niedziela, 26 sierpnia 2012

Jesień. Jak nie już, to za progiem. 

Ale z drugiej strony, koniec lata oznacza, że znów wszystkie ciotki są w Wwie. A tak jest zdecydowanie milej.

Ogólnopolska akcja Wiem co jem robi swoje - domowe przetwory wracają do łask. W tym roku w mojej od lat prowadzonej akcji podziel się ze mną swoim przetworem zbudowałam przyczółek i w pracy:  

Patrząc na rozpęd moich ciotek, myślę że te kilka oddawanych mi słoiczków, w żaden sposób nie uszczupla zbiorów w ich spiżarniach.

Z tym jedzeniem to problem, za dużo tego dobrego w ofercie. W tym tygodniu poszłam z synkiem do Bejrutu na Poznańskiej, koło Wilczej. Humus z cieciorką był pyszny (kaloryczny pewnie też). Polecam. A z wagą, to co się polepszy, to się popieprzy. I tak w kółko.

Opracowuję plan na nowy rok szkolny, dużego pola manewru nie mam: wychodzę z domu o 7.30 i do 17 siedzę w pracy, czyli najwcześniej jestem w domu o 18.20. A tu poza kinem i stażem na mediatora, już umówiłam się z Jackiem na brydża. Podręcznik K. Jassema o Wspólnym języku jest tak hermetycznie napisany, że nie dawałam rady się w niego wgryźć. Kupiłam wiec inny. Pierwszy tom nie wiem po co, bo poza jednym podrozdziałem, o niczym nowym się nie dowiedziałam. Ale drugi tom czytam z większym zainteresowaniem. I mam nadzieję, że jego po przeczytaniu, podręcznik o Wspólnym języku będzie dla mnie bardziej czytelny.

 

A przecież poza brydżem, ma być jeszcze angielski. No i jakaś gimnastyka by się przydała.

Nowy sezon filmowy zaczęłam od Woody Allena.


Wiedziałam, że jest kiepski. Ale żeby aż tak? 

Idąc na film Woody Allena wiadomo, że będzie o tym samym co zawsze. Ale w tym filmie, to przegięcie. Na przykład denerwujące jest to do jakiego stopnia Ellen Page powtarza rolę Christiny Ricci z Życia i całej reszty (2003), duet Jesse Eisenberg/Alec Baldwin, też jest powtórzeniem duetu Jason Biggs/Woody Allen z tamtego filmu. A to nie jedno tego typu nie tyle odwołanie, co dokładne powtórzenie. Można zrobić test - z którego filmu i w którym miejscu Allen cytuje/zapożycza?

Ale to jeszcze dało by się znieść. Gorzej, że po dwudziestu minutach Allenowi kończą się pomysły i do końca filmu do znudzenia powtarza grepsy z tych pierwszych 20 minut. Za drugim razem nie jest już to śmieszne. Za trzecim czuje się zniecierpliwienie. A potem ma się już tylko dosyć.  

Tyle, nie wyobrażam sobie, że mogłabym na ten film nie pójść. I jednak jest te pierwsze 20 minut, które ogląda się z dużą przyjemnością.


Skończyłam wreszcie sweterek dla wnuka. Rękawy zrobiłam po raz drugi. Ten pasek francuskim ściegiem powodował, że rękawy zamiast do dołu szły do góry - pomysł by rękawki w sweterkach dla dzieci przypominały skrzydełka aniołka, wydał mi się dziwny. Gdybym wiedziała, to ten ścieg francuski zrobiłabym od dołu. A tak to sprułam. 


Teraz wygląda dużo lepiej i w końcu jestem z tego co zrobiłam zadowolona. jest jeszcze pytanie, czy to jest jego rozmiar.

Robiąc skończyłam słuchać Cmentarz w Pradze Umberto Eco.

Fajne. Do słuchania (do czytania pewnie też).

Dziewiętnastowieczna Europa. Bohaterem jest fałszerz dokumentów,  Simone Simonini, z ambicjami i dużym parciem na kasę. Samo bycie notariuszem i fałszowanie testamentów mu nie wystarczało, brał udział w wielu ważnych wydarzeniach epoki (m.in. w powstaniu Garibaldiego, Komunie Paryskiej), współpracował ze służbami bezpieczeństwa, fałszował ważne dokumenty historyczne. Dziełem jego życia były "Protokoły Mędrców Syjonu”, ale nie tylko, np. fałszywka w aferze  Dreyfusa też była jego dziełem.  

Jedyną wymyśloną postacią w tej książce, jest Simonini. Opowiadając historię jego życia, Umberto Eco opowiada o powstaniu dziewiętnastowiecznych teorii spiskowych. Szkoda, że ci którzy i dzisiaj wierzą w to, czy w akta IPN-u,  jak w objawienie, nie czytają takich książek. 

A po skończeniu sweterka dla wnuka, sięgnęłam po to:

Albo potnę na kawałki, albo skończę. Na razie bardziej prawdopodobne jest pocięcie na kawałki.

sobota, 25 sierpnia 2012
Przeczytane

Agata Tuszyńska Ćwiczenia z utraty

W 2005 roku Agata Tuszynska żyła od kilkunastu lat w związku "na odległość" z Henrykiem Desko, ona w Polsce, on w Kanadzie. Spotykali się kilka razy w roku. Gdy właśnie zamierzali sformalizować związek i zacząć wspólne życie, u H. Desko rozpoznano jednego z najbardziej złośliwych raków mózgu.

Zapis kilkunastu miesięcy towarzyszenia w chorobie - od sms-a o podejrzeniu guza mózgu, poprzez diagnozę, dwie operacje, chemię, naświetlanie, po zapowiedziany przez lekarzy koniec.

Książka bardzo osobista, chwilami przypominająca mi dwa filmy: 33 sceny z życia M. Szumowskiej i Inwazję barbarzyńców.

Film M. Szumowskiej przypomina szczerością. Nie wszystkie uczucia i myśli A. Tuszyńskiej są wzniosłe i szlachetne. Opowiada o sobie, o tym jak próbuje sobie z tym czego doświadcza radzić. Jest miejsce na wyczerpanie, wątpliwości. Gdy chory coraz mniej przypomina siebie sprzed choroby, stawia sobie czasami pytanie,  czy gdy na początku swojej choroby znalazł się na granicy śmierci, słuszna była decyzja o ratowaniu za wszelką cenę życia, które z niego uchodziło. Jest w tym wcale nie tak mało kabotyńskiej autokreacji, niezgoda na to, że to ich, potomków ocalałych z Zagłady spotyka taki los. Czytałam z trudem, bo towarzyszenie takiej rozpaczy nie jest łatwe. Ale też doceniłam, że nie ma w przekraczania barier prywatności, fizjologii umierania. 

Przypomniałam sobie o Inwazji barbarzyńców, bo w którymś momencie A. Tuszyńska wspomina o tym filmie. Klimat tamtego filmu przypominają starania by odchodzić przy muzyce, z książką w ręku, ucztując z przyjaciółmi. I ta siła babskiej przyjaźni (jak sama zauważa, mężczyźni nie umieli sprostać). Zobaczyłam je siedzące podczas trwającej operacji, w szpitalnej poczekalni, gdy dodają sobie otuchy śpiewając piosenki, które znają - Szła dzieweczka do laseczka, Płonie ognisko w lesie itp. 

Książka z tych zachodzących pod skórę.

 

Jako odtrutkę wzięłam do ręki czeskie czytadełko - Premier i Anioł Ivana Klimy

Na odrutkę dobre. Ale bywają lepsze czytadełka.

Cyryl Florian jest premierem środkowoeuropejskiego, kiedyś komunistycznego, dziś demokratycznego państwa. Coraz bardziej mierzi polityka, drażnią otaczający go ludzie. Niestety mało odkrywcze. Na początku bawi klimat czeskiego filmu. Nawet jest śmiesznie, ale w połowie książki pojawia się anioł, który mówi premierowi jak powinien rządzić i zaczyna być przeraźliwie nudno. No i - a to w przypadku czytadełka mocny zarzut - kiepsko się czyta.

niedziela, 19 sierpnia 2012

W piątek postanowiłam nie wracać do domu i zostać u mamy - z samego rana w sobotę umówiłam się u dentysty.  Wzięłam do ręki Co jest grane, bardzo długo i starannie je studiowałam i mimo że cała byłam za, nie znalazłam ani jednego filmu. Sprawdziłam co w teatrach, może jakiś odczyt ...w ostateczności coś w telewizji ...

Zero.

Włączyłam więc TVN24 i dokończyłam wełniane boa, które przezornie trzymałam u mamy. Zrobiłam według instrukcji, namoczyłam, odwirowałam ... i nic się nie stało. Nie urosło, nie zrobiło się puszyste i kolorystycznie wcale tak bardzo nie pasuje do bordowej kurtki, jak myślałam. Ale można je fikuśnie drapować.  


Nadal nie wiem, co z tegorocznym urlopem, najwcześniej mogłabym się ruszyć w listopadzie. We wrześniu i w październiku, lecę na kilka dni w Londynie, za drugim razem nawet zostaję z wnukiem sama na kilka dni. Z kolei jak w listopadzie, to już tylko ciepłe kraje. A ciągle nie jestem pewna, czy to na pewno dobry pomysł jechać samej na wycieczkę objazdową.

Na razie myślę o Londynie, kończę pierwsze zamówienie: biały rozpinany sweterek. Wybrałam na Raverly wzór Just like daddy, najbardziej spodobał mi się w tym wykonaniu:


Robię po raz drugi. Pierwszą wersję sprułam, jak przyjrzałam się mojemu wnukowi na zdjęciach. Dzieci jakoś dziwnie szybko rosną. 


 

Jak sprułam, to o dziwo lepiej się poczułam. Może pomogło mi zrezygnowanie ze słuchania przy drutkowaniu W poszukiwaniu straconego czasu? Złapałam się na tym, że już po dwóch dniach przerwy nie tylko nie pamiętałam gdzie skończyłam, ale czasami dopiero po 10 minutach odkrywałam, że już ten rozdział kiedyś był. Ale że nie pamiętałam dokładnie o czym, to słuchałam jeszcze raz. Znalazłam więc stracony czas rzucając Prousta na razie w kąt i od kilku dni z przyjemnością słucham Cmentarz w Pradze Eco.  

Na dworze powrót lata a ja już poczułam zbliżającą się zimę. Obejrzałam na Ravelry czapki, bo z tym zawsze największy problem.  Spodobał mi wzór Morgan, jest za darmo.


Za ten, Newsie, trzeba zapłacić. Moim zdaniem warto, bo chyba takie proste denko jest fajniejsze. Jest w wersji dla dzieci.


I w wersji dla dorosłych:

W ramach bardzo korzystnej dla mnie wymiany, pozbyłam się gobelinowej wełny, w zamian otrzymując dwa filcowe naszyjniki:

A i wiem o czym marzę. Taki spray-killer na muchy. Pryskam tym co mam, śmierdzi jak cholera, a ta paskudna mucha odfruwa i po 15 minutach powraca, budząc we mnie krwiożercze żądze.

sobota, 18 sierpnia 2012
Przeczytane

Przeczytałam cztery kiepskie książki, w tym dwie, które mocno mnie rozczarowały.

Chuck Palahniuk Potępieni

Znałam Palahniuka jako autora Udław się, więc wiedziałam, że będzie obscenicznie i wulgarnie. Ale oprócz tego liczyłam na jakąś wartość dodaną. I się przeliczyłam. 



Trzynastoletnia Madison jest córką bardzo bogatych skretyniałych celebrytów, w młodości hippisów, dziś ekologów podróżujących prywatnymi odrzutowcami. Gdy nagle umiera, budzi się w piekle i skoro nie dane jej było dorosnąć na ziemi, musi dorosnąć tu gdzie się znalazła. Wędruje przez piekło, poznaje ludzi, z niektórymi się zaprzyjaźnia - słowem typowa powieść drogi.

Na początku czyta się ją świetnie. Bawi gra wyobraźnią, celne opisy (duży plus dla tłumacza), złośliwości i prześmiewcza krytyka współczesnego świata. Ale po przeczytaniu kilkudziesięciu kartek staje się to nudne. Opisane w połowie książki spotkanie z Hitlerem, czy innymi historycznymi postaciami, przypominało mi najgorsze komedie z Leslie Nielsenem. 

Kilka pomysłów jest świetnych - np. dzwoniący do nas pracownicy agencji telemarketingowej to mieszkańcy piekła. Ale barokowość opisów, monotonia obsceniczności i przewidywalność kolejnych zbrzydzeń sprawiła, że jak dla mnie ta książka była mało strawna. 


Jeszcze większym rozczarowaniem był tom opowiadań W. Pielewina Kryształowy świat.

Aż trudno mi uwierzyć, że nie doczytałam do końca książki autora Mały Palec Buddy.

Bohaterem jest nie tylko wyobraźnia autora ale i kokaina. Momentami świetnie napisane, bo co jak co, ale Pielewin pisać potrafi, ale łapałam się na tym, że nie wiem o czym czytam i musiałam "wracać" do punktu gdzie się zgubiłam. Przesłanie, że świat jest mocno pokręcony i tak bez białego proszku, czy gorzałki trudno, też mało odkrywcze. Jak dla mnie psychodeliczny bełkot. Bez żadnej głębi.


Ingrid Noll W starym piecu diabeł pali

Tę książkę wzięłam w bibliotece zaciekawiona opisem na okładce.

 

Kobieta 50+ zakochuje się bez pamięci i bez wzajemności w przystojnym wykładowcy. Walczy o swój obiekt uczuć wysyłając kolejne rywalki  na tamten świat. Tego typu historyjki, gdy tylko gdy mają swój urok, fajnie się czyta. Niestety w tej historii, główna bohaterka to klempowata kretynka. Morduje rzeczywiste i wyimaginowane rywalki od niechcenia, pod wpływem impulsu. Mniej więcej tak jak ja sięgam po kolejne jabłko. Ciężko się to czyta i dotrwałam do końca tylko dlatego, że książeczka jest cienka i zanim się ostatecznie zniesmaczyłam, był już koniec.


Bruce Chatwin  Wicekról Quidah

 Na okładce jest przytoczona opinia Susan Sontag: Bruce Chatwin jest jedynym współczesnym pisarzem brytyjskim, do którego książek wracam - chyba miała na myśli inne jego książki. 


Opowieść o brazylijskim awanturniku Francisco de Silva, który na początku XIX wieku podjął się straceńczej misji, popłynął do Dahomeju, gdzie, na handlu niewolnikami dorobił się fortuny i pozycji.

Zasuszone, ubrane na czarno matrony, ciężkie powietrze, rozbuchana przyroda bardziej przypominała mi Amerykę Południową Marqueza, a nie Afrykę. Ale to nie z tego powodu znudziła mnie ta opowieść, tego typu ksiązki zaliczam do gatunku: za dużo słów.

Herzog nakręcił na podstawie tej książki film Cobra Verde. Ale ja i za Herzogiem nie przepadam.

niedziela, 12 sierpnia 2012
Weekend na wsi

Do podręcznej walizki spakowałam:

  1. komórkę + kabelek (ładowarka)
  2. laptopik + 2 kabelki (ładowarka i mysz) i pipipek z internetem
  3. aparat fotograficzny + 2 kabelki (ładowarka i usb do laptopika, bo kart nie lubię)
  4. czytnik Kindle + kabelek (ładowarka)
  5. ipod + kabelek (ładowarka)

Oprócz tego: włóczkę + druty oraz książkę, której nie zdążyłam "doczytać.  

Na koniec weekend spędziłam mało elektronicznie (nawet netu tam nie było i nie mając wyjścia, musiałam się z tym pogodzić).

Grałam w brydża:

 

Poznałam zrównoważonego emocjonalnie psa. Elka wzięła go ze schroniska - jest już u niej dwa lata, więc nie udaje, naprawdę jest normalny. A nawet u psów to coraz rzadsze.

Plany miałam, że ho, ho! I teraz nie wiem czy nie zrealizowałam ich dlatego, że się źle czułam, czy źle się czuję bo ich nie zrealizowałam. W najbliższych dniach się to okaże. Na razie idę spać.

niedziela, 05 sierpnia 2012
Jak chcesz mieć coś zrobione ...

Jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam - latami Janeczka wbijała mi to do głowy, a ciagle się łapię na tym, że potrafię o tym zapomnieć. 

W piątek obeszłam kolejne punkty artystycznego cerowania, w których, tak jak w poprzednich, wysłali mnie na księżyc. Zrozumiałam, że z Funczalem mam dwa wyjścia - wywalić do śmieci, albo spróbować samemu.

Gdybym dziś wiedziała, to co wiem teraz ... a teraz, tak już tego Funczala nie lubię, że szybciej go wywalę, niż poprawię. Najważniejsza nauczka na przyszłość jest taka, by tam gdzie z góry zakłada się robienie w dwie strony, po kilku rzędach sprawdzić, czy oczka się dobrze prują, nabrać je na żyłkę i spokojnie robić dalej.  Gdybym tak kiedyś zrobiła, byłby śliczny i nosiłabym go już od dawna.

Wiem też dlaczego nie wychodziło mi nabranie oczek od tyłu - tą wełną robi się tylko raz, jest jak moher i nie nadaje się do prucia. W wolnej chwili jeszcze może jeszcze trochę igłą poprawię, ale szału nie będzie.


 

Szew z tyłu wyglądał by niebo lepiej, gdyby było dwa rzędy więcej - ale gdy sobie zdałam z tego sprawę, było już za późno. Obiecałam sobie, że jeżeli w ten weekend nie skończę, wywalę do kosza. Z tym, że na dnie duszy mam świadomość, że jak coś co jest dodatkiem, jest źle wykończone, nosić się tego z przyjemnością nie będzie.  

Funczal, to trzecia rzecz skończona w tym roku, a druga która nie wyszła z powodu wełny. Rulonik z Zitron tweed był śliczny do pierwszego prana. Chciałam zobaczyć, czy to prawda że wełnę super wash można prać w pralce - w 30 stopniach zrobiła się z niego szmateczka. 

Póki co, pod wpływem artykułu o minimalistach zrobiłam przejrzałam rzeczy w jednym pokoju. Uzbierany stosik zdążył przez kilka dni już się trochę zmniejszyć, bo w przypadku kilku rzeczy doszłam do wniosku, że zbyt pochopnie je wywaliłam. Ne chcę też wywalać do kubła ścinków gobelinowych wełen. Może ktoś jest chętny? Jest tego ok. 1,5 kg.

Lato mija, Bojar ciągle nie ma czasu by coś tam zrobić w ramach dorocznej remontowej krzątaniny. Na razie wpadł synek i ułożyliśmy drewno. 


Po zainstalowaniu lamp czujnikowych, jedna lampa tak często się włączała, że miałam wrażenie, że coś w ogrodzie urządza mi dyskotekę. W końcu postanowiłam się temu przyjrzeć ... i na środku trawnika zobaczyłam mega spasionego jeża, pewnie tego, przywiezionego przed zimą przez Lucy. Zadzwoniłam do niej z prośbą o dostarczenie drugiego, bo patrząc na jego kubaturę, odniosłam wrażenie, że zajada swoją samotność. Ale niestety Lucy nie wie, czy dała chłopca, czy dziewczynkę, więc mój jeż jest skazany na spaślakowatość. Mam też wiewiórkę (na zdjęciu wspina się po sośnie). Warszawę opanowują szare, może w Brwi założę rezerwat rudych?


Zblokowałam jedwabny szal. Szkoda, że niestarannie, bo będę musiała jeszcze raz powtórzyć ten manewr. A wszystko przez to, że nie jestem przyzwyczajona do tej jakości włóczki. Po zblokowaniu, zastyga w narzuconym jej kształcie i tak trwa. Niesamowite.

Teraz  mam wolną duszę i mogę się zabrać za sweter dla wnuka. Mam nadzieję, że z większym szczęściem. Nawet mam trochę czasu. Jednak chodzenie 3 razy w tygodniu na angielski było trochę męczące.

sobota, 04 sierpnia 2012
Przeczytane

Po Oczyszczeniu jako odtrutkę wzięłam do ręki wspomnienia Antoniego Marianowicza. Życie miał bardzo ciekawe, kogo to on nie znał! - ale napisać o tym ciekawie niestety nie potrafił.

Bywa.


Ale jak zawsze w tego typu książach mnóstwo smacznych anegdot i historyjek. Między innymi urzekła mnie ta - rzecz dzieje się w 1946 roku, A.Marianowicz zostaje dyplomatą i wraz z żoną, przyjeżdża na placówkę do Brukseli:

Z podręcznymi walizkami pojechaliśmy do hotelu, gdzie czekał zarezerwowany przez poselstwo pokój. Nasz towarzysz oświadczył dumnie gospodarzowi: „To z ramienia Polskiego Poselstwa"), po czym pożegnał się (…) 

Zaopatrzeni w klucz, udaliśmy się do naszego pokoju, który sprawił na nas dość dziwne wrażenie: ogromne, centralnie usytuowane łoże, mnóstwo luster, różowawe oświetlenie; wszystko to odbiegało od naszych wyobrażeń i normalnym, hotelowym pokoju. Ale co kraj, to obyczaj... Zasnęliśmy kamiennym snem młodości, a kiedy nazajutrz oznajmiłem gospodarzowi, że wybieram się na dworzec po bagaże, spojrzał na mnie ze zdumieniem i powiedział: „Wie pan nasz hotel jest bardzo przyzwoitym zakładem, ale wątpię, czy państwu opłaciłoby się sprowadzenie bagaży. My wynajmujemy tu pokoje wyłącznie na godziny..." 

Moja żona nie od razu doceniła perwersyjny urok sytuacji i zażądała natychmiastowego opuszczenia przez nas „przyzwoitego zakładu". Pojawiliśmy się więc w poselstwie na długo przed umówioną godziną. Poseł Bartol przyjął naszą opowieść z kamienną twarzą, natomiast Julek był zachwycony. „No cóż - powiedział — co drugi hotel tutaj burdelem i nie ma na to żadnej rady". Byłem pewien, że przesadza, ale okazało się, że miał rację. W kilka miesięcy później sam wynająłem dla jednego z mych przyjaciół pokój w poczciwie prezentującym się „rodzinnym" pensjonacie, który - jak wyszło na jaw już pierwszej nocy - był zarazem świetnie prosperującym zakładem Mulatkami. Ciekawe, że rekomendował mi ten pensjonat ki wicekonsul, starszy wiekiem eks-górnik, który mieszkał tam od przeszło roku i nie zauważył nic. Przynajmniej tak twierdził...

Bardzo mi się też spodobał przytoczny w książce wierszyk A. Słonimskiego z 1967 roku:

My są sorry, very sorry, 

My jesteśmy agresory,

My jesteśmy banda drabów,

Napadamy na Arabów,

Napadamy bez pardonu,

Choć ich tylko sto milionów.

W sposób niecny i zdradziecki

Zabraliśmy sprzęt sowiecki,

Niosąc tyfus, wszy i lues,

Zajechaliśmy pod Suez,

Plując, trując, deprawując

Postępowe ich poglądy,

Gwałcąc dzieci i wielbłądy.


Przeczytałam też kolejną biografię:


Tak dobra jak o Werze Gran, to ta książka A. Tuszyńskiej nie jest. Ale też jest "jakaś". Tym razem niesamowite jest to, jak w swoim klimacie przypomina prozę I.B. Singera. I tak jak i Singer w swojej twórczości, tak i ona najwięcej miejsca poświęciła mieszkańcom żydowskich sztetli. 

I.B. Singer nie jawi się jako człowiek miły i sympatyczny. W młodości zakompleksiony, arogancki brzydal z niesamowitym powodzeniem u kobiet. Na starość dziwaczejący odludek. Ludzi lubił chyba tylko w swoich książkach. Ale też nie trzeba być psychoanalitykiem, by spojrzeć na to ze zrozumieniem. Urodził się jako trzecie dziecko chasydzkiego rabina z małego miasteczka. Matka ledwo tolerowała pierwsze dziecko, bo zrobiło jej przykrość i urodziło się dziewczynką, drugie dziecko, starszego brata Singera pokochała z kolei tak mocno, że dla kolejnego miłości już nie starczyło. Opuścił ortodoksyjny dom, ale nie umiał znaleźć miejsca dla siebie: komunizm go nie pociągał, antysemicka Polska odrzucała. Wyjechał - przeczuwając Zagładę - w 1935 roku. W Ameryce też żył na uboczu - tu z kolei środowisko żydowskie miało mu za złe to, w jaki sposób przedstawia w swoich powieściach polskich Żydów, uważali że po Holocauście, nie należy tak otwarcie pisać o ich wadach.  Nobel tylko zaostrzył te antagonizmy. 

Słowem życie pod górkę. Książka gruba. Ale materiałów na podstawie których można opisać życie I.B. Singera, nie za wiele. Zamiast puścić wodze fantazji, A. Tuszyńska poprzestała na tym,  co można było ustalić, opisaniu środowiska w jakim wzrastał, przytoczeniu dłuższych wypowiedzi ludzi, którzy go znali. W wielu miejscach przypomniała opisane przez niego w swoich książkach historie, w których - jak sądzi - zawartych jest sporo autobiograficznych motywów.

Nie powala. Ale warto przeczytać.


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli