niedziela, 30 września 2007

Tydzień bez Gośki w tle

W wakacje Gośka zawsze wyjeżdzała do Trzcianki i do tego wszyscy - również i ja - zdążyli sie przyzwyczaić. Ale na taką ekstrawagancję, jak wyjazd na prawie 10 dni w środku roku szkolnego, zdobyła się po raz pierwszy. Niby jej się należy, ale ... - ja na przykład dopiero za dwa tygodnie będę moga skończyć zaczętego w tym tygodniu aniołka Autumn Joy (na zdjęciu obłożyłam go bardzo efektownym szkłem, z boku leżą prototypy świątecznych bombek).


Gośka zachęca mnie bym się nie rozkręcała z aniołkami tylko zabrała się świąteczną dekorację - na przykład taką (oryginalny wzór mieści się na formacie A2).


Może się skuszę, bo zrobione przez mnie w tym tygodniu drzewko witrażowej galanterii (specjalnie w tym celu pojechałam do dalekiej Castoramy po łańcuszek i pół wieczoru obcęgami mocowałam wieszadełka) wygląda już na tyle imponująco, że chyba warto pomyśleć o czymś więcej.


Powoli bo powoli, ale dłubię i na drutach. Do golfoszalika dorobiłam czapkę i teraz czekam na powrót Gośki - po tym jak w zeszłym roku opanowałam oczka rakowe, w tym roku mam ambitny plan nauczyć się na szydełku pikotek.


Dotarłam wreszcie na zajęcia z Qi Gongu, które odbywają się dwa razy w tygodniu rzut beretem od mojego domu. Grupa mała, więc za bardzo nie perspektuje, ale przynajmniej ja mam szczere chęci regularnie na to chodzić.

Byłam też w tym tygodniu po raz pierwszy w życiu sama w teatrze. Wszystko przez Gumisia, który najpierw wymógł na mnie, że przynajmniej raz w miesiącu będę z nim chodzić do teatru, a następnie, w pierwszym miesiącu obowiązywania tej umowy zaproponował mi Giovaniego. Do takiego poświęcenia nawet dla Gumisia nie byłam zdolna i rozbudzoną we mnie potrzebę regularnego bywania w teatrze musiałam zaspokoić we własnym zakresie - poszłam na wystawianą na Scenie na Wierzbowej Daily Soup z D. Szaflarską i J. Gajosem. Pierwsza godzina to popis gry aktorskiej - rewelacyjne scenki z zycia współczesnej polskiej rodziny. Niestety ostatnie 20 minut to rozpaczliwiec - autorki czuły że sztuka powinna mieć jakieś zakończenie, ale ponieważ żaden błyskotliwy pomysł nie przyszedł im do głowy, zakończyły w sposób toporny i bez wdzięku.

Teart teatrem, ale kino być musi. Habana Blues może nie jest arcydziełem, ale mnie się bardzo podobał. Z tym, że pewnie przejdzie bez echa - muzyczna ścieżka jest dla młodzieży, a sama opowieść dla tych, którzy pamiętają czasy, gdy paszporty nie leżały w domowych szufladach. Miałam w planach Świętą rodzinę, ale seans odwołano z powodu złej jakości kopii. Za to poszłam na nieplanowanego Lutra (o tym, że poza obowiązującym repertuarem będzie u Gutka taki seans, przeczytałam w Co jest grane) - zdjęcia piękne, ale sponsorowanie filmu przez kościół nigdy dobrze nie robi, przez kościół luterański też.


No i byłam na pierwszej alternatywnej osiemnastce. Niestety prawie wszyscy wyszli przed północą i dostojna jubilatka nie dostała przewidzianych w programie 50 klapów.


Poza tortem było jeszcze wiele innych dobrych rzeczy i teraz przez kilka najbliższych dni zmuszona jestem zacieśnić moją przyjaźń z wagą z wyświetlaczem. Ale było warto.


I tak sobie myślę, że szkoda tych co kiedyś wyjechali i tych co dziś wyjeżdzają - takie urodziny można urządzać tylko na własnych śmieciach.

A przy okazji okazało się, że w tym roku zapomniałam o synka imieninach - nie przypomniał mi, a miał 1,5 tygodnia temu.

niedziela, 23 września 2007

Pokoleniowy rów mariański

Początek jednego z listów od od córki:

Liście spadają, trwa Ramadan, w Carrefourze powstała półka z Koranem i większość knajp w mojej dzielnicy jest zamknięta.

A gdy przy wykorzystaniu najnowszych technik (tzn. googlując), prowadziłam z moim dorosłym synkiem rozmowę o tym co aktualnie robi (generalnie chodziło mi o to, by robił też to, czego nie robi i czego robić za bardzo nie chce), otrzymałam taką odpowiedź:

Nic nie kumasz
Mindstorm to takie klocki Lego, ale zajebiście zajebiste.
Chodzi o to, że to jest Lego Technics z specjalnym klockiem – mikroprocesorem.
Do tego klocka można podłączać różne czujniki np czujnik dotyku, światła itd.
Robisz robota! Wgrywasz mu program i chłopak zapodaje!
Kul?

Byłam w witrażowni.

Lubię tam chodzić, mam tylko jedno ale - Lucy już drugi raz przyniosła ciasta i ja - w takich sytuacjach zawsze "asertywna inaczej" - przy okazji ładowania akumulatorów, "nadmuchałam" też swoje komórki tłuszczowe i potem trzy dni "wracałam" do siebie. Wszystko zaczęło się gdy dwa lata temu (dokładnie 20 września), rzuciłam palenie. Długo się do tego zbierałam, bo zgodnie z przyjętym założeniem, rzucenie palenia miało poprzedzić zrzucenie zbędnych kilogramów, ale im bardziej to sobie zakładałam, tym bardziej się zaokraglałam. Na koniec rzuciłam palenie mając całkiem sporo kilogramów za dużo i pół roku później ustanowiłam na wadze mój życiowy rekord (z perspektywy dzisiejszego dnia: + 17 kg). Od tego czasu powoli "schodzę" w dół, ostatnio nawet trochę to zinstensyfikowałam, ale i bez przynoszonych przez Lucy ciast, łatwo nie jest. Bo o ile schudnąć wcale nie jest tak trudno, to zatrzymanie się w miejscu wymaga pogodzenia się z tym, że bezpowrotnie minął czas, gdy można było jeść co się chce i ile się chce, a to przychodzi mi z ogromnym trudem.

Powiększył się mój blogowy rejestr korzyści - po przeczytaniu wpisu z poprzedniego tygodnia, mój kolega Leon podarował mi na płytce dwa odcinki Ekipy. Obejrzałam jeden odcinek, ale dalej, mimo że bez reklam i tak się nie dało. Wygląda na to, że Pani A. Holland nakręciła tę dydaktyczną bajkę, bo pomyślała, że jak prosty lud zobaczy, że politycy mogą być tacy jak na tym filmie, to zaczną takich szukac i na nich głosować. A według mnie jest tak, jak jakiś czas temu napisał rybitzky (aby to przełknąć założyłam, że stara baba to określenie nie płci, tylko mentalności).

Ale dzięki Ekipie, przypomniałam sobie o stercie filmów do obejrzenia (ma, tak na oko, sporo ponad metr) i mam zamiar oglądać i drutować. Ogłosiłam swój powrót na moim ukochanym forum i są już tego pierwsze efekty. Skończyłam golfoszalik i aktualnie robię do kompletu czapeczkę.


Zakończyłam też epopeję ramkową. Ponieważ szklarz w Brwinowie ma do 22 września urlop, wybrałam się do OBI i zrozumiałam, że w marketach tego nie znajdę. Pojechałam do Jyska - w cienkiej drewnianej obudowie były tylko dwie ramki 10 x 15 cm, ale pan powiedział, że w najbliższym czasie będzie spora dostawa towaru. Gośka powiedziała mi o sklepie niedaleko mojej pracy, gdzie jest dużo ramek, poszłam - były, ale w tym rozmiarze też tylko dwie. Znów pojechałam do Jyska - w drewnianej obudowie nie było już ani jednej, a szukanym przeze mnie rozmiarze były tylko dwie i to w plastikowej ramce. Zawzięłam się i na okolicznych półkach znalazłam trzecią do kompletu. Potem, zamiast kupić farbę do plastiku, przez tydzień usiłowałam pomalować je farbą do tego nie przeznaczoną. Ale trud się opłacił i otrzymane od Hrabiny obrazki w końcu zawisły na swoim miejscu - w planach było wkręcenie śrubki bezpośrednio w ścianę, za pomocą specjalnie zakupionej w tym celu końcówki do wiertarki, ale skończyło się na kolejnej katastrofie (na szczęście odpadnięty tynk dało się "przykryć" obrazkiem).

Odwiedziłam Izę w wynajętym przez nich domku.

Iza skorzystała na tym, że właściciele zdecydowali się wynająć stojący na ich posesji dom, ale ja dziś chyba tak już jestem przywiązana do posiadania swojego kawałka ziemi, że nie wiem czy łatwo by mi przyszło "podzielenie się" z obcymi ludźmi moim kawałkiem trawnika.


Im więcej widzę kominków, tym bardziej nie mogę sie nadziwić dlaczego wszystkie są tak do siebie podobne - powoli zaczynam podejrzewać, że w dzisiejszych czasach kominek pełni podobną rolę, co kiedyś meblościanka.

A już w najbliższą sobotę - pierwsza alternatywna osiemnastka.
niedziela, 16 września 2007

Bez tytułu

Tydzień minął w klimacie audio.

Po zainstalowaniu Skypa, do szczęścia brakowało mi tylko słuchawek z mikrofonem. Wydałam na nie prawie 40 zł, ale szczęścia za to nie kupiłam. Słuchawki Anki nie kosztowały nawet połowy tej sumy, ale teraz ona nie narzeka i bez problemu skajpuje ze swoimi znajomymi, a do mnie musi dzwonić ze Skypa na domowy numer, bo mam taki pogłos, że nie idzie wytrzymać (ani zrozumieć).

Przy okazji wycieczki do sklepu z końcówkami do grajów, postanowiłam uczynnić boczne kolumny.

Subwoofer nie działał, bo tam gdzie stoi i nie przeszkadza, nie sięgał kabel. Poszłam do sklepu z wydrukowanym zdjęciem i zamiast tłumaczyć, pokazałam na obrazku czego potrzebuję.




Dzięki temu mój
subwoofer znów po swojemu zadudnił.



Z kolei tylnie kolumienki, były kiedyś zawieszone na czymś, co co nie przetrwało robienia sufitu. Teraz,
wykorzystując resztki dawnej konstrukcji, zawiesiłam je na haczyku, który - zgodnie z instrukcją jaką otrzymałam w pobliskim sklepie z narzędziami - wkręciłam w deski przy pomocy obcęgów. Całkiem prawdopodobne, że którejś nocy spadną z hukiem na ziemię i zanim zorientuję się co się stało, umrę z przerażenia na zawał.


Najmniej czasu zajęło mi powieszenie bocznej kolumny - wystarczyło wkręcenie haczyka (tym razem, ponieważ nie wymagało to prac wysokościowych, użyłam wiertarki, nie obcęg). Tyle, że trudno uznać za sukces dobranie przeze mnie koloru farby, którą zamalowałam obudowę kabla - zabawa z pigmentami jest bardzo przyjemna, ale pod warunkiem, że nie trzeba "wymieszać" odpowiedniego koloru.



Ruszył projekt witrażownia, jest nawet cień szansy, że będziemy spotykać się w starym składzie. Na pierwszych zajęciach poniosłam porażkę - ponownie zabrałam się za aniołka Sunny i tak jak pół roku, tym razem też mi nie wyszedł.


Wielkimi krokami zbliża się moja pięćdziesiątka, na razie przekonałam Ańćkę, że jest to jak najbardziej powód do świętowania i dzięki temu, zanim urządzę swoją, będę bawić się na jej. W sumie to pierwsza rocznica przy której naprawdę nie ma już co ściemniać i jak ktoś mówi że się młodo wygląda, znaczy to dokładnie tyle, że nie wygląda się starzej.

W kinach, to co wchodzi na ekrany nie powala - w zapowiedziach jest trochę dobrych filmów, ale kilka, nie kilkadziesiąt. Anka w Paryżu kupiła sobie za 20 euro miesięczny bilet do kina i po obejrzeniu programu wybrała 35 filmów, które chciałaby przez ten czas obejrzeć. Pewnie nie obejrzy, bo w Paryżu jest dużo więcej atrakcji, niż tylko kino na przedmieściach, niedaleko jej akademika. Mnie, po obejrzeniu repertuaru wszystkich warszawskich kin, zainteresowały w przyszłym tygodniu tylko dwa filmy - i to też niekoniecznie. A przecież jestem skazana na kino, bo jakoś nie potrafię się przekonać do telewizora. W tym tygodniu miałam szczery zamiar obejrzeć Ekipę (dla Gajosa). Włączyłam, ale po kilku minutach puścili reklamy - no i to by było na tyle.

W tym tygodniu byłam na:



Miałam watpliwości czy iść na Fałszerzy, ale mimo że akcja filmu toczy się za drutami obozu koncentracyjnego, nie ma w nim epatowania okrucieństwem. Dobry film - opowieść o tym jak zachowują się ludzie w warunkach ekstremalnych, wojna i to, że tłem jest historia która zdarzyła się naprawdę, ma drugorzędne znaczenie. Rewelacyjnie obsadzona główna rola.
Czeski Restart to taka dająca się obejrzeć psychodeliczna opowieść o za szybko żyjących w wielkim mieście młodych ludziach, którzy odnieśli sukces. Gdyby nie ta psychodeliczny klimat, film by się niczym nie wyróżniał, a tak czymś jednak przykuwa uwagę.
 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli