna i blog Brahdelt. Ale przez ten blog, można wejść na  blog 1.Kath. Podobają mi się rzeczy, które robi, chociaż tak jak i w innych blogach robótkowych, brakuje mi know-how (nawet nie chodzi o pełny opis, ale przynajmniej o wzór ściegu). Blog Kath polecam, nie tylko po to by obejrzeć to co robi, ale i jako bramę do bardzo ciekawych, anglojęzycznych blogów.

Szukałam czegoś o filmach - w swoim rss mam tylko blog poświęcony filmom zza oceanu -  Bezpopcornu, tyle że ja nie przepadam za filmami zza wielkiej wody (Woody Allena  nawet jak mieszkał w NY, nie zaliczałam do tej kategorii). Polecam  2. Lapidarium, bo ile na tym pierwszym blogu (i wielu innych, na  które w trakcie moich poszukiwań się natknęłam), tematem są filmy z multipleksów i TV, nie ma tu wprawdzie stricte recenzji filmowych, ale tematem rozważań są filmy z "ciekawej półki".

Blogów o książkach w zakładkach Miejskiego czytania do wyboru i koloru, ale brakuje mi następcy  Bloga literacki, czyli miejsca w którym można by było przeczytać o ciekawych nowościach. Subskrybuję (i polecam), ciekawy blog o książkach, którego nie ma w zakładkach Miejskiego czytania - 3. Zaczytanie.

Szukałam blogów z gatunku day-by-day pisanych przez osoby w moim wieku, ale nie znalazłam. Znam kilka, ale pisanych przez osoby dużo młodsze. Z tego gatunku mam w czytniku i z przyjemnością czytam blog 4.Chihiro. Na koniec polecam blog z całym mnóstwem ciekawych informacji o odkryciach archeologicznych, starożytności, prehistorii, paleontologii - 5. Archeowieści.



Jak co roku o tej porze postawiłam na tarasie żółte chryzantemy i z pełnym workiem postanowień (jak zrealizuję 10% to już będę wielka), zaczynam nowy sezon. Na razie zrobiłam już na ten tydzień gar leczo, Joanna lobbuje za dietą plaż południowych, ale w sobotę jak do mnie wpadła, piła herbatę, tak samo jak ja i Ańćka - wiec może bez teiny to się jednak nie da?

W tym tygodniu filmy obejrzałam pierwszą od wielu, wielu lat prawdziwą komedię francuską, przypominającą tamte sprzed lat, takie jak Gamoń, czy Francja naprzód. Jeszcze dalej niż północ to zwykła ciepła komedia, taka w której nie przeszkadza to, że od pierwszej sceny świetnie zna się zakończenie, bo chodzi o te dziesiątki drobnych scenek i dialogów. I co ważne -  w filmie nikt nie gra a'la Luis-de Funes.  Z kolei Fados - Carlosa Saury to sekwencja świetnie sfilmowanych, następujących po sobie teledysków. Ale  nie wynudziłam się. Przed oczami nadal mam obraz starej kobiety śpiewającej - biorąc pod uwagę jej wiek, w miarę czystym i nawet donośnym głosem, smętną pieśń: to nie czas przemija, to my przemijamy.

Książka M do potęgi N jest napisana w formie dialogów - autor prowadzi je w Internecie z kobietami, których imiona rozpoczynają się na literę "M". Zaciekawiła mnie nota wydawcy: Kobieca antypowieść wyklęta przez Kościół za sposób ukazania Jezusa (Jezus uprawiający seks z Marią Magdaleną). Książka, która stanowi nową jakość w pojmowaniu istoty kobiecości, relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Analiza wizerunku kobiecego świata kreślonego na przestrzeni dziejów przez mężczyzn wedle ich wyobrażeń i potrzeb. Bestseller w Grecji. Popis erudycji. Momentami nawet ciekawe przytoczenia. Ale generalnie duży zawód. 

Kończę czytać Sahid'a  - przeurocza książka. Błyskotliwa, pełna zgryźliwego humoru  opowieść angielskiego urzędnika pracującego dla międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną w Bośni. Ów Anglik - człowiek, który niszczy buty w swoim półkilometrowym marszu do bankomatu - w mailach do swojego kochanka opisuje swoje życie w powojennym Sarajewie, które postrzega jako codzienną konfrontację  z obcą cywilizacją.

Moja wakacyjna robótka z warsztatu wróciła do Otwocka. W tym tygodniu ma już wrócić do domu. Może mi się uda do końca tygodnia skończyć. W każdym razie jedno z postanowień dotyczy i robótek

piątek, 29 sierpnia 2008

Miejskie czytanie (2)

Mariusz Szczygieł - Gottland


Reportaże z Czech. Opowiedziane z dzisiejszej perspektywy losy ludzie, gnębionych przez tamten system. Część z tych reportaży czytałam już wcześniej w poniedziałkowym dodatku Gazety Wyborczej (bardzo możliwe, że są między nimi pewne różnice, ale aż tak dokładnie ich nie pamiętam, by to stwierdzić).

W każdym razie świetna książka. Czytając tę książkę towarzyszyła mi myśl, że ich losy nie są naszymi losami. Wprawdzie zaraz po wojnie wyglądało to dość podobnie:

Zdenek Nejedly, syn cenionego kompozytora (...) W 1951 roku jest ministrem szkolnictwa, nauki i sztuki. Pisze słynny esej (...) Ludzie się będą nadal kochać,ale oczekujemy, że za socjalizmu - jako klasa robotnicza, będą się kochać jeszcze więcej i lepiej. Że nie będzie w nich tego całego fałszu, "nieszczęśliwych miłości" ani zmysłowego upadku, w którym często taplała się burżuazyjna erotyka.

Ale potem, było coraz bardziej inaczej. Lata 70-te w Czechach w niczym nie przypominały wesołego baraku i opowiedziane w tej książce życiorysy, są dość przygnębiające. Są też i śmieszne przerywniki. Reportaż o tym, jak to w 1985 roku przyjeżdża do Pragi amerykańska stypendystka, która chce poznać świat Kafki, w surrealizmie skojarzył mi się z wizytą Wolanda w Moskwie.

Żona innego (...) chce wyswatać archiwistkę ze swoim synem, który o Kafce nie ma zielonego pojęcia. Matka postanawia przeczytać Proces i mu streścić, żeby mógł przyszłej narzeczonej czymś zaimponować. Szybko wpada w rozpacz. Ciągle wraca do początku książki, bo ma wrażenie, że umknęło jej, o co Józef K. był oskarżony. Potem myśli, że dowie się tego na końcu i też nic. Potem jest przekonana, że wyjaśnienie pisarz zaszyfrował w podtekście. ale też nie. Z tego wszystkiego wybucha! - Synu, naprawdę to jest czyste oszustwo. Żadnej wskazówki!

Karl-Markus Gauß - Umierający Europejczycy


Bardzo ciekawa opowieść o Sefardyjczykach, Niemcach koczewskich, Łużyczanach, Arboreszach i Aromunach. Tylko o Łużyczanach coś już wcześniej wiedziałam (inna sprawa, że tylko dlatego, że gdy jeszcze istniało NRD, robili u nas za tych dobrych za Odrą).

Sefardyjczycy to Żydzi, wygnani z Hiszpanii przez królową Izabelę i Ferdynanda  w XV. Rozpierzchli się wówczas po świecie, ale ponieważ duża ich część osiadła na Bałkanach, za ich ojczyznę uchodziło Sarajewo.  Podczas ostatniej wojny:

Hiszpański król wydał edykt, przypuszczalnie miał wyrzuty sumienia z powodu swoich zwariowanych krewnych z dawnych czasów, że wszyscy bośniaccy sefardyjczycy, którzy chcą wrócić do Hiszpanii, dostaną zgodę na wjazd. Jeżeli chcą zostać w Hiszpanii, niezwłocznie otrzymają obywatelstwo hiszpańskie, ale muszą zrzec się bośniackiego.

Ciekawe jest też to, że podczas ostatniej wojny na Bałkanach:

ten jeden raz w historii opłacało się być Żydem (...) Żydzi znajdowali się niejako pomiędzy trzema wielkimi grupami etnicznymi i przez żadną nie byli uznani za wrogów, których trzeba wygnać, tylko do nich docierała pomoc wysyłana przez współwyznawców z całego świata. 

Ciekawą historię mają żyjący na południu Włoch Arboresze. Nie wiedziałam, że religia  katolicka ma i taki wariant:

Gdy Albańczycy w XV i XVI wieku przybyli do Włoch, zabrali ze sobą na wieczne wygnanie całe bogactwo bizantyńskich form, jakie przejęło ich chrześ­cijaństwo w ciągu kilku stuleci na Bałkanach. Katolicka zwierzchność od początku szanowała tę tradycję, czasami z pewną niechęcią, lecz konsekwentnie, a ostatnim, który formalnie potwierdził owe dawne przywileje, był znany przecież z surowości Paweł VI. I tak doszło do tego, że Arboresze są katolikami, którzy odprawiają swe msze w obrządku prawosławnym, że mają katolickich księży, którzy są żonaci, uznają zwierzchność papieża, a podczas komunii przyjmują chleb, a nie hostię.

Niemcy koczewsckich  żyją w Słowenii, dziś została ich tam tylko garstka, i większość ich wiosek pochłonął już las.  Aromuni żyją na terenach obecnej Macedonii. Też mają ciekawą historię. Ale na koniec przytoczę tylko jeszcze z tej książki bardzo ciekawą definicję narodu :

Isaiah Berlin stwierdził kiedyś, że naród to grupa ludzi którzy pozostają w tym samym błędnym przekonaniu temat swojego pochodzenia.

Ivan Čolovič - Bałkany terror kultury


Temat bardzo ciekawy - eseje o kulturze w służbie wojny,  jak za jej pomocą  robiono Serbom wodę z mózgu. Smutne jest też to, dlaczego zgadzam się z zamieszczoną na okładce opinią K. Geberta -  dziwnie znajoma ta gęba. Nie tylko u nich idioci dorywają się do mikrofonu, a naród  słucha tego w nabożnym skupieniu.

Spodobała się mi taka historia:    

Uroczystość w dniu Symeona Rozsiewającego Cudowne Wonie, obchodzona  w lu­tym 1998 roku, dała pewnemu dziennikarzowi okazję do zacytowania rzekomego przesłania Nemanji, które „nie straciło aktualności". I rzeczywiście, to, co głosił ponoć mnich Symeon, jako żywo przypominało dzisiejsze wypowiedzi wielu serbskich pisarzy i lingwistów „narodowej" orientacji. Nemanja pouczał Serbów, że jeśli zachowali ję­zyk, nie powinni rozpaczać z powodu klęski wojennej, bo ta klęska nie musi być ostateczna (..) w języku znajdą siłę, by znów podjąć - z więk­szym sukcesem - dzieło politycznego i terytorialnego zjednoczenia. Medić bardzo się starał, by jego literackie pastisze sprawiały wrażenie autentycznych dokumen­tów historycznych - drukował je archaiczną cyrylicą i opatrywał reprodukcjami fresków ze średniowiecznych monasterów. Zdołał sprawić, że jego pastisze przyjęto jako autentyczne przesłanie Nemanji. Jako takie znala­zły się w programach różnych patriotycznych akademii w szkołach, cerkwiach i koszarach.

Jak okazało się, że to falsyfikat, jeden z obrońców napisał:

tekst jest jednak autentyczny, i to w wyższym sensie - nie na­pisał go wprawdzie Nemanja, ale jest „w duchu Nemanji­ciów", a to przecież znacznie ważniejsze. Bo i Nemanja, i Mile Medić nie mówią ani słowa od siebie. Przemawia przez nich naród serbski, nic więc dziwnego, że w tej mo­wie naród rozpoznaje siebie, nie dbając o to, czy tekst po­chodzi z wieku XII czy z XX, czy napisał go Stefan, czy Mile

Wprawdzie większość esejów  koncentruje się na baśniach opowiadanych Serbom, inne narody tego regionu też z fantazją budują swoją legendę:

Z naukowego punktu widzenia nie ulega wątpliwości - pisze bośniacki historyk Enver Imamović - że bośniacko-hercegowińscy Muzułmanie są autochtonicznym bałkańsko-europejskim narodem, który na tym obszarze żyje od ponad czterech tysięcy lat, (tak daleko wstecz prowadzone są badania archeologiczne).

niedziela, 24 sierpnia 2008

Malowanie mandali

Powiedzieć, że mam obniżony nastrój to mało. I właśnie w takie jesienne, mimo letniej pory, popołudnie zadzwonił telefon i otrzymałam sąsiedzką propozycję pomocy. Skwapliwie z niej skorzystałam i zwalony sumak już nie straszy.


Miłe.

Główną atrakcją tego tygodnia były imieniny Joanny. Urządziłyśmy je u Ańćki na wsi i połączyłyśmy z wieczorem wróżb. Żeby jakoś uwiarygodnić Danę, zrobiłam jej czapę wróżki.

Siadłyśmy do stołu i przywiezionymi na te okoliczność kredkami i akwarelkami, malowałyśmy mandale.

Potem grupowo omawialiśmy co na nich widzimy - ponieważ tylko ja i Ańćka znałyśmy wcześniej wszystkie ciotki, wszystkie pozostałe mogły usłyszeć coś o sobie zarówno od osób które je długo znają, jak i od tych, z którymi widzą się pierwszy raz. I chyba było to ciekawe doświadczenie.

Na zakończenie każda dostała miotłę czarownicy (do wyboru były dwa rodzaje: ze srebrną, albo ze złotą wstążką).

Odzyskałam w tym tygodniu kawałek mojej wakacyjnej robótki, reszta razem z autem pojechała do warsztatu - dopiero w Wwie się okazało, że deska rozdzielcza nie komunikowała nam (okrutnie przy tym piszcząc), że popsuł się wskaźnik temperatury (tak twierdził Jacek), tylko uparcie starała się nas ostrzec, że mamy niesprawny układ hamulcowy. Ale ponieważ nikt z nas nie znał francuskiego, a deska potrafi pisać tylko w tym języku, to szczęśliwie, nie przejmując się takimi "drobiazgami" dojechaliśmy do Wwy.

Kolor włóczki piękny (w realu jest bardziej złamany szarością), ale obawiam się, że szybko zrobi się z tego "szmateczka". Obym się myliła, bo dłubię na "3".


Generalnie, mimo że sporo czasu spędzam przed kompem, to w bardzo małym stopniu korzystam z interaktywnych możliwości netu. Ale jak otrzymałam zaproszenie na znam.to, to skorzystałam i nawet "zareklamowałam" moje wakacyjne odkrycie - kakaową serię Ziai:

Był w Wwie Moniek. Starała się obejrzeć w kinach wszystko co się da, kolejny raz wygrała w konkursie na najkrótszą recenzję i dostała za to w nagrodzie 100 zł. Ja w tej konkurencji jeszcze nie startowałam i jeżeli zamieszczam recenzję, to tylko na forum GW Kino - recenzje. Teraz, ponieważ jak napisał do mnie admin Gazety: Naprawdę Pani mail wygrał w konkursie i mamy dla Pani upominek, czekam na prezent.

Rozpoczęłam kolejny sezon kinowy. Jesień zapowiada się ciekawie. Ale w zeszłym roku też się dobrze zapowiadało, a starczyło na niedługo.

W każdym razie nie chciałabym, by cały sezon był taki jak Krowy. Tak jednym zdaniem - tym którzy chodzą do kina 2-3 razy w tygodniu polecam, pozostałym radzę pójść na coś innego, zwłaszcza że jest w czym wybierać. Inna sprawa, że film ma 16 lat, a zupełnie tego nie czuć. Są też przępiekne zdjęcia. Ale ponieważ nic nie wyłapałam  z zawartej podobno bardzo gęsto w tym filmie hiszpańsko-baskijskiej symboliki, tego co zostało i można było zrozumieć, było dla mnie, jak na film pełnometrażowy, za mało.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli