niedziela, 30 sierpnia 2015

Po urlopie miało być inaczej, a jest tak samo, czyli po tygodniu już nie pamiętam, że na nim byłam.

Z jednej strony mam świadomość, że powinnam się cieszyć, że mam pracę. Dostałam pismo z ZUS - albo tylko ja je dostałam, albo ci którzy gardłują za wcześniejszymi emeryturami, nie potrafią czytać ze zrozumieniem. Za to co mi wstępnie proponują, przeżyć się nie da.  

Z drugiej to nie może być tak, że w tygodniu praca wysysa ze mnie całą energię. Tak, że jak po pracy jeszcze gdzieś pójdę, to już nie mam siły na pociąg i nocuję u mamy. A w weekend jak już oporządzę siebie i dom, też na niewiele starcza mi sił. A jeszcze teraz "za karę", że byłam na urlopie aby się wyrobić musiałam wziąć robotę do domu. 

W dodatku jak w tygodniu pomieszkuje u mamy, to w weekend tęsknię za domem (może za robotą w domu już nie, ale też źle się czuję jak go zapuszczam i o nim zapominam). Tymczasem w weekendy Warszawa jest cudownym miastem, w którym tyle się dzieje, że nogi same niosą. W tym tygodniu po Szarotkach ciągnąc swoją walizeczkę:

poszłam na koncert finałowy Festiwalu Singera:  przez 1,5 godziny Matisyahu grał na Placu Grzybowskim swoje żydowskie reggae.

Było bosko - ciepło, wakacyjnie i beztrosko. W ten nastrój wpasował się zmieniający kolory Pałac Kultury (nie wiem czy z tego powodu, może na Placu Defilad też się coś działo).

 

Odbyło się pierwsze spotkanie grupy założycielskiej dyskusyjnego klubu książki. Cztery baby, tak obfita kolacja, że upadł pomysł Joanny by jeszcze zamówić deser. Gabrysia wpadła na świetny pomysł na nazwę: Kolacyjny Klub Dyskusyjny. Pierwsze spotkanie 15 września.

A czasu tak mało, to szkoda go na złe filmy. A Pan Turner do dobrych nie należał.


Z drugiej strony sala była pełna i na koniec klaskali, więc może to ja nie miałam nastroju na ten film. 

Opowieść o Turnerze, poznajemy go gdy jest już mężczyzną po przejściach, nie mieszka z żoną, nie interesują go dorosłe córki, ma ugruntowaną pozycję zawodową i malarstwo przesłania mu wszystko (nawet jak spojrzy na służącą, to na moment, po chwili zapina rozporek i dalej oddaje się sztuce). Film o malarzu, który nie tylko nie urzeka obrazem, ale epatuje brzydotą. Ja wiem, że w czasach w których żył tempo życia było inne, ale nakręcony współcześnie film tego akurat nie musi wiernie odwzorowywać.

Idąc do fryzjera nieoczekiwanie natknęłam się na Puławskiej (przed Madalińskiego) na fajny sklep:


Niesamowity wybór wszystkiego co tylko ma coś z tym wspólnego - ja kupiłam sobie ozdobne agrafki.

W ramach porządkowania domu po urlopie zabrałam się za kwiaty. Nie znalazłam w domu ostrej piły, więc zamiast od jukki, zaczęłam od draceny, miała znacznie cieńszy pień, a i tak ledwo dałem radę go pokroić. Kupiłam, ukorzeniacz, keramzyt (ten ostatni wydawał mi się za gruby, więc połowę rozbiłam tłuczkiem) i zrobiłam na wszystkie sposoby, zgodnie z tym co mi radzono w komentarzach pod ostatnim wpisem.


Teraz czekam na nagrodę - nie wiem tylko czy chcę by się udało w 100%, bo co ja zrobię z taka ilością dracen?

Jak już byłam w ogrodniczym, kupiłam geranium i stefanotis (na zdjęciu, na pierwszym miejscu, jeszcze jeden z ostatnich moich nabytków, kaktusowate coś, które cały czas rozsiewa kolejne kaktusiątka).

Ale jak poczytałam w guglu o wymaganiach jakie ma stefanek, to pewnie długo ze mną nie pobędzie.

Wszystkie moje kwiaty dalej na tarasie pławią się w słońcu. Ale okazało się, że to lato moim kaktusom dobrze nie zrobiło - dostały brązowych plam, a to podobno objawy poparzenia słonecznego.


z poradnika wk .... konsumentki 

Kolejna zmiana na gorsze, dużo gorsze. Chodzi o repertuar. kin Gazeta Wyborcza już go na stronie cjg.gazeta ... ale już nie prowadzi. Filmweb niby prowadzi, ale nie wyświetla wszystkich filmów (np. we wtorek Turnera nie było). Multipleksy mają zbiorczą stronę, ale tylko z tym co same oferują. Była kiedyś strona z kinami studyjnymi, ale "siadła". Nie kupuje papierowego wydania GW, a w wersji kindlowej nie ma w piątek tygodniowego repertuaru (a może jak nie ma w sieci, to nie ma i na papierze?) Ja jeszcze znajdę, chodząc po stronach kin. Ale też, chociaż jestem z założenia cyfrowa - byłam kiedyś na mieście, weszłam do empiku by zobaczyć co grają w mieście, a tu klops. Nie poszłam do kina, bo w najbliższym do którego dotarłam, nic ciekawego nie było.

Ale co mają zrobić osoby które nie mają dostępu do netu (znam takie, większość osób po 75 roku się już nie załapało). Znów ich z czegoś wykluczono.


piątek, 28 sierpnia 2015
Przeczytane

Plac zabaw Marek Kochan

 

Dziwna książka - sama nie wiem co o niej myśleć.

Przeplatające się monologi trzech męskich kociaków. Pierwszy utrzymywany przez żonę siedzi w domu i opiekuje się ich wspólnym dzieckiem. Drugi, wobec kobiet celebryta - kabotyn,  przy tatusiu złakniony czułości dzieciak. Trzeci, w przededniu rozwodu,  opowiada adwokatowi o swoim nieudanym życiu emocjonalnym. Czyli - o współczesnych mężczyznach, a raczej o tym co z nich zostało.

Dziesiątki bardzo ciekawych opisów, trafnych anegdot, celnych spostrzeżeń. Tyle, że to wszystko składa się na niestrawną do czytania całość. Początkowo usiłowałam "przerzucać" Ale poległam na tej technice - łapałam się na tym, że gubię się w kolejnej opowieści i muszę wracać i po kolei czytać stronę po stronie. Więc nie dość, że książka trudna w czytaniu, to w dodatku nie dająca się kartkować. Ale to w jaki sposób pokazani są współcześni mężczyźni i jak szczery budzi to uśmiech, warte tych poświęceń.


Temat na pierwszą stronę Umberto Eco

Początek lat 90-tych, światem dopiero zaczynają rządzić tabloidy. 

Powstaje redakcja takiej gazety. Jeszcze nie wiadomo czy ukaże się pierwszy numer, na razie ustalane są zasady, omawiane tematy, to jak będą prezentowane. 

Krótka, treściwa, mało śmieszna satyra na rzeczywistość.

Trochę tylko przeszkadzał\y mi dziesiątki niezrozumiałych dla mnie wycieczek dotyczących włoskiego życia politycznego.

niedziela, 23 sierpnia 2015

Czas pokaże, ile w przygniatającej moją duszę mrocznej wizji przyszłości, realnej oceny sytuacji, a ile starczego czarnowidztwa. Starając się trzymać tej ostatniej wersji postanowiłam walczyć z chandrą i kolekcjonuję pomysły na jesień.  

Na razie wdrożyłam jeden - codziennie puszczam sobie 10-15 minutowy filmik otagowany jako "senior fitness workout" - ruchy łagodne i niemęczące, a mam zakwasy w nogach, jakbym biegała maratony.

Jest też szansa na stworzenie dyskusyjnego klubu książki: mój pomysł podchwyciła Gabrysia, a we dwie nie tylko raźniej, ale i łatwiej.

Następne punkty nie są już tak łatwe do realizacji. Jak kania dżdżu łaknę drucianego sukcesu - wiosenne kupienie włóczek było taka próba ucieczki do przodu i wiele wskazuje na to, że "znowu w drutach mi nie wyszło". Pomijając to, że za cholerę nie rozumiem skąd ta popularność Noro - wełna w takiej cenie nie powinna mieć w motku tylu supłów i jeszcze przed pierwszym praniem wyglądać jak lekko znoszono ściereczka, a w praniu puszczać farbę tak jak po domowym farbowaniu - nie był to chyba dobry pomysł na tę wełnę.

Miało się to nazywać Nori, ale przybrało roboczą nazwę Namiocik.


Sterczy tak okrutnie, że zamiast męczyć się z wykańczaniem,  postanowiłam przedtem to wyprać. Jak opadnie w dół, będzie do noszenia, jak dalej będzie tak sterczeć - do sprucia.

Nie będzie to pierwsza rzecz, która mi nie wyszła. Ale kolejna porażka położyłaby się cieniem na moim kolejnym postanowieniu - odpowiadając na uwagę Joanny, że cały czas macham drutami, ale nigdy w tym co zrobię nie chodzę, zamierzam raz w tygodniu ubierać się w coś przeze mnie zrobionego i te "stylizacje" dokumentować.

Szukam tez energii (i pomysłu) na dom. Po dwóch tygodniach nieobecności ogród przypomina pustynię - czekam na deszcz, który pokaże co odbije, a co trzeba będzie wywalić. Dzięki sąsiadom, którzy podlewali wystawione na taras domowe kwiaty, przynajmniej te przeżyły. Nie wiem co zrobić z juką. Przeżyła w domu dzięki samopodlewaczom, ale jest już tak goła, że zamiast dodawać urody, straszy. Poczytałam na forum o okładach i się przeraziłam - czuję się na siłach co najwyżej obciąć i wsadzić do wody. Nic poza tym. Nie wiem też, czy nie poczekać z tym do wiosny.

A w ramach wakacyjnych wspomnień polecam odwiedzenie Muzeum Kolejnictwa w Kościerzynie.

 

To co było kiedyś na Dworcu Głównym, to namiastka tego co można tam zobaczyć. Tyle, że o ile dla mojego wnuka była to bajkowa kraina, ja wiele z tych maszyn widziałam jeszcze na torach.


Inna sprawa, że niektóre informacje i dla mnie były lekkim szokiem (zmieszanym z podziwem dla trwałości kiedyś budowanych urządzeń).

Z wakacji wróciłam Intercity: Pendolino nie dorasta mu do pięt. Poziom usług ten sam, a za to dużo więcej miejsca, nie czuje się stłoczonym jak sardynka w puszce. Jedzie się tylko 30 minut dłużej, a na trasie Wwa -Gdańsk oszczędza na bilecie 50 zł.

A od jutra już do pracy i następne wolne pewnie dopiero w grudniu. Wstępne plany są takie, że i w tym roku  robię wigilię dla całej rodziny.  

babcia trendsetterka

Mega sposób na plamy po jagodach.

Wnuk wysmarował spodnie jagodami. Google podpowiedział sok z cytryny, natarłam, ale plamy nie straciły nawet na kolorze. I wtedy dowiedziałam się, że należy na rozpostartą poplamioną rzecz, powoli lać wrzątek. Zagotowałam w czajniku i lałam. Plamy powoli znikały, jeszcze była w czajniku woda, jak nie było po nich śladu. Nie wiem tylko jednego,  czy wcześniejsze wysmarowanie cytryną coś tu pomogło, czy było bez znaczenia. 

niedziela, 16 sierpnia 2015
Na wakacjach

Na wakacje pojechałam Pendolino


Dzięki temu, już bez powoływania się na cudze doświadczenia, ale własne, z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że jest mocno przereklamowane. W toalecie szybko zabrakło papieru toaletowego, pomiędzy Dworcem Zachodnim a Wschodnim kursowali żebracy, a w drugiej klasie jest tak mało miejsca na bagaż, że przeznaczone na kolejkę do toalety wejście do wagonu tarasują walizki, których nie ma gdzie upchnąć. 

Jestem w pięknym miejscu


Pogoda dopisuje, więc i wakacje są udane.

Ale gdyby nie pogoda, to miałabym sporo cierpkich uwag pod adresem moich gospodarzy. Dziwię się, że w dobie Internetu myślą, że ujdzie im na sucho wprowadzanie ludzi w błąd (m.in. do jeziora jest 10 minut, ale samochodem, Internet jest ale taki, że ledwo pocztę można ściagnąć, a pokoje za które płaci się jak za zboże, są urządzone w stylu wczasów FWP).

Ale jestem tu nie dla urody miejsca, czy wypasu agroturystyki, tylko dla mężczyzny mojego życia. Wnuk jest wyjątkowo udanym dzieckiem. 


Niestety, te dwa tygodnie to przerywnik. Na codzień nikogo tak beztroskiego i bezproblemowego blisko siebie nie mam (dalej też nie).  

Zrobiłam zdjecie rybce, która mnie niestety nie spełniła moich życzeń. 

A szkoda. 

sobota, 15 sierpnia 2015
Przeczytane

Wakacyjne lektury

dobra książka

Paweł Brzozowski, Anita Czupryn –Tadeusz Broś. Sorry Batory, czyli przypadki Pana Teleranka


Bardzo ciekawa książka. I to w dwójnasób.

Wywiad z Tadeuszem Brosiem, który przegrawszy w życiu wszystko, co było do przegrania, zachował poczucie humoru i odrobinę dystansu do siebie, tak  że czytanie jego wspomnień sprawia dużą frajdę. Tym bardziej, że aż przelewa się w nich od ciekawych anegdot. Dopiero pod sam koniec budzi się lampka ostrzegawcza: czy to czasem nie alkoholizm, do którego już na samym początku swoich wspomnień z wdziękiem się przyznaje, był główym powodem jego spektakularnego upadku.

Wszystko wyjaśnia załączone na końcu książki wspomnienie Majki Jeżewskiej. Konfrontacja tych dwóch tekstów stanowi świetną ilustrację tego, jak bardzo wypaczone jest alkoholowe spojrzenie na świat. Bo w jedno nie watpię, Tadeusz Broś bardzo wierzył w swoją opowieść. I potrafił ją w bardzo przekonywujący sposób sprzedawać. 


Monika Jaruzelska Rodzina

Idealna książka na wakacyjną podróż.

Krótkie, kilkustronicowe, stanowiące zamkniętą całość, rozdziały, tak że łatwo się od tej książki odrywać.

Czapka z głowy, za to w jak ładny i ciekawy sposób przedstawiła ciepły obraz swojej rodziny. Oczywiście jest w tej książce całe mnóstwo przemilczeń i uproszczeń. Ale też nie predenduje ona do monografii rodziny Jaruzelskich i jest miłą, ździebko „pudelkowatą”, wakacyjną lekturą.  


Marek Krajewski Władca liczb

Podobno kryminał. Jak na razie niekoronowany zwycięzca na mojej liście: „najgorsza książka roku”. Jedyne co muszę przyznać – wymyślenie tak nieprzekonywującej intrygi też jest sztuką. Mało kto by tak potrafił.

niedziela, 09 sierpnia 2015

W tym tygodniu miałam bardzo dużo pracy, więc zważywszy na upały, sił mi starczyło na niewiele.

babcia trendsetterka 

Udało mi się kupić sandały. Byłam tak zdeterminowana, że rozglądałam się i po półkach "dziecięcych". Dzięki temu upolowałam cudownie wygodne Timberlandy, a że na przecenie, to i w bardzo rozsądnej cenie.

Do Brwi przyjechał Moniek, poszłyśmy na zakupy i dowiedziałam się, że trzeba kupować kosmetyki Farmony bo są cudowne, a w dodatku polskie i eko.

 

Przy okazji kupiłam kapalutek

(wstążka dokupiona w fabrycznym sklepie Milanówka, który pojechałam pokazać Mońkowi).

 

Zanabyłam też szlifierkę do skórek. Do tej pory to dla tego urządzenia chodziłam do kosmetyczki. Teraz jeszcze muszę się nauczyć to obsługiwać. Po ostatniej wizycie w salonie, mam wyżłobione rowki w paznokciach - więc większej krzywdy już chyba sobie nie zrobię. A cały zestaw (są i przystawki do manicuru) kosztował mniej niż jeden zabieg.

Najnowszy Woody Allen nie powala:


 

Dwa lata temu, jak Woody Allen przestał kręcić foldery reklamowe o Londynie, Barcelonie czy Paryżu i powrócił do Ameryki, nakręcił arcydzieło: Blue Jasmine.

Akcja filmu: Nieracjonalny mężczyzna też toczy się w Ameryce, ale w niczym Blue Jasmine nie przypomina. Przyciężkawy gniot. Intryga przypomina jego film sprzed 10 lat. Wszystko gra, w powietrzu unosi się duch Dostojewskiego. 

I chyba czas się pogodzić, że może już nie zobaczymy dobrych filmów Woody Allena.

 

Kolejny film nie wiele lepszy.

 

 

Pięć lat po śmierci, kiedy żyją jeszcze wszyscy uczestnicy wydarzeń można nakręcić co najwyżej panegiryk. Reżyser tego dokumentu panegiryku kręcić nie chciał, biografii nie mógł - bo prawdopodobnie nie wypłacił by się w sądzie, I zamiast zrezygnować z tematu, nakręcił bardzo taki sobie reportaź.

 

sobota, 08 sierpnia 2015
Przeczytane

Lipcowe czytanie Szczygła

Kolejne cztery reportaże. Trzy z 1945 roku o pierwszych powojennych dniach, dwa pierwsze takie sobie, trzeci koszmarny produkcyjniak, wyprzedzający o kilka lat socrealizm.

1945 Lech Pietrzak Naprzód na zachód

1945 Edmund Osmańczyk Na pobojowisku

1945 Wanda Melcer Wyprawa na odzyskane ziemie

A na deser perełka, reportaż z 1948 roku Aleksandra Janta-Połczyńskiego Wracam z Polski. 

Autor mieszkał na Zachodzie, do Polski przyjechał wysłany przez Giedroycia, jak wrócił i opublikował, podpadł na całej linii. Te co zawsze polskie piekiełko: Generał Anders zakazał kolportażu w Londynie numeru „Kultury” z tym tekstem. W liście do Giedroycia zabronił też druku kolejnych części w następnych numerach i oskarżył „Kulturę” o chwiejność ideową. (...) Jan Lechoń przysłał Giedroyciowi list, w którym oskarżył Jantę, że ten pisał swój reportaż „pod dyktando bolszewickie”. Ze zdradą się nie dyskutuje, tylko się z nią walczy – pouczał. Obrona Janty w „Kulturze” była dla Lechonia objawem relatywizmu, który stanowi „zaprzeczenie wielkiej moralnej linii, jaką kierowała się dusza polska”.

A wszystko przez to, że starał się obiektywnie opisać powojenna Polskę.

Najbardziej rozczuliła mnie ta sama kombatancka zapobiegliwość:

Związek byłych więźniów kacetu obejmuje tych tylko, którzy przesiedzieli co najmniej trzy miesiące. Mira Zimińska, zawsze pełna humoru i werwy, a mająca za sobą  tylko  dwa i pół miesiąca, rozpytywała się któregoś wieczoru, gdzie tu można odsiedzieć jeszcze dwa tygodnie, aby mieć prawo wstąpienia do Związku.


 

dobra książka

Pani Stefa Magdalena Kicińska

 

O Stefanii Wilczyńskiej.

Prowadziła dom sierot razem z Januszem Korczakiem, nie była jego podwładną, dzielili sie obowiązkami, każdy odpowiadał za swoją "działkę". Razem poszli w pochodzie na Umschlagplatz, on z przodu, ona z tyłu. Ale do historii przeszedł tylko on.

Biografia utkana z relacji wychowanków którzy zdążyli przed wojną wyjechać do Palestyny i pisanych do nich listów. Na sporo pytań nie ma odpowiedzi i pewnie tak zostanie. Z tym, że ta nikłość źródeł nie przeszkodziła autorce w napisaniu świetnej ksiażki, 

Książkę kończy Kalendarium - zestawienie na temat tego, jak "zagospodarowywaliśmy" pamięć o Krczaku i jego dziele. Pouczające.


Dysforia Marcin Kołodziejczyk 

Patrząc na liczbę recenzji, książkę się czyta.

Reportaże literackie o polskiej klasie średniej. Taki film Koterbskiego na papierze. Tytuł ksiażki *) dobrze dobrany, diagnoza celna. 

Ale mnie - chociaż jest to dobrze napisane - książka nie powaliła. Jeden z "reportaży" opowiada o warszawskiej kamienicy, w której stare mieszkanki, toczą niekończący się spór, która "naprawdę" walczyła w powstaniu i czy wtedy używano wapno do odkażania. Sylwia Chutnik w Kieszonkowym atlasie kobiet opisała ten problem tak, że gdy czytam tego typu opowieśći, przypominam sobie o tym jak pisała o tym Chutnik i pierwowzór zwycięża.

Tak było nie tylko w tym przypadku.

*) za Wikipedią Dysforia - jeden z objawów występujących w zaburzeniach psychicznych (...) Polega na wyolbrzymianiu pewnych sytuacji oraz innych bodźców, co powoduje reakcje nieadekwatne – gniewne, złość lub wręcz agresję chorego. Ogólna drażliwość, wybuchowość, zrzędliwość, rozdrażnienie. 

niedziela, 02 sierpnia 2015
I jak tu być na diecie?

Spotkanie po pracy - knajpa, ciastko ( ja wprawdzie lody, ale na jedno wychodzi):


Brydż - kolacja, a potem ciasta:


I tak tydzień, w tydzień. I jak tu być na diecie?

Powoli kończę body szarego szala. Czas pomyśleć o wykończeniu.

Mam zamiar przerobić ten wzór z tej strony:

Ten dodatkowy żołądź wydaje mi się zupełnie niepotrzebny. Obramowanie jest dość szerokie - chyba na rogach nie zmarszczę, tylko we wzorze zaplanuje "zakręty" pod kątem 90o.

Na druty nie mam za dużo czasu, na książki też nie tyle ile bym chciała. Sezon urlopy w pracy przekłada się  na zwariowane lotnisko, a jest jeszcze dom i ogród. W tym ostatnim wygląda na to, że opanowałam grzyba na mahonii. Ma znów zielone liście, nie pomarańczowo - żółte.  

W niedzielę byłam w Treblince. Tam jest tak pięknie. Ostatni żyjący uczestnik obozowego buntu, Samuel Willenberg, opowiadał o tym wydarzeniu, przejęty dziękował, że o tym pamiętamy. Angielscy archeolodzy opowiadali o wynikach siedmioletnich badań. Nawet nie wiedziałam, że były to pierwsze badania - poprzednio przyjechała po wojnie komisja, potwierdziła, że wszystko zostało zniszczone i przez następne kilkadziesiąt lat, nikt do ziemi nie zaglądał:.


Na domowym kompie mam już zainstalowany Windows 10. Nie tęskniłam, bo należałam do tych (podobno nielicznych), którzy lubili kafelki. Ale Windows Edge naprawdę śmiga.

Wokół wzmożenie patriotyczne:  koszulki powstańców z rana po kuli już w sprzedaży (o tym, że są takie koszuli dowiedziałam się bo obserwuję na fejsie Ziemowita Szczerka).

Piątek cytuję wypowiedź Tochmana:

 "Znam tę ludobójczą gadkę z Rwandy. To mowa nienawiści, która poprzedza zabijanie. To gęstniejący zapach pogromu. Jeśli do niego dojdzie, historia zapamięta, że stało się to za prezydentury Andrzeja Dudy. Polaka katolika, który ocalił hostię" - kilka dni temu napisał Tochman w tekście pod tytułem "Zapach"

Niestety, ale coś w tym jest na rzeczy. 

A na koniec tygodnia:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli