niedziela, 31 sierpnia 2014

Babcia trendsetterka

Tym razem o babcinych stylizacjach

Nawet drobne drgnięcie wagowe w dół wystarczyło, by obudzić we mnie żywioł trendsettingu.

Natchnął mnie ten melonik, znaleziony w zwiezionych przez synka tobołkach:


Tak mi się ten kapelusik spodobał, że teraz szukam borsalino, homburga i jakiegoś tweedowego czapelutka.


Jestem z pokolenia, które jeszcze pamięta "tamte" materiały, więc jak wchodzę do sklepu ogrania mnie wielka żałość (w second-handach kupować nie umiem, inna sprawa, że coraz więcej osób mówi, ze ich czas minął). Ale są jeszcze druty, to dzięki nim "spasowałam" mój melonik. 


Miałam lepsze zdjęcie, ale chwilowo jest niedostępne - na tym nie widać, że mam pod spodem czarną kamizelkę i wystającą spod niej długą koszulę. Ale kapelusik-melonik widać i to jest najważniejsze!

Przemknęła mi też przez głowę myśl, czy czegoś takiego nie uszyć:

 

Z kamizelką nie wyszło i nie wiem czy wyjdzie, bo się przeliczyłam.

Ciasna okrutnie, dolny ściągacz "odstaje" a górne mi nie wychodzą (tzn. w tych co mi wychodzą, chodzić nie będę).

Dostałam na fejsie zdjęcie (więcej takich czapek tu).  Pomyślałam, że może odpuszczę sobie kamizelkę i pomyślę o zimowych czapkach. Przynajmniej wychodzą. 

Przez te kolejowe zawirowania niechętnie zostaję w Wwie, bo jak już zostanę, to nocuję u mamy. Kolej, jeżeli w ogóle chodzi, to tylko w godzinach szczytu. Grupa Łódź-Warszawa-Ciężka przeprawa jest cudowna, ale uczy pokory - ci co dojeżdżają z dalszych miejscowości mają dużo gorzej. Ale za chwilę będziemy ich gonić. Po prawie całkowity sparaliżowaniu linii łódzkiej, postanowiono rozebrać jeszcze tory kolejki WKD. Do tej pory, jak była awaria na linii skierniewickiej, za cenę 30 minut marszu do stacji, była możliwość dojechania WKD. Ale widocznie trzeba było rozstrzygnąć przetarg na remont jeszcze przed wyborami samorządowymi. 

Byłam na najnowszym Allenie


Milutka komedia romantyczna. O niczym, ale takie filmy na tym polegają. Rozczarowuje Colin Firth - chyba nie zauważył, że przestał grać króla Anglii. Piękne widoki, wnętrza, stroje. I to by było na tyle.

Już drugi tydzień z rzędu przyjeżdżają do mnie na weekend dzieci z psem.


Synek gotuje, ja jem, trochę to w poprzek moich planów. Ale pies przemiły. 


niedziela, 24 sierpnia 2014

Skończyłam Adamas Shawl. Patrząc na ten szal myślę, że ta wełna zasługiwała na coś lepszego. Mając przymus robienia na wyjeździe (zapomniałam o wełnie na szal kupionej u Marty w Zagrodzie), pobiegłam do Tup-tupa i kupiłam Malabrigo, które do tanich nie należy.

Nazwałam go Frakodygo (od fraka i indygo). Zdjęcie poniżej ilustruje o co mi chodzi - ten z tęczowego Kauni, można nosić jako szalik, a Frakodygo swoim kształtem nadaje się jedynie do zwiewnych toalet, których nie mam i nie noszę.


Wykorzystałam podpowiedź z komentarzy i dwa ostatnie rzędy zrobiłam na grubszych drutach, rzeczywiście blokuje się bez problemu.


Ząbki obramowania zastygają, tak jak się je o to szpilkami poprosiło.

Szal prezentuje się tak:

Wróciłam do kamizelki, może nawet ją w tym miesiącu skończę.


Pytanie, czy ją po skończeniu  założę - miała być L, wyszła XS. Wprawdzie dalej trzymam dietę, ale nie planuję dojścia do rozmiaru zero.

Jeżeli siejący defetyzm i zwątpienie  ludzie są w błędzie i moja waga wcale nie zaniża, to już tylko kilogram dzieli mnie od prawidłowego BMI. Jedyna niewesoła refleksja to taka że jedynym sposobem na starczą przemianę materii, to zmiana diety: rezygnacja z cukru, chleba, kolacji. I to co mnie chyba najbardziej zabolało, ograniczenia owoców na rzecz warzyw.  Nie ma co liczyć na wysiłek fizyczny: spacerując przez godzinę  z psem spala się  225 kcal, ćwicząc jogę 255. Na mam takiej kondycji, by przez godzinę biegać z prędkością 10 km/h - po 5 minutach dostaję "sapki". 

 

Na fejsie zostałam przyjęta do grupy Łódź-Warszawa Ciężka Przeprawa (o istnieniu tej grupy dowiedziałam się z prasy). Podpisałam petycję i trzymam za nich (za nas?) kciuki. Tyle, że nie ma szans na jakąkolwiek zmianę. Gdy zaczęło być głośno o tym co wyrabiają, w pierwszej chwili chyba się przerazili i coś drgnęło - zaczęli przynajmniej informować o opóźnieniach. Ale gdy okazało się, że są tak mocno przyspawani do stołków, że nie straszna im żadna prasowa awantura, dali sobie spokój. 

Ciekawe co będzie w grudniu, gdy ruszy Pedolino. Zapowiedzieli dziennie 11 pociągów do Krakowa i z przyczyn wizerunkowych, przynajmniej na początku, będą chcieli by jeździło ono w miarę zgodnie z planem. Moim zdaniem nie ma na to szans - trwa remont torów (kolejny termin jego zakończenia to grudzień 2015) i oni cały czas zamiennie puszczają pociągi albo po magistrali, albo po torach podmiejskiej kolejki. Teraz jeździ 5 czy 6 Intercity dziennie, moim zdaniem nie udźwigną logistycznie dwukrotnie większej liczby pociągów. Inna sprawa, że przynajmniej teoretycznie, Intercity jedzie do Krakowa 3 godziny 7 minut. Pendolino ma jechać 2 godziny 27 minut. Nie wiem czy to było warte tych pieniędzy.

piątek, 22 sierpnia 2014
Przeczytane

Przeczytane - ale tak nie do końca, albowiem bo ponieważ:


Starszy Pan A - Dariusz Michalski


Historia powstania tej książki pewnie jest taka, że po napisaniu książki o Kalinie Jędrusik, zostało Dariuszowi Michalskiemu sporo materiału o kabarecie Starszych Panów, z którym za bardzo nie wiedział co zrobić. Postanowił więc wziąć na warsztat Jerzego Wasowskiego, pozbierał fakty z jego życiorysu, poopisywał zdjęcia i powstała z tego książka. Mocno taka sobie, za mało anegdoty, za dużo wyliczanek: kto z kim co gdzie zagrał i gdzie kto i jak to zrecenzował.

Do postawienia na półce w dziale: słowniki, encyklopedie.

 

Dymna  - Elżbieta Baniewicz


Dariusz Michalski przeładował swoją książkę faktami, zlepiając je nudnym klejem, ale przynajmniej nie był infantylny. W książce Elżbiety Baniewicz o Annie Dymnej podobne zatrzęsienie faktów, ale zlepionych zdaniami z tak kiepskich panegiryków, że momentami aż budzi to zażenowanie. Lubię Annę Dymną, ale modlić się do niej nie będę. Autorce nie udało się mnie przekonać, że Dymna to współczesna święta, chociaż bardzo się starała.

 

Babcia 19 i sowiecki sekret - Onojaki

Ale i tak biografia Dymnej nie jest szczytem infantylizmu. Socjalistyczna Angola. radzieccy żołnierze budują w Luandzie mauzoleum dla zmarłego przywódcy. a mieszkańcy tego miasta żyją obok bardzo ubogim życiem.

Pewnie jakoś się ta opowieść kończy, ale nie zdzierżyłam i w połowie przerwałam.


Miedza Andrzej Muszyński

Opowiadania, a ja opowiadań nie lubię. Ale w tej książce tak były ułożone, że kilka pierwszych przeczytałam z dużą przyjemnością. 

Polska wieś, w tej odchodzącej, historycznej wersji. Z podwórkami na których gdaczą kury, koniem potrzebnym do orki, jedną krową w oborze i  spędzającymi na ławeczkach przed domem mieszkańcami. Fajny język. Ciekawe obserwacje.

Niestety w drugiej połowie książki autor odleciał, do wiejskich spostrzeżeń dodał obserwacje globtrotera, jeździmy po świecie, po tamtejszych wsiach i robi się to wszystko bez sensu i pozbawione wdzięku opowiadań z pierwszej części książki. Szkoda.

niedziela, 17 sierpnia 2014
Restart

Tydzień byczyłam się w północno-wschodnim kącie Polski. 

Kolejny dom budowany z myślą o przyszłej emeryturze - wszytko wskazuje na to, że na starość, poza Joanną, oddalony o 70 km, mieszkający w Otwocku Gumiś będzie jedną z bliżej mieszkających ciotek. Aśka cały dzień latała z motyką a ja trenowałam lenia (zareagowałam po czasie - po przyjeździe też sobie kupiłam motyczkę). 

 

Z okna rozciągał się taki widok:

Trzymam dietę. Aśka przygotowywała dania dietetyczne, które w jej wykonaniu smakowały tak, jak rzadko komu udają się te "dobre ale niestety kaloryczne" (należy do ginącego gatunku perfekcyjnych pań domu). Popełniłam niewiele dietetycznych grzechów, jednym z nich było schrupanie smażonej natki pietruszki - chrupało się ją jak chipsy!


Niedaleko domu było takie jezioro, nawet dwa razy poszłam się w nim wykąpać:

Niestety, nocne gapienie się w gwiazdy zaburzał widok farmy wiatraków. Nie wiedziałam, że one nocą tak dają, świecąc czerwonym pulsującym światłem:

 

Gdzie się nie spojrzy, tablice o dofinansowaniu Unii (to zdjęcie urzędu w Szypliszkach):


Niestety, o ile krowy nie psują krajobrazu, to przemysłowe gospodarstwa tak. 


Eternitu coraz mniej, zastępuje go blacha - dach z drewnianego gontu widziałam jedynie w Szypliszkach.

Trochę szkoda, że nie znam historii tych ziem, nie wiem o jaką kolonizację chodzi:

Byłam na dniu Puńska. Na kiermaszu budy z chińszczyzną miały osobny placyk. Na tym "właściwym", poza przepysznym litewskim żarciem, było sporo rękodzieła, w tym i drutkowego.

Robione na drutach szale:


Lniane zrobione z rozpiętej na nitce siatce, na której doczepione zostały zrobione z tych samych nitek zagęszczające tę siatkę aplikacje, fajnie to wygląda:


Tuniki na drutach:


Swetry tkane z grubej wełny, o widocznym splocie:


Nawet na "chińskim placyku" było obecne rękodzieło - robione na drutach zabawki-przytulanki:

W ramach resetu, prawie nic nie robiłam (nawet nie czytałam) - jedyny ślad to Adamas shawl, jest już prawie na wykończeniu - mam do zrobienia ostatni, kończący motyw. 

Gdybym to ja wcześniej wiedziała, że na dwa ostatnie rzędy zmienia się druty na dużo grubsze (napisała mi o tym w komentarzach osłun)!

Po powrocie, ogarnął mnie amok jesiennego porządkowania. Przy okazji odkryłam cudowny środek - osiem lat temu, podczas pierwszego malowania domu kubełek z farbą wylądował na oknie, ale ponieważ nikt na poddasze nie wchodzi, tylko ja wiedziałam, że prawie całe okno zamalowane jest farbą. Dzięki temu zmywaczowi odczyszczenie okna było to tak proste, że aż w pierwszej chwili trudno mi było uwierzyć. Smaruje się tym szybę, a po 40 minutach przeciera szmatką. I to wszystko. 

niedziela, 10 sierpnia 2014

Ze wszystkich podjętych w zeszłym tygodniu postanowień, najlepiej mi wychodzi picie na czczo soku z cytryny, z tym że i tu nie obyło się bez wpadek. Ponadto, do mojego planu rewitalizacji dołożyłam tylko jeden punkt - poczytałam trochę w necie o dbaniu o ręcę, coś tam robię, jak będą sukcesy to się pochwalę.

Nie pisałam o tym ale to chyba oczywiste, że podstawą każdej mojej rewitalizacji jest program zmniejszeniu masy. Już wiem, że w dziennym menu ma być 55% węglowodanów, 15% białka i 15% tłuszczy, zarejestrowałam się na tej stronie i śledzę co jem,

Ale ile tego jeść, oto jest pytanie? Trudno sugerować się tym co piszą w necie. Zgodnie z formułą Harris-Benedict, moje podstawowe tempo metabolizmu, BMR to 1282.46 kcal i aby schudnąć o 0.5 kg tygodniowo potrzebowałabym dziennie 988.96 kcal dziennie, a zgodnie z formułą Mifflin - St Jeor odpowiednio; 1157.75 kcal i 839.30 kcal. Aż do takich poświęceń nie jestem zdolna. Nadzieję daję ten system, łatwiej zmienić godziny jedzenia, niż sam jadłospis. A że nie obejdzie  bez "mż",  to oczywiste.  

No i muszę ograniczyś spotkania z Ańćką. Nie wiem jak ona to robi, ale naciągnęła mnie na na lody z bitą śmietaną. Ale też i na wystawę Gierymskiego w Narodowym.

Gdyby nie ona, nie poszłabym. Kilka dni przed zamknięciem rzuciły się na nią tłumy i stałyśmy ponad godzinę w kolejce. Było warto. Gierymski nie był, ani po tej wystawie się nie stał, jednym z moich ulubionych malarzy. Ale wystawy była mega ciekawie zrobiona i kto jej nie widział sporo stracił. Nie dziwię się tym tłumom szturmującym muzeum. 

Inna sprawa, że trochę sobie nie wyobrażam kiedy on to wszystko zdążył namalować. Umarł w wieku 51 lat, a  nie dość że dużo malował, to w dodatku niejednokrotnie ten sam motyw w wielu wersjach.

Z medytacją, to niczym pan Jourdain mogłabym zawołać: już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żadnego pojęcia! Tylko, że nie ma w tym zamysłu i umysłu. Bo czym innym jest robienie na drutach, niż medytacją? Ale jak wyłączę telefon, nie będę słuchać audiobooka i robić jakiegoś mega skomplikowanego wzoru? Np. coś takiego (tę zrobiłam kiedyś  z Kauni), dałam ciotce Beacie starszej i była zadowolona.

 

Ale to za chwilę, bo na razie kupiłam u Tup-Tupa Malabrigo i robię Adamas Shawl.


Jak łatwo z tego zdjęcia wywnioskować jestem znów wyjechana.Tym razem upajam się pięknem suwalszczyzny. Ale ponieważ mam ze sobą tylko tablet, nie ma tu wi-fi, a sieć ciągle zrywa połączenie, nie mam cierpliwości by o tym teraz pisać

niedziela, 03 sierpnia 2014

Nie wiem kiedy znów zobaczę mężczyznę mojego życia. Już tęsknię:


 

Byliśmy w bardzo fajnym miejscu na Kaszubach, agroturystyka, domy nad jeziorem, za którego czystość gospodarze czują się odpowiedzialni. Jak dla mnie za mało lasów, ale poza tym ślicznie. Polska z tamtej perspektywy wygląda trochę inaczej - na przekór demograficznym alarmom, rodzi się tam dużo dzieci, nasz gospodarz miał piątkę, najmłodsze roczne bliźniaki, więc nigdzie nie jest powiedziane, że na tym skończy.  I tak ponoć jest w większości gospodarstw. Goście też mieli dużo dzieci, poza nami nie było rodziny z mniejszą liczbą, niż trójka. A ponieważ nie było to tanie miejsce, widziałam z bliska bogate wielodzietne rodziny, a podobno takich prawie nie ma. 

Jak zawsze gdy opuszczę mój kokon, miałam okazję do poczynienia wielu obserwacji etnograficznych. Wiele lat temu, gdy jeździłam na Sekłak (tzw. Nadliwie), chłop u którego się zatrzymywaliśmy wygłaszał z pełnym przekonaniem usłyszane od proboszcza w Jadowie mądrości (np. że lądowanie na Księżycu to nieprawda itp). Minęły lata, zmieniły się tematy. ale  zasada pozostała zasada. Skala ogłupienia też.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Na wakacjach miałam oczywiście tablet i Kindla i starałam się być "na bieżąco". Dzieląc się tym co przeczytałam, opowiedziałam przy stole o planach zamknięcia połączenia kolejowego WWa-Białystok - dzień, czy dwa później podszedł do mnie teść Anki i powiedział, że dopiero gdy sam przeczytał o tych planach, zdał sobie sprawę że ja nie fantazjowałam. Ta sytuacja pokazała mi, że gdy opowiadam w gronie samochodziarzy, przygody jakie przeżywa pasażer Mazowieckich Przewozów Regionalnych,  prawdopodobnie ludzie uśmiechają się przez grzeczność, traktują to jako przerysowane anegdoty, ale mi nie wierzą - nie mieści im się to w głowie.  

Skończyłam Abrazo i ostatnią rzeczą, którą z siebie wydam to zachwyt. Po powrocie do domu, aż sprawdziłam, czy na pewno robiłam zgodnie z wzorem. Ma to kształt szalika boa, nie wiadomo jak to nosić. Jakby tego było mało, dolny obręb wcale nie tworzy "pazurków".

Próbowałam lekko "przykrochmalić", ale nic nie pomogło.


Dużo bardziej podoba mi się darmowy wzór Maluka, o tym, że taki istnieje dowiedziałam się tutaj.  

Mam nadzieję, że z kamizelki będę bardziej zadowolona.

Kwiaty przeżyły mój dwutygodniowy urlop, tylko raz  wpadła do nich Staśka, bałam się że burze je powywracają. Tak byłam pewna, że wszystkie wyniosłam na dwór, że nie prosiłam jej by to sprawdziła - i tak w domu bez wody czekał na mnie przez cały czas jeden kaktus, ale wygląda na to, że też przeżył.


Rozejrzałam się po urlopie po domu, każdy kąt  dopomina się o zaopiekowanie. Podobnie ogród.

I sama nie wiem, czytać, robić na drutach, czy zająć się najbliższym otoczeniem. A muszę liczyć tylko na siebie - pan Staś, który czasami mi pomagał, poszedł "w Polskę", a inni liczą sobie tak, że mnie na to nie stać.

Podobnie jak dom, ja również wymagam remontu. Nawet szukałam w sieci jakiś stron dla osób 55+, ale nić takiego nie znalazłam. jest sporo blogów prowadzonych przez młode dziewczyny, ale to nie ten segment. W tym też jestem skazana na siebie. I tak powracam do cyklu: 

Babcia trendsetterka

Ponieważ tak bardzo kocham siebie, że nie potrafię się sobą znudzić (świetnie o tym kiedyś śpiewał Maleńczuk), nie zrażona niezliczoną liczbą falstartów, kolejny raz postanowiłam "zabrać się za siebie". Teraz (między innymi): 

  • na czczo będę piła sok z cytryny z ciepłą wodą
  • kolejne dni będę witać Powitaniem słońca:



  • a dzień kończyć medytacją. Zaczynam od próby skoncentrowania się przez 5 minut na swoim oddechu (zainspirował mnie artykuł w sobotniej Wyborczej, w dodatku Na pamięć.

A w sobotniej Wyborczej polecam artykuł o Fridzie Kahlo. Bardzo podoba mi się zdanie z jej dziennika: Piję, by utopić smutki, ale przeklęte nauczyły się pływać. Napisała je, gdy Diego Riviera związał się z jej ukochaną siostrą (o tym związku wiedziałam z filmu). Ale o tym, że Diego miał zaświadczenie lekarskie, że: nie nadaje się do monogamii, taki już się urodził, już nie.

piątek, 01 sierpnia 2014
Przeczytałam

Czesałam ciepłe króliki Dariusz Zaborek

O tej książce dowiedziałam się z recenzji Mariusza Szczygła w Dużym Formacie, pomyślałam, że musi być świetna, skoro on tak o niej napisał:

Wiele osób dziękuje za „Śmierć pięknych saren” Oty Pavla, którą notorycznie polecam jako najbardziej antydepresyjną książkę świata. Wreszcie po dziesięcioleciach pojawiła się inna, która dorównuje jej swoją siłą. „Czesałam ciepłe króliki”, wydana przez Czarne. Jej bohaterką jest 92-letnia czynna (!) lekarka pulmunolog (...) Opowiada Dariuszowi Zaborkowi o swoim życiu. W czasie okupacji – konspiratorka, potem przez cztery lata więźniarka Ravensbrück. „Ktoś by powiedział, że to było piekło – mówi. – A ja uważałam to za miejsce, w którym trzeba przeżyć. Kto wie, czym jest piekło i czy coś takiego istnieje? – Jaki miała pani sposób, żeby przeżyć? – pyta Zaborek. – Polubić sytuację. – Polubić obóz koncentracyjny?! – Tak! Polubić obóz koncentracyjny!”. Historia pani Alicji jest festiwalem optymizmu. Ma w sobie uniwersalizm i prostotę zrozumiałą dla każdego (...) W naszych smutkach rozmieniamy się na drobne. Radości przyjmujemy ot, tak, en passant, cieszymy się nimi chwilę, a smutki rozpamiętujemy, opisujemy w pamiętnikach, rozdrapujemy je jak gojące się rany, zjadamy strupy, zostają blizny (...) Większość z nas może się tylko łudzić, że kiedyś będziemy inni. Jeśli nie jesteśmy, już nie będziemy. Inna to jest pani Alicja.

Kiedyś, dzięki niemu dotarłam do Śmierci pięknych saren Oty Pavla i się nie zawiodłam, rzeczywiście tkwi w tej książce magiczna, antydepresyjna siła. Moim zdaniem mówienie w ten sam sposób o książce Zaborka to przesada. Co nie znaczy, że nie warto jej przeczytać, warto i to bardzo, bo książka z tych dających mocno do myślenia.

Gdy po czterech latach obozu w Ravensbrück, bohaterka książki, Alicja Gawlikowska-Świerczyńska wróciła do Polski, nie skarżyła się na stress pourazowy i spała w nocy spokojnym snem. Co ważne, siłę czerpała tylko z siebie, w kraju poza nianią, nie czekał na nią nikt, jeszcze przed wojną została sierotą, przyrodni bracia czy dalsza rodzina nie byli skłonni by otoczyć ją opieką (po części może i dlatego, że małżeństwo jej rodziców było rodzinno-towarzyskim skandalem). Nie szukała też oparcia w kościele, odeszła od niego w czasie wojny i wróciła dopiero kilkadziesiąt lat później. W książce opowiada jak tego dokonała - jej zdaniem uratowało ją to, że potrafi z żelazną konsekwencją realizować wypracowane sposoby reagowania w trudnych sytuacjach, i to - czego dowiodły cztery lata w Ravensbrück - nawet w najbardziej nie sprzyjających okolicznościach.

Daje do myślenia znaczenie, jakie przypisuje estetyce codzienności. Nawet dzisiaj, gdy ma 92 lata i mieszka sama, zarzeka się, że nie siądzie do śniadania nie umyta, nie ubrana i nie umalowana. Gdy spędzała czas z kobietami oczekującymi na egzekucje, uważała że obowiązkiem osób im towarzyszących jest dołożenie starań by w ostatnich chwilach swojego życia wyglądały elegancko – tak więc czesały je, malowały ... Oczywiście jej „przepis na życie” nie sprowadza się do dbania o siebie, ale ta dbałość stanowi podstawowy i nieodłączny tego element.

Jej życie i po wyjściu z obozu w Ravensbrück nie było i nie jest łatwe, jakiś czas temu na raka płuc (sama jest pulmunologiem) zmarła jedna z jej córek. Ale, jak zapewnia przeprowadzającego z nią wywiad dziennikarza, niezależnie od tego co działo się w jej życiu, nigdy nie straciła wewnętrznej pogody ducha.

Gdy czyta się tę opowieść o przeżytym przez nią życiu, budzi ona podobny podziw, jak opowieść jej przyjaciółki, Joanny Penson, bohaterki książki-wywiadu Remigiusza Grzeli, Było, więc minęło (razem działały w konspiracji, razem wpadły w lokalu na Mokotowskiej i spędziły wojnę w obozie w Ravensbrück). Ale już nie koniecznie takie same uczucia, chwilami drażni bezkompromisowość jej sądów i wyczuwalna skłonność do gwiazdorzenia.

Tyle że te uwagi odnoszą się do bohaterki książki, nie do samej ksiażki. Tę naprawdę warto przeczytać, chociażby po to by, mieć swoje uwagi.

 

W przerwie popełniłam typowe kobiece bla-bla-bla: Klub filmowy Maryl Streep, Mia March

Przewidywalność losów głównych bohaterów poraża. Wszystko kończy się tak jak w bajce: młode kobiety znajdują swoje szczęście, stare umierają.  

Jedynym ciekawym dla mnie wątkiem był tytułowy klub filmowy. W pensjonacie, w którym toczy się akcja powieści, organizowane były pokazy filmów z Maryl Streep, po projekcji odbywała się dyskusja. Potrafiło mi dać do myślenia jak wiele głębi widzi ktoś tam, gdzie ja nie widzę nic. Dzięki przeczytaniu tej książki dowiedziałam się o filmie Zgaga (partnerem Maryl Streep jest w nim Jack Nicholson) - co pokazuje, że nawet z największej szmiry, czasami uda się coś dla siebie wynieść.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli