sobota, 30 września 2006
Podobno

Podobno do końca roku mam przestać być kustoszem w moim muzeum rzeczy do zrobienia. Podobno, ale na razie roboty jest tyle, że każde - nawet najmniejsze rączki, witane są z radością:


W tym tygodniu przybył sufit:

Przy okazji chłopaki porobiły mnóstwo drobnych napraw - między innymi w kuchni mam wreszcie półki. Z tym, że czekałam na nie tak długo, że zapomniałam co miało na nich stać:


Po raz piewszy też zobaczyłam, że jak się szlifuje parapet to można czytać i książkę:


Po wyjeździe Michała i jego profesjonalnego sprzętu, duży Michał, który podjął się zrobienia zimowego domku dla kotów, musiał poradzić sobie z tym wyzwaniem za pomocą tego co zostało, a zostało niewiele. A że nawet słoneczko już nie to co jeszcze miesiąc temu, to gont bitumiczny kleił suszarką do włosów:


To co się dzieje w domu nie za bardzo nadaje się jeszcze do pokazania. Ale jak to ostatnio często słyszę: będzie dobrze. Ściana w sypialni, po tym jak malowało ją pięć osób i długo radziły o niej kolejne trzy, wygląda póki co tak:


Urlop zbliża się już ku końcowi i czas na podsumowanie. Jedyną samodzielnie przeze mnie wykonaną od początku do końcu pracą, było pomalowanie gazowej rury. Niby niewiele, ale zawsze coś. Rura przed pomalowaniem wyglądała tak:

A po pomalowaniu tak (widoczna na zdjęciu dbałość o szczegóły wyznacza trend zachodzących obecnie w Kaliningradzie zmian):


Póki co jesienna depresja daleko - otacza mnie piękna jesień i dzięki temu, że na czas remontu żaluzje zostały podciągnięte do góry, mam z okna taki widok na drogę:


Remont remontem, ale wpadłam też na jeden dzień do stolicy i moing uwaging przykuł auditing:



niedziela, 24 września 2006
Cudownych przyjaciół mam

Poszłam wreszcie (tak jak każe kodeks pracy), na zasłużony dwutygodniowy urlop. Przez pierwsze dwa dni nawet trochę odpoczęłam - wyspałam sie i w pracy byłam dopiero koło południa. Ale taki rytm dnia, jak wszystko co miłe, nie trwał długo i trzeciego dnia urlopu, na własne życzenie, znalazłam sie w remontowym wirze.

W ciągu jednego popołudnia w moim domu zapanował totalny chaos:




I jak to zwykle przy remontach bywa, odsłonięte zostało to, co nie przez przypadek było zasłonięte:



Na początku z tego chaosu wyłoniły się schody :



Dzięki czemu, mogłam wreszcie zobaczyć jak wygląda mój strych:



A potem przyszedł weekend:



Plan był taki, że skończymy przynajmniej jeden pokój:



Ale plan nie wyszedł. Po części dlatego, ze trochę czasu zajęło gotowanie:



I niespieszna konsumpcja:



A po części dlatego, że pewnemu rozszerzeniu uległ front robót:


Trochę czasu zajęły też dzieci i to zarówno te mniejsze:



Jak i te większe:




A i od komputera oderwać się niektórym było dość trudno:



Słowem mam tak ciekawy początek urlopu, że tylko z kronikarskiego obowiązku odnotowuję wykonanie tak pospolitych prac, jak doroczna konserwacja płotu:


niedziela, 17 września 2006
Moje duże ego

Znów urosło moje duże ego, tym razem mój balonik napompował Pan rozwożący kupiony w Castoramie towar. Wprawdzie na rachunku stało jak wół: transport bez wniesienia, ale byłam przekonana, że oznacza to tylko tyle, że za wniesienie trzeba osobno zapłacić a nie, że nie będzie komu wnosić. A pan był sam i jak zobaczył, że poza nim nie ma żadnego innego pana, okrutnie się przeraził.

Wszystko udało nam się wnieść w ciągu 25 minut. Na pożegnanie pan powiedział, że rozwozi zakupy ponad 9 lat i takie sytuacje jak ta, mógłby policzyć na palcach jednej ręki. Zapytałam się, jakiej reakcji się spodziewał - powiedział, że kobiety w takich sytuacjach uderzają w płacz.

Dzięki temu, ze byłam taka dzielna jest już z czego zrobić sufit:



i podłogę:



Była piękna terakota, tyle że trzy razy droższa i jeszcze piękniejszy od niej kamień, ale dziesięć razy droższy. I tak na koniec może okazać się, że tego gresu kupiłam za mało - mierząc powierzchnię gdzie chcę mieć płytki, wyszło mi 60 m2, ale jak od powierzchni domu odjęłam powierzchnię pokoi, wyszło 15 m2 więcej.



Ponieważ, jak wszystko pójdzie zgodnie z planem w przyszlym tygodniu będę już miała sufit, z myślą o tym, że kiedyś będę musiała zalegalizować tę budowę, zrobiłam dokumentację techniczną (tak aby pan kierownik budowy nie musiał wierzyć mi na słowo, że wszystko zostało zrobione tak, jak to było przewidziane w pozwoleniu):



Na moim ulubionym forum Małgośka z Ameryki wezwała dziewczyny do wyjścia ze swoimi robótkami do parku, poczekalni, komunikacji miejskiej. Mnie do takiego comming out-u zachęcać nie trzeba. Od dawna wiem, że nawet jeżeli jako uczestnik szkolenia nie powinnam sie afiszować ze swoimi robótkami, to ta zasada mnie nie dotyczy, jak sama coś takiego prowadzę:



Ale tak generalnie, to cieszyć się nie ma z czego. Prawdopodobnie Złe Mzimu, które panoszy się w dźungli debilizmu, uniemożliwi nam kontunuację projektu witrażownia i "we wtoreczek nie będzie już zlotu cioteczek".

Szanse, że ten wolny czas przeznaczę np. na pójście do kina też nie sa zbyt duże. Postanowiłam zabrać głos na jakimś innym, nie dotyczącym robótek ręcznych forum, wybrałam Kino i napisałam:

Zaczynam się poważnie obawiać, że jak tak dalej pójdzie zamkną kina. Mniej
więcej dwa tygodnie temu spóźniłam się do Kinoteki (w piątek po pracy, czyli
wg mnie w tzw. dobrych godzinach) na "Słoneczne Miasto" i odeszłam z
kwitkiem, bo z braku chętnych odwołali seans. Wczoraj chciałam obejrzeć
w Lunie "Bezpańskie Psy". Oprócz mnie była jeszcze tylko jedna dziewczyna -

czekałyśmy czy może zdarzy się cud i zbierze się pięć osób - niestety nikt
więcej nie przyszedł. Czy wszyscy co chodzili do kina już wyjechali?

Jakiegoś szaleńczego odzewu na mój post nie było.

Tego co mnie otacza zrozumieć,
mimo że się staram, też jakoś nie mogę. Przyswoiłam sobie, ze jestem wykształciuch (chociaż nie do końca mieszczę sie w tej definicji, bo nie mogłam stracić kontaktu z prowincją, skoro nigdy go nie miałam). Ale dzięki douczkom Krzysia, coś tam do mnie zaczynało dochodzić i jak tylko coś było dla mnie niejasne, niczym mantrę powtarzałam sobie przyswojoną na tych douczkach lekcję: lud spija szampana ustami swoich przedstawicieli.

No ale jak wytłumaczyć taką sytuację, gdy na topie nadal górą jest jeden z nielicznych, znajdujących się tam wykształciuchów:




Na koniec wyjaśniam: chcę schudnąć nie dla moich kiciusiów, ale dla siebie:




niedziela, 10 września 2006
W biegu

W drodze do pracy, na szybie sklepu przeczytałam: Likwidacja sklepu. Ale co z tego, że dzinsy Cavina Kleina kosztowały tylko 140 zł, skoro niby taki wielki kreator, a wyobraźni ma tyle co nic i nie przewidział, że można mieć w pupie tyle co ja. W każdym razie postanowiłam, że następnym razem będę na taką okazję lepiej przygotowana i ponieważ silnej woli mam tyle, co Cavin Klein wyobraźni, wybrałam opcję: "pusta lodówka":

I może by to i zadziałało, gdybym częściej była w domu. A to mi w tym tygodniu za bardzo nie wyszło, m.in. po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna robiłam za babysitter. Zajęcie nie było męczace, bo Kalinka zasnęła jeszcze przed Mońka wyjściem i przez caly czas mojego bejbisitowania nawet nie drgnęła:


Następne dwa dni (dzięki temu że ramach rewanżu, dostałam od Mońka bilety na koncerty Makowicza i Dudziak), łykałam wyższą kulturę:

Potem pojechałam do Kaśki. Widząc jak jest chora, sama z siebie zaoferowałam swoją pomoc i w ramach tej opieki podjęłam się nie tylko ogarnąć dom ale i coś ugotować. Na co ona (mimo gorączki) od razu wykazała się przytomnością i odpowiedziała: nie trzeba, Jacek potrafi gotować. Zjadłam to co zrobił Jacek (rzeczywiście umie gotować), ale jak tak dalej pójdzie, to ja zapomnę jak się gotuje wodę na makaron.

U Kaśki odkryłam, że zdecydowanie wolę cudze ogrody, bo w nich nic nie muszę robić:



I że mieć całe terytorium dla siebie to jedno, dzielić je z kimś to zupełnie co innego:


Ale też grunt to nie mieć uprzedzeń - wtedy można nawet poznać sympatyczne bliźniaki (mnie się to udało jak wpadłam do Tereski):


Jutro idę zamówić mnóstwo materiałów budowlanych, bo już za tydzień przychodzi Michał z małym Ciechomem robić sufit. Ponieważ jeszcze nie wiem czego ile mi potrzeba, kończę ten robiony w biegu cotygodniowy odcinek mojego bloga, zdjęciem które dokumentuje, że cały czas, raz szybciej, raz wolniej, zachodzą w Kaliningradzie jakieś zmiany:



Fotoblog Kalinki - odcinek n-ty

Jak się tyle myśli:


i nie ma się za grosz wstydu:


i zamiast smoczka na złość mamie, dudla się kciuka:


to się tak właśnie kończy:


niedziela, 03 września 2006
Jak się jest młodym to przynajmniej ma się życie pełne przygód

Jak się jest młodym, to przynajmniej ma się życie pełne przygód - moja córka umówiła się z narzeczonym w Pradze, a ten zadzwonił do niej jak przekraczała granicę, że mu się pokręciły samoloty i przyjedzie z 24-godzinnym opóźnieniem. Tymczasem Anka nie wzięła ze sobą nawet karty od bankomatu - i tak cud, że w ostatniej chwili namówiłam ją na reaktywowanie roamingu.

Z kolei jak się jest starym, to życie jest nudne i przewidywalne. Bo trudno uznać, że codzienną monotonię ubogaca to, że udało mi się (a zdarza mi się to dość rzadko) w miarę szybko i bez prucia zrobić coś, co jestem gotowa na siebie włożyć:

Zmiany jakie zachodza w Kalinigradzie też wynikają z wcześniej przyjętego planu.

Na tarasie nie ma już śladu po tym, jak Paweł i kubełek farby spadli razem z drabiny. Koszmarne duże białe coś na liczniki zostało pomalowane farbą do plastiku i do pełni szczęścia brakuje już tylko skrzynek na kwiaty (uwaga do mało spostrzegawczych - w drzwiach są progi):


Wejście do domu też wyglądało by już całkiem porządnie, gdyby nie zwisające kable, które nie mogą doczekać się przyjścia elektryka:


Spełniły się prorocze słowa Izuni i to co widać na zdjęciu nie ma nic wspólnego z kortami w Wimbledonie:


Ale zamiast delektować się alternatynym trawnikiem, myślę za dwóch, działam za trzech, bo moja logistyka jest na takim poziomie, że ho, ho ... co nie przeszkadza wybiegać mi myślą ponad ten poziom i w ramach zaplanowanego na przyszły rok karczowania wietnamskiej dżungli, mam już klapę od szamba i na początek pomalowane drzwi od komórki:


W niedzielę, razem z Izą i Michałem poszłam na zorganizowane na Cmentarzu Komunalnym party dla łże-elit. Nie wiem na czym to polega, ale bolszewicy zawsze mieli jakieś dobre układy na górze - na pierwszomajowych pochodach świeciło im słońce, a teraz dzień był wprawdzie słoneczny, ale w południe - dokładnie wtedy gdy ci którym nie podoba się, że nowe wróciło umówili się przy grobie J. Kuronia - przez godzinkę padał deszcz:


Na cmentarzu zauważyłam, że już nie tylko napisy ryte są "na zapas" ale na miejscu opuszczonych grobów stawiane są "pustostany", póki co podpisane tylko nazwiskiem:



Wychodząc z Powązek utrwaliłam na zdjęciu urodę mego miasta - ciekawe czy jak dalej będą tak rozbudowywać tego gargamela, wyjdzie im z tego drapacz chmur:



Nie wiem też o co chodzi w tej reklamie, ale przykuła moją uwagę:



Jak zawsze o tej porze roku nie wiem, jak pogodzić moje niezbywalne prawo do tego, by nie mieszkać z moimi kotami z tym, by nie uwierało sumienie gdy one marzną na dworze nie rozumiejąc dlaczego nie chcę ich wpuścić do domu. Póki co wystarcza im Toyota, ale to już niedługo:



Bo zima coraz bliżej, nawet raz napaliłam w kominku - po przeróbkach dymiło znacznie mniej i teraz "osiołkuję". Bo z jednej strony rachunki za gaz wysokie i wkład kominkowy by się przydał. Ale z drugiej strony, to nie to samo co otwarty ogień:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli