niedziela, 28 września 2008

Początek jesiennej ogrodowej orki

Jesienna multi-kulti-wyznaniowa pielgrzymka cioteczek w intencjach wszelakich została przełożona na przyszły tydzień. W tej sytuacji poświęciłam się kręceniu wokół własnego ogona.

Przedtem jednym cięciem zakończyłam całotygodniowe osiołkowanie w internetowych sklepach z włóczkami i kupiłam  Cascade 220 (number one na Raverly)  i włóczkę tweedową. Już wiem, że sweter z warkoczowym karczkiem będę robić inaczej (uwaga na forum tylko mnie utwierdziła w przekonaniu, że ten wzór jest trochę "lewy"). Na razie według podanego przez Zdzichę opisu zrobiłam kaszkiet. Za cholerę nie wychodził mi sterczący daszek, więc w mojej wersji jest mniejszy. "Guzik" też pozostawia sporo do życzenia, ale mi jakoś z szydełkiem nie po drodze. 


Z wełny w słoju mam  zamiar zrobić sweter w starym stylu - plątanina nieukładających się w żaden wzór łat, nawet zaczęłam sobie to rozrysowywać, ale ciągle to nie jest to.

W weekend wywiało mnie do ogrodu. Posprzątałam do końca po sumaku, ale ani w tym, ani w przyszłym życiu nie chcę być drwalem, bo zupełnie mi to nie wychodzi.

W tzw. "międzyczasie" z ubiegłorocznych zbiorów  zrobił się kompost.

Zaczęłam go wykorzystywać - ogoliłam trawnik i powoli uzupełniam nim dziury. Dziesięć takich taczek:


wywaliłam w jedno miejsce i zasadniczej zmiany nie ma. Z ziemią jak z gruzem, jest jej dużo tylko w trakcie transportu.

Dokumentuję moje bohaterstwo, bo Gumiś obiecał, że zbuduje mi pomnik, ale jak mu nie będę o tym przypominać, to nie zdążę go obejrzeć za życia.

Dotarła bohaterka zeszłotygodniowego wpisu. Jest taka sama jak Olki, ale czy warta była tych pieniędzy, to nie jestem do końca przekonana.

Chciałabym w tym roku ogacić przedpokój. Kupiłam już na Allegro wiszący wieszak z półką, teraz szukam karnisza i stojącego wieszaka. Z karniszami jest problem, bo albo mają szpecące żabki, albo są drogie (i też znowu nie takie pikne). Z kolei  stojące wieszaki są w jakiś koszmarnych kolorach. Czyli to co zwykle - sklepy niby pełne, ale dekoracji, a  nie rzeczy które chce się kupić.

W kinach też cienko. Ma to swoje dobre strony - jest szansa, że posprzątam ogród zanim wszystko (tak jak opowiadają w prognozach), zasypie śnieg. Z drugiej zaczynam się zastanawiać, czy jednak nie zrobić sobie wielkiej uczty i nie kupić karnetu na Warszawski Festiwal Filmowy. Dawniej było tak, że te najlepsze potem były w kinie i obejrzenie ich na Festiwalu powodowało, że potem nie było na co chodzić do kina. Teraz już tak nie jest - krzyczą, że zamykanie kin to rzecz straszna i całym sercem się z tym zgadzam. Ale tak mało ludzi chodzi do kin studyjnych, że aż strach i powoli widać, że aby się utrzymać zmieniają repertuar na taki bardziej "chodliwy". Słowem już nie jest dobrze, a będzie jeszcze gorzej.

Czeskie Sekrety, to takie ni to ni sio. Jest w tym filmie to, za co kocha się czeskie filmy -  czyli łagodne i życzliwe przedstawienie pogubionych w codzienności bohaterów. Ale nie jest to komedia i to co tam uchodzi, tu "zgrzyta". Towarzyszymy bohaterce filmu w jednym, dość ważnym dniu w jej życiu, w którym m.in.: zrywa z kochankiem, dowiaduje się że mąż ma kochankę, zastanawia się czy aby na pewno chce usunąć ciążę, usiłuje sprzedać mieszkanie. Nasza bohaterka, zarówno w każdej z opisanych sytuacji, ale również gdy zakładają  blokady na koła jej auta, jest taka sama - milcząca, uśmiechnięta i zachowująca spokój tonącej krowy. Mało to wiarygodne.


niedziela, 21 września 2008

Zima w lecie

Pamiętam rok, gdy ogrzewanie włączyłam dopiero w grudniu. W tym roku, gdy globalne ocieplenie stało się dogmatem, sezon grzewczy zaczął się gdy trwało jeszcze kalendarzowe lato. Była u mnie przez tydzień Anka, nie wystarczał jej ogień kominka i brała na noc do łóżka termofor. W listopadzie przyjedzie tylko na chwilę, ale w grudniu już na dłużej i wtedy będzie mieszkać u mnie. Mogę mieć problem z przerobieniem Kaliningradu na saunę.  

Ciągle nie udało mi się skończyć bluzeczki w kolorze indygo, ale już bardzo niewiele mi brakuje. 


Podjęłam już decyzję, co teraz będę robić. Przede wszystkim urzekł mnie Sunrise circle (ten po lewej). Z kolei ten drugi sweter, występuje w necie w bardzo wielu wersjach, tak jak zrobiła go  Zdzicha wygląda znacznie porządniej i będę się starała raczej naśladować jej sposób wykonania.  


Chwilę potrwa zanim się za nie zabiorę - tym razem nie zacznę, dopóki nie będę miała porządnej wełny. Znalazłam fajną włóczkę na Ravelry, ale kobieta się nie odzywa, chwilę jeszcze poczekam i w razie czego kupię gdzie indziej, tyle że  jak to zazwyczaj bywa, w bardzo fajnym sklepie internetowym akurat ta wełna, która mi się najbardziej podoba jest "out of stock".

Kończy się sezon prac ogrodowych. W tym roku nie mam za bardzo się czym pochwalić. Jednym z ostatnich rzutów na taśmę, zrobiłam porządek przed domem. Taka firma ogrodnicza, która przyjeżdża i wszystko "samo się robi" to bardzo fajna sprawa. Polecam.


Na razie nie ma pomysłu co zrobić z tym pustym placykiem.


I nie przyzwyczaiłam się jeszcze do tego widoku.


W domu też w tym roku za dużo nie zrobiłam. Tyle, ze coś tam cały czas dokupuje. Zobaczyłam u Olki suszarkę do bielizny - stabilną, z grubymi rurkami, nierdzewiejącą. Jak ta sroczka postanowiłam mieć taką samą, znalazłam na Allegro i na własnej głowie, sama jedna doniosłam do domu. Tyle, że po rozpakowaniu okazało się, że dostałam koszmarny seledyn, a nie zamówiony granat. Odesłanie na koszt sprzedawcy  wiązało się z koniecznością zerwania z pracy - UPS odbiera paczki tylko pomiędzy 12 a 17. Postawiona pod ścianą, umówiłam się z  kurierem  w  domu, ale tego dnia jak dotarłam na dworzec, mogłam tam tylko posłuchać szczekaczki informującej o tym, że ruch pociągów zostanie wznowiony za następne 10 minut. Po godzinie straciłam nadzieję, odwołałam kuriera i wróciłam do pracy. Nie eksplodowałam tylko dlatego, że chwilę później zadzwonił eks, zaoferował pomoc i następnego dnia przywiózł ślicznie zapakowaną przeze mnie paczkę do mojego biura. Zawołałam kuriera - tym razem okazało się, że UPS nie przyjmuje paczek opakowanych w papier. Z lekką furią zdarłam papier i wysłałam suszarkę opakowaną jedynie w posklejane kawałki tektury. Jestem jakoś dziwnie pewna, że jutro się dowiem, że została uszkodzona w transporcie.

Sezon filmowy jeszcze się na dobre nie zaczął, a już więdnie.


W tym tygodniu, w ramach Festiwalu Skrzyżowanie Kultur, byłam na Modelkach. Niedawno byłam na Import-Eksport tego samego reżysera. Tyle, że o ile tamten film, pełen brzydkich ludzi  żyjących w obskurnych dekoracjach robił wrażenie, to Modelki drażniły brzydotą i brakiem warsztatu (inna sprawa, że film był sprzed dziewięciu  lat, więc można na to spojrzeć i tak, że przez ten czas reżyser  zrobił spory krok do przodu). Gdyby nie wizyta Anki, w ramach tego festiwalu poszłabym i na inne filmy. W tym tygodniu nie ma żadnego festiwalu, to i nie ma na co iść do kina.

Nie najlepiej też zaczął się sezon bankietowy. Prawie nikt nie przyszedł na kolejną 50-tkę Ańćki. Zdziesiątkowani przez grypę i starcze lenistwo zaproszeni goście zostali w domu, stół uginał się od jadła, mnie nie zamykała się buzia i czuję, że przybył mi kolejny kilogram.


Ale dzieją się i rzeczy pozytywne na tym świecie. Zostałam poproszona o kupienie ostatnio wznowionej książki S. Barańczaka Pegaz zdębiał. Nigdzie nie udało mi się jej kupić - dowiedziałam się, że  czekają na dodruk. W ciągu dwóch miesięcy wykupiono cały nakład. Kto by pomyślał?
czwartek, 18 września 2008

Przeczytane:

Kontynuuję zapoznawanie się z prozą bałkańską. W książce Rola mojej rodziny w światowej rewolucji Bora Ćosić opowiada o wielopokoleniowej rodzinie, której przyszło żyć nie tylko w ciekawym miejscu, ale i w ciekawych czasach. Opisywana rodzinka, przypomina te z powieści J. Irvinga, a jej przeciwnikiem jest historia  - II wojna światowa i pierwsze lata Jugosławii. Książka to strumień zabawnych skojarzeń czy sytuacji, czytając pierwsze strony, traktuje się je jako wstęp do powieści, ale szybko staje się jasne, że tak będzie już do końca.


Zeskanowałam fragment książki, aby pokazać jak jest napisana:

Pewien towarzysz bez nogi zawołał znienacka: „Nie wstyd wam, że wszyscy macie po dwie nogi, a ja mam tylko jedną?!". Dziadek powiedział: „Nie". I dodał: „Na wojnie rozmaicie bywa, taki los!". Jednonogi towarzysz, skądinąd bardzo przystojny, pił z moim tatą, recytował wiersze miłosne z ciotkami, a w końcu powiedział: „Zasrany los!". Byłem tego samego zdania. Mama powiedziała: „Kto nie ma co robić, niech mi pomoże zwijać wełnę". Wujek powiedział: „Muszę iść na imprezę, występuję tam w roli brzuchomówcy i odstawiam różne inne sztuczki dla rozweselenia rannych". Towarzysz bez nogi odpiął protezę, rzucił pod kuchenkę i powiedział: „Wszystko przychodzi wam tak łatwo!". Wujek podniósł drewnianą nogę i powiedział: „Odpowiadamy na wezwanie czasów".

Fałszerz paszportów Cioma Schönhaus, w chwili wybuchu wojny  nie był jeszcze grafikiem, dopiero zamierzał nim kiedyś zostać Na szczęście dla siebie i dla innych, był bardzo zdolny i wpadł na pomysł jak umiejętnie fałszować dokumenty. Był  moment, że na kolejnych "zrobionych" papierach czuł się na tyle pewnie, że kupił sobie nawet żaglówkę. Jeszcze przed końcem wojny udało mu się uciec do Szwajcarii. A musiał uciekać, bo żył w Berlinie, a nawet w tak dużym mieście, bycie w czasie wojny roztargnionym Żydem (a takim był Cioma), powodowało sporo kłopotów i gdy kolejny raz zgubił portfel z dokumentami, tym razem nie znalazł go "uczciwy znalazca", ale policja polityczna, która umieściła jego zdjęcie na liście osób poszukiwanych.



Przemówiły do mnie te zdania ze wstępu:

Mój szczęśliwy ratunek jest następstwem zdarzenia, w którym decydującą rolę odegrało prawo wielkich liczb. Jeśli w podłodze wielkiej sali pokrytej parkietem znaj­duje się dziura wielkości pięści i jeśli w tej sali ktoś będzie próbował trafić do tej dziury ziarenkiem grochu, jego szanse na trafienie są minimalne. Jeśli jednak wziąć worek pełen grochu i opróżnić go w tej samej sali, to dziura zostanie natychmiast zapełniona. Historia każdego takiego ziarenka, które wylądowało w dziurze, składałaby się - podobnie jak moja - z łańcucha cudownych przypadków. Jestem jednym z takich ziarenek.

Za książkę Do Amsterdamu, Michał Olszewski otrzymał w 2003 roku nagrodę wydawnictwa Znak. Jak można przeczytać na okładce książki: Szukaliśmy dobrej, autentycznej prozy współczesnej. I oto jest. Może nie do końca, ale coś w tym jest.  


Do Amsterdamu, to kilka opowiadań - przygnębiający obraz przegranych już na starcie, wchodzących w życie zaćpanym krokiem, młodych mieszkańców prowincjonalnego miasteczka. Fragmentami książka jest dość dobrze napisana, podobały mi się pojedyncze zdania, np. takie jak to: W taksówce czuje się jak gość z Jarmusha, w nowoczesny sposób samotny i bezdomny.

Dzięki tej książce znam wersje soft ulubionego powiedzonka Gośki, zamiast choćby skały srały, w tzw. "towarzystwie" można powiedzieć choćby skały łkały. Wprawdzie bez tego "r" to tylko  namiastka, ale lepsze to, niż gryzienie się w język.

niedziela, 14 września 2008
Spis spraw do załatwienia

Zanim mój synek oznajmił, że coś mu dolega i idzie się przebadać na neurologię, rozmyślałam o tym, czy jednak nie sprzedać Kaliningradu, kupić 2 pokoje w Wwie i zamiast na dom, wydawać np. na podróże. Synek już wyszedł ze szpitala, prawie na pewno nie jest to nic poważnego, ale ja zdążyłam wypaść z toru moich rozmyślań i jakoś na razie do nich nie wracam.

Porządkuję za to inne inne sprawy. Wywaliłam połowę ciuchów z  szafy, zrobiłam listę fachowców, których trzeba zaprosić zanim nadejdzie zima. Postanowiłam też dać szanse lekarzom i dać się zbadać - zawsze jest ryzyko, że zrobią to dobrze, a wtedy coś znajdą.

Zapisałam się na słynne Raverly  i trochę się rozczarowałam. Myślałam, że to będzie takie miejsce, gdzie będzie mnóstwo wzorów, pomysłów itp. Rzeczywiście jest tam tego sporo, ale jest to podane tak samo, jak i na innych tego typu stronach. Czyli jak coś fajnego, to prawie zawsze tylko zdjęcie + link do miejsca gdzie można kupić wzór. A nawet jak jest darmowy wzór, to w mało dla mnie czytelnej formie, bo bez graficznego schematu wzoru i wykroju. W zamian jest pdf ze szczegółowym opisem kolejnych rzędów, a taki sposób prezentacji wzoru zupełnie do mnie nie przemawia, bo nie uwzględnia tego, że włóczki są różne, ludzie nie są tylko w trzech rozmiarach i każda tka na drutach z różną gęstością. Ale za to wygląda na to, że na Raverly można kupić sensowną włóczkę. Bo albo wpadnę na pomysł skąd ją brać za w miarę rozsądną cenę, albo  biorę rozwód z robótkami - szkoda czasu na dzierganie z tego całego akrylo-anilowatego badziewia.

A wszystko przez te prawa autorskie. Gdzieś jakiś facet się awanturuje, że zamieszczane w sieci zdjęcia frywolitkowych cudów, powinny być opatrzone adnotacją, że zostały zrobione według opracowanego przez niego wzoru. Nie śledzę uważnie tej dyskusji, ale mam wrażenie, że nie koniecznie facet ma rację, bo wzory były wzięte z  gazetek. Z kolei na blox-ie trwa awantura, bo admin skasował jeden blogów Procesa. Proces  to nick faceta, mniej więcej w moim wieku który cały swój wolny czas (jest na emeryturze, albo rencie), poświęca na walkę z Agorą. I to w wyjątkowo marnym, pieniaczym stylu - występuje pod dziesiątkami nicków, zakłada mnóstwo blogów. Bezpośrednią przyczyną skasowania jego było skopiowanie zdjęcia z innego blogu bez zgody autora. Na marginesie tej dyskusji zadałam adminowi Gazety takie pytanie :

Ja: Czasami jest tak, że zamieszczam na swoim blogu znalezione w sieci zdjęcie - zazwyczaj jest to zdjęcie z jakieś gazetki, czy książki, które kiedyś tam zostało zeskanowane. I tak chodzi po tej sieci. Zawsze podaję link, do miejsca w którym zobaczyłam to zdjęcie, czy to wystarczy?

Ols: Zgodnie z literą prawa powinnaś mieć prawo do publikacji wszystkiego co publikujesz. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na pytanie szczegółowo postawione - nie wiem, jaką licencja objęte są publikowane przez ciebie zdjęcia (=jaki jest stosunek ich autora/właściciela do ich publikowania na blogach). Praktyka jest różna - niektóre źródła nie mają nic przeciwko przepublikowywaniu ich zdjęć (a czasem wręcz do tego zachęcają, udostępniające je w ramach różnych wolnych licencji), inne stawiają pewne warunki (np. stosowaną przez ciebie atrybucję), jeszcze inne stanowczo zabraniają, protestują, żądają krwi.

Czyli tak jak w życiu, wszystko zależy od tego na kogo się trafi.

Nastroje jesienne i moje ciotki, (podobnie jak ja) co chwilę odkrywają, że to nie tak miało być - np. w tym tygodniu jedna z moich ciotek, zwierzyła się mi, że ona to by wolała sama poprzeżywać, niż czytać o tym, co inni przeżywają. W tej sytuacji postanowiłam w przyszłym miesiącu  zorganizować dla 5 ciotek (tyle mieści auto Gumisia) pokutną  multi-kultowo-wyznaniową pielgrzymkę  w intencjach wszelakich.

Póki co pozostaje lubić co się ma, a ja powoli mam za dużo  - trawy do skoszenia, robótek do zrobienia, filmów do zobaczenia. Książek do przeczytania też przybywa mi w takim tempie, że aby je przeczytać, musiałabym pójść na odwyk od komputera (zdjęcie  podręcznego stosiku książek do przeczytania, nie uwzględnia wypożyczonych  biblioteki). A jest jeszcze kilka metrów książek, które Anka zostawiła u mnie wyjeżdżając do Londynu, z których - gdy ustawiałam je na półkach - przynajmniej metr bardzo  mnie zaciekawił.


Imprez kulturalnych też dużo, tyle że mnie jakoś dziwnie nie po drodze. I tak w ostatniej chwili rzutem na taśmę, popedałowałyśmy ze Staśką do siedziby Mazowsza, gdzie w tym roku z okazji dni mojej wsi zorganizowano koncert Tomasza Stańki. Grał bardzo ładnie. Ale słuchanie w zimny jesienny wieczór przejmującego głosu jego trąbki, to pewna recepta na obniżony nastrój.


Byłam też w kinie. Dobre recenzje Milarepy biorą się moim zdaniem  z poprawności politycznej. Film przypomina rosyjskie bajki dla dzieci z siedemdziesiątych lat.  I nie chodzi mi tylko o technikę (bo to akurat, jak jest dobry film, potrafi nawet dodać uroku), ale i sposób gry, scenografię czy klimat. No i nawet ten Tybet nie za bardzo prawdziwy. Surowe zdjęcia surowych skał, ale gdy jak trzeba przydać nastroju, to  na drodze naszego bohatera pojawia się i gęsty las. 


Przeczytałam kolejne książki. Ale wpis robi się za długi, więc o tym w połowie tygodnia (czyli jak skończę jeszcze książkę, która teraz czytam).

niedziela, 07 września 2008

Zbiórka Biblionetki

Biblionetka ogłosiła zbiórkę pieniędzy na nowy serwer (podobne zasady, jak kiedyś na Kurniku). Ponieważ jest to (przynajmniej wg. mnie) najlepsza strona o książkach w sieci, wpłaciłam i zachęcam innych. Bo gdyby nie Biblionetka, skąd bym wiedziała, że Witalij Ruczinski  pisał Gorbaczowowi przemówienia. A to taki dodatkowy smaczek Powrotu Wolanda książki, w której Woland i jego świta przyjeżdża do Moskwy w czas pierestrojki. W zasadzie jest to kopia Mistrza i Małgorzaty, podobnie jak tam, i tu są m.in. teleportacje, drukowanie fałszywych pieniędzy, szpital psychiatryczny i bal. Ale chociaż tamtej powieści nie dorasta do pięt, to czyta się całkiem przyjemnie.

Ogrodu unikam - poraża mnie ilość czekającej tam na mnie pracy. Robótki też mi jakoś nie idą. Kończę bluzeczkę - robiąc ażur na okrągłych drutach dużym ułatwieniem okazało się zaznaczenie kolorową nitką pierwszych oczek powtarzanego motywu. Na zdjęciu jedna z kilku kupionych ostatnio przeze mnie "zaparzaczek" i to najtańsza, kupiona w Duka, za 8 zł (nawet w supermarkecie były droższe). Mam je już nie tylko w domu czy w pracy, ale czekają też na mnie w kilku zaprzyjaźnionych domach. W tle - specjalnie dla Gumisia - zdjęcie herbaty, która jej smakowała. 

Ponownie odkryłam Polskie Radio. Jakiś czas temu zrezygnowałam ze słuchania (poza wybranymi audycjami) Trójki, bo za dużo było w niej gadania. Ale słuchanie na okrągło radia M. Niedźwieckiego, gdzie leci sama muzyka, okazało się na dłuższą metę zbyt monotonne. Założyłam w IGoogle osobny kalendarz "ramówka" i wpisuję do niego cykliczne audycje. Jest też osobna strona na której można sprawdzić co ciekawego grają w radiowym teatrze.

Nawet nie zaczęłam realizować powziętych z okazji zbliżającej się jesieni postanowień - przeszkadza mi w tym rozleniwiający letni upał. Przypomniałam sobie, że kiedyś dość celnie moje nastroje ilustrowały zdjęcia stawu w miejskim parku - idąc w sobotę na targ, wzięłam ze sobą aparat, ale kaczki wyniosły się do sąsiedniego bajora.  Czyli generalnie trochę byle jak.

Zachwycił mnie za to w tym tygodniu przeczytany w sobotniej Gazecie Wyborczej fragment dziennika A. Kowalskiej - uroczy przykład, jak może być rozdęte ego osób na świeczniku: (M to Maria Dąbrowska): Pamiętam jednej nocy, jak M. powiedziała: "jak oni mogli wywołać powstanie, a nic nie zrobić, żeby mnie ocalić". Czyli nic nowego pod słońcem.

Niebo nad Paryżem to boski snuj. Z tym, że jak ktoś nie lubi Juliette Binoche tak jak  ja i zdjęcia Paryża są mu obojętne, może wcale się tym filmem aż tak nie zachwycić.  Bo sama idea równoległego ciągnięcia kilku wątków, które splatają się ze sobą w taki sposób, że jest to widoczne dla widza, ale nie dla bohaterów tych wydarzeń, jest już dość wyeksploatowana, a w dodatku w tym filmie jakoś specjalnie interesująco to wszystko się ze sobą nie splata. O Chaotycznej Annie napisałam na forum Gazety:

Miałam trochę wolnego czasu, zobaczyłam konsekwentnie dawne ma forum 4 gwiazdki, to poszłam. I żałuję. Bo to nie Anna jest chaotyczna, tylko film. Oczywiście tam gdzie szaleństwo i podświadomość, pewna porcja chaosu być musi, ale nie tyle i nie takiego. Za pomocą hipnozy odkrywają żyjące w Annie ciemiężone przez los kobiety. Słowem bełkot - kilka ładnych scen, ładnie wkomponowane w film obrazy (z tym, że daleko do tego, jak to było zrobione we Fridzie). I to by było na tyle.

Za to z Mamma Mia mam problem - bo to wszystko prawda: że fabuła nawet jak na musical beznadziejna, scenografia kiczowata, zdjęcia jak z landszaftów, zaśpiewane strasznie, zatańczone jeszcze gorzej. Ale nawet przez moment nie żałowałam, że poszłam - śpiewają piosenki mojej młodości,  a Maryl Streep wielka jest i basta! 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli