środa, 23 września 2009

Kolorowe czytanie (4)

Marsha Mehran - Woda różana i chleb na sodzie


Książka z gatunku "im dalej tym gorzej". Na początku zaciekawił mnie opis życia  na dalekiej irlandzkiej prowincji trzech irańskich sióstr - prowadzą bar Babilon i serwują w nim cudownie aromatyczne potrawy o magicznie brzmiących nazwach. Wątek sióstr do końca nie zawodzi – może trochę po bandzie i na skróty opisana jest ich „europeizacja”, ale gdyby tylko to przeszkadzało mi w czytaniu tej książki, to bym nie narzekała. Niestety, autorka uznała, że losy trzech sióstr to za mało na książkę i zaczęła ją na gwałt „ubogacać”. Pod koniec brakowało mi już tylko kosmitów i szpiegowskiego okrętu podwodnego.

Trochę szkoda, bo na początku dużo więcej się po niej spodziewałam. Nie czytałam pierwszej części (Woda różana i chleb na wodzie to dalszy ciąg Zupy z granatów), bardzo możliwe, że jest duża lepsza. Być może, jak to często z sequelami bywa, była chęć powtórzenia sukcesu, tylko pomysłu zabrakło.

Zapisałam się do kolejnego wyzwania.

Pierwszym krokiem było zdefiniowanie, przy użyciu bardzo poręcznej mapki, moich "czytelniczych białych plam".


Łatwo spostrzec, że Afryka jest dla mnie jedną wielką białą plamą. Poszłam do biblioteki, a tam jedyną książką była wydana przez Naszą Księgarnię spowiedź obrzezanej kobiety. To nie jest książka na tę porę roku, Z kolei w  ramach Kolorowego czytania zwróciłam uwagę na Fioletowy hibiskus Chimamanda Ngozi Adichie, ale nie wpisałam na listę, bo nie mam (umieszczanie na liście książek, których w chwili tworzenia tej listy nie miałam w ręku, tylko dopiero miałam zamiar zdobyć, kończyło się nie wykonaniem planu).  Na razie poszłam na Koszyki i kupiłam z:

Senegalu: Ken Bugul Ulica Felix-Faure,

Libanu: Jocelyne J. Awad - Rozdroże Proroków,

Holandii: Anna Enquist - Sekret.

Poza tym z mojego stosiku do tego wyzwania pasuje

z Południowej Korei: Oh Jeonghui - Miłość zeszłej jesieni i inne opowiadania

A z Palestyny: Said Kaszua - Arabowie tańczą (Said Kaszua pisze wprawdzie po hebrajsku i mieszka w Izraelu, czyli tam gdzie m.in. Amos Oz, ale jest Arabem, więc "zaliczyłam" go do Palestyny).

ps. z moich zakładek znikły małe zdjątka, przez które wchodziło się na blogi czytelniczych wyzwań. Wszystko przez to, że zarządzający tą blogową platformą  wprowadzili wiele zmian - są bardzo dumni, nawet nas poinformowali, że dzięki nam stali się lepsi. Zmiany polegają przede wszystkim na tym, że jest inny design. Jak zapytałam dlaczego nie można teraz wstawiać zdjęć do bocznej szpalty dowiedziałam się, że to utrudnia tworzenie nowych funkcjonalności dla tego serwisu (...). Więc jakby ktoś szemrał, że kiedyś będzie lepiej, to uprzejmie informuję, że młode pokolenie (a do niego zaliczają się administratorzy tej platformy) już się od obecnego zdążyło nauczyło jak rządzić.  

niedziela, 20 września 2009
Domowo

Moja sykstynia wygląda teraz tak:


W tym tygodniu w planach był jeszcze piekarnik - mieli go przywieźć w piątek, w godzinach 11-21. Cały dzień siedziałam jak głupia w domu i zamiast piekarnika o 20 doczekałam się telefonu -   pan dostawca odwołał spotkanie i zaproponował mi przywiezienie piekarnika w sobotę (z tym że też nie mógł umówić się na konkretną godzinę). W tej sytuacji anulowałam zamówienie - przygoda z żelazkiem nauczyła mnie, że pierwsze 5 dni, kiedy przysługuje prawo zwrotu, trzeba poświęcić na poszukiwanie ewentualnych ukrytych wad, a teraz nie będę miała na to czasu.

I tak los mi nie dał szansy by na niedzielnym rodzinnym podwieczorku (954 odcinek serialu) popisać się jakimś ciastem. Ale za to zrobiłam coś własnego na otwockie pożegnanie lata. Podstawowy składnik to gotowane tarte buraki - do tego tłuczone orzechy włoskie, płatki migdałów, tarte jabłka i cebula (na zdjęciu są dwie, ale dodałam tylko jedną). Na koniec  wszystko zalewam czerwonym kremem balsamicznym. Kolejny raz zebrałam za tę sałatkę pochwały.


W tym tygodniu miał też powstać fresk na suficie nad kominkiem,  ale mała Rózia się rozchorowała i jej mama, artysta-plastyk, zamiast z paletą, latała z chusteczkami do nosa. W tej sytuacji Gumiś przyjechał sam.


a ja z Natalią pomalowałam płot.


Długo by opowiadać dlaczego, w każdym razie jak 1,5 miesiąca temu Staśka jechała na wakacje, zostawiła swoją kotkę u Agi, koło Piaseczna. Trzeciego dnia Ircia wyszła od Agi z domu i już nie wróciła. Znalazła się  w czwartek koło Błonia (do obroży miała przypięta kartkę z adresem i telefonem Staśki).


Z mapy wynika, że Ircia miała dobre rozeznanie co do kierunku, ale nie była świadoma, że "mija" Brwinów. Szczęśliwie, wychudzona i z poranioną łapą jest już w domu.


Zszyłam wreszcie sunrise circle. I nawet nie jest aż tak źle, jak myślałam. Teraz myślę nad zapięciem.


Wynikł z tym swetrem kolejny problem Jest czarny. A ja w tym tygodniu spędziłam wieczór ze stylistką. Tematem spotkania nie był wprawdzie mój wygląd, ale w pewnym momencie jako baba nie umiała sobie odmówić i przerywając na chwilę główny tok rozmowy powiedziała: na twoim miejscu zrezygnowałabym już z czerni i brązów - użyła słówka "już", bo jest ponad 10 lat ode mnie młodsza i w ten miły sposób (nie mam wątpliwości, że jest osobą bardzo życzliwie do mnie nastawioną), zwróciła mi uwagę na konieczność zsynchronizowania  kolorystyki z wiekiem. Może i ma rację?

Dorobiłam też denko do czapki. Nie jest źle, ale bez rewelacji. Chyba już wiem jak ją zrobić by było z tą upragnioną przeze mnie "rewelacją".


Tyle, że wyjeżdżam na kilka dni, więc nie wiem czy do przyszłego odcinka zdążę zrobić.

niedziela, 13 września 2009

Pierwszy tydzień urlopu

Pierwszy tydzień urlopu minął mi w pracy (1,5 dnia),  u Gumisia  (1,5 dnia) i  na grze w Pająka, podczas której najlepiej mi się myśli o tym od czego, skoro jest tyle do zrobienia  powinnam zacząć.

Z drutami chwilowo wzięłam rozbrat. Zaczęłam zszywać Sunrise circle i mam dosyć. Nienawidzę zszywać i jakoś tak jest, że im bardziej zszywam, tym bardziej  to co zrobiłam mi się nie podoba. Wyjściem byłyby szale. Rene poradziła mi Zephira - podobno nie kłaczy, ale jeden motek za mało, dwa za dużo. Słowem myślę. I  pewnie bym już wymyśliła, ale mam nie tylko urlop, ale i remont.

Gdyby mi Gumiś nie powiedział, że minął termin siania trawy, to nawet bym trawniczka przed domem nie zrobiła. A tak po terminie, ale jest.


W czwartek zgodnie z umową przyjechał Bojar:


Wszystkiego zrobić nie zdążył, a następne wolne dni ma dopiero w październiku. W  niedzielę późno wieczorem moja sykstynia wyglądała tak:


Już na etapie kupowania uchwytów do szafek postanowiłam przełamywać schematy i kupiłam inne uchwyty do drzwiczek, inne do szuflad. Z kolei Lucy zarządziła by gałki przymocować nie w dolnym rogu, tylko po środku. Nie wpadłabym na to, a wygląda dużo lepiej. Następny pomysł Lucy jest jeszcze bardziej rewolucyjny - zaproponowała pomalowanie sufitowych belek na wściekłą zieleń. Ja jeszcze do tego nie dojrzałam i na razie jestem na etapie błękitu paryskiego, ale do października daleko.


Na zdjęciu widoczne trzy srebrne klosze, kupione w Ikei dzięki podpowiedzi Brahdelt.

Na szczęście nie wszyscy żyją remontem. Są tacy co chodzą na grzyby (Gumiś) i mają ten dobry zwyczaj, że co któryś słoiczek grzybków jest dla mnie.


Jestem pod wrażeniem książki Andy Rottenberg.


Wzięłam ją do ręki, bo znałam jej syna i na moich oczach rozpoczynał koszący lot w dół, nawet kilka razy rozmawiałam na ten temat z A. Rottenberg, była dla mnie wówczas nie znanym historykiem sztuki, ale matką Mateusza. Dobry materiał do dyskusji: geny czy wychowanie? Z tym, że nie ma w tej książce samobiczowania, analizowania własnych błędów itp. - autorka bardzo uczciwie stawia sprawę: postępowała tak jak uważała, że jest najlepiej i nawet po tym co się stało, nie do końca rozumie dlaczego wyszło tak jak wyszło.  Ciekawa kobieta, ciekawie pisze nie tylko o swojej macierzyńskiej porażce, dużo do myślenia dają jej refleksje na temat współczesnej Polski i tego, jak ktoś taki jak ona się w niej czuje - ale nie jest to żaden plotkarski alfabet wspomnień, nawet jak są przytoczone anegdoty, to trudno domyśleć się o kogo chodzi. Interesujące jest też przyglądanie się jak A. Rottenberg odkrywa historię swojej rodziny - zaczyna z pudełkiem zdjęć, na których mało kogo rozpoznaje, pod koniec całkiem sporo udaje jej się ustalić.

Przeczytałam jeszcze jedne wspomnienia - Ostatni mazur.


Podobnie jak w przypadku książki A. Rottenberg, tą książką też się zainteresowałam, bo znałam niektórych bohaterów. Chyba tylko dlatego książka była dla mnie ciekawa, z tym że i tak przekartkowałam  opisy wojennych walk.  Sam temat - historia  Tarnowskich w XX wieku bardzo ciekawy. Podobnie to, jak toczyły się ich losy. Ale mam wrażenie, że autor chciał być "trochę w ciąży" i napisał wprawdzie historię, a nie panegiryk, ale tak nie do końca.  Wyszedł na tym, jak Zabłocki na mydle - za to że nie napisał panegiryku wyrzucono go  z rodu Tarnowskich. Przez to, że nie jeden  raz zatrzymał się w pół zdania,  nie przekonał do siebie czytelnika. Więc chyba się nie opłaciło.

Likwidacja to pierwsza przeczytana przeze mnie książka Imre Kertesza - zaczęłam kiedyś jego Kadisz dla umarłych i nie pamiętam dziś dlaczego, ale nie doczytałam do końca (może teraz do tej książki wrócę).


Z tą jego książką poszło gładko, z tym że chociaż na okładce jest napisane, że książka o tym, że sztuka po Holocauście jest możliwa, lecz jedynie gdy sprzeciw wobec rzeczywistości pozostaje zasadą istnienia, to ja aż takich mądrości w tej książce nie znalazłam.Współczesne Węgry i ludzie, którzy gdy przestał  ich jednoczyć wspólny wróg przestali się ze sobą przyjaźnić. Czyta się miło, klimatem przypominała mi prozę Kundery - tyle, że robi wrażenie niedokończonej, jakby tylko naszkicowanej. Ale dawno nie było tak, by jakieś pojedyncze zdanie tak  głęboko zapadło w pamięć, że mija tydzień, a ja cały czas pamiętam:

miłością przegranych jest nienawiść.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli