niedziela, 30 sierpnia 2009

Więcej światła

Do kuchni wpadły już pierwsze promyki światła.


Będąc doświadczoną, zaprawioną w bojach remonciarą, z góry doliczyłam 10 % na nieprzewidziane wydatki, ale nie wiem czy to wystarczy. Wprawdzie pan elektryk, mimo że miał pełną świadomość, że jestem "na musiku", nawet aż tak dużo nie policzył, ale za to przeciął kabel antenowy. Zawołałam pana od anteny - stwierdził, że jeżeli teraz kable antenowe mają być wpuszczone w ścianę, to lepiej je wymienić i  dodać na zapas kabel HD. Brzmiało to przekonywająco, ale żeby ograniczyć koszty wpadłam na pomysł, by kable puścić krótszą drogą przez szyb wentylacyjny od kominka i antenę też zamontować bliżej, na kominie od kominka. Na to z kolei nie zgodził się pan kominiarz., a że to drewniany dom, więc kominiarz rządzi. Wróciliśmy więc do poprzedniej, droższej wersji.

A to dopiero trzeci dzień remontu.

Kolejny remontowy kłopocik, to jak ułożyć kafelki? Do domu przyjechały niby są te same kafelki, które oglądałam w sklepie, ale jednak nie takie same -  pani, która pokazywała mi płytki nie uprzedziła mnie, że kafelek składa się z dwóch płytek. Wprawdzie mogę panom dopłacić za pocięcie, ale takie akcje zawsze oznaczają straty, a aż takiego zapasu nie kupiłam. Z kolei jak ułożę je bez cięcia,  to fuga będzie się kłóciła z  wyżłobieniem - zwłaszcza w tym pierwszym ułożeniu, które mi się zdecydowanie bardziej podoba.


Za tydzień biorę 10 dni wolnego (nie nazywam tego urlopem, bo urlop kojarzy mi się z wypoczynkiem, a nie z remontem). Rzeczy do zrobienia jest tyle, że nie wiem, czy się ze wszystkim przez te dwa tygodnie wyrobię. Na razie - czekając na powrót kosiarki z naprawy -   zabrałam się trochę za ogród i ostrzygłam drzewa. Powinnam to zrobić od góry, bo to tam jest całe mnóstwo dzikich odrostów. Ale przycięłam je od dołu, bo to dolne gałęzie mi przeszkadzają, gdy jeżdżę kosiarką.


Sunrise Circle dalej w robocie. Niewiele mi brakuje do końca, ale coraz bardziej się zastanawiam, na ile te wszystkie cudne projekty nadają się do noszenia. Na przykład Veronique była śliczna, ale tylko przez chwilę. Jak do tej pory nie mam dobrych doświadczeń z przodami wyrastającymi z pleców. Coraz to ktoś ma na to inny pomysł, ale te wszystkie wzory mają jedną cechę wspólną - przody wracają tam skąd pochodzą, czyli na plecy. Można je  wprawdzie siłą "przytrzymywać" broszką, ale chyba nie o to chodzi.

Wymyśliłam za to jak zrobić czapkę Quincy,  nawet napisałam o tym na moim drugim blogu.


Kina nie ma i nie wiem czy będzie. Byłam nawet przez chwilę gotowa pójść na ostatni film Wendersa, ale przeszło mi po przeczytaniu kilku recenzji. W tym tygodniu widziałam za to fajny film w telewizji: Rozmowy z innymi kobietami. Jak by jeszcze powtarzali (w Ale kino często się to zdarza), polecam. Ona i  on dawno temu rozwiedzeni, spotykają się sami, bez swoich partnerów na weselu i spędzają tę noc razem. Niesamowite dialogi. W kinach takich filmów nie dają.

Byłam za to (przez moment) ma koncercie Tede'go. 


Koncert odbył się w ramach Dni Milanówka Całkiem sensownie założyli, że jak już ktoś przyjedzie, to rowerem.


Tyle, że wymyślenie strzeżonego parkingu dla rowerów wyczerpało chyba  cały potencjał intelektualny organizatorów tego święta. W jednym rogu niedużego boiska stał namiot Tede'go, w drugim zorganizowano dyskotekę na świeżym powietrzu, a w trzecim wesołe miasteczko.  Każde z tych miejsc było osobno nagłośnione (tzn. głośniki były rozkręcone na maxa). Niosło się po okolicy że hej (potem sobie uświadomiłam, że dudnienie w moim ogrodzie, to były odgłosy tej imprezy). To  ja na tym koncercie.


Na koncert pojechałam naokoło, drogą przez pola. Zawsze jak tamtędy jadę rowerem, czuję się jak na wakacjach. 


I tu pojawił się problem. Czy to o nawłoci (skoro czasami jest nazywana polską mimozą), śpiewał Niemen (mimozami jesień się zaczyna). A jeżeli nie o tej nawłoci, to o czym?

O książkach innym razem, może w tygodniu.

środa, 26 sierpnia 2009

Zarządzanie chaosem

W środę rano ogród, w którym miałam równolegle do rozpoczynającego się remontu coś tam porobić, wyglądał tak:


W domu  też taki bajzel, że można jedynie kontemplować, robić coś nie sposób.


Cały dzień panowie  bawili się na strychu tym, co im kupiłam w lokalnym składzie budowlanym.


I mam już kuchenne ściany  "podciągnięte" do dachu.

W międzyczasie panowie od dachu wstawili mi okna (było dla mnie tak oczywiste, że będą w takim kolorze jak pozostałe, że nie dogadałam się co do koloru i będzie je trzeba jeszcze pomalować).


 Zaliczyłam też już pierwszy nieprzewidziany wydatek - nie pomyślałam o kablach. Ponieważ chciałabym wywalić poprzeczne belki i zostawić tylko grube stropowe "kloce",  wszystkie kable, które idą w poprzek, powinny być poutykane wzdłuż ścian, w specjalnie w tym celu zrobionej "komorze". Ale żeby było to możliwe, trzeba je najpierw "przedłużyć". Znalazłam jakiegoś elektryka, ma jutro przyjść, ale obawiam się że policzy jak za zboże.


Nie samym remontem człowiek żyje. Dzięki dziewczynom z forum, wiem już jak zrobić czapkę Quincy. Jednak wstęga Mobiusa. Na razie mam tyle:





niedziela, 23 sierpnia 2009

Z cyklu: udowodnij, żeś nie wielbłąd/wielbłądzica

W ramach prowadzonego zimą na peronach metra polowania, padłam ofiarą  gorliwych bileterów i za nieprawidłowo podpisaną kartę miejską dostałam mandat za jazdę bez biletu. Ponieważ w prasie dopiero rozkręcała się awantura na ten temat, zapłaciłam na wypadek gdyby nie uwzględnili mojego odwołania (przez pierwsze 10 dni płaci się 100, potem 150  zł) i spokojnie czekałam na dalszy rozwój wypadków. W końcu dostałam odpowiedź - odwołanie uwzględnili, ale wyliczyli, że nie tylko nic mi nie zwrócą, ale mam im jeszcze dopłacić 165 złotych - podobno w 2002 roku dostałam mandat za jazdę bez biletu i go nie zapłaciłam. Nie pamiętam żadnej takiej akcji, tyle, ze nic im dzisiaj nie mogę udowodnić. Dotarcie do mojego ówczesnego konta, poza tym  że kosztowne, też by nic nie dało - prawie na pewno, nawet jeżeli dostałam mandat, to  go nie zapłaciłam, tylko pojechałam, pokazałam kartę, której z jakiegoś powodu nie miałam przy sobie i na tej podstawie kara została anulowana. Tyle że teraz MZK twierdzi, że ponieważ wiosną 2003 roku wysłano do mnie ponaglenie (nie mieszkałam wtedy w domu, więc pozostawiono je w aktach ze skutkiem doręczenia), było to równoznaczne ze wszczęciem windykacji i sprawa nie uległa przedawnieniu.

Nabrałam ochoty na drutowanie. Kończyłabym już pewnie Sunrise circle, ale musiałam spruć przód - przy dodanych oczka wychodziły dziury, sprawdziłam na Youtube i okazało się, że we wzorze było M1L, a ja robiłam M1R. 


Latem szukałam bawełny na ażurowe bluzki, na swoim blogu Rene poleca Cotton Eco, budzi zaufanie, ale kolory mdłe i jeszcze o następnym lecie nie myślę. Myślę za to o szalach, ale z wełną krucho. Polecanej przez Dagi Andory nigdzie nie  ma, Małgorzata poleca Lavitę - ale kolory takie byle jakie. Zastanawiam się nad czerwoną, tylko co ja zrobię z czerwonym szalem?

Na razie kupiłam w Soho na Śniadeckich wełnę na rozpinane swetry - m.in. na Darcy. Dwie, bo nie umiałam wybrać - oba kolory mi się podobały.


I jak zawsze o tej porze roku, powrócił problem czapki, w której się nie wygląda jak straszydło.

Zastanawiam się nad okrągłym stojącym garnkiem:


Z tym że nie w takich mdłych kolorach, tylko np. w takich. I zastanawia mnie też jak zrobiona jest ta czapka, nie wiem czy się nie skuszę i nie kupię wzoru.


W tym tygodniu zaczynam remont kuchni. Nie wiadomo kiedy się skończy,  bo nie wiadomo kiedy Bojar znajdzie chwilę czasu na zrewitalizowanie szafek.  Na razie mam sukces - szukałam płytek klinkierowych na ścianę i znalazłam dokładnie takie jakie chciałam. Trafiłam do sklepu - marzenie. Niełatwo tam trafić, pierwsze strony wyszukiwarek pokazują jakieś badziewiaste firmy, a nawet jak się wejdzie na ich stronę internetową, to też nie urzeka. Ale jak już się do nich trafi, głowa boli od wyboru. Szukałam białych płytek klinkierowych, w większości jak już mieli białe, to tylko w jednym gatunku, jak znalazłam taki, co były dwa, to trzeba było złożyć zamówienie i tydzień czekać, a w tym pani powiedziała, że  jak przyjadę, to chyba sobie coś wybiorę, bo białych ma sześć rodzai. 

Wybrałam:


Do rozwiązania pozostała sprawa zawiasów, uchwytów, szybek i obudowy zmywarki.



środa, 19 sierpnia 2009

Kolorowe czytanie (3)

Petra Hůlová - Czas Czerwonych Gór


Dziwna książka. Nie umiem jednoznacznie powiedzieć czy mi się podobała, czy nie.

Przez pierwsze kilkadziesiąt stron coraz bardziej wciągała mnie opowieść o żyjącej w jurcie, na obrzeżach współczesności mongolskiej rodzinie. Wprawdzie Petra Hůlová jest Czeszką, ale skończyła mongolistykę, założyłam więc że zna rzeczywistość o której pisze i czytałam z rosnącym zaciekawieniem (nawet gdyby była to tylko gra jej wyobraźni, to dobrze napisane bajki też są ciekawe). Dodatkową łyżką miodu było to, że opowieść snuta jest z pozycji kobiet - pierwsza opowieść to relacja córki, pozostałe to relacje jej sióstr, ich matki, oraz dziecka jednej z nich.

Ale potem zafascynowanie opisem nieznanej rzeczywistości minęło i zaczął razić schematyzm opowieści - za dużo dydaktycznego smrodku, właściwej wymowy i mało prawdopodobnych relacji. Demoniczne miasto (w tej roli Ułan Bator) ze swoją nowoczesnością, w którym szukające schronienia kobiety są pożerane, a następnie po rabunkowej eksploatacji, wypluwane na rodzinny śmietnik jako zbędny element. Ostoja tradycji i "wartości" to jurta i to tam zostały silne kobiety. Z tym że nie mają już siły dawnych szamanek. A i tak siła tych dawnych szamanek, to mały pikuś, przy sile kobiet, które kiedyś żyły w tych jurtach - w patriarchalnym społeczeństwie potrafiły siłą wzroku zmusić swojego mężczyznę do pokochania i traktowania jak wszystkich dzieci jednakowo - zarówno ich wspólnych jak i tych co do których nikt nie miał wątpliwości że są owocem jej skoków w bok.

No i miało być o Mongolii a wyszła sprawnie napisana bajeczka.

niedziela, 16 sierpnia 2009

Nie jest dobrze, czyli coś z Czechowa

W tym tygodniu dwie osoby i to niezależnie od siebie, powiedziały że pachnie im Czechowem - niby miło i sennie, ale taka logika sytuacji, że prędzej czy później, ale "łupnąć" musi.

U mnie już "łupło", tyle że na małą skalę. Chyba zaczęłam też płacić rachunek za godziny spędzane przy monitorze. I gdy jeszcze  zlekceważyłam zimno sierpniowej nocy i  wyszłam w letniej pidżamie otworzyć nocą furtkę zbłąkanej ciotczanej duszy, zapłaciłam za to jakimś potwornym zapaleniem kostno-mięśniowym. I to na tyle upiornym, że z piątku na sobotę  ból zafundował mi bezsenną noc. W sobotę przyjechał do mnie rescue team i zamontował mi na kanapie taką konstrukcję:


Na zdjęciu narysowałam pozycję, którą trzeba zachować. Pomaga!

Przez to wszytko nie poszłam na robótkowe spotkanie. A szkoda, bo już wiem, że chcę robić szale, tylko nie mam pomysłu z czego. Chyba jednak nie z Luny, bo  nie budzi mojego zaufania. Nitka jest tak cienka i byle jaka, że boję się, że nadziubię się cienkimi drutami jak głupia, a w pierwszym dniu noszenia szal się zaczepi i porwie.  Dagi poleca Andorę, ale dopóki nie wezmę w ręce, to się nie przekonam. Lunę też zachwalają. A wzorów na szale tyle,  że aż nie wiadomo co wybrać. Teraz jeszcze Dagi znalazła szale estońskie. Haapsalu sall. Ogrom wzorów, z których można robić dowolne układanki. Mają bardzo ciekawe układanki nie tylko z dziur, ale i z wypełnionych oczek.


Na razie wróciłam do Sunrise Circle.

Miałam też wreszcie w ten weekend zabrać się za ogród. Zwłaszcza, że chwilowo mam dosyć zatrudniania "osób do pomocy". Joanna wytłumaczyła mi przyczynę moich porażek: nie umiem być w takich sytuacjach oschła, niemiła i w up ... sposób wymagająca. I nawet jak nie jestem do końca zadowolona z efektu, płacę tyle na ile się wcześniej umówiłam. I już wiem, że dopóki się nie nauczę inaczej postępować, będę robiona w konia. Do tego  czasu muszę sobie powtarzać - jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam. W zasadzie całe drewno jest do przełożenia (zaczęłam już nawet układać, ale po chwili łokieć przypomniał mi, że miałam go oszczędzać). 


Przeczytałam biografię Anny Achmatowej.


Bardzo ciekawa kobieta, książka o niej też (napisana jest nie tylko rzeczowo, ale i z dużą ilością ciekawych anegdot i szczegółów), z tym że coś w niej było dla mnie "nie tak". Momentami miałam wrażenie, że w miarę poznawania szczegółów jej życiorysu, autorka miała coraz większy problem z tym co ma o niej myśleć. Bo tak jak większość życiorysów  ludzi którzy żyli "tam i wtedy",  również losy A. Achmatowej są zaplątane przez dwudziestowieczną historię w chińskie osiem. Autorka książki poradziła sobie z tym tak, że  tylko sygnalizowała istnienie rys na portrecie i co jakiś czas  przytaczała (albo siliła się na własne)  pełne przymiotników opisy, określających ją jako kobietę naj-naj-naj. Przeszkadzały mi też, zawarte we fragmentach pisanych z myślą o odbiorcach  mających mgliste pojęcie o historii tego regionu, uproszczenia. Sama poezja A. Achmatowej jak dla mnie mało przetłumaczalna - znałam jej kilka wierszy i po przeczytaniu tej książki zdania nie zmieniłam, Cytowane w tej książce dwuwersowe fragmenty niejednokrotnie świetnie wplatały się w tekst i skłaniały do zadumy, dłuższe wiersze "haczyły" - mogę tylko wierzyć na słowo, że w oryginale brzmią wspaniale 

Lato się kończy. Najlepiej określiła to Gocha: piękną mamy jesień tego lata. Jedyne co w tym dobrego, to że prawie już nie ma komarów. Koników  polnych też coraz mniej:


A skoro lato (którego i tak nie było), już się kończy, kilka zdjęć z wakacji. Moje z Brodnicy:


i dwa, mojego synka, z Żyrardowa. To zamieścił w necie z podpisem zapewniliśmy Polsce godne miejsce wśród narodów świata:


A to tamtejszy cmentarz żydowski:


Póki co dieta czyni cuda. Początkowo, postanowiłam zastosować się rygorystycznie do zaleceń tej diety i przez pierwsze cztery dni wyrzec się tak przeze mnie ukochanej herbaty. W bezsenną noc się poddałam  - zracjonalizowałam sobie to tak, że może te  bóle to zespół abstynencyjny po odstawieniu teiny. Ale i z herbatą, czwartego dnia poranny łazienkowy wskazomierz nastroju pokazał spore wahnięcie w miłym dla serca kierunku. A  kto wie co wymyślę dalej  ...

ps. zdjęcie dedykowane Ańćce.

poniedziałek, 10 sierpnia 2009

Kolejne rękawiczki

Popełniłam na drutach malutką "awanturkę" - kolejne rękawiczki, na kolejny prezent.

Wszystko wskazuje na to, że do kalendarza została wpisana kolejna impreza: "sierpniowy wieczór wróżb Dany" - tak jak i w zeszłym roku, tak i w tym umówiłyśmy się na takie spotkanie na imieninowym spływie kajakowym.

Tym razem gdy dojechałyśmy na umówione miejsce, sama się zdziwiłam gdzie jestem. Słyszałam, że remontują duży dom, ale nie wiedziałam, że aż tak duży.


Głupio poczułam się z tym moim narzekaniem na to, że nie daję sobie rady ze swoim trawnikiem:


czy że mam za duży dom do sprzątania:


Gdy my siedziałyśmy przed domem, mężczyźni w tzw. palarni grali w karty. Chwilami im zazdrościłam, bo tak jak i w zeszłym roku, wróżby były dla mnie zbyt  wieloznaczne - momentami zamiast jak u wróżki, czułam się jak u terapeuty.


Koniec tygodnia spędziłam u Iwony w jej wiejskim raju.


Rządzi tam kot o imieniu "Bezstresowy" - na własne oczy widziałam,  jak podszedł do zgłodniałego wyżła, który chwilę wcześniej dostał dawno wyczekiwany obiad - pies natychmiast odszedł i oddalony o metr, spokojnie czekał, aż kot się naje.


Pojezierze Brodnickie jest przepiękne.


Siedlisko Iwony nie jest nad samym jeziorem - na jej miejscu też bym tak zrobiła,. Lepiej mieć kilka kilometrów do jeziora i pewność, że otoczone polami zaprzyjaźnionego gospodarza siedlisko, będzie we wsi jedynym tego typu "turystycznym" obiektem. Alternatywą jest zamieszkanie nad brzegiem jeziora w szeregowej zabudowie letnich domków, z przyklejoną do nich turystyczną infrastrukturą. Pojechałyśmy na wycieczkę po okolicy i minęłyśmy kilka takich "osiedli". Koszmar.

Na jesieni mam dostać sadzonkę "dziwaczka" - nazwa stąd, że na jednym krzaku rosną kwiaty w różnych kolorach.

Od dłuższego czasu ciągle gdzieś jest jakieś przyjęcie, proszony obiad, czy spotkanie w knajpach. Ponieważ ledwo, ledwo wciskam się już w swoje dżinsy, postanowiłam przerwać ten ciąg  i przejść na dietę. Tym razem wybrałam nie tradycyjną , ale dietę płaskiego brzucha.  Kupiłam nawet książkę:

Dieta wygląda nawet sensownie, je się  to co lubię i restrykcyjne są w niej tylko pierwsze cztery dni. Wstępnie zabukowałam sobie czas od wtorku do piątku.  Chwilę później Joanna zaprosiła mnie na środę na babski sabacik, oczywiście z poczęstunkiem ... Nie zdążyłam się zastanowić, czy gdy zobaczę zastawiony stół, będę potrafiła się oprzeć,  jak zostałam zaproszona jutro na obiad ... Gotowanie stało się modne, a ja ze swoim łakomstwem, jestem ofiarą tej mody.

środa, 05 sierpnia 2009

Jeszcze jedna lista

Tak jak pisałam, znalazłam na blogu Artdeco listę - dłuższą niż trzypunktowa: drzewo, syn i dom, więc pewnie dla bab.

1. Started your own blog
2. Slept under the stars
3. Played in a band
4. Visited Hawaii
5. Watched a meteor shower
6. Given more than you can afford to charity
7. Been to Disneyland/world/Disneyland Paris
8. Climbed a mountain
9. Held a praying mantis (mantis = modliszka)
10. Sang a solo
11. Bungee jumped
12. Visited Paris
13. Watched a lightning storm at sea
14. Taught yourself an art from scratch
15. Adopted a child
16. Had food poisoning
17. Walked to the top of the Statue of Liberty
18. Grown your own vegetables
19. Seen the Mona Lisa in France
20. Slept on an overnight train
21. Had a pillow fight
22. Hitch hiked
23. Taken a sick day when you’re not ill
24. Made a Snow Angle
25. Held a lamb
26. Gone skinny dipping
27. Run a Marathon
28. Ridden in a gondola in Venice
29. Seen a total eclipse
30. Watched a sunrise or sunset
31. Stood in the rim of the Grand Canyon
32. Been on a cruise
33. Seen Niagara Falls in person
34. Visited the birthplace of your ancestors
35. Seen an erupting volcano in person
36. Taught yourself a new language
37. Had enough money to be truly satisfied
38. Seen the Leaning Tower of Pisa in person
39. Gone rock climbing
40. Seen Michelangelo’s David
41. Sung karaoke
42. Seen Old Faithful geyser erupt
43. Bought a stranger a meal at a restaurant
44. Visited Africa
45. Walked on a beach by moonlight
46. Been transported in an ambulance
47. Had your portrait painted
48. Gone deep sea fishing
49. Seen the Sistine Chapel in person
50. Been to the top of the Eiffel Tower in Paris
51. Gone scuba diving or snorkelling
52. Kissed in the rain
53. Played in the mud
54. Gone to a drive-in theatre
55. Been in a movie
56. Visited the Great Wall of China
57. Started a business
58. Taken a martial arts class
59. Visited Russia
60. Served at a soup kitchen
61. Sold Cookies for charity
62. Gone whale watching
63. Been given flowers for no reason
64. Donated blood, platelets or plasma
65. Gone sky diving
66. Visited a Nazi Concentration Camp
67. Bounced a check
68. Flown in a helicopter
69. Saved a favourite childhood toy
70. Visited Buckinham Palace
71. Eaten Caviar
72. Pieced a quilt or blanket
73. Stood in Times Square
74. Toured the Everglades
75. Been fired from a job
76. Seen the Changing of the Guards in London
77. Broken a bone
78. Been on a speeding motorcycle
79. Been to the top of the Empier State Building
80. Published a book
81. Visited the Vatican
82. Bought a brand new car
83. Walked in Jerusalem
84. Had your picture in the newspaper
85. Read the entire Bible
86. Visited the White House
87. Killed and prepared an animal for eating
88. Had chickenpox (ospa wietrzna)
89. Saved someone’s life
90. Sat on a jury
91. Met someone famous
92. Joined a book club
93. Lost a loved one
94. Had a baby
95. Seen the Alamo in person
96. Swam in the Great Salt Lake
97. Been involved in a law suit
98. Owned a cell phone
99. Been stung by a bee

Wyszło mi 48/50, ale zestawienie ukąszenia pszczoły z adoptowaniem dziecka, trochę jednak dziwi.

Przeczytałam Kalifornijski Kadisz Henryka Grynberga i w przeciwieństwie do Uchodźców, ta jego książka zrobiła na mnie duże wrażenie.



Kalifornijski kadisz to opowieść o ostatnich latach życia matki i ojczyma H. Grynberga, którzy po wyjeździe z Polski, na koniec osiedlili się w Kalifornii. Ładunek zawartego w tym opowiadaniu smutku i nostalgii za światem w którym dorastali i który bezpowrotnie został zniszczony powala. Na dokładkę jest jeszcze opowieść syna, który towarzyszy matce w umieraniu i sprawozdanie z rozpadania się rodziny w miarę postępowania sprawy spadkowej. 

W książce jest jeszcze opowiadanie Dziedzictwo - sprawa, która jest w nim opisana jest była mi już wcześniej znana, bo widziałam film dokumentalny na ten temat.    Opowieść o tym, jak H. Grynberg wraca po latach w rodzinne strony i usiłuje wyjaśnić w jakich okolicznościach zginęła jego rodzina (udało im się uniknąć wywózki i ukrywali się w lesie). Robi wrażenie. Zupełnie nie dziwi taki komentarz autora:

Mój dobry znajomy, Polak, katolik, bardzo znany i szlachetny człowiek, powiedział do mnie po obejrzeniu filmu: Jak pan może po tym wszystkim mówić i pisać po polsku? Jak to? - zdziwiłem się - przecież co namniej połowa tych ludzi na filmie mówi, że udzielali schronienia i pożywienia, że robili co mogli. Kłamią - odpowiedział krótko mój znajomy.

niedziela, 02 sierpnia 2009

Środek lata

Wreszcie coś skończyłam. Zrobiłam bez szwów i wydłużyłam górę, tak że paski były zbędne. Wyszło mi 25 dkg (druty "4"). Dałam córce na imieniny - pomyślałam że jak w sierpniu będzie pływać po Cykladach, będzie jej pasować do dżinsów.


Zrobiłam zdjęcie i na "ludziu", ale przepadło - po raz pierwszy odkąd mam aparat cyfrowy  pomyliłam komendy i zamiast wgrać do komputera wykasowałam zdjęcia z aparatu. Wszystko ma wady i zalety, aparaty cyfrowe też.

W tym tygodniu odkryłam, że od zimy czekałam na lato, a gdy wreszcie przyszło, to nie mam czasu, by to zauważyć. Zamiast skorzystać z kilku  zaproszeń (w połowie sierpnia mam też zaplanowany  remont), okazało się, że inni już poszli na urlop i zamiast zgasić światło, muszę pracować.

Powoli zaczęłam też przygotowywać się do zimy - w tym tygodniu był już pan kominiarz i konserwator pieca gazowego. Okazuje się, ze piec też nie jest taki, jaki być powinien - model, który posiadam wymaga stałego dopływu świeżego powietrza i jak zimą zatykam znajdujący się obok pieca wywietrznik (działający jak otwarte okno), piec nie tylko zużywa więcej gazu, ale też wydziela dwutlenek węgla.  Powinnam mieć piec z tzw. zamkniętą komorą spalania.  Nie wiem, kto wymyślił, że to faceci budują domy. Nie tylko u mnie  to nie zadziałało.  Ostatnio jak  byłam u Ańćki (podobnie jak u mnie, jej dom też był kiedyś wspólny i to on nadzorował jego budowę), fachowcy którzy przyszli podłączyć okap, odkryli w kominie kable instalacji elektrycznej.

Był też pan od anteny na dachu - za chwilę skończy mi się promocja Canal+, zamiast 20 zł miesięcznie, będę płacić 40 i w tej sytuacji stwierdziłam, że najwyższy czas  uczynnić antenę, która zamilkła 1,5 miesiąca temu, jak tylko zaczęły się ulewne deszcze. Pan od anteny obciął sosnom kolejne gałęzie i przy okazji wymienił konwerter - okazuje się że ich jakość jest taka, że w zasadzie powinny być wymieniane co pół roku (o tym w ulotkach reklamowych nie piszą). 

W tym tygodniu miałam w planie skoszenie trawy (udało mi się), wykarczowanie ugoru pod oknem (poradziłam  sobie "połowicznie") i pomalowanie płotu (nawet farby nie kupiłam).


Ale za to byłam na wieczorze poetyckim.


Spędziłam dzień u Beaty, gdzie nastąpiła prezentacja Malwiny.


I z okazji przyjazdu córki zaliczyłam kolejny rodzinny obiad - tym razem w małym gronie, czyli ja, dzieci i Michał. Każde z tych wydarzeń zasługuje na osobny, okraszony smacznymi anegdotami, wpis na blogu. Ale pozostając wierna przyjętej formule, zacznę  jutro kolejny dzień pracy od porannej herbaty z Beatą i opowiedzenia jej "839 odcinka serialu", a tu przywołam tylko komentarz jaki po obiedzie rodzinnym zamieścił na Facebooku mój synek: to szło jakoś tak: "mali rodzice mały kłopot, duzi rodzice duży kłopot". ha!

Przeczytałam drugą (i ostatnią) książkę Rubena Gallego i o ile pierwsza (tzn. Białe na czarnym) zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie, to Na brzegu ani ani. Cały czas miałam wrażenie, że książka została napisana nie z potrzeby serca, tylko po to by płynąć na fali popularności po otrzymaniu za Białe na czarnym nagrody Bookera.


Opowieść o przyjaźni Rubena z Miszą - znali się domu dziecka i gdy po latach znów spotkali się w tym samym domu starców, zamieszkali w jednym pokoju.  Żyli w miarę dostatnio ze spadku, który otrzymał Misza. Ruben, jako ten "sprawniejszy" opiekował się chorującym na miopatię Miszą, w zamian otrzymując bezcenne w jego przekonaniu nauki jak żyć. Z tym, że też nie jest do końca jasne ile w tym powieści, ile reportażu, a ile ckliwego wyciskacza łez. I zamiast wzruszyć się jak stary siennik, żałowałam że rozmieniłam wrażenie po przeczytaniu jego poprzedniej książki na drobne.

Za to druga przeczytana w tym tygodniu książka, chociaż nie przepadam za opowiadaniami,  bardzo mi się podobała.


Tłumacz chorób to debiutancka książka Jhumpy Lahiri, dostała za nią Pulitzera, całkiem zasłużenie.  Kilka zwykłych, wziętych z życia,  ciekawie napisanych historii z życia hinduskich imigrantów w USA. Bardzo przyjemnie się czytających, nie za krótkich, nie za długich i z odpowiednią dawką multikulti - taką, że zaciekawia, ale nie epatuje odmiennością.

Jak za starych dobrych lat (to se ne wrati), poszłam z córką do Kinoteki.


Cichy chaos to opowieść o facecie, który po nagłej śmierci żony, ogłosił "strajk" - wycofał się z życia zawodowego, rano zamiast do pracy, odwoził 10-letnią córkę do szkoły  i dopóki z niej nie wyszła, czekał na nią na pobliskiej ławce.  Ładnie zagrane,  sporo miłych dla oka i ucha scenek rodzajowych, ale  jest coś w tym filmie głęboko nieprawdziwego - może to, że choć problemy z którymi zderzają  bohaterowie jak najbardziej  wzięte z życia, to sposób w jaki  "same się rozwiązują" mało realny? Gdy staje się jasne, że bohater nie ruszy się z ławki pod szkołą, świat przychodzi do niego - nie tylko piękne kobiety (to jeszcze jest prawdopodobne), ale i szef wielkiej korporacji (w tej roli Roman Polański).  Jest też w tym filmie bardzo długa scena łóżkowa, która niczego do tego filmu nie wnosi i nie za bardzo pasuje do nostalgicznego klimatu w jakim toczy się ta opowieść.

Jak tak dalej będę narzekać, to nie pozostanie mi nic innego niż się zastanowić, czy rzeczywiście repertuar kinowy tak dramatycznie pikuje w dół, czy to ja na starość zrobiłam się aż taka wybredna.

Zrobiłam też listę, którą przepisałam z Notatnika emigrantki, ale się w tym odcinku nie "zmieściła".

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli