niedziela, 26 września 2010

Excel jest dobry na wszystko

Od dawna wykorzystuję Excel w drutowaniu - świetnie mapuje się w nim wzory. Projekt szafki do łazienki  też zrobiłam w programie wg. mnie do tego stworzonym, czyli w Excelu. A teraz jeszcze postanowiłam wykorzystać Excel do nadrobienia zaległości - zapisuję w nim tygodniowy plan i każdego dnia rozliczam się z arkuszem Excela przed nosem . Na razie działa - mam świadomość, że gdyby nie mój "nowy system", kilka spraw w tym tygodniu, pod byle pretekstem bym wyparła.

Podłoga do pokoju kupiona - deski dębowe lite z Hajnówki. Mają mi je przywieźć po 10 października i na początek  listopada umówiłam się już z parkieciarzem. W tym tygodniu się okaże czy czasem nie trzeba będzie wylewać jeszcze raz podłogi - mam nadzieję, że przynajmniej tego uniknę.

Chwilowo nie cieszy mnie tak bardzo to,  co powoli się wyłania z remontowego rozgardiaszu. Kryzys zaczął się od ciapościany. Ponieważ w planie nie uwzględniłam dwóch płytek, które jak się potem okazało też kupiłam (sprawdziłam na fakturze, nic za darmo, doliczyli), końcowe płytki były przyklejane trochę na żywioł. Teraz widzę, że byłoby dużo lepiej, gdyby ostatnia płytka w prawym rogu (tam gdzie jest kaloryfer), też była niebieska (do Edi-bk: w tej łazience okienko zawsze było takie małe, inne być nie mogły, bo z tej strony domu można było odtworzyć tylko takie okna jakie były w poprzednim domu, bo do płotu jest mniej niż 4 metry).


W rogu dużego pokoju, gdzie nie ma desek, ma wisieć namalowany przez jedną z ciotek obraz -  zdjęcie, poniżej co by ją natchnęło:

Skończyłam czapo-komin - wyszedł na to cały motek Yarn-artu. Jak dla mnie trochę dużo za dużo jest tego pod brodą - mam nawet pomysł jak można by tego uniknąć, Spróbuję w następnym kominie, jak wyjdzie to się pochwalę.


Nowy Wspaniały Świat wystartował z nową akcją - Poniedziałki z Ale kino. Poszłam, bo nie wiedziałam, że pokazywane w ramach tego cyklu filmy, będą równolegle pokazywane i w telewizji.

Ajajaj, jaki świetny film!

 Kobieta w burce porzuca w taksówce kilkumiesięczne niemowlę - film opowiada o tym, jak przez dwa następne dni taksówkarz usiłuje odnaleźć jego matkę.  Przypomniała mi się książka Księgarz z Kabul i ta łatwość wnioskowania, że ktoś z kim zgadzamy się w kilku ważnych sprawach, ma podobny do naszego system wartości. Taksówkarz początkowo wydaje się nam bliski, taki "europejski", nie ma w sobie nic z taliba. Czar pryska gdy w  pewnym momencie, wychodząc z domu rozkazującym tomem mówi do żony: wychodzimy, załóż burkę!

Po filmie była dyskusja - ludzie, którzy często jeżdżą w tamte strony zapewniali, że film Kabuli Kid dość wiernie oddaje atmosferę dzisiejszego Kabulu.

To  nie jedyny dobry film, jaki w tym tygodniu widziałam.


Współczesne Sarajewo. Luna (stewardesa) i Amar (kontroler lotów) żyją w szczęśliwym konkubinacie, kochają się, starają o dziecko. Amar nie stroni od kieliszka i pewnego dnia z tego powodu traci pracę. Pomaga mu przypadkowo spotkany kolega z wojska - za jego namową przyłącza się do wahabitów i szybko jedno uzależnienie zamienia na drugie. Jedyne co się w nim nie zmienia, to miłość do Luny, tyle że Luna nie za bardzo potrafi się 'wyrobić" w związku z religijnym fundamentalistą. 

W kinach czekają kolejne dobre filmy, a w dodatku - co odnotowuję z wielką radością - wielkimi krokami zbliża się  Warszawski Festiwal Filmowy.


niedziela, 19 września 2010

Tygodniowy kurs z podłogologii

Porażek druciarskich ciąg dalszy - Abrazo idzie do sprucia. Robiłam ze zwykłego kauni, bo miało być cieplejsze, takie na zimę. Wyszło w rozmiarze XXL, wzór jest jednak obliczony na włóczkę typu lace.


Zastanawiam się czy nie zwrócić do poprzedniego pomysłu, czyli Abrazo zrobić jednak tak jak jest we wzorze, z jedwabiu. A z  pstrokatej kauni zrobić np.  Revontuli 

Na razie w ramach odpoczynku zabrałam się za komin. Włóczka to Yarn-art. Na czapkę się nadaje. Na sweter chyba nie - okrutnie się mechaci.


Jestem o tydzień starsza i mądrzejsza.

Plan był taki, by w dużym pokoju położyć coś co nawet nie będzie udawało desek (wystarczy, że są na ścianach). Nie szukałam czegoś konkretnego, założyłam, że jak coś takiego wpadnie mi w oko, będę wiedziała, że to jest "to". Ale ponieważ nic takiego nie znalazłam, poddałam się i znów będzie tam wykładzina, tyle że porządniejsza.

Z kolei z małymi pokojami myślałam, że problemem będzie co najwyżej przełknięcie ceny. Wiedziałam czego szukam - klasycznych  dębowych desek. I nawet takie znalazłam.

Tyle, że nie dają na nie gwarancji - podobno dlatego, że drewno paczy sie od wilgoci i producent nie może brać odpowiedzialności za to, czy klient zadba by podłoga miała właściwe warunki do życia. Może i to się trzyma kupy. Tyle że z mojej strony ryzykuję, że jeżeli podłoga jest zrobiona z zza krótko sezonowanego drewna,  to jak coś będzie nie tak, winna będę ja, nie oni.

Ale osiołkuję, bo podobają mi się i to bardzo.

A czasu na osiołkowanie mam sporo, bo remont wszedł w fazę uśpienia (jeszcze chwila i przez ten przeciągający się w nieskończoność remont nie uda mi się pojechać na urlop).

Na dzień dzisiejszy wygląda to tak:

 

Ciapościana:

 

Z drobiazgów, w łazience dorobiłam cokolik zasłaniający rury:


Z fachowców pojawił się w tym tygodniu  tylko dekarz i zrobił nowe obróbki przy kominach. Miałam też jakiś przelotny kontakt telefoniczny z elektrykiem i panem od kominków i wstępnie umówiłam się z panem od wykładziny. Po to by mieć poczucie, że  coś idzie do przodu,  z myślą o zakończeniu budowy zamówiłam mapkę u geodety - wydrukowanie mapki z komputera i postawienie czerwonej pieczątki kosztuje już 800 zł (+22% Vat-u).  Ciekawe czy jest jakieś uzasadnienie dla składanej na każdym kroku ofiary na rzecz polskiej geodezji?

Jeżeli chodzi o remontologię, powoli zaczynam czuć się fachowcem w tej dziedzinie. W najbliższy weekend robię z Gumisiem lifting kawalerki na Sadach Żoliborskich. Pomysł jest mój. Wykonanie nasze (fachowiec ma tylko wymienić WC). Nie rozumiem dlaczego telewizja kręci programy z M. Gessler o jakiś knajpach, zamiast ze mną o zrujnowanych domach i mieszkaniach.  

W niedzielę, w ramach Festiwalu nauki, poszłam z Gumisiem na wycieczkę po Cmentarzu Żydowskim.

Same byłyśmy zdziwione ile ludzi przyszło - wygląda na to, że ludzi takich jak ja czy Gumiś, czyli zakochanych w gawędach Jana Jagielskiego, jest w tym mieście bardzo dużo.

Wychodziliśmy z cmentarza biegiem - było już dawno po godzinie zamknięcia i z naszego powodu pracownicy cmentarza nie mogli iść jeszcze do domu - dlatego nie było już czasu by spytać J. Jagielskiego, kto wpadł na taki pomysł "wykorzystania" starych płyt nagrobnych.

Bardzo mi się ten pomysł podoba.

 

Świetny film:


Współczesne Czechy. Znany opozycjonista ma mieć niedługo wręczoną nagrodę za swoją niezłomną postawę w czasie minionym.  Tymczasem w ręce jego zięcia wpada jego teczka, niby od dawna znana, ale tym razem uzupełniona o kilka dodatkowych kartek ... Jak zawsze w czeskich filmach, ciepło i życzliwie pokazane zwykłe ludzkie uwikłania. Najmniej sympatyczną postacią (z wyjątkiem esbeka, ale on występuje jedynie epizodycznie, jest młody, ambitny i dążący do wyjaśnienia prawdy (czyli "uwalenia" znienawidzonego teścia) wilczek.

Z serialu o nas - ciotkach

Joanna wytropiła dietę doktor Budwig. Może nawet nie tyle dietę, ile sposób żywienia. Kupiłam olej lniany i idę w to! Będzie pewnie taj jak zawsze, czyli wytrwam tylko chwilę i nie doczekam się żadnych pozytywnych rezultatów. Ale pastę serową zrobiłam. I zjadłam (w dzieciństwie piłam tran, więc potrafię się przemóc  do takich "lekarstewek").

Kolejny raz dałam się wyprowadzić do teatru. Tym razem do Teatru Syrena na Pana Tadeusza i inne obce języki.

Przede wszystkim gdyby dane mi było wybierać, wolałabym dostawać wejściówki na przedstawienia przedpremierowe do innego teatru.  Ale niestety nikt mi takiego wyboru nie dał.

Sztuka to melodeklamacja wybranych fragmentów Pana Tadeusza połączona z mniej lub bardziej skoordynowanym ruchem scenicznym. Musicali Brodwayu w każdym razie w niczym to nie przypomina. Poziom szkolnej etiudy. Dykcja tych młodych, grających na scenie ludzi nie pozwala na nazwanie ich aktorami.

Lubię czytać felietony Joanny Szczepkowskiej w Wysokich Obcasach. Oglądanie reżyserowanych przez nią sztuk uważam za stratę czasu.

 

piątek, 17 września 2010
Lwiątko Jozef Škvorecký

Lwiątko J. Škvoreckiego to książka świetnie napisana, w dodatku idealna do wakacyjnego czytania, a jednak mnie rozczarowała.

 Opowieść rozpoczyna się na basenie, gdzie zatrudniony w jednym z praskich wydawnictw 32-letni redaktor, pożeracz damskich serc poznaje piękną młodą pannę - Lenkę Srebrną, która - ku jego zaskoczeniu - pozostaje nieczuła na jego wdzięki. Na dalszych kartach tej opowieści towarzyszymy redaktorowi w jego nieudanych próbach zdobycia Lenki oraz poznajemy jego miejsce pracy, w którym polityczne gry o przepchnięcie kolejnego gniota i uwalenie ciekawej ksiązki przeplatają się ze skomplikowanymi  układami damsko męskimi.

Czas akcji to początek lat 60-tych ubiegłego wieku. To co w pierwszej chwili może mylić polskiego czytelnika to klimat polityczny - stosunki panujące w redakcji, podejście do literatury, w tym odwoływanie się do Wielkiego językoznawcy przypomina pierwszą połowę lat 50-tych w Polsce. Trzeba w tym momencie wziąć poprawkę na to, że w Czechosłowacji, nie było "października" i zamordyzm panował do połowy lat 60-tych. Jeżeli chodzi o mnie, poczułam siłę swoich historycznych klisz - połączenie bikini, dźwięku saksofonu ze stalinizmem mi zgrzytało.

Lwiątko to według mnie inteligentniej napisany, z dużo lepszymi dialogami, Lesio J. Chmielewskiej. Gdy odkryłam to mniej więcej w połowie ksiązki, prysła spora część radości czytania.  W dodatku pod koniec ksiażki pojawia się jeszcze wątek kryminalny. Zamiast mnie zaciekawić, zirytowała mnie lotność intrygi, przypominająca zagadki, które rozwiązywał kapitan Sowa.

Ale, żeby tak za bardzo nie marudzić, czyta się świetnie.

niedziela, 12 września 2010

Remont - stan przewlekły

Jutro żegnam się z ekipą remontową i w sumie nie wiadomo co dalej. Pan hydraulik w sobotę po południu zrobił nowe wyprowadzenie do kaloryfera i powiedział, że ma cztery kotłownie do podłączenia i najwcześniej  znajdzie dla mnie czas za dwa tygodnie (co najwyżej wpadnie podłączyć kaloryfery, jak zrobi się tak zimno, że trzeba będzie grzać).

Bojar ma kłopoty z samochodem i zanim ich nie rozwiąże, nie ma nawet jak do mnie przyjechać.

Pan od kominka zamówił ruszt i czekamy, aż go przyślą.

Mogłabym wprawdzie pomyśleć o podłogach, ale te na które mnie stać, mi się nie podobają.

Na razie sprzątam.  Tym razem postanowiałam zrobić coś inaczej - czyli zamiast zacząć od wyniesienia wszystkiego  co zostało do komórki, zaczęłam od zrobienia w niej porządku. Mimo, że całe metalowe na bieżąco oddaję złomiarzom, sporo tego się uzbierało.


W komórce powinno się zrobić dach, bo z lekka zacieka (kolejny remont?).

Deski odłożyłam do spalenia, książki wyniosłam na strych by nie gniły, a resztę zgruzowałam przed płotem  i teraz zapłacę pewnie jak za zboże za wywiezienie tych śmieci.

Cywilizacja śmieci.Tyle ich produkuję, że aż czasami przeraża mnie ile.

Moim zdaniem, wywóz smieci powinien być opłacany z płaconego gminie podatku. Wścieka mnie wyrzucanie śmieci gdzie popadnie, od czasu do czasu w Brwi, nawet nie jadą do lasu bo benzyna kosztuje, tylko podrzucają na niezabudowane działki. Ale z drugiej strony, wywóz śmieci  tyle kosztuje, że chyba z góry się zakłada, że ci których na to nie stać, pojadą do "lasu".

Ale ponieważ remont wszedł w fazę przewlekłą wracam do drutów (pstrokate Abrazo), książek i kina.

czwartek, 09 września 2010

Remont - dzień czwarty

Chyba najgorszy dzień - nie wiem jak to wszystko posprzątam. Wyobraźni mi nie starcza.

Takich "drobiazgów" jak przeniesienie skrzynki na alarm jest całe mnóstwo (odjęcie skrzyneczki, poczekanie na załatanie ściany i ponowne przykręcenie skrzyneczki - 80 zł).


Łazienka po ociepleniu, bardzo zmalała. Tak bardzo, że może trzeba będzie wymieniać nowo kupiony kaloryfer. Jutro ma przyjechać pan hydraulik i podjąć decyzję. Ciapościana została trochę zmieniona, bo plan uwzględniał  4 ciapopłytki, a okazało się że jest 6. 

Przejaśnia się za to w pokojach. Sufit już pomalowany, ściany na razie tylko raz (sufit jest kremowy, ta biel to tylko tak na zdjęciu). 



 

środa, 08 września 2010

Przerwa na życie

Czyli na brydż:

Pomysł by Nefaz pobawił się z dziewczynkami nie do końca wypalił, jednak psy to nie ludzie, nie potrafią się ze sobą bawić dlużej niż pół godziny, zwłaszcza na nie neutralnym terenie.

Czytam niewiele, a jeżeli to głównie dyskusje o remontach domów, a w ramach urozmaicenia przeglądam ofertę sklepów internetowych.

Orlando Virginii Woolf.

Nie widziałam ekranizacji tej książki, zawsze coś mi wypadało, a teraz jeszcze bardziej żałuję.

Bo o ile cała, bardzo dziś modna "genderowość" tej książki jakoś mnie nie obeszła, to zrobiła na mnie wrażenie jej estetyka. W zasadzie każdy akapit to przepiękny, przemawiajacy do wyobraźni obraz. Coś z baśni, powiastki filozoficznej. I chyba nie najgorzej przetłumaczone, skoro czuć takie klimaty. A to, że poznajemy Orlanda w czasach elżbietańskich, a żegnamy jako Orlandę w czasach gdy pędzi się automobilem, to szczegół - jak dla mnie mało istotny w odbiorze tej książki.

Dla zainteresowanych próbka stylu:

Gdy usiedli do stołu, Orlando, który zazwyczaj brał to za część ustalonego porządku świata, tym razem poczuł niezro­zumiały wstyd z powodu liczby sług i świetności swego stołu. Co dziwniejsze, z poczuciem dumy przywołał myśl - która z reguły była mu wstrętna - o swej prababce Moll, dojarce krów. Miał właśnie wtrącić słówko o tej kobiecie niskiego stanu i jej skopkach na mleko, gdy poeta zamknął mu usta, mówiąc, że choć nazwisko Greene jest tak pospolite, o dziwo jego ród przybył na wyspę wraz ze Zdobywcą i należał do naj­świetniejszych we Francji. Niestety los sprawił, że podupadli i zapisali jedynie swe imię w nazwie królewskiego miasta Greenwich. Dalszy wywód biegł tym samym torem: historie o utraconych zamkach, tarczach herbowych, kuzynach baronetach na północy, małżeństwach z arystokratycznymi r°" darni na zachodzie, pisowni nazwiska czasem z „e" na końcu, czasem bez... trwały aż do pojawienia się na stole dziczyzny. Dopiero wtedy Orlando zdołał napomknąć o babci Mol i jej krowinach, ulżywszy nieco sercu, nim podano dzikie ptactwo. Wszakże dopiero gdy polała się obfitym strumieniem małmazja, Orlando ośmielił się nadmienić, że jego głowę za-ta sprawa ważniejsza niż Greene'owie czy krowy, a mianowicie święty temat poezji. Ledwie wypowiedział to słowo, dv oczy poety zapłonęły ogniem. Natychmiast zrzucił z sie­bie maniery człowieka dobrze ułożonego, z hukiem odstawił szklanicę i zagaił jedną z najdłuższych, najbardziej zawikłanych, namiętnych i pełnych goryczy opowieści, jakie Orlando kiedykolwiek słyszał (chyba że z ust odtrąconej kobiety), o pewnej sztuce Greene'a, o innym poecie i o krytyku. Na temat natury samej poezji Orlando dorozumiał się tylko, że trudniej ją sprzedać aniżeli prozę i, choć wersy są krótsze, dłużej się je pisze. Przemowa umykała w niezliczone dygresje, dopóki Orlando me nadmienił nieśmiało, że i on miał czelność pisać - lecz w tym miejscu poeta zerwał się z krzesła. W boazerii pisnęła mysz, powiedział. A jego nerwy, wyjaśnił, są w takim stanie, że piśniecie myszy rozstraja je na dwa tygodnie. Niechybnie w domu było tych bestii zatrzęsienie, lecz Orlando nigdy ich nie słyszał. Następnie poeta szczegółowo zrelacjonował Orlandowi swe perypetie ze zdrowiem w ciągu ostatnich dziesięciu lat. A było tak mizerne, że dziwić się tylko należało, iż jeszcze żyje. Przeszedł paraliż, podagrę, zimnicę puchlinę wodną i trzy rodzaje febry. Na domiar złego miał powiększone serce, przerośniętą śledzionę i schorowana wątrobę. Przede wszystkim zaś odczuwał sensacje w kręgosłupie, które wymykały się wszelkim próbom opisu. Jeden z kręgów, mniej więcej trzeci od góry, palił go jak ogniem, inny, bodaj drugi od dołu, był zimny jak lód. Niekiedy po przebudzeniu mózg ciążył mu jak ołowiem, innymi razy zdawało 'Ze P^ną w nim tysiące świec woskowych i strzelają dymne race- Płatek róży uwiera go przez materac (…)

 

Narodziny Brodwayu kupiłam w zeszłym roku, gdy naiwnie wierzyłam, że uda mi się namówić Ańćkę na wycieczkę do Nowego Jorku.

Do Ameryki nie poleciałam, książkę przeczytałam dopiero teraz i nie polecam. Ani, ani. Autor na pewno ma ogromną wiedzę na temat historii Brodwayu, ale nie potrafi jej sprzedać (może i przyłożył się do tego i tłumacz).

Każda strona, to mnóstwo nazwisk, średnio powiązanych ze sobą faktów, nieliczne anegdoty. Opowieść kończy się w pierwszej połowie XX wieku. Ktoś, kto zna historię Brodwayu, może dowiedzieć się czegoś jeszcze. Komuś, kto tak jak ja, nie ma o tym zielonego pojęcia, trudno się w tym wszystkim połapać. Zwłaszcza, ze prawie wszystkie skróty myślowe, czy odwołania, były dla mnie nie czytelne.

Ale sporo ciekawych historyjek można "wyłuskać".

Przemówił mi do wyobraźni mi finał opowieści o Evelyn Nesbit, muzie słynnego architekta Stanforda White. Evelyn:

Poślubiła Harry'ego Kendalla Thawa, schorowanego milio­nera z Pittsburga, który był zazdrosny o White'a. Latem 1906 roku, podczas premiery Mamzelle Champagne na dachu Madison Sąuare Garden, Thaw postrzelił Stanforda White'a w głowę. Evelyn zeznawała podczas procesu, omawiała in­tymne szczegóły swoich przejażdżek na czerwonej aksamitnej huśtawce. Cały kraj był oczarowany. Cnotliwa i zmysłowa, w wy­sokim kołnierzyku, który miała na sobie siedząc na miejscu dla świadków, Evelyn została „pierwszą boginią seksu w historii Ameryki", według słów E. L. Doktorowa w Ragtime - raczej Kle­opatrą z czerwonym aksamitem niż żmiją. W rzeczywistości był to sąd nad White'em, White'em i jego haremem chórzystek. Sąd orzekł, że Thaw jest niespełna rozumu i odesłał go do Szpitala Stanowego dla Psychicznie Chorych Kryminalistów w Matteawan, Pojechał do zakładu prywatnym wagonem kolejowym, a tłumy stojące wzdłuż torów machały do niego, gdy popijał szampana z przyjaciółmi. Evelyn nie została zaproszona na przejażdżkę do Matteawan.

A jak przeczytałam o karierze Carrie Nation, to naszła mnie taka refleksja, że kiedyś nie trzeba było stawac na czele Komisji Sejmowej, by móc realizować swoje nadmuchane ego. Carrie Nation:

]est kobiecym Paulem Bunyanem, ma sześć stóp wzrostu i topór w dłoni. Ewangelistka z Kobiecej Chrześcijańskiej Unii Wstrzemięźliwości zaczyna słyszeć głosy jak Joanna D'Arc. Jeden konkretny „głos" każe jej zaatakować saloony w Kiowa w stanie! Kansas. Jak oszalała przemierza kraj, wioząc z sobą kamienie, kule do bilarda i topór, który stanie się jej wojennym znakiem. „Po trosze oszustka, po trosze fanatyczka"45, jest wiele razy aresztowana. Opisuje siebie jako „buldoga biegnącego u stóp Chrystusa". Stanie się sławna w całym kraju po tym, jak w wielu saloonach klienci będą do niej strzelać i rzucać się na nią z pięściami. Ale ona dorównuje tyra mężczyznom awanturnictwem. Kiedy pojawia się w Nowym Jorku, w saloonie byłego mistrza wagi ciężkiej Johna L. Sullivana, nie może znaleźć wielkiego Johna L. On woli nie „zadawać się" z Carrie Nation, która z czasem wstępuje do wodewilu, żeby zapłacić swoje rachunki ze szpitali. Niezadowolona z „walki z toporem", zaczyna kampanię przeciwko papierosom, gorsetom i aktom...

I takich historyjek jest w tej książce całe mnóstwo, szkoda tylko że giną w ogromie nazwisk twórców i tytułów ich dzieł.

wtorek, 07 września 2010

Remont - dzień drugi

Wieczorem nie mogłam zasnąć - pomyślałam o zdanych na moją łaskę rurach w ścianie: co z tego, że mi będzie cieplej, skoro im - pomiędzy ścianą a styropianem, a nie na samym wierzchu - nadal może być zimno. Więc rano poczekałam na ekipę remontową i poprosiłam, by jak przyjdzie pan hydraulik, pomyślał jeszcze cieplej o moich rurach. - jak zadzwonił, pomyślałam, że to o tym, chce jeszcze ze mną pogadać.

Tymczasem, okazało się, że po tym jak z myślą o umywalce, zrobił rozprowadzenie w rurze od prysznica i poprowadził osobną rurę z ciepłą wodą i zabierał się do zrobienia takiego samego odprowadzenia od WC, tym, razem na rurę z zimną wodą, odsunął szafkę, i zobaczył ... gotowe wyprowadzenie do umywalki (rury po prawej stronie).

Nie dałam się namówić, by umywalka była w tamtym miejscu. I bez tego rozpaczliwie mało zostało miejsca na łazienkową szafkę. Nie wiem jak to wszystko (m.in. odkurzacz, deskę do prasowania, miotły) tam teraz zmieścić. Chyba się lekko walnęłam z obliczeniami.

Bo np. ciapościana poszła do wymiany. Po ociepleniu ściany frontowa ściana ma mieć 4 płytki, nie "prawie" pięć.


Nie idę na żadne ustępstwa, jeżeli chodzi o ocieplenie. Ponieważ ekipa bała się dotknąć do alarmu, zamówiłam pana z ochrony, który przeniesie skrzynkę na wierzch - takiej "dziury w ścianie" nie zostawię.

Moja ekipa twierdzi, że robię błąd nie ocieplając od razu wszystkich ścian. Może. Ale nawet taka "skala" remontu lekko mnie przerosła. Odzwyczaiłam się od takiego bałaganu. Zeszłoroczna akcja Sykstynia, to przy obecnej małe miki. Już jak się zbliżam do domu i widzę wszędzie fruwające kulki styropianu, chcę zawrócić.

Ale nic to. Remont, remontem, ale są i ważniejsze sprawy - np. brydżowe środy. Z góry powiedziałam, że remont to nie jest wystarczający powód, by sobie tego odmówić.

Iksińska - ale jak nie będzie desek na ścianie, będą mogły być na podłodze.

Art-deco - tak mi nakładli w głowę, że drewniany dom musi oddychać, że teraz mam poczucie winy z tym styropianem, bo będzie za szczelnie. A gipsowe płyty mam w Sykstyni i nie mam  z nimi żadnych złych doświadczeń. Pokój w którym teraz śpię, jedyny w którym wszystkie ściany mają położony tynk, jest najzimniejszy. Więc może to nie wina płyt?

poniedziałek, 06 września 2010

Remont - dzień pierwszy

Z tymi nerwami to było czarnowidztwo. Nie zdążyłam się zdenerwować, bo ekipa obudziła mnie już kilka minut po siódmej, a chwilę później pojawił się i pan hydraulik.

Przekonano mnie, że ze styropianem będzie łatwiej (w tej wersji można się obyć bez płyt gipsowych).

Pan hydraulik wysunął" kaloryfer i tak jak przypuszczałam - spory odcinek szedł głęboko w  ścianie i dlatego rury w tym pokoju zamarzały. Obkleiłam w końcu obie ściany:

W dużym pokoju zapomniałam o kablu od subbufera, który przepadł gdzieś pod styropianem.

Ponieważ na dworze pada, styropian cięty jest w domu i wygląda to wszystko dużo gorzej niż można sobie wyobrazić.

Pochwaliłam się Gumisiowi tempem robót, a ten roztoczył przede mną wizję pękających ścian w drewnianym domu,  w którym przecież wszystko "pracuje". Szybko zwróciłam siatki i kleje i zamówiłam płyty gipsowe - jedna już została przybita.

Po południu przyjechał pan hydraulik, tym razem do łazienki. Uruchomił maszynę do robienia dziur w ścianie i nagle ze ściany trysnęło źródło -  rura od wody, która normalnie idzie pionowo, szła po skosie i przebiło rurę.

Waliło pod niezłym ciśnieniem i jedynym sposobem, aby to zatrzymać, było zamknięcie dopływu wody. Traf chciał, że na klapie od piwnicy stała glazura i gipsowe płyty. Zanim to zdjęliśmy i dostaliśmy się do zaworu, minęło kilka minut. Zbierając wodę, dostaliśmy głupawki i wyliśmy ze śmiechu.

Jutro mają być obklejone ściany przy drzwiach wejściowych.

Tam gdzie nie ma remontu, też jest "strasznie". Tak wygląda kuchnia:

A tak pokój, w który przez jakiś czas będę żyła:

 

niedziela, 05 września 2010

Góra urodziła mysz

Po miesiącach umawiania, dziesiątkach telefonów, dwukrotnie przekładanym terminie rozpoczęcia, w piątek o godzinie 18 przyszedł pan hydraulik, zrobił jedną dziurę i powiedział, że z czasem to u niego teraz krucho ...

Będzie nerwowo, bo w poniedziałek rano przychodzi ekipa remontowa i aby rozwinąć pierwszy front robót, musi  mieć przynajmniej  "wysunięty" i ten kaloryfer:

W dodatku chcę rozszerzyć front robót - im dłużej myślę o łazience, tym bardziej skłaniam się do tego, by i tam wysunąć wszystkie rury i  przed położeniem glazury "docieplić " ścianę (dzięki lekcjom  u Wojtka z budowania domu uwzględniłam  istnienie w ścianie tzw. "punktu zero").

W ramach jesiennej edycji remontowej umówiłam się też z dekarzem - najmniejszy deszcz i mam zalany ganek. Zamiast kleić denko rynny, które po każdej zimie pęka, chyba i w tym miejscu spuszczę rynnę do ziemi.


Przy okazji, pan dekarz sprawdzi obróbki przy kominie - jak otwierdzi, że są ok, umówię się z panem kominkarzem (poza wymianą rusztu, poproszę go też o lekki "lifting").

Chwilowo pomysł goni pomysł. Po kilku latach wybiła z ziemi kiedyś rosnąca w tym miejscu winorośl:


Oczyma duszy mojej widzę pergolę przed gankiem ... przeszkodą nie są szambiarki, ale samochody z drewnem.  Drewno musiałoby być wysypywane z przodu domu. Aby to z kolei było możliwe,  musiałabym wyciąć drzewa owocowe. Pewnie w końcu tak zrobię, bo pożytek z nich żaden i wtedy wrócę do tego pomysłu.  

W tym tygodniu popracowałam też trochę nad swoim charakterem - postanowiłam nie iść dalej, póki nie wykończę MoPiGreZa. Sprułam  pasek ściegu francuskiego przy wykończeniu rękawów - i zarówno rękawy jak i dekolt wykończyłam bardziej fikuśnie.

Ogólnie "może być", tyle tylko, że nie jest to mój rozmiar, nawet z wymarzonym BMI, byłoby mocno "ciasnawe".

Na odcinku walki o lepsze BMI krucho - co się polepszy, to się popieprzy. Największym moim przeciwnikiem są środy brydżowe - niepostrzeżenie zmieniły się w kulinarny pojedynek Kaśki z Agnieszką, którego ja jestem ofiarą.

Całe Brwi jest oklejone zaproszeniami na organizowane w najbliższy wtorek spotkanie dla grubasów. - tym razem postanowiłam wygrać z nadwagą w Brwi bez odwoływania się do siły grupy.


W ramach tej walki, na wrześniowych Szarotkach nie zjadłam nawet jednego kawałka ciasta.

Było sporo kauni - mam już swoje pstrokate na Abrazo.

Jedna z Szarotkowiczek zademonstrowała, inspirowany matrioszką,  komplet rękawiczek na mrozy. Fajny, ale niestety i pracochłonny.

 

A na zakończenie coś o sile kociej miłości.

Lolek tak kocha miskę, że przezwyciężył swój lęk i przestał dbać o pozory.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli