niedziela, 29 sierpnia 2010

Spodziewany koniec lata

Nie byłam przygotowana na tak gwałtowny koniec lata. Bo jak jesień, to i święta za pasem, a tu z realizacją tegorocznych planów "krucho". Między innymi chciałabym zdążyć z rejestracją domu - z roku na rok trzeba coraz więcej zaświadczeń i lepiej sobie nie wyobrażać, co wymyślą w przyszłym roku.

To co mam jeszcze tu do zrobienia w niebieskim kwadracie (ten całkiem użyteczny programik wyszukał w sieci jak zwykle autor tego bloga).


Jak byłam w tym tygodniu w gazowni dowiedziałam się, że ponieważ moja rura z gazem zalicza się do tzw. niskociśnieniowych, kanalizacja może być poprowadzona metr dalej (wcześniej straszono mnie, że musi być zachowana odległość 4 metrów). Wprawdzie niewiele więcej niż metr od mojego gazociągu rosną sosny (na zdjęciu pokazuje to miarka), ale wygląda na to, że da się to zrobić.

 

MoPiGreZ idzie jak po grudzie. Miałam zamiar już go rzucić w kąt, ale  stwierdziłam, ze w życiu twardym trzeba być, nie miętkim i "się zmusiłam" - tyle, że w tym rozpaczliwcu nie miałam już siły na takie same jak na dole "ząbki" przy rękawach.


 

Nie prędko zabiorę się za kolejny sweterek. Jednak chusty nie dość, że się prościej robi, to efekt bardziej przewidywalny i łatwiej o zadowolenie.

Może na najbliższych Szarotkach Myszoptica będzie już miała dla mnie brązową wełnę, mam zamiar z niej zrobić coś w stylu La La's Simple Shawl.


 

Ale chusta Polki z Yorku też fantastyczna.

Pod koniec września ma dostępne kolorowe Kauni. Zrobię z niego Abrazo, też tak pstrokate jak Dziuni. Na Abrazo kupiłam jedwab, ale Gumiś mi go z tej wełny obrzydził i jak na razie nie umiem niczego do tego jedwabiu "dopasować".

Jeszcze nie wybrałam wełny ale muszę też mieć i Summita (tak mi sie spodobał, że jak go tylko zobaczyłam, od razu nazwałam go zdrobniale Sumkiem).

Korcą mnie też serwety Edi-bk. Tyle, że nie za bardzo wiem co z tym dalej robić. A może narzuty?

Wszystko, byle nie sweterki !

W tym tygodniu powinien się już zacząć remont (przynajmniej takie jest założenie). Dopiero pod wpływem mojej mamy zauważyłam, że zmiana typu kabiny prysznicowej bardzo skomplikowała mycie rąk. I tak  musiałam znaleźć miejsce jeszcze i na umywalkę.

Było to już po wyborze WC, więc byłam skazana na umywalkę z tej samej serii. Miałam do wyboru większą z postumentem i mniejszą bez - wybrałam mniejszą bo mniej graci. Z myślą o umywalce przerobiłam też trochę ciapościanę, ale i tak będę musiała dokupić glazurę, i to białą (na inne trzeba do miesiąca czekać), bo w tej wersji umywalka byłaby na granicy z ściany glazurą.


A tak na marginesie - kupowanie przez Internet jest boskie, ale przywożenie zakupionych towarów już nie. Firmy kurierskie pracują w godzinach 8-16. I chociaż prawie wszystko kupiłam w jednym sklepie, to i tak towar będzie przywieziony na trzy razy (osobno, kabina, osobno brodzik i w kolejnym dniu cała reszta). Sugestia by robili to w niedzielę, pewnie trąci herezją, ale szlag trafia, że trzeba na to marnować urlop.

Zwróciłam też uwagę na inną śmieszną rzecz, rozmawiają ze mną a zapewniają mnie: "będą państwo zadowoleni", "proszę dać znać jak państwo się zdecydują".

 

Jakiś czas temu, kiedy odkryłam że nic nie pamiętam z Buddenbrooków T. Manna, przeczytałam tę książkę po raz drugi. Teraz po raz trzeci, tym razem na 2,5 godzinnym seansie. Może tym razem coś zapamiętam na dłużej? Film to dobrze zrobiona i dobrze zagrana ekranizacja. Nic poza tym. Cienia adaptacji, próby wlania w to duszy, czy współczesnego przesłania.


Kilka lat temu był w kinach film Oliviera Stona The Doors i podobał mi sie dużo bardziej, niż ten, najnowszy film o Doorsach. W poprzednim filmie zupełnie nie przeszkadzało mi to, że Jim Morrison podobno mało przypominał swój pierwowzór (tak w każdym razie twierdził jeden z członków zespołu). Była za to w tamtym filmie  jakaś koncepcja. W The Doors - Historia nieopowiedziana jej nie zauważyłam. Dużo materiałów archiwalnych, sporo muzyki i głos z off'u opowiadający o tym, jak powstawały kolejne ich przeboje. Mało o ich samych. Z tym, że jak ktoś lubi Doorsów  - jak najbardziej do obejrzenia. 


Film Wszyscy inni ma świetne recenzje. Dostał też kilka nagród.

 

Ale ponieważ jest niemiecki to się nie nastawiałam. I dzięki temu nie wyszłam rozczarowana, bo nie jest to aż taka rewelacja.  Dwóch trzydziestolatków spędza wakacje na Sardynii w letniej willi rodziców chłopaka. Bogaci, wykształceni i niedojrzali. On nie wie czego chce. Ona może wie więcej od niego, ale w miarę jak toczy się ten film, przede wszystkim przybywa jej wiedzy na temat jego niedojrzałości. Siłą tego typu filmów są dialogi, a w tym filmie mają one niestety "niemiecki wdzięk". Ale samo studium związku bardzo ciekawe.

Kolejne koty w rodzinie - Staśka przygarnęła 10-tygodniową Lucy i 6-tygodniową Hankę. Poszłam się z nimi przywitać, bo ponieważ mieszkamy w tej samej wsi, nie raz przyjdzie mi je karmić.  Na razie sama kocia rozkosz, charakterek pojawi się później.

A na koniec news z radia na temat poprawiania podręczników historii na Ukrainie (ma być w nich teraz lepiej o ZSRR i Rosji, a tylko kilka zdań o pomarańczowej rewolucji):

jak informuje (tu nie zapamiętana przeze mnie nazwa ukraińskiej gazety, czy agencji) nie jest to poprawianie historii, ale jej optymalizacja ....

czwartek, 26 sierpnia 2010
Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya

Jakiś czas temu, pod wpływem przeczytanej gdzieś w sieci entuzjastycznej recenzji, kupiłam tę książkę na Allegro. Teraz, pod wpływem wpisu Lilithin,  jak tylko skończyłam Fastrygę, od razu się za nią zabrałam.

No i jak często gdy się tak człek nastawi bywa - bęcka. 

Książka to dwa w jednym.

Jeden wątek dotyczy 40-letniej Siddy, która jest na tzw. rozdrożu:  ma wyjść za mąż, ale nie wie czy do tego dojrzała.  I jak łatwo się domyśleć, zgodnie z panującym psychologizmem, po to by "odnaleźć siebie" musi rozliczyć się ze swoją matką. Zaszywa się więc na odludziu (może sobie na to pozwolić, bo uprawia wolny zawód reżysera teatralnego) i tam z pamiętnikiem matki na kolanach usiłuje się poskładać.  Opowieść o neurastenicznej Siddy była dla mnie mało strawna, zwłaszcza jak w tle pojawiał się jeszcze jej przyszły mąż - jak dla mnie jechało Mniszkówną.

Ale jest też i drugi wątek - opowieść o matce Siddy i jej koleżankach, tworzących tytułowe  siostrzane stowarzyszenie Ya-Ya. Fragmenty o nich są bajecznie ciekawe (i co ważne trzy czwarte książki jest poświęcone opowieści o tych kobietach). Cztery przyjaciółki, małe miasteczko w Luizjanie, lata 40-te i 50-te.Opowieść o sile kobiet i o ile łączących ich więzi. Czyli o ciotkoiźmie (tyle, że w tej książce ciotki nazywają siebie siostrami).

Z boku patrząc, nic odkrywczego. Ale fajnie opowiedziane. Gdyby nie ten wątek o Siddy, byłaby naprawdę świetna książka.

Ciekawe, dlaczego nie ma książek o polskich ciotkach (bo gdyby były o tym dobre książki, chyba bym się o tym dowiedziała).  


Przeczytałam tez kolejną książkę  'Karl-Markusa Gauß"a.

Ale tym razem do zachwytu daleko. Bo jest to wprawdzie bardzo mądra książka, ale jak dla mnie zbyt "prosta". Refleksje na temat dwudziestu kilku pojęć, używanych współcześnie do opisywania naszej europejskiej rzeczywistości.

Jest i o Polsce:

Kiedy idąc ulicą, spotyka się dystyngowanego, dobrze ubranego Europejczyka w średnim wieku, powiedzmy urzędnika państwowego średniego szczebla, mającego trójkę dorosłych dzieci, pasjonującego się brytyjskimi thrillerami szpiegowskimi oraz wędkarstwem, z czarującą żoną, mającą skłonności do migreny, który rozmawia z równie kulturalnym mężczyzną podobnego stanu i klasy, i słyszy się na przykład takie zdanie: "Kurwa mać, na ten pierdolony komplet mebli do biura czekam już cztery bite tygodnie, nic się z tym kurestwem nie dzieje", nie należy się dziwić, ale uświadomić sobie, że jesteśmy w Polsce.

Ale w sumie takie ble-ble. Mało ciekawostek, dużo jego rozmyślań. A jego poglądy znam z innych jego książek. W dodatku dużo ciekawszych.

Z tym, że fajnie byłoby żyć w świecie, w którym książki K-M. Gauß'a byłyby podręcznikami - Europejski alfabet mógłby być świetnym podręcznikiem do tzw. WOS-u.

niedziela, 22 sierpnia 2010

Moja pełnia szczęścia wygląda tak:

Czyli: jechanie w słoneczny dzień z ciotkami przez mazowieckie równiny w rozbrzmiewającym muzyką samochodzie. Pycha! W dodatku, tego dnia Gumiś miał skrętowstręt (w ostatniej chwili  drogi wydawały mu się "niegodne" skrętu) i przejechałyśmy kilkadziesiąt nadprogramowych kilometrów.

A jechałyśmy na doroczny sierpniowy sabat, który w tym roku  został zorganizowany pod Nasielskiem. Czekał  tam na nas stół  udekorowany dzikim winem - proste, a efektowne.

Z ciekawych, podanych tam potraw: zupa krem z cukinii z płatkami migdałowymi.

Z kolei na brydżowej środzie Agniecha postawiła na stół zupę cytrynową nie tylko tak jak sie ją podaje, czyli z ryżem, ale i z małymi (wielkości orzechów laskowych) pikantnymu mięsnymi pulpecikami - też pyszne. Efekt jest taki, że  tylko przez moment miałam BMI 25.1, po tych kilku spotkaniach "podskoczyło" mi do 25.6. 

W dodatku oprócz spotkań po domach są jeszcze i knajpy. Na Ząbkowskiej, w kawiarni W oparach absurdu (jest na wysokości Bazaru Różyckiego) stoi rząd krzeseł kinowych - jak się na nich usiądzie to skrzypią tak, jak to jeszcze pamiętam z dawnego kina!

 

Na Pradze byłam z okazji Męskiego Grania.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Mam mieszane uczucia. Sam koncert fajny, tyle że nie byłam targetem tej imprezy. Na scenie grali faceci - jedni lepiej, inni gorzej a na całym dziedzińcu dawnej fabryki (Konesera) stali (albo siedzieli na murkach) ludzie i pili, sprzedawane przez sponsora imprezy, piwo Żywiec.

 

Z MoPiGreZ jak i z całymi drutami zastój. Raz, że przestało mi się podobać. Dwa, nie mam czasu.

 

Przypomniałam sobie o ogrodzie - coraz więcej jest w nim takich zapuszczonych kątów. Między innymi jest to wynik tego, że nie mam pomysłu co robić z igliwiem. Moje sosny produkują tego sporo, na kompost się to nie nadaje, a  trudno pakować to do kubła na śmieci i płacić jak za zboże za wożenie drewna do lasu.

Ogarnęłam tył. To zielone to nie tylko trawa, ale i coraz bardziej rozrastający sie mech.


 

Kupiłam wreszcie kabinę prysznicową. Dziś wiem, że prościej byłoby wymurować brodzik i pobawić sie luksferami. I może szkoda, że tak nie zrobiłam. Ale odcięłam sobie tą możliwość kupując glazurę - plan był taki, że będzie przyciągała wzrok, a reszta będzie jak najprostsza (zapomniałam, że o takie rzeczy jest najtrudniej). Ta kabina, poza prostotą, ujęła mnie jeszcze tym, że nie ma drzwi (czyli jedna rzecz, która się może popsuć, mniej).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego - w zasadzie wszysto co jest w ofercie, jest na zamówienie. Na glazurę czeka się 2-3 tygodnie. Kabiny prysznicowe zamawia się w sklepie, ale rozwozi je producent, który do Wwy przyjeżdza  tylko dwa razy w miesiącu. Z tym sobie dałam już radę, teraz mam problem z brodzikiem.  Wolałabym akrylowy, bo jest dużo tańszy. Ale akurat o ten rozmiar, którego szukam trudno. Z konglomeratu są drogie. W dodatku, jak znalazłam w miarę tani i ładny, musiałabym czekać jeszcze miesiąc, bo trzeba by go było sprowadzić z Węgier, a na to już nie mam czasu.

Zaczynam się bać tego remontu - cały czas sypie piachem w szprychy. Pan Hydraulik poszedł do szpitala i z połowy sierpnia zrobił się początek września. Po raz pierwszy, akurat kiedy mam sporo rachunków do zapłacenia, zgubiłam kartę kodów do banku. A teraz jeszcze dowiedziałam sie, że 6 września, czyli w dniu w którym wstępnie umówiłam się z moją ekipą, u mojej mamy zaczyna sie wymiana rur i kaloryferów. Czyli równolegle mam dwa remonty na głowie ... mój urlop powoli jedzie na frytki ...

W ramach dokumentowania polskiego mesjanizmu ery new-age, synek zamieścił na Fejsie link do czegoś takiego: 

Jeszcze bardziej podobał mi się komentarz Krzysia, któremu to posłałam: Dezyderata to to nie jest.

niedziela, 15 sierpnia 2010

Mieszkanie latem w mieście

Przez tydzień mieszkałam w bloku opiekując się kotem Anki. Zapomniałam jak bardzo latem w mieście jest nie do wytrzymania. I gdy zimą pojawi się tylko myśl o powrocie do "cywilizacji", wspomnę moje lato w mieście.

Z remontem coś nie tak - zaginął pan hydraulik (nie odbiera telefonu). A po panu hydrauliku miała przyjść następna ekipa, która portfel zamówień ma dość wypchany i jak przepadnie mi u nich termin, będę miała spory problem. Komin, mimo wymurowania dalej cieknie, a dopóki go nie uszczelnię nie ma sensu remontowanie kominka) - teraz muszę wezwać dekarzy. Z miłych rzeczy - nie muszę przerabiać przyłącza elektrycznego, albo nie chciało im się przyjść, albo w starych domach nie wymagają nowych skrzynek.

Mimo że mieszkałam w centrum Wwy nie skorzystałam z  oferty kulturalnej - tylko raz byłam w kinie. Na Poważnym człowieku w największej sali Kinoteki przez pierwsze 5 minut projekcji siedziałam sama - potem  przyszła jeszcze jakaś spóźniona para. Z drugiej strony podobno ludzie coraz częściej chodzą do kina, tyle że do multipleksów. Nie rozumiem dlaczego - droższe bilety i półgodzinne reklamy. Innych różnic nie widzę

Nie podobało mi się. Jak tak bracia Coen  wyobrażają sobie współczesnego Hioba, to wyobraźni za dużej nie mają.  "Ich" Hiob, cierpliwie znosi przeciwności losu, bo jest życiowo nierozgarnięty i po części nie rozumie co się dzieje. A to nie o to chodziło w tej biblijnej opowieści. Komedia z tego też żadna, bo mało śmieszna - od czasów Chaplina  świat poszedł naprzód  i od komedii oczekuje się czegoś więcej niż głupkowatych min.

 

Postanowiłam przeczytać W poszukiwaniu straconego czasu. Podobno do tej książki trzeba dorosnąć nie tylko dosłownie (to kryterium spełniam), ale i lekturami. Pierwszym szczeblem drabiny do Prousta były dwa opowiadania J. Iwaszkiewicza: Opowiadanie z kotem i Opowiadanie z psem.


Jak to w opowiadaniach J. Iwaszkiewicza. Ładnie i przejmująco o przemijaniu i bezpowrotnie utraconej młodości. W Opowiadaniu z psem idzie za spotkanym w drodze na stacje czarnym pudlem i trafia do starego człowieka, z którym prowadzi dyskusje o życiu. W Opowiadaniu z kotem realne jest tylko tło, czyli Wenecja, napotkane osoby to zjawy, wytwory fantazji (czy snu). Może to zasługa A. Wajdy, ale jak czytam jego opowiadania widzę ładne kadry filmowe.

Drutuję w tempie żółwia. Jedną z przyczyn jest to, że coraz bardziej nie lubię telewizji - po 9 sierpnia definitywnie obraziłam się już i na TVN 24 (od dłuższego czasu miałam z nimi na pieńku) - byłam przez moment na Krakowskim Przedmieściu i po powrocie do domu porazili mnie swoim brakiem obiektywizmu. W tej sytuacji dokupiłam audiobooków (jeżeli chodzi o słuchanie książek, preferuję klasykę)  i mam taki plan, by robótki łączyć z kolejnymi książkami.


Granatowy robię na starych zapasach. Kolejny raz odsłuchałam Moskwę- Pietuszki - to jak czyta to R. Wilhelmi robi z dobrej książki arcydzieło. Nie jestem pewna, czy gdybym teraz wzięła do ręki książkę W. Jerofiejewa umiałabym się "oderwać" od głosu R. Wilhelmiego, tak jest sugestywny. Może i jest to metafora systemu, ale dla mnie jest tak dużo alkoholu, że już nie ma miejsca na metaforę. Z tym, że pamiętam jakim to było objawieniem w "drugim obiegu". Teraz jest to tylko dla mnie opowieść o podróży Wieniczki pociągiem z Moskwy do baśniowych Pietuszek, który oprócz tego, że jest alkoholikiem, jest jeszcze inteligentny i wrażliwy i nie za bardzo umie znaleźć sobie miejsce w systemie radzieckim.   

Teraz mam zamiar sobie przypomnieć Greka Zorbę.

Wstępnie Granatowy ma teraz nazwę MoPiGreZ.


Dostałam w poczcie takie zdjęcie:

Czasami zadaję sobie pytanie, czy jest jeszcze coś co może mnie zdziwić.

piątek, 13 sierpnia 2010
Potyczki ze współczesną literaturą polską

Rdza Ewa Berent

Dostałam tę książkę w prezencie od Gumisia, któremu w księgarni powiedziano, że dobra, warto przeczytać itp. Po przeczytaniu, ponieważ założyłam, że Gumiś nie kłamał, zapytałam  Gugla i dowiedziałam się, że np. wg. krytyka literackiego  pana I.  Stokfiszewskiego


…  debiutancka książka Ewy Berent „Rdza” jest powieścią wybitną.

Bo między innymi:

Narracja sprawia wrażenie jakby zataczała coraz szersze kręgi. (…) Powieść jest monologiem wewnętrznym, zdaniem relacji z kolejnych prób przekraczania granic oporu własnych manii, cielesności jako granicy naszego poznania, norm reprodukowanych w wyobraźni społecznej, wreszcie możliwości otwarcia się na nieznane. (…) Definiując owe granice oporu, Berent kataloguje narracje „wyzwolenia”, którymi dotychczas dysponowaliśmy i zestawia je z kodami konserwatywnymi (…) sięga po emancypacyjną opowieść feministyczną i poddaje ją próbie poprzez odwołania do schematu „kobiety fatalnej” . (…) Narracja inicjacyjna konstruowana jest tu na wzór nowoczesnej opowieści emancypacyjnej. (…) Na pozór zatem mamy do czynienia z reprezentacją postemancypacyjnej kondycji, w której to, co wyzwolone (seksualność, antymieszczańskość, afirmacja wiecznej teraźniejszości) zderza się z tym, co tradycyjne (społeczne role płci, pragnienie transcendencji, bunt), kreując konglomerat wielopostaciowego współczesnego podmiotu. Gdyby zatrzymać się na tym obrazie, „Rdza” byłaby po prostu doskonałą książką opisującą niejasność kobiecej pozycji w „nie dokończonym projekcie” modernizacji. (…) Skoro więc nie możemy dokonać inicjacji wewnątrz liberalnego podmiotu, może powinniśmy odwołać się do nowoczesnego projektu wybijania się na niezależność poprzez cierpliwy dialog między tym, co nas trzyma na uwięzi tradycyjnego kodeksu, a pragnieniem wyzwolenia się zeń ku dojrzałości?

Nie jest to jedyna dobra recenzja tej ksiązki. W samych superlatywach można przeczytać o tej książce na przykład i tu.

A dla mnie bełkot. Rozmyślania młodej dziewczyny z miasta, "zesłanej" przez rodzinę na wieś  (kara i próba zamiecenia pod dywan jej homoseksualnych skłonności). Na wsi zaprzyjaźnia się dwoma wiejskimi osiłkami, uprawia mało wyrafinowany seks i popełnia czyny zabronione przez prawo. Zapis jej przemyśleń ani ciekawy, ani ciekawie napisany.

Książka przypomina ambitny polski film. Podoba się zaprzyjaźnionym z reżyserem krytykom. I wystarczy.

Żeby na chwilę odpocząć od literatury pięknej, spędziłam wieczór z literaturą faktu.

Krótka. Przynajmniej tyle dobrego. Wiesław Budzyński napisał kilka książek o K.K. Baczyńskim, na pewno ma o nim bardzo rozległą wiedzę, tyle że nie umie się nią podzielić.

Rodzice Krzysia nie byli dobrym małżeństwem, tatuś miał kochankę, wrócił do mamusi Krzysia gdy się rozchorował i kochanka go porzuciła. Krótko potem umarł. Mamusia już wcześniej całą swą miłość przelała na jedynaka, kochała go miłością zaborczą i szaloną. Jak Krzyś pokochał Basię, mamusia ją znienawidziła - nie poszła na wesele, bo jak się rozpłakała na ślubie, to przez ten szloch nie była w stanie wrócić do domu i zaległa u krewnej na trzy dni  ... no i dalej w tym stylu.

Z ciekawostek:

Matka poety, Stefania Baczyńska, wywodzi się ze spolonizowanej w XIX wieku warszawskiej rodziny Zieleńczyków -  tak się dzisiaj "omija" napisanie tego, że była z pochodzenia Żydówką.

Ślub Baczyńskich odbył się 3 czerwca 1942 roku. J. Iwaszkiewicz przyjechał ze Stawiska z ogromnym naręczem bzu. Zerwał ten bez kilkaset metrów od mego domu. Minęło tylko kilkadziesiąt lat,  a teraz w czerwcu, nawet po zimnej wiośnie, bez w mojej okolicy jest już dawno przekwitły.

Idąc za ciosem, z literatury polskiej przeczytałam jeszcze Fastrygę

Na okładce opinia K. Szczuki: Jak na debiut rewelacja. Stwierdzenie: "jak na debiut" rozmiękcza, rewelacją bym tej książki nie nazwała. Ale też nie jest tak najgorzej. Jak najbardziej da się przeczytać.

Opowieść o czterech kobietach. Los każdej z tych kobiet jest tragiczny - każdy na swój sposób. Główna bohaterka "matka - cierpiętnicza" mieszka ze sparaliżowaną teściową i z córką, której w dzieciństwie nie dopilnowała i która na całe życie została kaleką. Boryka się z codziennym życiem mając uwierającą świadomość, że dała się zaplątać w powinności  i obowiązki, które wypełniają całe jej życie i zostały jej tylko wygłaszane pod nosem tego typu monologi:

Dźwigam to, co mi zostawiliście, świecę oczami przed ludźmi, tyle lat, nic, tylko kłopoty. I jestem sama. Wie mama, co to znaczy, być zawsze sama? Myślałam, że się z tym wszystkim uporam, wydawało mi się, że człowiek dostaje przydział tego, co musi zrobić, a potem jest wolny. Teraz wiem, że jest inaczej. Mam tylko przetrwać, nic wię­cej.

Jej druga córka mieszka w tym samym mieście, ale odsunęła się od ludzi - w ten sposób ukrywa to, że jest ofiarą przemocy domowej. Opowieść o tej kobiecie dla mnie jest najmocniejszą stroną tej ksiązki - świetnie pokazana ta charakterystyczna dla ofiar przemocy domowej, niemoc wydobycia się z matni. 

Najgorzej z facetami. Sprawca przemocy - pogubiony, nieszczęśliwy, świadomy zła które wyrządza. Bardzo z tego powodu cierpi - ma to budzić współczucie i sympatię, ale mnie nie przekonało. Mąż głównej bohaterki, który pojawia się w pewnym momencie, też taki "papierowy".

To kalekie dziecko przypomniało mi Kwietniową czarownicę M. Axelsson. Obie książki zostały wydane w tej samej serii (Z miotłą). I nie tylko to je łączy. Mają podobny klimat.

A teraz mam zamiar się odprężyć. Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia Ya-Ya stosikuje od wiosny, ale po recenzji Lilithin wysunęło się na pozycję pierwszą.

niedziela, 08 sierpnia 2010

Ciapościana

Wielkimi krokami zbliża się zaplanowana na drugą połowę sierpnia kolejna edycja remontowa. Jeszcze się na zaczęło, a już mam dosyć. Szukam biegam i nic nie mogę znaleźć. Zrezygnowałam już z kabiny prysznicowej kupowanej w komplecie - same koszmarki.

Kupowanie w "kawałkach" też łatwe nie jest. Mam problem i stosunkowo mały wybór, bo jeden bok kabiny nie może być szerszy niż 80 cm.


Ponieważ kabiny 80x80 są dość klaustrofobiczne, chciałabym prostokątną, 80x100, lub więcej. Tyle, że w tych które widziałam, wejście jest od strony WC, a ja szukam kabiny z wejściem wbudowanym w węższy bok. Wymyśliłam, że mogłaby być też kabina nie zamykana, typu walk-in, czyli jedna podłużna szyba. I na razie na tym stanęłam. Tyle, że takie kabiny robi tylko kilka firm i póki co natknęłam się tylko na te z bardzo "górnej" półki.

Na niebiesko zaznaczyłam tytułową ciapościanę. Wymyśliłam sobie taką.

Spieszyłam się z projektem, bo w tę niedzielę był ostatni dzień kiedy można było zamawiać odbiór płytek na koniec sierpnia, od przyszłego tygodnia termin realizacji zamówienia to wrzesień. Tyle, że jak przyszło do płacenia okazało się, że przypadku wzorzystych płytek cenę jednej sztuki wzięłam za cenę  metra i koszt całości był "powalający". Siadłam więc do sklepowego kompa, odpaliłam Excela i w ciągu 10 minut popełniłam taki projekt:

 

Może nawet jest i lepszy, bo mniej naćkany?

Nie mam czasu na druty - mama wyjechana i mam na głowie dwa domy z kotami. Lekko nie jest. Ponadto, korzystając z okazji, wprowadzam u niej małe zmiany. Między innymi kupiłam jej odkurzacz. Taką samą Amicę jak moja. Mam ją prawie dwa lata, myslałam że coś już od tego czasu wymyślili innego, ale dalej w segmencie tanich odkurzaczy nie ma konkurencji. Jak by ktoś szukał dobrego odkurzacza - polecam.

Ponieważ nie mam głowy do jedwabnego szala, a boję sie zaczynać na łapu - capu, wróciłam do granatowej bluzki,  ale na cieńszych drutach. Na zdjęciu nie widać różnicy, ale w realu jest i to zasadnicza.

Zabrałam się za siebie. Walczę o dobre BMI.

Jeszcze przed chwilą miałam 26,6.

Teraz mam 25,7.

Nie spocznę póki nie osiągnę przynajmniej 24.

To wszystko wina życia towarzyskiego, lodów i późnego przychodzenia do domu - jedzenie na mieście jest nie tylko niezdrowe, ale i tuczące. W nadchodzącym tygodniu kolejne dwie imprezy. Będzie ciężko!

 

 

sobota, 07 sierpnia 2010
John Irving Ostatnia noc w Twistet River

Stary dobry Irving. Wprawdzie nie jest to jego najlepsza książka, ale je przypomina. Nie tylko tym, że jest niedźwiedź, kłopotliwy pies, czy wypchane zwierzęta.

Poczatek nie był zachęcający. Bardzo powoli się w nią wciągałam i przez pierwsze kilkadziesiąt stron nie byłam pewna, czy czasem nie dałam się oszukać recenzjom. Ale potem wsiąkłam.

W latach 50-tych w leśnym osiedlu, w którym tytułową Twisted River  spławiają ścięte drewno, dochodzi do dramatycznych wydarzeń i jeszcze tej samej nocy, jeden z bohaterów, prowadzący stołówkę dla drwali kucharz Dominico Baciagalupo, wyjeżdża bez słowa z razem ze swoim dwunastoletnim synem Dannym. Przez następne kilkadziesiąt lat  tułają się po Ameryce, a przeszłość co jakiś czas daje znać o sobie.

Tak jak zawsze u Irvinga, ciekawe jest to co się wydarzy na kolejnej stronie, w następnym rozdziale, jak potoczą się dalsze losy bohaterów. I żal gdy po tych kilkuset stronach, trzeba się z nimi rozstać.

Peter Zilahy - Ostatnia żyrafa

Z książką Pétera Zilahy jest inaczej. Nawet trudno powiedzieć bym ją przeczytała, bo tylko ją przekartkowałam. I to nie dlatego, że jest nieciekawa, tylko że prawie nic z niej nie zrozumiałam. Wprawdzie  Péter Zilahy jest Węgrem, ale jego książka jest o Serbii Miloševića. Tytułowa Okno - żyrafa to ilustrowany leksykon dla dzieci, używany kiedyś w węgierskich jako elementarz. Książka P. Zilahy też ma formę leksykonu, przypisane do kolejnych liter alfabetu rozważania o rządach Miloševića, pełne są dygresji i skrótów myślowych, które dla mnie, przy moim braku pojęcia o historii tamtego regionu, były całkowicie niezrozumiałe.

 

poniedziałek, 02 sierpnia 2010

Środek lata

Imieniny spędziłam w pałacu.


Przez ten rok, Anka urządziła w stylu epoki kolejne pokoje. Ciekawe ile takich miejsc mijamy, nie mając pojęcia o ich istnieniu - o tym jak dojechać do ich pałacu wiedzą tylko wtajemniczeni, skręca się z bocznej, mało uczęszczanej drogi w jedną z wielu polnych dróżek i jedzie się przez te pola jeszcze z kilometr.  Mam nadzieję, że  takich miejsc jest więcej, bo brzydota tego co widać z drogi poraża.

Po spędzeniu kilku dni na wsi w cudzym królestwie.

I na cudzym wikcie (na zdjęciu przykładowy obiad dla dwóch osób).

Jestem duża i mam jeszcze większą potrzebę zmiany. Ale od poniedziałku. Bo weekend  jeszcze spędziłam na żarciu. Tym razem z okazji międzylądowania Anki, w ramach rekonstrukcji historycznej, czyli gry w rodzinę, Tomek przygotował przystawkę, ja danie główne, a Michał zielone lody. Robi się je w prosty sposób: lody waniliowe podlewa się olejem z dyni i sypie na wierzch pestki z dyni. Śmieszne i smaczne.

Z drutami porażka. Robiona na trójkach bawełniana bluzka z Camilli przypomina ściereczkę do podłogi. Biorąc pod uwagę, to, że bawełna po praniu jeszcze się rozciąga, muszę zacząć jeszcze raz, tym razem na cieńszych drutach, a na to nie mam za bardzo ochoty.



 

W następnym w kolejce, jedwabnym szalem też nie wiem co dalej. Myślałam o Abrazo, ale byłoby to działanie nieekonomiczne. Mam tego jedwabiu tyle, że na jedno Abrazo jest go za dużo, na dwa nie starczy. Rozważam pokazaną przez Dagny Chinese Lace, ale tak naprawdę dalej osiołkuję. Byłam na Szarotkach. I z tego niezdecydowania nawet jednego rzędu nie zrobiłam

Nie posłuchałam synka i mam za swoje.

To nie był dobry film. Jerozolima, lata 50-te, dzielnica chasydów. Bogobojny mąż, ojciec czwórki dzieci, przygarnia do swojego sklepu młodego, wyrzuconego z jesziwy, chłopaka. Melodramat, tyle że o homoseksualistach. Zdarzają się dobre melodramaty. Ale to nie jest ten przypadek.

Poszłam jeszcze na kasowy przebój.

Nie moja bajka, nie mój typ. Myślałam, że będzie to coś co porazi, tak jak Matrix. Ale mnie nie powaliło. Dobrze nakręcony, dobrze zagrany. Pomysł zlecenia fachowcom od manipulowania ludzkimi snami, wejścia do cudzego mózgu, by zaszczepić w nim pożądaną ideę podobał mi się, gdy czytałam recenzje,  na ekranie mnie nie porwał. Sala była pełna - jeżeli to oznacza, że tylko takie kino ma przyszłość, to z mojego punktu widzenia, wesołe to nie jest.

Wszystko wskazuje na to, że powinnam się już zacząć martwić zbliżającym się remontem. Na pierwszy rzut oka kabin prysznicowych jest całe mnóstwo, ale to tylko pozory. Przypomina mi to sytuację z adidasami. Dawno temu były wspaniałe, super wygodne buty, łza się w oku kręci na wspomnienie  starego modelu płóciennych Kangaroosów. Niestety potem ogłosili konkurs na najbardziej kiczowate buty świata i wszyscy zaczęli ozdabiać je świecidełkami, lampeczkami, odblaskowymi podeszwami. Nie pozostało nic innego, niż dać sobie spokój. Teraz upiększacze naszego życia przerzucili się na kabiny prysznicowe - montują jakieś świecące panele, które poza lampeczkami mają radio, telefon, zegar i różne inne, niezbędne do kąpieli wyposażenie. Można wprawdzie skompletować (kabina +  brodzik + bateria), ale wychodzi to wtedy dużo drożej.  

Na razie założyłam rolety. Wybrałam standard, czyli ecru. Tylko w jednym pokoju dałam kolor. Myślę jeszcze o niebieskim parapecie, ale nie wiem czy to nie będzie przesada.


Sprostowanie:

Rzeczywiście napisałam bez zastanowienia, że to lata 50-te, bo w filmie Oczy szeroko zamkniete chasydzi żyją może nie jak Amisze, ale podobnie - stroje, szafki kuchenne też przypominają tamta epokę, Zbuntowany chłopak ma jednak komórkę, więc są to lata współczesne.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli