niedziela, 29 sierpnia 2010

Spodziewany koniec lata

Nie byłam przygotowana na tak gwałtowny koniec lata. Bo jak jesień, to i święta za pasem, a tu z realizacją tegorocznych planów "krucho". Między innymi chciałabym zdążyć z rejestracją domu - z roku na rok trzeba coraz więcej zaświadczeń i lepiej sobie nie wyobrażać, co wymyślą w przyszłym roku.

To co mam jeszcze tu do zrobienia w niebieskim kwadracie (ten całkiem użyteczny programik wyszukał w sieci jak zwykle autor tego bloga).


Jak byłam w tym tygodniu w gazowni dowiedziałam się, że ponieważ moja rura z gazem zalicza się do tzw. niskociśnieniowych, kanalizacja może być poprowadzona metr dalej (wcześniej straszono mnie, że musi być zachowana odległość 4 metrów). Wprawdzie niewiele więcej niż metr od mojego gazociągu rosną sosny (na zdjęciu pokazuje to miarka), ale wygląda na to, że da się to zrobić.

 

MoPiGreZ idzie jak po grudzie. Miałam zamiar już go rzucić w kąt, ale  stwierdziłam, ze w życiu twardym trzeba być, nie miętkim i "się zmusiłam" - tyle, że w tym rozpaczliwcu nie miałam już siły na takie same jak na dole "ząbki" przy rękawach.


 

Nie prędko zabiorę się za kolejny sweterek. Jednak chusty nie dość, że się prościej robi, to efekt bardziej przewidywalny i łatwiej o zadowolenie.

Może na najbliższych Szarotkach Myszoptica będzie już miała dla mnie brązową wełnę, mam zamiar z niej zrobić coś w stylu La La's Simple Shawl.


 

Ale chusta Polki z Yorku też fantastyczna.

Pod koniec września ma dostępne kolorowe Kauni. Zrobię z niego Abrazo, też tak pstrokate jak Dziuni. Na Abrazo kupiłam jedwab, ale Gumiś mi go z tej wełny obrzydził i jak na razie nie umiem niczego do tego jedwabiu "dopasować".

Jeszcze nie wybrałam wełny ale muszę też mieć i Summita (tak mi sie spodobał, że jak go tylko zobaczyłam, od razu nazwałam go zdrobniale Sumkiem).

Korcą mnie też serwety Edi-bk. Tyle, że nie za bardzo wiem co z tym dalej robić. A może narzuty?

Wszystko, byle nie sweterki !

W tym tygodniu powinien się już zacząć remont (przynajmniej takie jest założenie). Dopiero pod wpływem mojej mamy zauważyłam, że zmiana typu kabiny prysznicowej bardzo skomplikowała mycie rąk. I tak  musiałam znaleźć miejsce jeszcze i na umywalkę.

Było to już po wyborze WC, więc byłam skazana na umywalkę z tej samej serii. Miałam do wyboru większą z postumentem i mniejszą bez - wybrałam mniejszą bo mniej graci. Z myślą o umywalce przerobiłam też trochę ciapościanę, ale i tak będę musiała dokupić glazurę, i to białą (na inne trzeba do miesiąca czekać), bo w tej wersji umywalka byłaby na granicy z ściany glazurą.


A tak na marginesie - kupowanie przez Internet jest boskie, ale przywożenie zakupionych towarów już nie. Firmy kurierskie pracują w godzinach 8-16. I chociaż prawie wszystko kupiłam w jednym sklepie, to i tak towar będzie przywieziony na trzy razy (osobno, kabina, osobno brodzik i w kolejnym dniu cała reszta). Sugestia by robili to w niedzielę, pewnie trąci herezją, ale szlag trafia, że trzeba na to marnować urlop.

Zwróciłam też uwagę na inną śmieszną rzecz, rozmawiają ze mną a zapewniają mnie: "będą państwo zadowoleni", "proszę dać znać jak państwo się zdecydują".

 

Jakiś czas temu, kiedy odkryłam że nic nie pamiętam z Buddenbrooków T. Manna, przeczytałam tę książkę po raz drugi. Teraz po raz trzeci, tym razem na 2,5 godzinnym seansie. Może tym razem coś zapamiętam na dłużej? Film to dobrze zrobiona i dobrze zagrana ekranizacja. Nic poza tym. Cienia adaptacji, próby wlania w to duszy, czy współczesnego przesłania.


Kilka lat temu był w kinach film Oliviera Stona The Doors i podobał mi sie dużo bardziej, niż ten, najnowszy film o Doorsach. W poprzednim filmie zupełnie nie przeszkadzało mi to, że Jim Morrison podobno mało przypominał swój pierwowzór (tak w każdym razie twierdził jeden z członków zespołu). Była za to w tamtym filmie  jakaś koncepcja. W The Doors - Historia nieopowiedziana jej nie zauważyłam. Dużo materiałów archiwalnych, sporo muzyki i głos z off'u opowiadający o tym, jak powstawały kolejne ich przeboje. Mało o ich samych. Z tym, że jak ktoś lubi Doorsów  - jak najbardziej do obejrzenia. 


Film Wszyscy inni ma świetne recenzje. Dostał też kilka nagród.

 

Ale ponieważ jest niemiecki to się nie nastawiałam. I dzięki temu nie wyszłam rozczarowana, bo nie jest to aż taka rewelacja.  Dwóch trzydziestolatków spędza wakacje na Sardynii w letniej willi rodziców chłopaka. Bogaci, wykształceni i niedojrzali. On nie wie czego chce. Ona może wie więcej od niego, ale w miarę jak toczy się ten film, przede wszystkim przybywa jej wiedzy na temat jego niedojrzałości. Siłą tego typu filmów są dialogi, a w tym filmie mają one niestety "niemiecki wdzięk". Ale samo studium związku bardzo ciekawe.

Kolejne koty w rodzinie - Staśka przygarnęła 10-tygodniową Lucy i 6-tygodniową Hankę. Poszłam się z nimi przywitać, bo ponieważ mieszkamy w tej samej wsi, nie raz przyjdzie mi je karmić.  Na razie sama kocia rozkosz, charakterek pojawi się później.

A na koniec news z radia na temat poprawiania podręczników historii na Ukrainie (ma być w nich teraz lepiej o ZSRR i Rosji, a tylko kilka zdań o pomarańczowej rewolucji):

jak informuje (tu nie zapamiętana przeze mnie nazwa ukraińskiej gazety, czy agencji) nie jest to poprawianie historii, ale jej optymalizacja ....

czwartek, 26 sierpnia 2010
Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya

Jakiś czas temu, pod wpływem przeczytanej gdzieś w sieci entuzjastycznej recenzji, kupiłam tę książkę na Allegro. Teraz, pod wpływem wpisu Lilithin,  jak tylko skończyłam Fastrygę, od razu się za nią zabrałam.

No i jak często gdy się tak człek nastawi bywa - bęcka. 

Książka to dwa w jednym.

Jeden wątek dotyczy 40-letniej Siddy, która jest na tzw. rozdrożu:  ma wyjść za mąż, ale nie wie czy do tego dojrzała.  I jak łatwo się domyśleć, zgodnie z panującym psychologizmem, po to by "odnaleźć siebie" musi rozliczyć się ze swoją matką. Zaszywa się więc na odludziu (może sobie na to pozwolić, bo uprawia wolny zawód reżysera teatralnego) i tam z pamiętnikiem matki na kolanach usiłuje się poskładać.  Opowieść o neurastenicznej Siddy była dla mnie mało strawna, zwłaszcza jak w tle pojawiał się jeszcze jej przyszły mąż - jak dla mnie jechało Mniszkówną.

Ale jest też i drugi wątek - opowieść o matce Siddy i jej koleżankach, tworzących tytułowe  siostrzane stowarzyszenie Ya-Ya. Fragmenty o nich są bajecznie ciekawe (i co ważne trzy czwarte książki jest poświęcone opowieści o tych kobietach). Cztery przyjaciółki, małe miasteczko w Luizjanie, lata 40-te i 50-te.Opowieść o sile kobiet i o ile łączących ich więzi. Czyli o ciotkoiźmie (tyle, że w tej książce ciotki nazywają siebie siostrami).

Z boku patrząc, nic odkrywczego. Ale fajnie opowiedziane. Gdyby nie ten wątek o Siddy, byłaby naprawdę świetna książka.

Ciekawe, dlaczego nie ma książek o polskich ciotkach (bo gdyby były o tym dobre książki, chyba bym się o tym dowiedziała).  


Przeczytałam tez kolejną książkę  'Karl-Markusa Gauß"a.

Ale tym razem do zachwytu daleko. Bo jest to wprawdzie bardzo mądra książka, ale jak dla mnie zbyt "prosta". Refleksje na temat dwudziestu kilku pojęć, używanych współcześnie do opisywania naszej europejskiej rzeczywistości.

Jest i o Polsce:

Kiedy idąc ulicą, spotyka się dystyngowanego, dobrze ubranego Europejczyka w średnim wieku, powiedzmy urzędnika państwowego średniego szczebla, mającego trójkę dorosłych dzieci, pasjonującego się brytyjskimi thrillerami szpiegowskimi oraz wędkarstwem, z czarującą żoną, mającą skłonności do migreny, który rozmawia z równie kulturalnym mężczyzną podobnego stanu i klasy, i słyszy się na przykład takie zdanie: "Kurwa mać, na ten pierdolony komplet mebli do biura czekam już cztery bite tygodnie, nic się z tym kurestwem nie dzieje", nie należy się dziwić, ale uświadomić sobie, że jesteśmy w Polsce.

Ale w sumie takie ble-ble. Mało ciekawostek, dużo jego rozmyślań. A jego poglądy znam z innych jego książek. W dodatku dużo ciekawszych.

Z tym, że fajnie byłoby żyć w świecie, w którym książki K-M. Gauß'a byłyby podręcznikami - Europejski alfabet mógłby być świetnym podręcznikiem do tzw. WOS-u.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Moja pełnia szczęścia wygląda tak:

Czyli: jechanie w słoneczny dzień z ciotkami przez mazowieckie równiny w rozbrzmiewającym muzyką samochodzie. Pycha! W dodatku, tego dnia Gumiś miał skrętowstręt (w ostatniej chwili  drogi wydawały mu się "niegodne" skrętu) i przejechałyśmy kilkadziesiąt nadprogramowych kilometrów.

A jechałyśmy na doroczny sierpniowy sabat, który w tym roku  został zorganizowany pod Nasielskiem. Czekał  tam na nas stół  udekorowany dzikim winem - proste, a efektowne.

Z ciekawych, podanych tam potraw: zupa krem z cukinii z płatkami migdałowymi.

Z kolei na brydżowej środzie Agniecha postawiła na stół zupę cytrynową nie tylko tak jak sie ją podaje, czyli z ryżem, ale i z małymi (wielkości orzechów laskowych) pikantnymu mięsnymi pulpecikami - też pyszne. Efekt jest taki, że  tylko przez moment miałam BMI 25.1, po tych kilku spotkaniach "podskoczyło" mi do 25.6. 

W dodatku oprócz spotkań po domach są jeszcze i knajpy. Na Ząbkowskiej, w kawiarni W oparach absurdu (jest na wysokości Bazaru Różyckiego) stoi rząd krzeseł kinowych - jak się na nich usiądzie to skrzypią tak, jak to jeszcze pamiętam z dawnego kina!

 

Na Pradze byłam z okazji Męskiego Grania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam mieszane uczucia. Sam koncert fajny, tyle że nie byłam targetem tej imprezy. Na scenie grali faceci - jedni lepiej, inni gorzej a na całym dziedzińcu dawnej fabryki (Konesera) stali (albo siedzieli na murkach) ludzie i pili, sprzedawane przez sponsora imprezy, piwo Żywiec.

 

Z MoPiGreZ jak i z całymi drutami zastój. Raz, że przestało mi się podobać. Dwa, nie mam czasu.

 

Przypomniałam sobie o ogrodzie - coraz więcej jest w nim takich zapuszczonych kątów. Między innymi jest to wynik tego, że nie mam pomysłu co robić z igliwiem. Moje sosny produkują tego sporo, na kompost się to nie nadaje, a  trudno pakować to do kubła na śmieci i płacić jak za zboże za wożenie drewna do lasu.

Ogarnęłam tył. To zielone to nie tylko trawa, ale i coraz bardziej rozrastający sie mech.


 

Kupiłam wreszcie kabinę prysznicową. Dziś wiem, że prościej byłoby wymurować brodzik i pobawić sie luksferami. I może szkoda, że tak nie zrobiłam. Ale odcięłam sobie tą możliwość kupując glazurę - plan był taki, że będzie przyciągała wzrok, a reszta będzie jak najprostsza (zapomniałam, że o takie rzeczy jest najtrudniej). Ta kabina, poza prostotą, ujęła mnie jeszcze tym, że nie ma drzwi (czyli jedna rzecz, która się może popsuć, mniej).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego - w zasadzie wszysto co jest w ofercie, jest na zamówienie. Na glazurę czeka się 2-3 tygodnie. Kabiny prysznicowe zamawia się w sklepie, ale rozwozi je producent, który do Wwy przyjeżdza  tylko dwa razy w miesiącu. Z tym sobie dałam już radę, teraz mam problem z brodzikiem.  Wolałabym akrylowy, bo jest dużo tańszy. Ale akurat o ten rozmiar, którego szukam trudno. Z konglomeratu są drogie. W dodatku, jak znalazłam w miarę tani i ładny, musiałabym czekać jeszcze miesiąc, bo trzeba by go było sprowadzić z Węgier, a na to już nie mam czasu.

Zaczynam się bać tego remontu - cały czas sypie piachem w szprychy. Pan Hydraulik poszedł do szpitala i z połowy sierpnia zrobił się początek września. Po raz pierwszy, akurat kiedy mam sporo rachunków do zapłacenia, zgubiłam kartę kodów do banku. A teraz jeszcze dowiedziałam sie, że 6 września, czyli w dniu w którym wstępnie umówiłam się z moją ekipą, u mojej mamy zaczyna sie wymiana rur i kaloryferów. Czyli równolegle mam dwa remonty na głowie ... mój urlop powoli jedzie na frytki ...

W ramach dokumentowania polskiego mesjanizmu ery new-age, synek zamieścił na Fejsie link do czegoś takiego: 

Jeszcze bardziej podobał mi się komentarz Krzysia, któremu to posłałam: Dezyderata to to nie jest.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli