piątek, 30 sierpnia 2013
Przeczytane

dobra książka



Ignacy Karpowicz Ości

Dobra polska powieść współczesna, nawet nie wiedziałam, że można o warszawce tak dobrą powieść napisać.

Książka zaczyna się tak:

Au­to­bus wol­no stał w kor­ku i nie­po­praw­nym związku fra­ze­olo­gicz­nym. Kli­ma­ty­za­cja się po­psuła i tłoczyła gorące po­wie­trze przez na­wie­wy umiesz­czo­ne nad głowa­mi pa­sażerów. Ma­ja na­wiewów ni­g­dzie nie za­ob­ser­wo­wała; ich obec­ność była obec­nością na­tu­ry de­duk­cyj­nej, wy­ni­kała z lek­tu­ry na­le­pek na drzwiach i szy­bach. (Po­jazd z kli­ma­ty­zacją. Nie otwie­rać okien).

Czerw­co­we słońce na­grze­wało nie­miłosier­nie szkla­ne, pla­sti­ko­we i me­ta­lo­we ele­men­ty au­to­bu­su. Lu­dzie za­mie­ni­li się w wy­mien­ni­ki ciepła. Ma­ja sie­działa między suchą szybą a za­wil­go­co­nym człowie­kiem; sie­działa z dużym czar­nym wor­kiem we­pchniętym między no­gi. Od­no­siła co­raz bar­dziej na­tar­czy­we i co­raz bar­dziej nie­kom­for­to­we wrażenie ja­kiejś po­myłki. Przez po­myłkę wsiadła w nie­od­po­wied­nią prze­strzeń, do ma­ga­zy­nu używa­nych części za­mien­nych.

Pa­trzyła przez szybę na młodą ko­bietę w dro­gim au­cie. Tam kli­ma­ty­za­cja na pew­no nie szwan­ko­wała.

Już po przeczytaniu tych zdań, czułam że będzie dobrze. Potem było jeszcze dużo lepiej - warto przeczytać dla języka: wartkiego, soczystego, pełnego skrótów myślowych i celnych skojarzeń. Chwilami nawet czułam potrzebę oddechu, zawiśnięcia na nudnym opisie przyrody, ale nic z tego – przerywnikami są iskrzące, świetnie napisane dialogi.

Obraz współczesnych "ości", miłości, złożoności, zależności, a może przede wszystkim "alternatywnej normalności"? 

Główni bohaterowie to: Andrzej, który jest z Krzysiem i który przyjaźni się z Mają. Z kolei Maja ma męża Szymona, a potem nabywa i kochanka Franka. Franek jest synem zbliżającej się do sześćdziesiątki feministki Ninel, która ma kochanka Norberta, który kiedyś kochał się w Krzysiu itd. itp. - jest to tylko jedna z pętli określających relacje pomiędzy bohaterami książki. I nie są to wszyscy bohaterowie, takich pomniejszych jest jeszcze cała galeria. 

Zakończenie opisu wizyty Mai u ojca:

Chy­ba czas na pożegnalną złośli­wość

– Świet­nie wyglądasz, ta­to

Rozpłakała się do­pie­ro na przy­stan­ku, a i to nie spa­zma­tycz­nie. Naj­wy­raźniej na­wet Zie­mia­nie prędzej czy później godzą się z fak­tem, że ich ro­dzi­ce przy­by­li z ob­cych światów. Po­nad­to za­wsze po­cie­szająco wy­pa­da myśl, że tak jak ro­dzi­ce nas nie ko­chają i nie ro­zu­mieją, tak ko­cha­li i ro­zu­mie­li na­szych ro­dziców ich ro­dzi­ce. Ta­ka świa­do­mość to ulga. Ta­ka ulga to tra­dy­cja. Ta­ka tra­dy­cja to równia po­chyła. Ta­ka równia po­chyła to ko­mu­ni­ka­cja zbio­ro­wa. O, przy­je­chał au­to­bus.

Z tym że na lekturę szkolną  to ta książka się nie nadaje, pomijając klimaty jak z Almodovara, mało wiarygodna jest lekkość, z jaką bohaterowie tej książki odnajdują się w pokręconych sytuacjach. Jeżeli miałabym podać słabe punkty tej książki, to chyba ten jest najważniejszy. Ale ponieważ jest to to powieść, nie reportaż to nie ma się co tego  czepiać. Podobnie jest z drugim dnem, książka chyba na pewno je ma i zarówno bohaterowie jak i opisywane sytuacje, prawie na pewno mają w realu  swoje odniesienia, tyle że  ta wiedza nie jest potrzebna do odbioru tej książki.

Słowem polecam.

piątek, 23 sierpnia 2013
Przeczytane

Wszyscy zachwycają się Papuszą Angeliny Kuźniak

To włożę łyżkę dziegciu w ten miód - przeczytałam z zainteresowaniem, bo opisuje bardzo ciekawą historię, ale już na sposób w jaki ta historia jest opisana, trochę pokręciłam nosem. 

Los cygańskiej poetki Papuszy i równolegle rozgrywający się w tle dramat cygańskiej społeczności siłą przymuszanej do osiadłego życia.  

Papusza już jako dziecko była trochę "inna", sama zadbała o to by płacąc kradzionymi kurami,  nauczyć się od gadziów liter. jej historia nabrała tempa, gdy J. Ficowski zobaczył w niej poetkę (zjawił się u Cyganów, by przeczekać zainteresowanie UB jego osobą). Klimat pierwszej połowy lat 50-tych i poparcie Tuwima sprawiło, że udało mu się ją "wylansować", a potem to już poszło. Papusza zapłaciła za przyjaźń z Ficowskim straszliwą cenę - oskarżona przez Cyganów o zdradę, odrzucona przez swoją społeczność, nie dała sobie rady z życiem  i "zachorowała na głowę".

Słowem uniwersalna, bardzo dziś w dobie multi-kulti aktualna, historia. Tyle, że ta historia jest ładniusia tylko do pewnego momentu, miałam wrażenie że gdy przestaje taką być, autorka nie wie co dalej z tym tematem ma począć i czytelnik zostaje sam, A pytania się mnożą. Np. co się takiego stało, że J. Ficowski, który stworzył tę sytuacje, potem z niej uciekł. Kto się od kogo odwrócił? Na ile to nie było tak, że Papusza nie spełniła pokładanych w niej oczekiwań?  

Ale też żeby nie być zbyt czepliwą, to nie tak, że to jest zła książka. Tylko pozostawia niedosyt, a to nie to samo.


Za to następna przeczytana w tym tygodniu książka to sam miód, zero dziegciu. 


Zapis wywiadu - rzeki z Janem Karskim, jaki w latach 1995-97 przeprowadził Maciej Wierzyński. Czyta się to jak świetnie napisaną powieść, wciąga tak, że chciałam nawet wyjść z kina, bo uwierała mnie świadomość, że książka, którą mam w torebce jest dużo ciekawsza, niż film, na który poszłam.

Książka powinna być obowiązkową lekturą szkolną (zdaję sobie sprawę, że nie będzie, ale szkoda). Relacja naocznego świadka, który zamiast wykuwać kolejny mit ku pokrzepieniu serc, mówi o tym jak to zapamiętał. Dziś za taką wersję historii, pewnie by został wygwizdany. I nawet jeżeli czasami pomylił jakąś datę, czy nazwisko, nie jest to aż tak bardzo istotne. 

Bardzo spodobał mi się jego relacja z pobytu w Londynie. Przyjechał tam jako kurier wysłany przez krajowych polityków (nie przez jedno stronnictwo, tylko wiele, oczywiście ze sobą na maksa skłóconych). Każde z nich na osobności dyktowało mu swoje przesłanie, on je zapisywał w pamięci i po przyjeździe do Londynu, po kolei zdawał relacje wskazanym przez polityków w Warszawie osobom.

Każde stronnictwo mówiło o swo­jej potędze, sile, popularności (...)

Stronnictwo Narodowe: (...) „Następuje w Polsce, i to jest nie do podważenia, odrodzenie ducha narodowego i katolickiego. Nie ma żadnej wątpliwości, że większość społe­czeństwa nas popiera. W momencie zakończenia wojny powstanie koalicja wszystkich sił politycznych - z wyjątkiem socjalistów, komunistów, Żydów i masonerii - które wejdą w nurt narodowy, który my reprezentujemy. Nie ma żadnej wątpliwości (...) że po wojnie my weźmiemy odpowiedzialność za losy naszego kraju. Nie trzeba antagonizować innych partii politycznych. One nie mają przyszłości. Polski robotnik, polski chłop, polski inteligent choć może mu się zdawać, że jest przede wszystkim socjalistą czy ludowcem, jest przede wszystkim narodowcem. Przede wszystkim człowiekiem wierzącym w Boga, stojącym przy naszym Kościele katolickim. I my reprezentujemy te wartości. Po zakończeniu wojny (...) my weźmiemy odpowiedzialność za przyszłość Polski".

Stronnictwie Ludowe: (...) Chcemy współpracy ze wszystkimi, ale jest rzeczą oczywistą, że my reprezentujemy najsilniejsze elementy w społeczeństwie polskim. (...)  my mamy program na przyszłość, po zakończeniu wojny. (...) Popiera nas większość narodu, bo naród polski to jest przede wszystkim klasa pracująca, to są chłopi i ro­botnicy. My reprezentujemy klasę pracującą. Niech nasi reprezentanci, tam w Londynie, zdają sobie sprawę, że my jesteśmy pewni zwycięstwa".

I ja to wszystko wiernie powtarzałem. Z taką samą dumą. W jednym momencie byłem ludowcem, w innym socjalistą albo narodowcem. Ale to stwarzało też trudności. Pod koniec stycznia 1943 roku Sikorski wraca z podróży. Dzwoni do mnie Kułakowski, jego sekretarz. (...) W samochodzie od razu zauważyłem, że Sikorski jest jakiś zły (...)  Dowożą nas do domu. Generał mówi: Za dziesięć minut proszę przyjść do salonu. Idę. Pukam do drzwi, otwieram... a Sikorski na mnie: Co pan tu wyrabia?! Co pan sobie wyobraża?! Kim pan jest?! Ledwo wróciłem, drzwi od mojego gabinetu się nie zamykają! Te wszystkie politykiery przychodzą, każdy powołuje się na pana! Każdy mi mówi, że całe społeczeństwo go popiera, że jego partia przeżywa jakiś rozwój dynamicz­ny. Nawet Popiel mówił mi o jakimś dramatycznym rozroście jego partii. Wszyscy powołują się na pana. Przecież pan każdemu mówi to, co on chce usłyszeć! Co pan wyrabia?! Kim pan jest?Mnie serce pod gardło podeszło i wykrztusiłem: Panie generale, każdemu mówiłem to, co mi jego ludzie, pod przysięgą, kazali powiedzieć.

Coś mi się to wydaje znajome ...

Mam też za sobą kolejna pudelkową książkę. 

Jak wszystkie książki Kopra, tę też się miło czyta. Niedawno przeczytałam obszerne biografie Kaliny Jędrusik i Elżbiety Czyżewskiej, więc o nich nic nowego się nie dowiedziałam. Z kolei  Agnieszce Osieckiej cały czas coś  się czyta "przy okazji". Ale o pozostałych babach, czyli Annie German, Mirze Zimińskiej, Alinie Szapocznikow, Halinie Poświatowskiej i Grażynie Bacewicz  z przyjemnością przeczytałam.  Trochę faktów, trochę anegdot. Powoli gdzie się nie spojrzy, tam jakaś publikacja Kopra. Może imponować to, w jaki sposób umościł się na rynku wydawniczym

sobota, 17 sierpnia 2013
Przeczytane

Przeczytałam pierwszą (jestem pewna, że nie ostatnią) książkę Mariusza Urbanka.


Świetnie napisana biografia.

Autorowi udało się  przedstawić życie Broniewskiego w całym jego skomplikowaniu, bez roztrząsania na ile to historia się z nim źle obeszła, a na ile sam się o to postarał. Zamiast tego opowiedział tak po prostu o jego życiu,  o trudnych sprawach pisząc otwarcie i bez niedomówień, ale i bez przekraczania pewnych granic. Gotowy scenariusz na film, szkoda że raczej na pewno  taki film nigdy nie zostanie nakręcony.

Broniewski przedstawiał siebie jako Polak, katolik i alkoholik.  Legionista, który nigdy nie ukrywał, że nie przestał kochać Marszałka, ale który też nigdy nie wyparł się (i co ważniejsze nie widział powodu by przepraszać) poematu Słowo o Stalinie. Zgadzał się na bycie ikoną polskiego komunizmu, choć klapki z oczu nie spadły mu dopiero po referacie Chruszczowa, już przed wojna był sceptycznie nastawiony do ZSRR, a czas spędzony podczas wojny w sowieckich więzieniach tylko to utrwalił. Zachód też nie pokazał mu się z najlepszej strony - Anglicy cenzurowali jego wiersze o ZSRR, czy Katyniu, bo nie chcieli drażnić sojusznika. Życie osobiste miał jeszcze bardziej poplątane. Trzy żony. Pierwsza, Janina Broniewska z którą do końca życia się przyjaźnił. Druga, ta najbardziej znana, Maria którą opłakał dowiedziawszy się o jej śmierci w Oświęcimiu, a która jednak przeżyła i dla której wrócił do Polski. Niedługo potem umarła (wcześniej była leczona w Szwajcarii i by było to możliwe Broniewski zawarł pierwsze poddańcze układy z władzą, a potem to już poszło). Trzecia żona, Wanda, weszła  po jego śmierci w rolę "wdowy po poecie" i aby nikt nie podważył tej pozycji, zniszczyła część listów i notatek. Oprócz tych trzech żon całe mnóstwo innych kobiet, mniej lub bardziej ważnych. I ta najważniejsza, córka Anka, która zmarła tragicznie w nie do końca jasnych okolicznościach A to wszystko utopione w morzu alkoholu (podobno alkoholizm "wyniósł" z domu, gdy dorósł jego matka - chcąc by się nie szlajał i nie wychodził z domu - stawiała na stole wódkę).

Anegdot i ciekawych historii w tej książce całe mnóstwo. Trudno coś wybrać. Polecam przeczytanie książki.

Teraz mam nadzieję, że pozostałe książki M. Urbanka są równie ciekawie i dobrze napisane - na Kundlu mam jego książki  o Waldorfie, Brzechwie, Kisielewskich. Inna sprawa, że  kolekcjonuje się teraz książki, jak kiedyś znaczki pocztowe.

 

niedziela, 11 sierpnia 2013
Chwalę się

Chwalę się, bo mam czym.

Skończyłam wreszcie  W ząbek czesaną. Tak jak pisałam była gotowa już tydzień temu:

Ale  w zrobionej bez szwów, na ramionach zszytej niewidocznym kitchenerem, straszyła moim zdaniem dolnym rulonikiem, zrobionym nie na całej długości.

Jak przystąpiłam do prucia dolnego wykończenia (za szybko wcześniej zszytego po bokach tą samą, a więc niewidoczną wełną), w pierwszej chwili przeraziłam się, że robię powtórkę z Funczala. Nawet sobie postanowiłam, że w razie czego wyrzucam do kosza, a nie marnuję kolejne tygodnie na "ratowanie".

Ale na szczęście udało się nie przeciąć żadnej nie tej nitki co trzeba. Potem obrobiłam dół szydełkiem by wyrównać" linię, dodałam rulonik ... I wyszło to, o co mi chodziło! 

Wzór to Shell Tank Norah Gaughan. Z tym, że zrobiłam "po swojemu": bez szwów, na okrągło, z innym wykończeniem. Mam do tego wzoru spore zastrzeżenia. Ktoś, kto lubi robić ściśle według wzoru, może się nieźle naciąć. Przy tej ilości szwów, łatwo schrzanić wykończenie. W dodatku wzór jest "nieskalowalny". Jestem niska, a kamizelka wyszła mi ledwo do pępka. Ktoś wyższy musiałby sobie przerobić wzór warkoczy, dodając na dole jeszcze jeden element. Wełna to Punto Schachenmayr'a. Zużyłam 8 motków. Zachwycona tą włóczką nie jestem - kiepsko  kręcona, więc łatwo się 'siepie".

Ale kamizelka mi się podoba. I to bardzo!

Teraz na warsztacie Galjamo. Niepotrzebnie zaczęłam ten sweter od góry - chyba jest za szeroki, po obwodzie koła ma 136 cm. Jak go na siebie zakładam to jest w sam raz (chcę żeby był luźny), ale dlatego, że cały czas "idzie" według narzuconego u góry wzoru koła. Nie chce mi się znowu pruć, tyle że lepiej wcześniej, niż później. Może ktoś coś umie poradzić? (niestety sierpniowe Szarotki \już się w zeszłym tygodniu odbyły).

Na zdjęciu widać o co mi chodzi (po rozwinięciu widocznego z przodu rulonika, sweter jest po środku  o jakieś 6 cm dłuższy i układa się w koło):

 

Przy okazji wyjaśniam o co mi chodzi z byciem babcią trendsetterką - postanowiłam propagować niefarbowanie włosów, nie dlatego, że się rozczarowałam do konkretnej farby (w tym tygodniu zaproponowano mi nawet bycie królikiem doświadczalnym na uroczystej premierze jakiejś super ekologicznej, i oczywiście super drogiej, farby). Tymczasem ja postanowiłam być siwa, bo mam dosyć społecznej presji, na to udawanie "bycie młodym". Może mi to przejdzie, ale jak na razie czuję się z moimi siwymi włosami bardzo dobrze. Z tym, że tylko przez moment myślałam, że jestem w tym oryginalna - była u mnie ciotka Joanna i wiem od niej, że równolegle do mnie, dwie inne ciotki dojrzały do tego samego.  

czwartek, 08 sierpnia 2013
Przeczytane

Uff. Przeczytałam w końcu Iksów.

Książką ma swoją historię - w 1986 roku Jerzy Robert Nowak (ten od  Radia Maryja) zablokował jej publikację. Chodziło mu o obrazoburczy sposób przedstawienia naszych narodowych bohaterów (m.in. Staszica, Koźmiana, Niemcewicza) i spolegliwości ówczesnej elity wobec Moskali, w książkach od historii inaczej o tym uczą.

Opowiada o Bogusławskim, spotykamy go, gdy mając 59 lat, wraca do Warszawy po występach we Lwowie, zadłużony, pozbawiony wpływów. Marzy o ponownym kierowaniu Teatrem Narodowym, wielkich kreacjach, rządzie dusz. Intryguje, spiskuje, ale na miarę swoich możliwości, więc bez sukcesów.  

Jeden z głównych wątków w książce kręci się wokół pisanych przez tytułowych Iksów recenzji  sztuk teatralnych To z nimi, tajemniczą grupą, której składu na początku nawet nie zna, boksuje się Bogusławski. Publikowane w prasie recenzje są pełne aluzji, podtekstów, budzą ogromne emocje, mają ambicje kreowania rzeczywistości. Ale chociaż pamiętam czytanie między wierszami, to mnie to nie wciągnęło. Patrzyłam na to z boku, nie potrafiąc wyjść poza przekonanie, że jak się komuś coś z czymś kojarzy, to nie ma rady. A jak jest to cenzor, czy polityk, to potrafi być kłopot. 

Autora książki można podziwiać, za trud jaki włożył by wiernie przedstawić XIX -czną Warszawę i jej mieszkańców. Tyle, że gdybym chciała przeczytać coś o tamtych czasach to wolałabym wziąć do ręki opracowanie historyczne, Iksowie to powieść i gdy oceniać ją w tej kategorii, to jak dla mnie się nie broni. Za dużo nazwisk, dat, wydarzeń, w których łatwo się pogubić. Ponad 900 stron o Bogusławskim, w zasadzie wszystkie pozostałe postacie stanowią dla niego tylko tło. Zero pobocznych wątków. O Bogusławskim, jak na taką liczbę stron, też nie za wiele się dowiadujemy, brakuje retrospekcji, pisanie w konwencji tu i teraz spłyca.

Z tym, że jest w tej książce sporo niesamowitych historii, tym lepszych że prawdziwych. Wciąga klimat Warszawy tamtej epoki, cenne jest czytanie o historii przedstawianej bez idei pisania "ku pokrzepieniu serc". Problem chyba w tym, że książka miała swoje przesłanie polityczne, wtedy gdy była pisana miała swoją "siłę", dziś został został z tego ino zwapniały pazur.  

Czytając Iksów robiłam sobie przerwy. Jedną wymusiła na mnie biblioteka - przysłała mi mail, że pora oddać książki, przypomniałam sobie, ze miesiąc temu wypożyczyłam Ojca Miljenko Jergović.

Arcyciekawa bałkańska ballada.

Rodzice Miljenko Jergović'a rozstali się gdy miał kilka lat. Kilka lat później ojciec się ożenił i autor, przez następne kilkadziesiąt lat, widywał się z nim tylko na mieście, nigdy nie był w jego domu, nie poznał jego żony (z tego ostatniego powodu nie był nawet na pogrzebie). Książka jest forma pożegnania się z ojcem, Chorwatem z Sarajewa, który nigdy, również w czasie ostatniej wojny, nie opuścił tego miasta. Świernie się to cztyta

A na deser, historia z gatunku "skąd my to znamy"?:

(...) w świadectwie ślubu moich rodziców na przykład lub w ich metrykach i świadectwach chrztu jasno napisano, że są Chorwatami. A jednak kiedy latem 1993 roku przyjechałem do Zagrzebia (…) nie miałem dokumentu, którym mógłbym udowodnić, że jestem bośniackim Chorwatem, a nie, powiedzmy, bośniackim Serbem albo bośniackim Muzułmaninem. Nie mogłem go zresztą mieć, bo w odróżnieniu od moich rodziców nie zostałem ochrzczony w Kościele katolickim ani żadnym innym. (…) I nie mogło mi się w głowie pomieścić, bym mógł być Chorwatem dlatego, że jestem katolikiem. Nie mogło mi się pomieścić w głowie, że ktokolwiek mógłby być Chorwatem dlatego, że jest katolikiem. Nie zamierzałem się chrzcić, żyłem z tymczasowym dokumentem i szukałem w Zagrzebiu kontaktów, kogoś, kto pomoże mi przekonać właściwe osoby, żeby uznały moją niewątpliwą przynależność do chorwackiego organizmu narodowego. (…) Ale nie mogłem nikogo takiego znaleźć. Przyjaciele i znajomi zdumieni gapili się na mnie, proponowali, że ich przyjaciel ksiądz mnie ochrzci, a kiedy nie chciałem, proponowali fikcyjne świadectwo chrztu, absolutnie nie rozumiejąc, czego właściwie chcę i z jakich powodów odrzucam tę prostą i rozsądną możliwość. Nie musisz się uczyć katechizmu, modlitw i tych rzeczy, powiedział mi pewien i dzisiaj dobry kolega, myśląc chyba, że boję się, aby książki religijne nie zaraziły mnie jakąś duchową chorobą. Wszystko to lepiej umiem od ciebie i twojego księdza, wściekłem się. (..) I w końcu nikt z tych, którzy mogli albo chcieli mi pomóc, nie zrozumiał, dlaczego chcę dostać obywatelstwo bez świadectwa chrztu (...)

Jak tak chodził od jednych do drugich, zaczęto podejrzanie na niego patrzeć. W końcu oskarżono go o to, że w jakiś papierach podał narodowość: Jugosłowianin. Więc się wystraszył i skończyło sie na tym, że autor zwrócił się :

do przyjaciela, jednego z tych prawdziwych i dożywotnich, skądinąd bośniackiego franciszkanina. Zrobił wszystko, co było trzeba. Przyjechał i ochrzcił mnie własnoręcznie w jednym z kościołów w Nowym Zagrzebiu.

Kindla udało się zreanimować. Wystarczył reset do ustawień fabrycznych, ostatni raz ładowałam go jeszcze na wczasach. Książek przybywa na nim w jakimś obłędnym tempie - straciłam rachubę, a po fabrycznym resecie, jeszcze ich z powrotem nie wgrałam na Kundla. I cały czas mam dyskomfort, co się stanie z bibliotekami i księgarniami, gdy wszyscy przerzucimy się na e-czytelnictwo. 

Sama widzę, że domowy stosik prawie nie rośnie.

Nawet jak doliczy się książki, jakie dostałam od Mońka na imieniny:

Tę na samym szczycie mońkowego stosiku przeczytałam.

 

Pamiętniczek złotych myśli na poziomie Cohello. Nawet nie własnych, bo zapożyczonych od innych (połowa książki to cytaty). Kilka trafnych spostrzeżeń, ale nie warto dla nich brać do ręki tej książki.   

Mam też kilka książek na półce w pracy, w tym ostatni mój nabytek - Szał o Beatlesach. Jak weszłam do księgarni, nie mogłam bez niej wyjść (czego oczy nie widzą ....)

Kiedy to wszystko przeczytam, nie wiem. A jeszcze jak mnie Struzik zmusi do kupienia samochodu ... Z kolei odkładanie tego na emeryturę, też nie jest żadnym rozwiązaniem: wakacje pokazują, że nawet jak mam więcej czasu, wcale więcej nie czytam. A i tak, do tego czasu mogą mi też wysiąść oczy. 

W dodatku, niedawno przekonałam się, że książkę która czytałam kilka lat temu, spokojnie mogłabym przeczytać drugi raz. I wcale niekoniecznie po jej przeczytaniu, miałabym takie same, jak za pierwszym razem  refleksje.

niedziela, 04 sierpnia 2013

Weekend znów spędziłam u Ańćki. W poprzednim tygodniu zwróciłam uwagę na zniknięcie tabliczki: Tu rządzi Ania (pewnie ukradł ją jakiś złomiarz, bo była z metalu, albo ktoś postanowił podarować ją innej Ani). "Moja" tabliczka nie tylko jest z plastiku, ale jest i bardziej "spersonalizowana" więc mam nadzieję, ze nikt jej nie zwędzi.  

Pojechałam na wieś, bo stamtąd bliżej było na babski wieczór w pałacu.

Od poprzedniej wizyty, Anka mocno ruszyła z ogrodem. Prawie wszystko robi sama.  Jak sobie pomyślę, że ja nawet z tym co mam w Brwi się nie wyrabiam ...

Jak zwykle w takich przypadkach, było mało dietetycznie. Tym razem podawano dania przyrządzone w czymś takim:

I chyba tylko dlatego, że zapowiada się teraz wakacyjna przerwa, nie pęknę w najbliższym czasie z przejedzenia.

Tak jakoś wyszło, że tematem spotkania były psy. Jedna opowieść mnie zadziwiła - ludziom u których byłam, właścicielom pałacu i przylegającego do niego pałacowego parku, raczej nie można odmówić warunków do posiadania zwierząt. Tymczasem, gdy niedawno zdechł im jeden z psiaków, zrezygnowali z adopcji, po tym jak nie przeszli testów w trzech kolejnych ośrodkach adopcyjnych (postanowili odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą, a nie zgodnie z oczekiwaniami). Potem jeszcze chcieli wziąć psa ze schroniska, ale ponieważ chcieli do stada zdrowego psa, proponowane im psy, badał ich weterynarz. Nie chcieli być oszukiwani, a byli. Zrezygnowani udali się do hodowcy, gdzie stracili czujność i gdzie też wcisnęli im chorego psa (tyle że udało im się go wyleczyć). 

Na pewno takich numerów nie robi zaprzyjaźniona hodowla, którą po drodze odwiedziłyśmy, ale ci z kolei oddają swoje och i ach psy tylko zaufanym i sprawdzonym odbiorcom.

Więc wychodzi na to, że w dzisiejszych czasach nawet coś takiego jak zostanie właścicielem psa nie jest już takie proste.

W sobotnich Wysokich Obcasach jest artykuł o dbaniu o siebie po 50-tce. Zainspirowana, pochodziłam trochę po sieci. Stron dla Baby Boomer Woman jest całe mnóstwo, ale jakoś nie u nas. Szkoda. Ja w każdym razie ogłosiłam się trendsetterką i powiedziałam nie farbowaniu włosów. Używałam coraz droższych farb, z coraz wyższej ekologicznej półki i za każdym razem farba miała "już na pewno nie zniszczyć włosów". Tymczasem włosów było coraz mniej, coraz bardziej przypominały niemowlęcy puch, a na czubku głowy powoli rozrastała się "tonsurka". Wystarczyło zaprzestać farbowania, a wszystkie problemy z włosami zniknęły. I to bez stosowania odżywek (kupioną z myślą o wyciskaniu soku z czarnej rzepy sokowirówkę, użyłam może dwa razy). 

Na zakończenie zdjęcie najbrzydszego osiedla mieszkaniowego jakie znam. To "coś" powstaje na polach za Pruszkowem i jadąc do pracy powoli widzę jak się rozrasta. 

I to nie jest tak, że mieszkania są tu o połowę tańsze niż gdzie indziej. Dziwię się, że udało im się te osiedle zasiedlić. 

Za tydzień pokażę skończoną W ząbek czesaną. Fajnie wyszła. Z tym, że chcę jeszcze raz zrobić wykończenie dołu. Boję się, że przy pruciu za mocno szarpnę, przetnę nie tę co trzeba nitkę i wszystko sknocę, więc na wszelki wypadek, zrobię wcześniej foty.

I tak jak wcześniej zapowiadałam wróciłam do mojego Galjamo. Mam kolejny pomysł jak wyrobić pachę. Wygląda na to, że będzie dobrze. ale poprzednio też tak uważałam, zrobiłam nawet 2/3 jednego rękawa. Więc się nie zarzekam.


 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli