niedziela, 28 sierpnia 2011
Zapomniałam, że się boję latać

W tym tygodniu znów musiałam polecieć na chwilę do Londynu.



Bilet kupowałam w ostatniej chwili i jedyny w miarę w rozsądnej cenie, był z przesiadką w Kopenhadze. I luzik. Gdzie te czasy, gdy przesiadając się na jakimś lotnisku zawodziłam przez telefon, że następnego lotu, to już na pewno nie przeżyję? Teraz na lotnisku w Kopenhadze czułam się jak obywatelka świata: laptopik, Wi-Fi i www.gamelo.net. To ostatnie bardzo polecam. Za mną 22 plansze - przejście 14 z dumą obwieściłam na Fejsie, a tych co zrobili 860 plansz podejrzewam o napisanie programu komputerowego.      

Heathrow jest przereklamowane. Wprawdzie denerwują mnie w WizzAir te wszystkie dodatkowe opłaty, tak że na koniec bilet wcale nie jest dużo tańszy, a często i droższy od "nie-taniego" oraz wolę dojazd metrem, niż autobusem, ale kołowanie nad Londynem też jest męczące. W zeszłym tygodniu "kołowałam" pół godziny, w tym tygodniu  40 minut -wygląda, że to zasada, nie wyjątek. 

Powoli poznaję też Londyn z tej jego nieturystycznej strony. Zwykłe miasto, w którym mieszkają ludzie tacy jak wszędzie. Teoria, że tu jest "lepiej",  kiepsko się broni. Na przykład, tak samo jak w Wwie, kierowcy autobusu potrafią nie stawać na przystankach, mimo że wciśnięty był guzik Stop.  I tak samo jak w Wwie, ludzie się wściekają, a kierowca i tak jest górą. Sporo teraz jeździłam autobusami i byłam świadkiem kilku takich sytuacji. Raz nawet sama tego doświadczyłam.  

A tak ogólnie, z coraz większym trudem przychodzi mi pisanie wesołego bloga. Na rękach pojawiły mi się stygmaty stresu (występują mi w stanach najwyższego alertu). Wiem, że zawsze może być gorzej, więc staram się nie narzekać. Słowem Alleluja! I do przodu! Tyle, że kiepsko to wychodzi, tak jak zazwyczaj, gdy dotyczy to najbliższych.   

Jak by tego było mało, I read a news today oh boy (Beatlesi) i moje emocje tylko trochę  pomogła mi spionizować taka historyjka z mojego życia:

Druga połowa lat siedemdziesiątych. W gazetach histeria na tle bomby neutronowej (dla zbyt młodych by to pamiętali: była ta bomba, którą wymyślili wredni kapitaliści, miała zabijać tylko ludzi, dzięki czemu najeźdźcy zabijając ludzi, przejmowali by ich majątek w nienaruszonym  stanie).

Mam praktyki w szpitalu na Nowowiejskiej. Na oddział zostaje przyjęty młody chłopak, z ostrą psychozą lękową - boi się wojny. Na codziennej odprawie omawiany jest jego przypadek, zgłaszane są kolejne pomysłu jakimi lekami stłumić jego lęki. Dyskusje przerywa pytanie ordynatora (zapamiętałam ją jako wiekową, pewnie miała tyle lat, co ja dzisiaj): a skąd w nas taka pewność, że on jest chory? Może to on jeden zachowuje się normalnie?  

Jak nie ponuro, to o drutach, tu nawet jak coś nie wychodzi to nie dramat. Z turkusowej Cascade postanowiłam zrobić Opposite Pole Joli Locateli (w poprzednim odcinku zamieściłam inne zdjęcie tego swetra)

 

Kupiłam wzór i jak zwykle w takich przypadkach, kręcę nosem. Wprawdzie nie ma w nim tego czego najbardziej nie lubię, czyli rozpisania rzędów oczko po oczku i  są podane długości poszczególnych boków, czy krawędzi.  Ale za dużo liter! Połowa tekstu, nie wiadomo po co, tylko to wszystko zamula.  

Na razie jest tak jak zwykle. Czyli co zrobiłam to sprułam - tym razem, bo było za wąskie.



Uświadomił mi to Gumiś, do którego pojechałam prosto z lotniska. Zrobiłam wykrój z gazety i mam nadzieję, że tym razem będzie już dobrze.

Zatwierdziłam też w swojej głowie wzór na kapę. Poprzedni schemat ułożyłam z elementów występujących w trzech wersjach, a robię je w sześciu. Ale szansa, że skończę kapę jeszcze w tym roku mała, coraz mniejsza.

W ramach remanentów niezrecenzowanych książek: Dziś wolałabym siebie nie spotkać Herty Müller.



Pierwsza przeczytana przeze mnie książka H. Müller i prawdopodobmie ostatnia. Klimatem przypomina prozę E. Jelinek, ale jak dla mnie nie ma tego "cuś" (a ja nawet i z tym "cuś" za prozą E. Jelinek nie przepadam).

Ponura rzeczywistość komunistycznej Rumunii Ceaucescu. Główna bohaterka, robotnica fabryki tekstylnej, jedzie na kolejne  przesłuchanie. Tak do końca nie wiadomo dlaczego interesuje się nią Securite. Bo produkowane na Zachód ubrania potraktowała raz jak butelkę i wsadziła w kieszeń list, który miał przeczytać mieszkający za żelazną kurtyną królewicz? Czy dlatego, że jej przyjaciółka została zabita podczas próby ucieczki na Zachód?  Bezpiece też nie podoba się jej drugi mąż, który nie jest w stanie na trzeźwo znieść otaczającej go rzeczywistości. Wszyscy w tej książce są nieszczęśli, upodleni i na granicy obłędu. 

Słowem czarno i ponuro. Z każdego akapitu wieje beznadzieją. Czyta się ciekawie. Co poniektóre zdania, czy akapity, dają sporo do myślenia.

Wysypała zawartość torebki na stół. Wypadła z niej chusteczka, dwie aspiryny i malutki święty Antoni z zardzewiałego żelaza.

- On nam pomoże - powiedziała i pocałowała go.

- Zeżryj go - powiedział jej mąż - może wtedy będziesz czynić cuda i otworzysz drzwi do samochodu palcem.

Tyle, że im dalej tym trudniej przez to brnąć.  

Na okładce zdanie - zachęta: Wielka literatura. Ale czy koniecznie "wielka literatura", musi być aż tak ciężka w czytaniu?



niedziela, 21 sierpnia 2011
Koniec wakacji

Zgodnie z obowiązującym kalendarzem imprez, w tym tygodniu wypadały imieniny Jacka (byłam, brydżowałam, żarłam) i imienino-urodziny Joanny - ta ostatnia impreza jest dla mnie zawsze dzwonkiem na koniec wakacji.

W tym roku obchodzona była nietypowo, bo u mnie w domu.

Było przemiło i  jak zawsze u Joanny, stoły uginały się od obłędnych ilości przygotowanych przez nią przepyszności.

Ponieważ nie była to moja impreza i nie ja zapraszałam gości, przyszedł inny zestaw niż zazwyczaj. Między innymi mój promotor, którego nawet jeżeli go gdzieś przez ostatnie trzydzieści lat przypadkowo spotkałam, to sobie tego dziś nie przypominam. Poza mną, były jeszcze trzy osoby z naszego seminarium. Przemiłe było to, że przez te wszystkie lata się nami interesował, wie co się u nas dzieje i nadal traktuje nas jak pisklaki, które wyfrunęły z gniazda. 

Ja z kolei kolejny raz przekonałam się, że robię za bohaterkę zdarzeń których ja nie pamiętam, a inni i owszem. Adam opowiadał o moich "występach" na studium wojskowym. Według niego jeden z moich "lepszych" numerów był taki: 

Major Rżysko chodzi po sali i coraz bardziej płomiennie przemawia o wyższości siły bojowej Układu Warszawskiego nad NATO, jak zawsze w takich sytuacjach zaczyna szczytować w swoim patriotycznym uniesieniu, podchodzi do mnie kładzie rękę na ramieniu i teatralnym głosem pyta:

- A co byśmy zrobili, gdyby nas nagle zaatakowano?

 Tymczasem ja, jak zawsze robiąca pod ławką na drutach,  nie zdając sobie sprawy że pytanie było retoryczne, bez namysłu odpowiedziałam

- Jak to co? Poddalibyśmy się.  

 

Furorę zrobiło moje Drzewo samotnej skarpetki.

 

Dwie osoby (w tym jedna o zawodzie wyuczonym - historyk sztuki), zapytały mnie czy to jest to celowa instalacja! Na drzewie wisi lampa owadobójcza - niestety nie sprawdziła się w boju, komary cięły na potęgę. A rozpłaszczane na ścianie zostawiały brunatne plamy.

Oprocz historyków sztuki był i architekt kraobrazu. Popatrzyliśmy na mój zarastający mchem ogród, w którym w tym sezonie nie przepracowałam nawet godziny, no i kolejna osoba powiedziała mi, że tak bez pracy to się nie da. Tyle, że teraz może mam i siły, ale nie mam czasu. Za kilka lat, na emeryturze, może będę miała czas, ale nie będę miała siły. Ale też nie wygląda to aż tak źle jak w Gugle maps. Joannie sfotografowali na tarasie psa. Mnie nie ułożone drewno kominkowe, wieszaki na bieliznę i kosiarkę. Mogli uprzedzić!

 

Czując wieczorami w kościach spodziewany koniec lata, poczułam jesienną potrzebę cardiganu. Spędziłam cały wieczór na Raverly i dalej nie wiem co zrobić ze źle skręconej wełny Cascade 220. 

Wstępnie zdecydowałam się na sweter w prawym górnym rogu, ale za jego wzór nie można zapłacić tak po prostu kartą, tylko trzeba to robić przez PayPal. Jak zawsze w takich przypadkach decyzyjnie utknęłam, bo zaczęłam osiołkować, czy wpłacić na konto PayPal pieniądze, czy nie tracić czasu i podać dane karty.  

Synek już jutro będzie w Wwie. W drodze na lotnisko w Bombaju smętnie czatował, że nie chce wracać, myśli o następnej podróży, woli być wyjechany ...

Miałam na pysku maseczkę antystresową, więc napisałam:  Wal śmiało ...

Odpisał: Iran

Nie ukrywam, że mnie zamurowało - tym w każdym razie tłumaczę sobie to, że diabli wzięli lecznicze działanie maseczki:  po zmyciu nie czułam żadnej różnicy.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011
Jak przygoda, to tylko w Londynie

Było tak:

Normalne linie  lotnicze, wiec i bagaż taki jak drzewiej bywało, czyli wielka ciężka waliza. Plan dnia nie pozwalał na żadne improwizacje, po zostawieniu bagaży u Anki, mieliśmy od razu jechać do konsulatu. Niestety kontrolerzy lotniska Heathrow mieli to gdzieś i przez pół godziny kołowaliśmy nad lotniskiem. Chcąc odzyskać "stracony" czas, wpadliśmy na pomysł, że zamiast przesiadać się na Bakerloo Line na Piccadilly, wysiądziemy wcześniej, na Hammersmith, skąd podjedziemy na Paddington,  a tam już trzy przystanki i będziemy  u Anki. Michałowi ten pomysł bardzo się spodobał też i dlatego, że na Piccadilly jest nieustający remont i ominięcie tej stacji oznaczało uniknięcie dźwigania ciężkiej walizki.

Pierwsza wtopa na była już na Hammesmith, trzeba było wyjść z metra i przejść kawałek do stacji skąd odjeżdżają pociągi na Paddington.  Nie ma  tam wind i  walizkę trzeba było nosić. Ale ponieważ wychodząc na zewnątrz, Michał mógł zapalić papierosa, bilans wyszedł na zero. Wysiedliśmy na Paddington i gdy zamykały się drzwi kolejki Michał krzyknął torba, moja torba! No to szybko po schodach (z tą ciężką walizką oczywiście) do kolejowej informacji, pan zadzwonił i chwilę później oznajmił, że musimy pojechać na wskazaną przez niego stację i tam, u dyżurnego ruchu, odebrać torbę. No to z powrotem po schodach z walizą. W międzyczasie ustaliliśmy z Anką, że skoro nie zdążymy do niej o domu, spotkamy się w polskim konsulacie. Na Regent Street,  aby wyjść na powierzchnię trzeba było wnieść tą cholerną torbę po schodach. I nie ma zmiłuj - wracając trzeba było pokonać tą samą trasę, tyle że w dół. 

Chwilowo za dużo się dzieje bym miała czas na dłuższe wpisy. Ale nie zapominam o czapeczkach - zrobiłam kolejne dwie. Wzór to Baby Tri - Peak.  Prosty i efektowny. Polecam.

No i byłam w kinie

Milosz Forman Co nas nie zabije

Wreszcie dotarłam na film o Miloszu Formanie. Gdy wchodził na ekrany, byłam świeżo po przeczytaniu jego biografii, więc się nie spieszyłam. Potem jeżeli grali, to tylko w Alchemii i to w takich godzinach, że nigdy nie było mi po drodze. W końcu udało mi się do tej Alchemii dotrzeć:  kino w remoncie, filmy wyświetlane są  w dusznej sali konferencyjnej, ekran niewiele większy od takiego jaki można rozwiesić w domu, a ludzi o dziwo tłum.
Sam film dla wszystkich którzy lubią jego filmy obowiązkowy. Ciekawy dokument. Z tym, że nacisk  jest położony na pokazanie go jako reżysera, o życiu prywatnym mało. O tym więcej jest w tej książce (pisałam kiedyś o niej na tym blogu).

Ale to jednak tylko dokument, więc cztery gwiazdki.

Młyn i krzyż

Ekranizacja eseju jaki na temat obrazu Breugla Droga na Kalwarię napisał historyk sztuki, M. Gibbson. Pomysł obarczony dużym ryzykiem, więc nie ma co się dziwić, że nie wyszedł. Reżyser, L. Majewski nie jest pierwszym, któremu fascynacja możliwościami współczesnej techniki zaszkodziła.

Na naszych oczach "ożywają" postacie z obrazu Breugla. To jak wyglądają budzi zaciekawienie. To co mają do powiedzenia już nie. A piękne obrazy to się wiesza na ścianach, a nie zlepia się w jedną całość" i mówi że to film


sobota, 13 sierpnia 2011
Przeczytane

Petra Hůlová Stacja Tajga

Kupiłam pod wpływem entuzjastycznych recenzji. Wykombinowałam sobie, że skoro poprzednia książka tej autorki, Czas czerwonych gór miała dobre fragmenty, to w jej następnej książce, skoro ma dobre recenzje, będzie ich więcej. Tymczasem do połowy Stacja tajga była dla mnie jedynie mrocznym bełkotem, tyle że przetykanym gdzieniegdzie celnymi obserwacjami. Potem było ździebko lepiej, ale też tylko trochę.

Kilka lat o wojnie do jednej z wsi na szlaku kolei transsyberyjskiej przyjeżdża z Danii, znudzony tamtejszym monotonnym dobrobytem  Hablund Doran, właściciel dobrze prosperującej fabryki  i ślad po nim ginie. Kilkadziesiąt lat później, jego szlakiem rusza student antropologii Erskin.

W kolejnych rozdziałach równolegle poznajemy koleje wyprawy  Hablunda i Erskina. Obaj trafiają do syberyjskiej osady Charyń, zamieszkałej  przez lud miejscowy Buraczarzy i przyjezdnych Rosjan. Żyją oni obok siebie odgrodzeni murem pogardy i wrogości, nie zdając sobie sprawy, że dla kogoś z boku (Hablunda, a kilkadziesiąt lat później i Erskina) niewiele się od siebie różnią. Sami, są skłonni się przyznać jedynie do tego, że łączy ich niechęć i nieufność do obcych.

Temat ciekawy. Ale napisany - jak już wcześniej wspomniałam  tak, że czyta się z trudem. Może taki był zamiar autorki? Bohaterzy są toporni, ociężali, przygnieceni ciężarem życia, okrucieństwem natury i oddychając lodowatym powietrzem, nigdy nawet do głowy im nie przyjdzie, że jest coś takiego, jak nieznośna lekkość bytu. Ale mnie ten ciężar opisu przygniótł i ledwo dobrnęłam do końca.


Sławomir Koper  Afery i skandale Drugiej Rzeczypospolitej

Lubię takie książki. I gdy kilka dni po tym jak  przeczytałam tę recenzję, idąc do biblioteki zobaczyłam w oknie wystawowym księgarni Matras trzy książki Sławomira Kopra na temat Drugiej RP, nie mogąc się zdecydować którą wybrać, kupiłam wszystkie trzy. Zaczęłam od Afer i skandali Drugiej Rzeczypospolitej. O zabójstwie Narutowicza, sprawie Gorgonowej, aferze żyrardowskiej  czy T. Boyu Żeleńskim prawie nic nowego się nie dowiedziałam. Ale o pozostałych aferach i skandalach, którymi żyła Druga RP całe mnóstwo.

Dawno, dawno temu, kiedy chodziłam do szkoły zaczytywałam się w książkach A. Krawczuka o starożytności. Nigdy za bardzo mnie wprawdzie starożytność nie obchodziła, ale A. Krawczuk pisał ciekawie, świetnym językiem, a to o czym pisał, bez większego wysiłku łatwo było odnieść do współczesności. Podobnie i w tym przypadku.   

Poukładała mi ta książka parę spraw – Berezę, Brześć. Zbyt mało wiem o tym okresie, by móc ocenić na ile autor starał się być obiektywny, ale czytając tą książkę nie miałam wrażenie, że jestem indoktrynowana. Z tym, że nie wiem czy jest to takie pocieszające, że w Drugiej RP „jakość” klasy politycznej też nie powalała. Mieli wyższe IQ, przeczytali więcej książek, ale postępowali równie szmatławo.


Leonardo Sciascia Todo modo

Niektóre książki starzeją się szybciej niż inne. I ta uwaga dotyczy między innymi  książki Leonardo Sciascia Todo modo.

Włochy. Do prowadzonego przez księdza Gaetano stojącego na uboczu hotelu, na doroczne rekolekcje przyjeżdża od lat ta sama grupa ludzi – politycy, przemysłowcy, dostojnicy kościelni. Tym razem, przypadkowo, jest jeszcze z nimi  wzięty malarz. Jego oczami obserwujemy dalsze wydarzenia:  jedno morderstwo…, drugie morderstwo... trzecie morderstwo.

Ale nie jest to kryminał, tylko opowieść o zepsuciu ludzi kościoła, polityki i biznesu. Duża cześć książki to błyskotliwe rozmowy narratora (czyli wyżej wspomnianego malarza) z księdzem Gaetano, nafaszerowane erudycyjnymi wstawkami. O życiu, o kościele i jego miejscu we współczesnym świecie. Pomijając to, że trochę już pachną naftaliną, miło się czyta.

Ale te rozmowy stanowią tylko cześć opowieści , z resztą jest gorzej. Być może książka miała kiedyś demaskatorski wydźwięk. Ale dziś prawdy które obnaża, przypominają pornograficzne zdjęcia z pierwszych lat XX wieku.

Książka z biblioteki, ktoś przede mną bardzo uważnie ją czytał z ołówkiem w ręku i zakreślił całe mnóstwo cytatów. Niektóre całkiem zgrabnie coś opisujące. Na przykład taki:

Potem następuje coś bardzo podobnego, do tego co zachodzi w sztuce, dla tych którzy ją uprawiają: ograniczenia i wymagania ekspresji stają się jej formą, a przestają być jej ograniczeniami i zakresami. Podobnie czystość jest najwznioślejsza formą, do jakiej może dojść miłość własna: sprawia, ze życie staje się sztuką.

niedziela, 07 sierpnia 2011
Ślub i wesele

Byłam i mam kilka refleksji.

Ostatnie trzy śluby na których byłam, to w kolejności: katolicki, prawosławny i cywilny. Z tych trzech wybieram prawosławny. Cywilny w urzędzie jest jednak li tylko rejestracją i wszelkie próby nadania temu jakiejś pompy, są chyba jednak skazane na porażkę. Podobno bardzo fajnie wychodzą "śluby na zamówienie" organizowane przez specjalne firmy, gdzie po podpisaniu stosownych dokumentów tylko w obecności świadków, ceremonia odbywa się wybranym przez biorących ślub miejscu i w zamówionej przez nich formule. Jest i podpisanie aktu, urzędnika gra aktor i często goście nie wiedzą, że biorą udział w przedstawieniu. Ale nie wiem, bo na czymś takim nie byłam.

Za ślubem kościelnym przemawia nie tylko siła tradycji i pamięć o obrządkach przodków. Nie bez znaczenia jest też uroczysty wydźwięk. Dlatego w moich czasach, nawet tacy jak ja brali ślub w kościele - nie udało mi się tego wytłumaczyć Mońkowi, który w tym tygodniu wreszcie odwiedził mnie w Brwi i z którym zarwałam noc przed weselem. Teraz to coraz częściej również ci którzy nie uważają się za ateistów, postrzegają kościół jako "ich" i omijają go szerokim łukiem. Słowem potrzeba świeckiej obrzędowości narasta. A pomysłów póki co mało.

Po weselu, ślub. Tu też przerobiłam ostatnio trzy wersje: w urządzającym takie imprezy klubie, w wynajętej sali bez „knajpianego” zaplecza i w domowym ogrodzie. To trzecie było najfajniejsze. I to na nim byłam w tę sobotę.

Na wypadek deszczu były rozstawione namioty.



Jak zapadła noc, przystrojone morzem lampek.



Namioty były obstawione pochodniami odstraszającymi komary. Komary się tymi pochodniami nie przejmowały i w powietrzu unosił się nie zapach perfum, ale antyowadzich sprayów.

Za to ja przypaliłam sobie pochodnią kupioną specjalnie  na to wesele sukienkę.  



Weseliłam się na tym weselu grając  w pokoju obok w brydża.



Nie ukrywam, ze trochę robiliśmy za  eksponaty w muzeum weselnych osobliwości.



W dniu wesela miałam "przygodę". Ślub był na Pradze. Z pewnym trudem, ale jednak  przebiliśmy się na drugą stronę Wisły, a tam wszystko stało. To nie nawet nie był korek, bo wtedy powoli ale jednak jedzie się do przodu. Spóźniliśmy się tylko kilka minut, bo Michał "depnął" i pod prąd, po chodniku, po piracku, po wariacku, tak jak na Bullicie (tylko niestety nie mieliśmy koguta na dachu) dowiózł na miejsce.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli