wtorek, 30 sierpnia 2016

Chwilowo nie mam czasu na pisanie bloga. Zaraz to się skończy, ale jeszcze chwila. Czas pokaże, czy to jest prawdziwa przyczyną mojej blogowej flauty.

Nie jest to jedyna "flauta" w moim życiu. Za osobę robiącą na drutach uważam się chyba tylko z przyzwyczajenia. I tak dobrze, że udało mi się dotrzeć na Szarotki.  Tym razem Ewa "załatwiła" nam Jazdów.

Urocze miejsce, ale chyba plan przekształcenia go w hipsterski dom kultury się nie powiódł. W niedzielne słoneczne i piękne popołudnie pusto tam było i cicho, więcej hipsterskiego życia jest na Placu Zbawiciela o siódmej rano. Szkoda,, bo  miejsce ma potencjał. A odniosłam wrażenie, że umiera razem z domkami.

Z czapką lekki klopsik. Nie wydrukowałam wzoru, tylko gapiłam się na pdf wyświetlany na ekranie komórki. Nie był to najlepszy pomysł, bo ptaszki tak się do siebie "zbliżyły",  że brakuje miejsca na dzioby.

Dawno chyba nie było tylu dobrych filmów w kinie.

Kwiat wiśni i czerwona fasola 

Mnie się podobał, ale nikomu nie odważyłabym się polecić, bo to film z półki "dla koneserów".

Pewnego dnia do osiedlowej budki w której ponury i zamknięty w sobie pan sprzedaje się wytwarzane przez siebie ciastka  dorayaki (w naleśnikowe ciasto wkłada się pastę z czerwonej fasoli) przychodzi  się 76-letnia pani i prosi by ją zatrudnił.  

On początkowo nie chce, potem daje się przekonać, czyli pozornie typowy snuj o poranionych przez życie ludziach. Ale siła tego filmu nie w akcji - mnie urzekła egzotyka, inność ich reakcji, zachowań. Nawet przyrodą trochę inaczej się zachwycają i inaczej o tym mówią.  

 

Co przynosi przyszłość

Dla miłośników francuskiego kina

Zakochana w książkach i w swojej pracy nauczycielka filozofii "odzyskuje wolność" - maż odchodzi, matka umiera, dzieci wyprowadzają się z domu. Świat też coraz mniej jej potrzebuje - wydawnictwo z którym latami współpracowała już nie chce jej książek, młodzież buntuje się na innych falach, niż te na których ona się kiedyś buntowała.

Czyli zwykłe koleje losu, A ona w tym wszystkim usiłuje zachować spokój.

Po wyjściu z kina miałam wrażenie że obejrzałam typowy, tyle że dobrze zrobiony, kobiecy snuj. Dopiero po pewnym czasie, jak mi się to wszystko ułożyło, uświadomiłam sobie do jakiego stopnia ten film jest utkanym z niedomówień, bardzo przemyślanym kolażem. Chyba bym go chętnie za jakiś czas jeszcze raz obejrzała, tym razem więcej uwagi poświęcając tekstom które przerabia z uczniami - oczywiście nie są przypadkowo dobrane.  

Moniek zwrócił mi uwagę, że ten film należy "dopełnić" duńską Komuną

dobry film 

Lata 60-te. Komuna, ale nie hipisowska, tworzą ją zakotwiczeni w społeczeństwie, dorośli ludzie. Punktem wyjścia jest odziedziczenie przez jednego z bohaterów dużego domu, którego utrzymanie przerasta możliwości jednej rodziny.

Tu też dojrzała kobieta zostaje zostawiona dla młodszej. Ale w przeciwieństwie do poprzedniego filmu, nie potrafi się z tym pogodzić. A ponieważ to, jak potrafimy się ranić, pokazane jest w scenografii lat 60-tych, przypomniała mi się scena z Hair Formana, z songiem Easy to be hard.

Kolejny dobry duński kameralny film obyczajowy. Zaczyna być to ich specjalność.  

No i jak zawszew o tej porze roku, kolejny Woody Allen i jego Śmietanka towarzyska

Hollywood w swoim rozkwicie. Typowa allenowska męsko-damska przekładanka, z uroczym jazzowym podkładem. A na deser kilka tekstów w jego starym stylu. I nawet jeżeli to nie jest to jego najlepszy obraz, to przynajmniej jest to film, a nie folder reklamowy europejskiej stolicy.

Niestety tradycja rodzinna upadła i na Woody Allena nie poszłam już z moim synkiem. Tam gdzie on jest, w kinach nie wyświetlają jego filmów.

Ostatnio samolotem, statkiem, autobusem, taksówką motorową, autostopem i  wynajętym skuterem dotarł do górskiej miejscowości,  gdzie jeszcze robią sobie zdjęcia z białym człowiekiem. Tak się tam ubierają uczestniczki pogrzebu:

W dolinę wrócił awionetką, która pamiętała chyba czasy II wojny - miałam skojarzenie z Indianą Jones.

Przynajmniej córa spędza czas w mniej hardcorowy sposób i przesyła z wakacji słodkie landszafty


A ja wychodząc z Kinoteki po obejrzeniu Woody Allena zobaczyć, kto tak hałasuje na rozstawionej pod Pałacem scenie. Śpiewali na rockowo Alleluja, bo była to impreza religijna.

Kochany Panie Ionesco ...

sobota, 27 sierpnia 2016
Przeczytane (35)

Fajne doświadczenie. Dwie książki - czytana jedna po drugiej -  o tej samej rodzinie. Te same historie, te same anegdoty. Ale jednak trochę inaczej opowiedziane, więc i inaczej brzmiące. 

Kisielewscy  Mariusz Urbanek

Pierwsza woda po Kisielu Jerzy Kisielewski

Jerzy Kisielewski pisze w swojej książce w zasadzie tylko o Kisielu i Wacku, o sobie i o siostrze niewiele. Ale - co oczywiste - w porównaniu do książki Mariusza Urbanka - jest bardziej ciepła i osobista. 

W książce Urbanka jest za to więcej o protoplastach rodu i jego opowieść w zasadzie kończy się na Kisielu, o jego dzieciach, w tym i karierze Wacka, niewiele. Nie czytałam książki Urbanka o Stefanie z 1997 roku (Kisiel), więc być może autor uznał, że nie będzie się aż tak powtarzał. A postać Kisiela bardzo na czasie - może dlatego Iskry wznowiły tę książkę (pierwsze wydanie było w 2006 roku, teraz drugie i ebook)? Prawie codziennie tłumaczymy rzeczywistość, odwołując się do jego najsłynniejszego określenia. 

Trzeba przyznać, że Kisiel miał po kim odziedziczyć gen "oryginała", pierwszy Kisielewski, jaki pojawił się na kartach historii (legiony itp), pradziadek Stefana, Daniela, miał dość oryginalny pomysł na życie rodzinne.

Po ukoń­cze­niu stu­diów zo­stał ad­wo­ka­tem i oże­nił się z pan­ną Wa­le­rią Ro­ści­szew­ską, przy­rod­nią sio­strą księ­cia Au­gu­sta Wo­ro­niec­kie­go, któ­re­go od cza­sów re­wo­lu­cji wę­gier­skiej na­zy­wa­no „czer­wo­nym księ­ciem”. Księż­nicz­ka Wa­le­ria mo­gła so­bie po­zwo­lić na ewi­dent­ny me­za­lians, bo nie li­czy­ła się z ni­kim i z ni­czym, co jed­nak w wy­pad­ku pan­ny z ary­sto­kra­tycz­ne­go rodu na­zy­wa­no eks­cen­trycz­no­ścią (...) Nie­spo­dzie­wa­nie dla wszyst­kich rzu­cił pa­le­strę i prze­niósł się z żoną naj­pierw do Tar­no­wa, a po­tem do ma­łe­go fol­warcz­ku pod mia­stem. (...) Licz­ne swe po­tom­stwo schło­pił, nie da­jąc dzie­ciom żad­ne­go wy­kształ­ce­nia. Do­cho­dów z ubo­gie­go fol­war­ku szyb­ko jed­nak za­czę­ło bra­ko­wać. By za­ro­bić na chleb, Da­niel za­czął da­wać lek­cje kon­tre­dan­sa i lan­sje­ra w Tar­no­wie i oko­li­cach . 

Ale bez uciekania się do takich skrajności, jego życie pokazuje, że da się ciekawie w nieciekawych czasach. Bo najciekawsze fragmenty są o czasach socjalizmu. Cały czas czytając coraz bardziej uświadamiałam sobie do jakiego stopnia zatoczyliśmy koło.

Rozmowa, która miała miejsce po zamknięciu Tygodnika Powszechnego:

Uczci­wych lu­dzi, jak Tu­ro­wicz czy Go­łu­biew, li­kwi­du­je­cie, a od­po­wia­da­ją wam ter­ro­ry­ści z PAX-u.– Wła­ści­wie ma pan ra­cję – od­parł Pu­tra­ment – lecz co na po­rząd­nych lu­dziach moż­na w po­li­ty­ce zbu­do­wać? 

Z kolei ten pogląd Kisiela może stanowić uzasadnienie oglądania TVP Info - do mnie nie przemawia, bo jestem w tym punkcie nieprzejednania, ale jak ktoś chce.

Zapytany, dlaczego ogląda telewizję, z której sączą się najgorsze kłamstwa, odpowiedział, że Wolna Europa mówi to, co on wie. Natomiast telewizja polska opowiada mu rzeczy, których nie rozumie, więc to go ciekawi.-

Obie książki się dobrze czyta. i w obu przypadkach, opisywane postacie tak ciekawe, że po przeczytaniu pozostaje spory niedosyt. 

Przeczytałam jeszcze jedną książkę Urbanka: Wieniawa. Szwoleżer na Pegazie

O Wieniawie przypomniała sobie przy okazji wspomnień Moniki Żeromskiej, często o nim wspominała. Jasno z nich wynikało, że etykietka birbanta i hulaki, z jaką przeszedł do historii, nie jest sprawiedliwa. Potwierdzenie tej opinii łatwo można znaleźć w książce Urbanka.

Jest nie tylko o kopalnią anegdot - z tym, że albo Wieniawa był tak dyskretny, że o jego podbojach miłosnych wiadomo niewiele, ponad to że były, albo Urbanek postanowił nie bawić się w Pudelka, bo o tym kawałku jego życia niewiele. Ale i bez tego postać więcej niż barwna. Pewnie nie raz - wobec powstałego podziału - co odważniejsi będą się powoływać na jego zdanie Dla mnie wszystko jedno z kim wódkę pić, byleby tylko zimna była (wypowiedział je, gdy zarzucano mu, że pije z Broniewskim). Ale nie tylko z tego powodu nie nadaje się na dzisiejsze ołtarze. Nie wiedziałam o tym jak skończył ulubieniec Piłsudskiego. Tzn. o tym, że popełnił samobójstwo wiedziałam. Ale do jakiego stopnia był zaszczuty nie. Pytanie czy to na pewno było samobójstwo, też jest otwarte.

Czyta się tę książkę Urbanka, jak jego wszystkie książki, wszystkie dobrze. Ale jak zawsze, tak i w przypadku tej książki, jak coś zaciekawi, odpowiedzi trzeba już szukać gdzie indziej. Tyle, że przestało mi to przeszkadzać - jest to jednak literatura skierowana do tzw. szerokiego odbiorcy. 

niedziela, 21 sierpnia 2016
Wróciłam

Wróciłam. Zrobiłam zapasy mojej ulubionej herbaty PG (co z tego, że to najniższa półka, kiedy mam wrażenie, że przez to jest stosunkowo mało naszprycowana dodatkami). Moja ukochana Ceylon Supreme Hedley'sa zniknęła z półek, została mi się ino puszka. 


Ale ani herbata, ani kupione na lotnisku ukochane perfumy nie zmienią tego, że nie przypominam sobie, bym aż z taką niechęcią wracała do mojej rzeczywistości. 

I - jak łatwo można się domyślić -  nie dlatego, że trudno się rozstawać z mężczyzną swojego życia.


To dla niego poszłam (o co nigdy bym się wcześniej nie podejrzewała), zwiedzić statek  HMS Belfast.


W dodatku - ponieważ zafascynowała go gra w statki na interaktywnej tablicy - spędziłam tam bite cztery godziny.

W każdym razie HMS Belfast był lepszym wyborem niż National History Museum. Stojąc w kolejce opowiadałam mu o dużym dinozaurze, gdy przed nim stanęliśmy, zapytał: kiedy pójdziemy zobaczyć tego dużego dinozaura?

Przed całkowitą klęską uratowała mnie ruchoma kopia T-rexa, Tomek długo nie przyjmował do wiadomości, że nie jest to prawdziwy dinozaur. 

A wnuk rośnie. Ścianki na placu zabaw to za mało, poszedł i na większą. 

Gugiel jest na wszytko: puściłam sobie i jemu filmik Lear how to ride a bike in 5 minuteposzłam do sklepu by opuścili siodełko i potem było tak jak na tym filmie. 

W National Museum spotkała mnie przykrość znikł mój ulubiony pejzaż zimowy Avercampa - jak byłam 36 lat temu zachwyciły nie obrazy Steen'a i Ostade, od tej pory nigdy już nie trafiłam na moment, by wisiało ich tak dużo jak wtedy. Teraz wprawdzie kilka wyjęli, ale tylko kilka. Wtedy, 36 lat temu, kupiłam w muzealnym sklepie pocztówki-reprodukcje, dzięki temu pamiętam co mi się tak spodobało.  

Natomiast w galerii obok, czyli w National Portrait Galery dalej straszy David Beckham - nie przemawia do mnie dzieło sztuki w postaci filmiku ze śpiącym celebrytą. 

W sali obok zdjęcie Dame Vivienne Westwood - ma na nim 68 lat i jej ciało przypomina na tym zdjęciu pastelową akwarelę, tyle użyto filtrów, a potem pewnie i Photoshopa. 

A w Brwi, jak tylko otworzę drzwi lub okno, przychodzi do mnie mój mały rudy przyjaciel. Domaga się pieszczot i małego co nieco. Czasami mam wrażenie, ze nie miałby nic przeciwko temu by zostać na dłużej. Najwyraźniej nie rozumie, że za dużo nie ma mnie w domu, by mieć zwierzaka.

Za tydzień Szarotki (w sobotę nie wybrałam się do Torunia na Drutozlot i trochę teraz tego żałuję). W kinach wysyp dobrych filmów. Czytam świetną powieść - Szczygła Tartt, słucham dobrego dobrego audiobooka - Vernon Subutex, dziergam kolejnego Kilimka:

Słowem staram się wpasować w stare koleiny. 

Ale też zamierzam wprowadzić zmiany. Na początku w moim drutowaniu. Teraz - zanim zacznę robotę - zastanowię się do czego to będę nosić. Bo jak na razie, do tej kamizelki w ptaszki nic mi nie pasuje. Ta czapka też tego nie zmieni.   

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli