niedziela, 31 sierpnia 2008

Blog Day.


Dziś Dzień Blogów. W tym dniu zamieszcza się poleca się 5 innych, mało znanych, ale ciekawych blogów. Trochę czasu poświęciłam na znalezienie takich blogów, ale nie natknęłam się na żaden, którego bym wcześniej nie znała.

Jak ktoś zna mój blog, zna i blog Brahdelt. Ale przez ten blog, można wejść na  blog 1.Kath. Podobają mi się rzeczy, które robi, chociaż tak jak i w innych blogach robótkowych, brakuje mi know-how (nawet nie chodzi o pełny opis, ale przynajmniej o wzór ściegu). Blog Kath polecam, nie tylko po to by obejrzeć to co robi, ale i jako bramę do bardzo ciekawych, anglojęzycznych blogów.

Szukałam czegoś o filmach - w swoim rss mam tylko blog poświęcony filmom zza oceanu -  Bezpopcornu, tyle że ja nie przepadam za filmami zza wielkiej wody (Woody Allena  nawet jak mieszkał w NY, nie zaliczałam do tej kategorii). Polecam  2. Lapidarium, bo ile na tym pierwszym blogu (i wielu innych, na  które w trakcie moich poszukiwań się natknęłam), tematem są filmy z multipleksów i TV, nie ma tu wprawdzie stricte recenzji filmowych, ale tematem rozważań są filmy z "ciekawej półki".

Blogów o książkach w zakładkach Miejskiego czytania do wyboru i koloru, ale brakuje mi następcy  Bloga literacki, czyli miejsca w którym można by było przeczytać o ciekawych nowościach. Subskrybuję (i polecam), ciekawy blog o książkach, którego nie ma w zakładkach Miejskiego czytania - 3. Zaczytanie.

Szukałam blogów z gatunku day-by-day pisanych przez osoby w moim wieku, ale nie znalazłam. Znam kilka, ale pisanych przez osoby dużo młodsze. Z tego gatunku mam w czytniku i z przyjemnością czytam blog 4.Chihiro. Na koniec polecam blog z całym mnóstwem ciekawych informacji o odkryciach archeologicznych, starożytności, prehistorii, paleontologii - 5. Archeowieści.



Jak co roku o tej porze postawiłam na tarasie żółte chryzantemy i z pełnym workiem postanowień (jak zrealizuję 10% to już będę wielka), zaczynam nowy sezon. Na razie zrobiłam już na ten tydzień gar leczo, Joanna lobbuje za dietą plaż południowych, ale w sobotę jak do mnie wpadła, piła herbatę, tak samo jak ja i Ańćka - wiec może bez teiny to się jednak nie da?

W tym tygodniu filmy obejrzałam pierwszą od wielu, wielu lat prawdziwą komedię francuską, przypominającą tamte sprzed lat, takie jak Gamoń, czy Francja naprzód. Jeszcze dalej niż północ to zwykła ciepła komedia, taka w której nie przeszkadza to, że od pierwszej sceny świetnie zna się zakończenie, bo chodzi o te dziesiątki drobnych scenek i dialogów. I co ważne -  w filmie nikt nie gra a'la Luis-de Funes.  Z kolei Fados - Carlosa Saury to sekwencja świetnie sfilmowanych, następujących po sobie teledysków. Ale  nie wynudziłam się. Przed oczami nadal mam obraz starej kobiety śpiewającej - biorąc pod uwagę jej wiek, w miarę czystym i nawet donośnym głosem, smętną pieśń: to nie czas przemija, to my przemijamy.

Książka M do potęgi N jest napisana w formie dialogów - autor prowadzi je w Internecie z kobietami, których imiona rozpoczynają się na literę "M". Zaciekawiła mnie nota wydawcy: Kobieca antypowieść wyklęta przez Kościół za sposób ukazania Jezusa (Jezus uprawiający seks z Marią Magdaleną). Książka, która stanowi nową jakość w pojmowaniu istoty kobiecości, relacji pomiędzy kobietą a mężczyzną. Analiza wizerunku kobiecego świata kreślonego na przestrzeni dziejów przez mężczyzn wedle ich wyobrażeń i potrzeb. Bestseller w Grecji. Popis erudycji. Momentami nawet ciekawe przytoczenia. Ale generalnie duży zawód. 

Kończę czytać Sahid'a  - przeurocza książka. Błyskotliwa, pełna zgryźliwego humoru  opowieść angielskiego urzędnika pracującego dla międzynarodowej organizacji pełniącej misję humanitarną w Bośni. Ów Anglik - człowiek, który niszczy buty w swoim półkilometrowym marszu do bankomatu - w mailach do swojego kochanka opisuje swoje życie w powojennym Sarajewie, które postrzega jako codzienną konfrontację  z obcą cywilizacją.

Moja wakacyjna robótka z warsztatu wróciła do Otwocka. W tym tygodniu ma już wrócić do domu. Może mi się uda do końca tygodnia skończyć. W każdym razie jedno z postanowień dotyczy i robótek

piątek, 29 sierpnia 2008

Miejskie czytanie (2)

Mariusz Szczygieł - Gottland


Reportaże z Czech. Opowiedziane z dzisiejszej perspektywy losy ludzie, gnębionych przez tamten system. Część z tych reportaży czytałam już wcześniej w poniedziałkowym dodatku Gazety Wyborczej (bardzo możliwe, że są między nimi pewne różnice, ale aż tak dokładnie ich nie pamiętam, by to stwierdzić).

W każdym razie świetna książka. Czytając tę książkę towarzyszyła mi myśl, że ich losy nie są naszymi losami. Wprawdzie zaraz po wojnie wyglądało to dość podobnie:

Zdenek Nejedly, syn cenionego kompozytora (...) W 1951 roku jest ministrem szkolnictwa, nauki i sztuki. Pisze słynny esej (...) Ludzie się będą nadal kochać,ale oczekujemy, że za socjalizmu - jako klasa robotnicza, będą się kochać jeszcze więcej i lepiej. Że nie będzie w nich tego całego fałszu, "nieszczęśliwych miłości" ani zmysłowego upadku, w którym często taplała się burżuazyjna erotyka.

Ale potem, było coraz bardziej inaczej. Lata 70-te w Czechach w niczym nie przypominały wesołego baraku i opowiedziane w tej książce życiorysy, są dość przygnębiające. Są też i śmieszne przerywniki. Reportaż o tym, jak to w 1985 roku przyjeżdża do Pragi amerykańska stypendystka, która chce poznać świat Kafki, w surrealizmie skojarzył mi się z wizytą Wolanda w Moskwie.

Żona innego (...) chce wyswatać archiwistkę ze swoim synem, który o Kafce nie ma zielonego pojęcia. Matka postanawia przeczytać Proces i mu streścić, żeby mógł przyszłej narzeczonej czymś zaimponować. Szybko wpada w rozpacz. Ciągle wraca do początku książki, bo ma wrażenie, że umknęło jej, o co Józef K. był oskarżony. Potem myśli, że dowie się tego na końcu i też nic. Potem jest przekonana, że wyjaśnienie pisarz zaszyfrował w podtekście. ale też nie. Z tego wszystkiego wybucha! - Synu, naprawdę to jest czyste oszustwo. Żadnej wskazówki!

Karl-Markus Gauß - Umierający Europejczycy


Bardzo ciekawa opowieść o Sefardyjczykach, Niemcach koczewskich, Łużyczanach, Arboreszach i Aromunach. Tylko o Łużyczanach coś już wcześniej wiedziałam (inna sprawa, że tylko dlatego, że gdy jeszcze istniało NRD, robili u nas za tych dobrych za Odrą).

Sefardyjczycy to Żydzi, wygnani z Hiszpanii przez królową Izabelę i Ferdynanda  w XV. Rozpierzchli się wówczas po świecie, ale ponieważ duża ich część osiadła na Bałkanach, za ich ojczyznę uchodziło Sarajewo.  Podczas ostatniej wojny:

Hiszpański król wydał edykt, przypuszczalnie miał wyrzuty sumienia z powodu swoich zwariowanych krewnych z dawnych czasów, że wszyscy bośniaccy sefardyjczycy, którzy chcą wrócić do Hiszpanii, dostaną zgodę na wjazd. Jeżeli chcą zostać w Hiszpanii, niezwłocznie otrzymają obywatelstwo hiszpańskie, ale muszą zrzec się bośniackiego.

Ciekawe jest też to, że podczas ostatniej wojny na Bałkanach:

ten jeden raz w historii opłacało się być Żydem (...) Żydzi znajdowali się niejako pomiędzy trzema wielkimi grupami etnicznymi i przez żadną nie byli uznani za wrogów, których trzeba wygnać, tylko do nich docierała pomoc wysyłana przez współwyznawców z całego świata. 

Ciekawą historię mają żyjący na południu Włoch Arboresze. Nie wiedziałam, że religia  katolicka ma i taki wariant:

Gdy Albańczycy w XV i XVI wieku przybyli do Włoch, zabrali ze sobą na wieczne wygnanie całe bogactwo bizantyńskich form, jakie przejęło ich chrześ­cijaństwo w ciągu kilku stuleci na Bałkanach. Katolicka zwierzchność od początku szanowała tę tradycję, czasami z pewną niechęcią, lecz konsekwentnie, a ostatnim, który formalnie potwierdził owe dawne przywileje, był znany przecież z surowości Paweł VI. I tak doszło do tego, że Arboresze są katolikami, którzy odprawiają swe msze w obrządku prawosławnym, że mają katolickich księży, którzy są żonaci, uznają zwierzchność papieża, a podczas komunii przyjmują chleb, a nie hostię.

Niemcy koczewsckich  żyją w Słowenii, dziś została ich tam tylko garstka, i większość ich wiosek pochłonął już las.  Aromuni żyją na terenach obecnej Macedonii. Też mają ciekawą historię. Ale na koniec przytoczę tylko jeszcze z tej książki bardzo ciekawą definicję narodu :

Isaiah Berlin stwierdził kiedyś, że naród to grupa ludzi którzy pozostają w tym samym błędnym przekonaniu temat swojego pochodzenia.

Ivan Čolovič - Bałkany terror kultury


Temat bardzo ciekawy - eseje o kulturze w służbie wojny,  jak za jej pomocą  robiono Serbom wodę z mózgu. Smutne jest też to, dlaczego zgadzam się z zamieszczoną na okładce opinią K. Geberta -  dziwnie znajoma ta gęba. Nie tylko u nich idioci dorywają się do mikrofonu, a naród  słucha tego w nabożnym skupieniu.

Spodobała się mi taka historia:    

Uroczystość w dniu Symeona Rozsiewającego Cudowne Wonie, obchodzona  w lu­tym 1998 roku, dała pewnemu dziennikarzowi okazję do zacytowania rzekomego przesłania Nemanji, które „nie straciło aktualności". I rzeczywiście, to, co głosił ponoć mnich Symeon, jako żywo przypominało dzisiejsze wypowiedzi wielu serbskich pisarzy i lingwistów „narodowej" orientacji. Nemanja pouczał Serbów, że jeśli zachowali ję­zyk, nie powinni rozpaczać z powodu klęski wojennej, bo ta klęska nie musi być ostateczna (..) w języku znajdą siłę, by znów podjąć - z więk­szym sukcesem - dzieło politycznego i terytorialnego zjednoczenia. Medić bardzo się starał, by jego literackie pastisze sprawiały wrażenie autentycznych dokumen­tów historycznych - drukował je archaiczną cyrylicą i opatrywał reprodukcjami fresków ze średniowiecznych monasterów. Zdołał sprawić, że jego pastisze przyjęto jako autentyczne przesłanie Nemanji. Jako takie znala­zły się w programach różnych patriotycznych akademii w szkołach, cerkwiach i koszarach.

Jak okazało się, że to falsyfikat, jeden z obrońców napisał:

tekst jest jednak autentyczny, i to w wyższym sensie - nie na­pisał go wprawdzie Nemanja, ale jest „w duchu Nemanji­ciów", a to przecież znacznie ważniejsze. Bo i Nemanja, i Mile Medić nie mówią ani słowa od siebie. Przemawia przez nich naród serbski, nic więc dziwnego, że w tej mo­wie naród rozpoznaje siebie, nie dbając o to, czy tekst po­chodzi z wieku XII czy z XX, czy napisał go Stefan, czy Mile

Wprawdzie większość esejów  koncentruje się na baśniach opowiadanych Serbom, inne narody tego regionu też z fantazją budują swoją legendę:

Z naukowego punktu widzenia nie ulega wątpliwości - pisze bośniacki historyk Enver Imamović - że bośniacko-hercegowińscy Muzułmanie są autochtonicznym bałkańsko-europejskim narodem, który na tym obszarze żyje od ponad czterech tysięcy lat, (tak daleko wstecz prowadzone są badania archeologiczne).

niedziela, 24 sierpnia 2008

Malowanie mandali

Powiedzieć, że mam obniżony nastrój to mało. I właśnie w takie jesienne, mimo letniej pory, popołudnie zadzwonił telefon i otrzymałam sąsiedzką propozycję pomocy. Skwapliwie z niej skorzystałam i zwalony sumak już nie straszy.


Miłe.

Główną atrakcją tego tygodnia były imieniny Joanny. Urządziłyśmy je u Ańćki na wsi i połączyłyśmy z wieczorem wróżb. Żeby jakoś uwiarygodnić Danę, zrobiłam jej czapę wróżki.

Siadłyśmy do stołu i przywiezionymi na te okoliczność kredkami i akwarelkami, malowałyśmy mandale.

Potem grupowo omawialiśmy co na nich widzimy - ponieważ tylko ja i Ańćka znałyśmy wcześniej wszystkie ciotki, wszystkie pozostałe mogły usłyszeć coś o sobie zarówno od osób które je długo znają, jak i od tych, z którymi widzą się pierwszy raz. I chyba było to ciekawe doświadczenie.

Na zakończenie każda dostała miotłę czarownicy (do wyboru były dwa rodzaje: ze srebrną, albo ze złotą wstążką).

Odzyskałam w tym tygodniu kawałek mojej wakacyjnej robótki, reszta razem z autem pojechała do warsztatu - dopiero w Wwie się okazało, że deska rozdzielcza nie komunikowała nam (okrutnie przy tym piszcząc), że popsuł się wskaźnik temperatury (tak twierdził Jacek), tylko uparcie starała się nas ostrzec, że mamy niesprawny układ hamulcowy. Ale ponieważ nikt z nas nie znał francuskiego, a deska potrafi pisać tylko w tym języku, to szczęśliwie, nie przejmując się takimi "drobiazgami" dojechaliśmy do Wwy.

Kolor włóczki piękny (w realu jest bardziej złamany szarością), ale obawiam się, że szybko zrobi się z tego "szmateczka". Obym się myliła, bo dłubię na "3".


Generalnie, mimo że sporo czasu spędzam przed kompem, to w bardzo małym stopniu korzystam z interaktywnych możliwości netu. Ale jak otrzymałam zaproszenie na znam.to, to skorzystałam i nawet "zareklamowałam" moje wakacyjne odkrycie - kakaową serię Ziai:

Był w Wwie Moniek. Starała się obejrzeć w kinach wszystko co się da, kolejny raz wygrała w konkursie na najkrótszą recenzję i dostała za to w nagrodzie 100 zł. Ja w tej konkurencji jeszcze nie startowałam i jeżeli zamieszczam recenzję, to tylko na forum GW Kino - recenzje. Teraz, ponieważ jak napisał do mnie admin Gazety: Naprawdę Pani mail wygrał w konkursie i mamy dla Pani upominek, czekam na prezent.

Rozpoczęłam kolejny sezon kinowy. Jesień zapowiada się ciekawie. Ale w zeszłym roku też się dobrze zapowiadało, a starczyło na niedługo.

W każdym razie nie chciałabym, by cały sezon był taki jak Krowy. Tak jednym zdaniem - tym którzy chodzą do kina 2-3 razy w tygodniu polecam, pozostałym radzę pójść na coś innego, zwłaszcza że jest w czym wybierać. Inna sprawa, że film ma 16 lat, a zupełnie tego nie czuć. Są też przępiekne zdjęcia. Ale ponieważ nic nie wyłapałam  z zawartej podobno bardzo gęsto w tym filmie hiszpańsko-baskijskiej symboliki, tego co zostało i można było zrozumieć, było dla mnie, jak na film pełnometrażowy, za mało.

niedziela, 17 sierpnia 2008

Jeszcze wakacyjnie

Zgodnie z wcześniejszym planem, wracaliśmy przez Bośnię i Hercegowinę. 

Zanim skręciliśmy w głąb lądu, jechaliśmy wzdłuż Adriatyku - my mamy kilka, oni kilkaset kilometrów zapierających dech widoków.

Potem  jechaliśmy doliną Dwiny - też jest malownicza, ale do kanionu jej Tary daleko.


To wszystko po to, by zobaczyć Mostar.


Takich którzy przyjechali zobaczyć jak to wszystko teraz wygląda, było całe całe mnóstwo i jeszcze trochę.


Momentami miałam wrażenie, że to po to, by nie "zawieść" turystów, na każdym kroku widoczne były ślady ostatniej wojny -  ruiny, powypalane skorupy budynków,  podziurawione ściany.


Z Mostaru pojechaliśmy do Sarajewa. Nie robiłam zdjęć, bo było już ciemno. Tu z kolei miałam wrażenie, że chodzę po mieście, które stara się zapomnieć o wojnie i mu to wychodzi.

Następnego dnia, zamiast skręcić w lewo i wrócić do domu przez Austrię, pojechaliśmy dalej  przez Bośnię.  Cały kraj jest jednym wielkim placem budowy.  Jadąc do Sarajewa widzieliśmy dużo, świeżo zbudowanych (prawdopodobnie  ze środków unijnych) meczetów - małe  białe klocki, wszystkie takie same. Potem, gdy jechaliśmy przez tereny zamieszkałe przez Serbów, też czasami widać było nowy meczet, ale to na pewno nie przypadek, że to w tych wsiach było sporo spalonych domów. Zauważyłam, że często nowy dom budowany był tuż obok starego, może dlatego że tamte ściany za wiele widziały i nikt nie chce w nich teraz mieszkać?

Potem już były Węgry - zawsze jak jadę przez tę ich nizinę, myślę sobie że nic dziwnego że ten kraj przoduje w liczbie samobójców.

Jak dojechałam, pierwsze co rzuciło mi się w oczy to pęknięty na pół sumak. 


Potem to już było tylko gorzej. Powoli zaczynam dojrzewać do tego, by zacząć korzystać z pomocy zewnętrznej - chwilowo mam dosyć tego, że w tzw. czasie wolnym mój wybór ogranicza się do tego, czy latać na miotle, czy na łopacie.

Przed wyjazdem na urlop zlałam chrzan roudup'em. Podziałał, ale tylko na trawę. Chrzan trzyma się mocno.


Pod płotem zrobiło się "za gęsto". Nie mam gdzie przesadzać tych roślin, wyrzucać szkoda, ale w końcu będę musiała się za to zabrać.  Barwinka już nie widać, za chwilę utoną w bluszczu i azalie.


Żałuję (rychło w czas), że jak byłam w Grodnie, nie zrobiłam zdjęć tamtejszych przydomowych ogródków, u nas, nawet na najbardziej zapadłych wsiach, już takich nie ma. Przypominały te, opisane w Panu Tadeuszu, kwiaty, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa, posadzone tak, że gdy jedne przekwitają drugie zakwitają. Na mojej rabatce nuda pospolita i tak jak wszędzie, królują na niej aksamitki.


Jak już i tak muszę zawołać ekipę do sumaka, zastanawiam się czy od razu nie  usunąć smutnego ciągu - bzu w formie drzewa, które zamiast rosnąć puszcza tylko mnóstwo odnóg (wolę krzew i mam taki pod płotem) oraz brunatno - uschniętych tuj.


Zwłaszcza, że cały czas straszy lej po wyrwanej tui. Powinnam pomyśleć o aranżacji całej przestrzeni przed oknem, ale żeby coś wymyślić, trzeba by było się temu przedtem porządnie przyjrzeć. A co spojrzę na te tuje, to uciekam okiem i myślą od tego widoku


Stęskniłam się za kinem. Na razie dostałam taki mail:

Witam, miło mi poinformować, że Pana/Pani recenzja została uznana przez użytkowników za jedną z najlepszych, a w związku z tym chcemy Pana/Panią nagrodzić podarunkiem od film.gazeta.pl. Prosimy o przesłanie swoich danych adresowych, na które mamy wysłać nagrodę. Pozdrawiam.

Ale ponieważ zwrotny mail miał końcówkę g.pl, a nie gazeta.pl, wykazałam czujność i wysłałam do admina gazety mail z prośbą o potwierdzenie.

niedziela, 10 sierpnia 2008

Zatoka Boka (2)

Kolejne zwiedzone miasto to kamienny Perast. Mały i ładny. Chodząc po mieście nie widać tego, że po trzęsieniu ziemi w 1979 roku nie został do końca odbudowany  (tak przeczytałam w przewodniku). Fajne miasteczko bo nie ma w nim (przynajmniej póki co) hoteli i stosunkowo mało jest (w dodatku "nie psujących" panoramy), nowych domów.


Obok Perastu jest sztuczna, usypana z kamieni wyspa, na której stoi kościół. Widoczna z daleka niebieska kopuła sugeruje że to meczet, ale kościół zbudowali Chorwaci, (czyli jest katolicki).


W Peraście natknęłam się na ślady wojny. Ale nie tej ostatniej, tylko przedostatniej. Rozczuliła mnie  wetknięta w pomnik  czerwona gwiazdka - pamiętam, jak dawno temu byłam na cmentarzu we Lwowie i pomiędzy starymi polskimi grobami, były nowe kopczyki, często "udekorowane" takim symbolem. dość upiornie to wyglądało.


Z Perastu pojechałyśmy do Kotoru - turystycznego adriatyckiego koszmarku przyklejonego do urokliwej kamiennej starówki.

Do starej części miasta wchodzi się przez taką bramę.


Był taki upał, że zrezygnowałyśmy ze wspinania się murami do górującej nad miastem twierdzy.


Pochodziłyśmy po kamiennych uliczkach.


I wyszłyśmy drugą bramą.


Chodzę też nad wodę - po raz pierwszy w życiu, ubrana w coś takiego podglądam rybki.


Z rożnych powodów, zamiast wyjechać trzy dni wcześniej zostaliśmy jeden dzień dłużej. Nie wracamy też, tak jak wcześniej planowaliśmy przez Podgoricę, a potem Serbię, tylko przez Bośnię. Teraz żałuję, że nie zrobiłam zdjęć wąwozu Tary. Dopiero po przyjeździe przeczytałam, co mnie tak zachwyciło. Nic dziwnego -  jest to drugi, po wąwozie Kolorado, kanion na świecie, mający ponad 1300  metrów głębokości. Z kolei przejeżdżając przez Podgoricę, zwróciłam uwagę na las drzew, gdzie wszystkie (a nie tylko niektóre), rosły pod kątem mniej więcej 60 stopni. 

Myślałam, że będę miała na to czas wracając, tymczasem jedziemy przez Dubrownik. Za Dubrownikiem skręcamy na Mostar. Z Mostaru do Sarajewa. Potem bez zatrzymania przez Węgry. I jakieś ciepłe źródła na Słowacji. Przynajmniej takie mamy plany.

Jadąc do Dubrownika znów zobaczę las cyprysów. Niesamowity widok.



sobota, 09 sierpnia 2008

Miejskie czytanie (1)

Krzysztof Rutkowski - Paryskie pasaże


Paryskie pasaże K. Rutkowskiego, czyta się bardzo miło. Książka, to taka trochę erudycyjna ciągutka, pełna anegdot i historycznych faktów. Z tym, że tak opowiedziana, że nawet jak o pewnych wydarzeniach niewiele się wie, w czytaniu to nie przeszkadza, co najwyżej nie wyłapuje się pewnych "smaczków". Ja - pewnie dlatego, że niedawno byłam w Paryżu, odczuwałam potrzebę umiejscowienia opisywanych wydarzeń i co jakiś czas odrywałam się od książki i włączyłam google maps.

Osobiście, mam z czytaniem tego typu książek jeden problem. Czyta się świetnie, ale takie skondensowane nagromadzenie faktów, w dodatku we rwących się wątkach sprawia, że wszystko mi po jakimś czasie wylatuje z głowy. I pamiętam tylko tyle, że  z  przyjemnością czytałam. Z każdej, z czterech części książki wynotowałam kilka zdań - ciekawostek. Tak ku pamięci.

Cześć pierwsza: Pasaże uliczne

Ciekawe co myślał Maksymilian Robespierre gdy został wrzucony 9 thermidora do celi w szkolnym budynku, bo liceum w czasie terroru zamieniło się w więzienie." Bo wylądował w szkole która świetnie znał, uczył się w niej i skończył ją jako prymus. Ponadto gdy był jej uczniem na kolanach cytował powitalną mowę przed Ludwikiem XVI i Marią Antoniną, kiedy monarsza para raczyła odwiedzić osobiście, w całym majestacie, szkołę przy ulicy Saint-Jacques.

Cześć druga: Pasaże podejrzane

Słowo "bistro" rozparło się we francuszczyźnie dzięki Kozakom, którzy w roku 1815 kazali sobie w paryskich knajpach bystro podawać trunki, a nie dość śmigłych karczmarzy poganiali nahajką lub kopniakiem.

Cześć trzecia: Pasaże modne

Ktoś opowiadał, że Nurejew tańczył z Plisiecką, która popełniła jakiś drobny błąd i zamiast w objęcia tancerza, runęła na plecy. Nurejew nawet nie drgnął. Nie schylił się ani nie podał ręki. Doszedł mianowicie do wniosku, że jak ktoś robi błędy w sztuce to nie warto się schylać Podobno umarł z godnością.

Cześć czwarta: Pasaże diabelskie

(...) Ów doktorant, Francuz czystej krwi, pisał z zapałem prace o recepcji autora "Ferdydurke" w swoim rodzinnym kraju. Dzieło Gombrowicza pokochał już dawno i postanowił uczenie zbadać, jak o nim we Francji pisali i ile egzemplarzy rocznie dzieł Gombrowicza się sprzedaje. Jak obiecał, tak i zrobił. Wyniki dociekań przedstawił w uczonym referacie i uczestnicy seminarium cieszyli się ogromnie z postępów doktoranta oraz z kariery Gombrowicza. Aż tu nagle wyszło szydło z worka. Ktoś mimochodem przypomniał, że Gombrowicz był Polakiem. "To niemożliwe - zawył doktorant w furii - przecież to Francuz od urodzenia".

piątek, 08 sierpnia 2008

Dubrownik

Czytam  o tym co się tutaj działo kilkanaście lat temu i w ramach otrzymanego od synka "pakietu bałkańskiego" skończyłam Jakbyś kamień jadła Wojciecha Tochmana.


Niesamowita książka. Rzecz o wojnie na Bałkanach, tej sprzed kilkunastu lat. Bośnia. Muzułmanie. W dużym uogólnieniu, reportaż o tym, jak ci co przeżyli poszukują zabitych bliskich, by móc ich pochować.

Nie widziałam wielu rzeczy. Na przykład tego jak zaczął się mord w Srebrenicy.

W sumie w tym ciasnym miasteczku uzbierało się ich (tzn. Muzułmanów) ze trzydzieści tysięcy. Drugie tyle na przedmieściach (...) Wojska serbskie szczelnie otoczyły miasto z przedmieściami i w takim uścisku trzymały je przez następne trzy lata. Organizacja Narodów Zjednoczonych ogłosiła Srebrenicę "strefą bezpieczeństwa", co miało oznaczać gwarancję, że jej mieszkańcom nic się nie stanie (...) Koniec nadszedł 11 lipca 1995 roku. Bośniacka obrona sama wycofała się z przedmieść po informacji otrzymanej z ONZ, że za chwilę nadlecą samoloty NATO i zbombardują serbskie pozycje. NATO nie nadleciało na czas. Serbowie weszli do miasta.

I to nawet nie chodzi o to, że się mordowali, ale o to jak zachodni świat im w tym "pomagał". Jestem jakoś dziwnie pewna, że nie wydarzyło się to raz, a dzieje się ciągle. Książka jest świetnie napisana. Lapidarność jak u Hanny Krall. Czytałam kilka stron i robiłam kilka rzędów na drutach, by to co przeczytałam "przetrawić". Tak non-stop nie mogłam. Z zamieszczonej na okładce noty biograficznej wiem, że W. Tochman wydal jeszcze dwie książki: Schodów się nie pali i Córeńkę. Przeczytam.

Poza czytaniem przygnębiających książek, w ramach oglądania pięknych miejsc, pojechałam z Gośką do Dubrownika.

Nasz znajomy Chorwat twierdzi, że jeszcze trzy lata temu w Dubrowniku stały tablice upamiętniające kogo zabili, co zabrali, czy zniszczyli Czetnicy w ostatniej wojnie.  Wszystko było skrupulatnie podliczone i napisane. Ale podobno "Europa" zażądała usunięcia tych tablic, bo normalizacja - a bez niej nawet nie ma co marzyć o przyjęciu do Unii - wymaga by nie rozdrapywać  ran, tylko starać się zapomnieć o "przeszłości".
Widziałyśmy parę domów - ruin, ale czy zawaliły się od starości, czy od bomb nie wiem. W każdym razie mury pozostały nietknięte.


Dbałość o własne bezpieczeństwo dawnych mieszkańców tego miasta,  robi wrażenie.


Przyjechałyśmy około 10 rano i od razu poszłyśmy "na mury", by jeszcze przed południem zdążyć schować się przed słońcem w jakimś muzeum.


Bernard Shaw powiedział, że Ten, kto szuka raju na Ziemi, powinien przyjechać i zobaczyć Dubrownik. Rzeczywiście Dubrownik jest przepiękny. Ale mam nadzieję, że w raju będzie jednak mniej turystów.


Gapiłam się na ten las czerwonych dachówek, szukając jednego który się wyłamał, ale nie znalazłam.


W środku miasta jest jedna główna ulica.


Od której odchodzą boczne uliczki, wąskie


i bardzo wąskie, tworząc potem na tyłach uroczą plątaninę kamiennych przejść.

W Dubrowniku po raz pierwszy w życiu kupowałam sałatę na wagę. Kolejny raz wpienił mnie też bałkański "maczyzm". Była jedna kolejka do dwóch, ustawionych jedna za drugą, kas. Stało w niej kilka kobiet. Kolejka wolno posuwała się do przodu, ale za każdym razem gdy na jej końcu stawał facet (nie ważne z kobietą, czy bez), od razu podchodził do kasy i był załatwiany bez kolejki. Stojące w kolejce kobiety dzieliły się na takie, które robiły zdziwione miny (turystki) i pozostałe, które spokojnie traktowały tę sytuację jako coś oczywistego.

Wracając, wpadłyśmy na chwilę do Herceg Novi. Był zmrok. Mój aparat nie radzi sobie z takimi warunkami.. Może i lepiej, bo nie uwieczniłam koszmarnych blokowisk z wielkiej płyty. Nie ma zdjęć i może po jakimś czasie zapomnę.


czwartek, 07 sierpnia 2008

Boka Kotorska (1)

Robienie za frytkę w piekarniku dość szybko mi się znudziło. Zwłaszcza, że nic na tym słońcu poza leżeniem nie mogłam robić, bo za każdym razem jak brałam książkę czy druty do ręki, zaczynały mnie boleśnie szczypać oczy i okulary słoneczne nic tu nie pomagały.

Szczęśliwie dla mnie, Gośka też miała dość i postanowiłyśmy porozglądać się po okolicy.


Na początek przeprawiłyśmy się promem do Kamenari


i spojrzałyśmy na nasze Lepetani z drugiego brzegu. 

Po "naszej" zatoce pływają i takie "promy". Nasz był mniejszy i dla niezmotoryzowanych za darmo.


Nawet się trochę po wspinałyśmy, by spojrzeć na to wszystko z góry.

Doszłyśmy do Bijeli, ale tego dnia nie miałyśmy nawet zielonego pojęcia jak wiele dzieli te dwa brzegi. Dopiero poznany kilka dni później Chorwat wiele nam wyjaśnił - dogadałyśmy się z nim bez problemu, bo jedna z jego żon (miał trzy) była Polką, mieszkał z nią na Żoliborzu. Teraz też mieszka z Polką, tyle że w Amsterdamie. Dowiedziałyśmy się od niego, że mieszkamy po stronie "chorwackiej", a tamta strona - od Kamenari do Herceg Novi - to "czetnicy". Tak było już przed wojną i gdy w czasie wojny "czetnicy" zaatakowali Lepetani, uprzedzeni o tym Chorwaci wystrzelali ich jak kaczki. Teraz (wg. naszego rozmówcy) do potomków tamtych Serbów, dołączyli uciekinierzy z Chorwacji, którzy dorobiwszy się na wojnie, inwestują w turystykę Czarnogóry. Bo Czarnogórcy (to też wg. naszego rozmówcy) dzielą się na dobrych i złych (ci drudzy mają "serbską duszę").

Na to, że istnieje taki podział mogłyśmy wpaść i wcześniej. W malutkim Kamenari z daleka widać stojącą na wzgórzu cerkiew

Na sąsiednim wzgórzu, są jeszcze dwie, tyle że stare i opuszczone.


Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie, pokazujące jak tu ładnie. Boka Kotorska to taki mały ewenement - fiord na Adriatyku. Z tym że tam w Norwegii nie ma tak kwitnących oleandrów.



poniedziałek, 04 sierpnia 2008

Jesteśmy w Czarnogórze

Jechaliśmy tu przez dwa dni.

Kiedyś, oprócz ubrań, w samochodzie musiało znaleźć się jeszcze miejsce na namiot, materace, śpiwory, żarcie. Czym teraz samochód był tak obładowany, nie wiem. Ale był.

Jechaliśmy przez Węgry. Węgrzy mówią po węgiersku - również ci, zatrudnieni w tzw. segmencie turystycznym (przynajmniej tylko takich spotkaliśmy).  I dlatego, chociaż w Miszkolcu byliśmy parę minut po dziewiątej, trafienie do zarezerwowanego przez Internet hotelu zakończyło się sporo po północy i przypominało zabawę w "ciepło - zimno". Aby zakończyć tę zabawę trzeba było odkryć, że chociaż hotel stoi niedaleko głównej drogi, to jest nieoznakowany i dojeżdża się do niego skręcając z bocznej drogi prowadzącej do centrum handlowego. Na głównej przelotowej drodze nie było też żadnych rzucających się w oczy reklam, zachęcających do zatrzymania wie w Miszkolcu - a dziwne to bardzo, bo pływanie w jaskini boskie (zdjęcie wzięte  z sieci).

 
Potem jechaliśmy przez Serbię przez  tak piękne góry, że się jechało i podziwiało, podziwiało i podziwiało.

Co chwilę mijaliśmy tablice informujące o mijanych po drodze monastyrach. Przy jednym - tyle że takim bardziej współczesnym  (niektóre z tamtych były i z XII wieku), nawet się na chwilę zatrzymaliśmy.

W przerwach, gdy już czułam "banalizację otaczającego mnie piękna", robiłam na okrągłych drutach czapeczkę - Upadły Ku Klux Klanik.

Drugi nocleg też był z przygodami. Tym razem, gdy o pierwszej w nocy dojechaliśmy do motelu w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg, nikogo nie udało nam się obudzić. Pojechaliśmy więc dalej, ale następne wolne pokoje znaleźliśmy dopiero po prawie trzech godzinach jazdy. Tam gdzie dojechaliśmy też było pięknie. Taki miałam widok z okna mojego pokoju.

Pergole w Czarnogórze nie zawsze są z winorośli - bywają i z kiwi. Trochę mnie to zdziwiło, bo myślałam, że kiwi rośnie na czymś, co przypomina duży krzak agrestu.

W końcu dojechaliśmy na miejsce. Mieszkamy w Wilii Antonia (tak ma też na imię córka naszego gospodarza). Na zdjęciu, to ten dom u góry.

Z naszego okna mamy piękny na zatokę.

Pokój współczesnego turysty wygląda tak.

Z dietą, jak można było przewidzieć, krucho.

Porównanie z Gumisiem, też nie wypadło najlepiej.

Nie do końca jest tak wesoło.

Pod oknem przystań promowa. Silniki buczą. Mnie to nie przeszkadza, ale Kaśce tak. Strach ruszać się gdzieś samochodem, bo po powrocie trudno znaleźć miejsce do parkowania. Denerwujący jest też pan gospodarz i jego "maczyzm" - o wszystkich, nawet tych najbardziej banalnych sprawach, rozmawia tylko  Jackiem, nas olewa - mówi tylko dzień dobry i co najwyżej pyta gdzie jest Jacek. 

W czwartek chcemy poszukać innego miejsca i tam spędzić 2 - 3 dni. Czy będzie tam sieć, nie wiem.

I to co już wiem - warto znać na pamięć numer Pin-u. Nie naładowałam komórki na czas i najbliższe dni będę musiała przeżyć bez komórki. Łatwo nie będzie.    

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli