niedziela, 26 września 2010

Excel jest dobry na wszystko

Od dawna wykorzystuję Excel w drutowaniu - świetnie mapuje się w nim wzory. Projekt szafki do łazienki  też zrobiłam w programie wg. mnie do tego stworzonym, czyli w Excelu. A teraz jeszcze postanowiłam wykorzystać Excel do nadrobienia zaległości - zapisuję w nim tygodniowy plan i każdego dnia rozliczam się z arkuszem Excela przed nosem . Na razie działa - mam świadomość, że gdyby nie mój "nowy system", kilka spraw w tym tygodniu, pod byle pretekstem bym wyparła.

Podłoga do pokoju kupiona - deski dębowe lite z Hajnówki. Mają mi je przywieźć po 10 października i na początek  listopada umówiłam się już z parkieciarzem. W tym tygodniu się okaże czy czasem nie trzeba będzie wylewać jeszcze raz podłogi - mam nadzieję, że przynajmniej tego uniknę.

Chwilowo nie cieszy mnie tak bardzo to,  co powoli się wyłania z remontowego rozgardiaszu. Kryzys zaczął się od ciapościany. Ponieważ w planie nie uwzględniłam dwóch płytek, które jak się potem okazało też kupiłam (sprawdziłam na fakturze, nic za darmo, doliczyli), końcowe płytki były przyklejane trochę na żywioł. Teraz widzę, że byłoby dużo lepiej, gdyby ostatnia płytka w prawym rogu (tam gdzie jest kaloryfer), też była niebieska (do Edi-bk: w tej łazience okienko zawsze było takie małe, inne być nie mogły, bo z tej strony domu można było odtworzyć tylko takie okna jakie były w poprzednim domu, bo do płotu jest mniej niż 4 metry).


W rogu dużego pokoju, gdzie nie ma desek, ma wisieć namalowany przez jedną z ciotek obraz -  zdjęcie, poniżej co by ją natchnęło:

Skończyłam czapo-komin - wyszedł na to cały motek Yarn-artu. Jak dla mnie trochę dużo za dużo jest tego pod brodą - mam nawet pomysł jak można by tego uniknąć, Spróbuję w następnym kominie, jak wyjdzie to się pochwalę.


Nowy Wspaniały Świat wystartował z nową akcją - Poniedziałki z Ale kino. Poszłam, bo nie wiedziałam, że pokazywane w ramach tego cyklu filmy, będą równolegle pokazywane i w telewizji.

Ajajaj, jaki świetny film!

 Kobieta w burce porzuca w taksówce kilkumiesięczne niemowlę - film opowiada o tym, jak przez dwa następne dni taksówkarz usiłuje odnaleźć jego matkę.  Przypomniała mi się książka Księgarz z Kabul i ta łatwość wnioskowania, że ktoś z kim zgadzamy się w kilku ważnych sprawach, ma podobny do naszego system wartości. Taksówkarz początkowo wydaje się nam bliski, taki "europejski", nie ma w sobie nic z taliba. Czar pryska gdy w  pewnym momencie, wychodząc z domu rozkazującym tomem mówi do żony: wychodzimy, załóż burkę!

Po filmie była dyskusja - ludzie, którzy często jeżdżą w tamte strony zapewniali, że film Kabuli Kid dość wiernie oddaje atmosferę dzisiejszego Kabulu.

To  nie jedyny dobry film, jaki w tym tygodniu widziałam.


Współczesne Sarajewo. Luna (stewardesa) i Amar (kontroler lotów) żyją w szczęśliwym konkubinacie, kochają się, starają o dziecko. Amar nie stroni od kieliszka i pewnego dnia z tego powodu traci pracę. Pomaga mu przypadkowo spotkany kolega z wojska - za jego namową przyłącza się do wahabitów i szybko jedno uzależnienie zamienia na drugie. Jedyne co się w nim nie zmienia, to miłość do Luny, tyle że Luna nie za bardzo potrafi się 'wyrobić" w związku z religijnym fundamentalistą. 

W kinach czekają kolejne dobre filmy, a w dodatku - co odnotowuję z wielką radością - wielkimi krokami zbliża się  Warszawski Festiwal Filmowy.


niedziela, 19 września 2010

Tygodniowy kurs z podłogologii

Porażek druciarskich ciąg dalszy - Abrazo idzie do sprucia. Robiłam ze zwykłego kauni, bo miało być cieplejsze, takie na zimę. Wyszło w rozmiarze XXL, wzór jest jednak obliczony na włóczkę typu lace.


Zastanawiam się czy nie zwrócić do poprzedniego pomysłu, czyli Abrazo zrobić jednak tak jak jest we wzorze, z jedwabiu. A z  pstrokatej kauni zrobić np.  Revontuli 

Na razie w ramach odpoczynku zabrałam się za komin. Włóczka to Yarn-art. Na czapkę się nadaje. Na sweter chyba nie - okrutnie się mechaci.


Jestem o tydzień starsza i mądrzejsza.

Plan był taki, by w dużym pokoju położyć coś co nawet nie będzie udawało desek (wystarczy, że są na ścianach). Nie szukałam czegoś konkretnego, założyłam, że jak coś takiego wpadnie mi w oko, będę wiedziała, że to jest "to". Ale ponieważ nic takiego nie znalazłam, poddałam się i znów będzie tam wykładzina, tyle że porządniejsza.

Z kolei z małymi pokojami myślałam, że problemem będzie co najwyżej przełknięcie ceny. Wiedziałam czego szukam - klasycznych  dębowych desek. I nawet takie znalazłam.

Tyle, że nie dają na nie gwarancji - podobno dlatego, że drewno paczy sie od wilgoci i producent nie może brać odpowiedzialności za to, czy klient zadba by podłoga miała właściwe warunki do życia. Może i to się trzyma kupy. Tyle że z mojej strony ryzykuję, że jeżeli podłoga jest zrobiona z zza krótko sezonowanego drewna,  to jak coś będzie nie tak, winna będę ja, nie oni.

Ale osiołkuję, bo podobają mi się i to bardzo.

A czasu na osiołkowanie mam sporo, bo remont wszedł w fazę uśpienia (jeszcze chwila i przez ten przeciągający się w nieskończoność remont nie uda mi się pojechać na urlop).

Na dzień dzisiejszy wygląda to tak:

 

Ciapościana:

 

Z drobiazgów, w łazience dorobiłam cokolik zasłaniający rury:


Z fachowców pojawił się w tym tygodniu  tylko dekarz i zrobił nowe obróbki przy kominach. Miałam też jakiś przelotny kontakt telefoniczny z elektrykiem i panem od kominków i wstępnie umówiłam się z panem od wykładziny. Po to by mieć poczucie, że  coś idzie do przodu,  z myślą o zakończeniu budowy zamówiłam mapkę u geodety - wydrukowanie mapki z komputera i postawienie czerwonej pieczątki kosztuje już 800 zł (+22% Vat-u).  Ciekawe czy jest jakieś uzasadnienie dla składanej na każdym kroku ofiary na rzecz polskiej geodezji?

Jeżeli chodzi o remontologię, powoli zaczynam czuć się fachowcem w tej dziedzinie. W najbliższy weekend robię z Gumisiem lifting kawalerki na Sadach Żoliborskich. Pomysł jest mój. Wykonanie nasze (fachowiec ma tylko wymienić WC). Nie rozumiem dlaczego telewizja kręci programy z M. Gessler o jakiś knajpach, zamiast ze mną o zrujnowanych domach i mieszkaniach.  

W niedzielę, w ramach Festiwalu nauki, poszłam z Gumisiem na wycieczkę po Cmentarzu Żydowskim.

Same byłyśmy zdziwione ile ludzi przyszło - wygląda na to, że ludzi takich jak ja czy Gumiś, czyli zakochanych w gawędach Jana Jagielskiego, jest w tym mieście bardzo dużo.

Wychodziliśmy z cmentarza biegiem - było już dawno po godzinie zamknięcia i z naszego powodu pracownicy cmentarza nie mogli iść jeszcze do domu - dlatego nie było już czasu by spytać J. Jagielskiego, kto wpadł na taki pomysł "wykorzystania" starych płyt nagrobnych.

Bardzo mi się ten pomysł podoba.

 

Świetny film:


Współczesne Czechy. Znany opozycjonista ma mieć niedługo wręczoną nagrodę za swoją niezłomną postawę w czasie minionym.  Tymczasem w ręce jego zięcia wpada jego teczka, niby od dawna znana, ale tym razem uzupełniona o kilka dodatkowych kartek ... Jak zawsze w czeskich filmach, ciepło i życzliwie pokazane zwykłe ludzkie uwikłania. Najmniej sympatyczną postacią (z wyjątkiem esbeka, ale on występuje jedynie epizodycznie, jest młody, ambitny i dążący do wyjaśnienia prawdy (czyli "uwalenia" znienawidzonego teścia) wilczek.

Z serialu o nas - ciotkach

Joanna wytropiła dietę doktor Budwig. Może nawet nie tyle dietę, ile sposób żywienia. Kupiłam olej lniany i idę w to! Będzie pewnie taj jak zawsze, czyli wytrwam tylko chwilę i nie doczekam się żadnych pozytywnych rezultatów. Ale pastę serową zrobiłam. I zjadłam (w dzieciństwie piłam tran, więc potrafię się przemóc  do takich "lekarstewek").

Kolejny raz dałam się wyprowadzić do teatru. Tym razem do Teatru Syrena na Pana Tadeusza i inne obce języki.

Przede wszystkim gdyby dane mi było wybierać, wolałabym dostawać wejściówki na przedstawienia przedpremierowe do innego teatru.  Ale niestety nikt mi takiego wyboru nie dał.

Sztuka to melodeklamacja wybranych fragmentów Pana Tadeusza połączona z mniej lub bardziej skoordynowanym ruchem scenicznym. Musicali Brodwayu w każdym razie w niczym to nie przypomina. Poziom szkolnej etiudy. Dykcja tych młodych, grających na scenie ludzi nie pozwala na nazwanie ich aktorami.

Lubię czytać felietony Joanny Szczepkowskiej w Wysokich Obcasach. Oglądanie reżyserowanych przez nią sztuk uważam za stratę czasu.

 

piątek, 17 września 2010
Lwiątko Jozef Škvorecký

Lwiątko J. Škvoreckiego to książka świetnie napisana, w dodatku idealna do wakacyjnego czytania, a jednak mnie rozczarowała.

 Opowieść rozpoczyna się na basenie, gdzie zatrudniony w jednym z praskich wydawnictw 32-letni redaktor, pożeracz damskich serc poznaje piękną młodą pannę - Lenkę Srebrną, która - ku jego zaskoczeniu - pozostaje nieczuła na jego wdzięki. Na dalszych kartach tej opowieści towarzyszymy redaktorowi w jego nieudanych próbach zdobycia Lenki oraz poznajemy jego miejsce pracy, w którym polityczne gry o przepchnięcie kolejnego gniota i uwalenie ciekawej ksiązki przeplatają się ze skomplikowanymi  układami damsko męskimi.

Czas akcji to początek lat 60-tych ubiegłego wieku. To co w pierwszej chwili może mylić polskiego czytelnika to klimat polityczny - stosunki panujące w redakcji, podejście do literatury, w tym odwoływanie się do Wielkiego językoznawcy przypomina pierwszą połowę lat 50-tych w Polsce. Trzeba w tym momencie wziąć poprawkę na to, że w Czechosłowacji, nie było "października" i zamordyzm panował do połowy lat 60-tych. Jeżeli chodzi o mnie, poczułam siłę swoich historycznych klisz - połączenie bikini, dźwięku saksofonu ze stalinizmem mi zgrzytało.

Lwiątko to według mnie inteligentniej napisany, z dużo lepszymi dialogami, Lesio J. Chmielewskiej. Gdy odkryłam to mniej więcej w połowie ksiązki, prysła spora część radości czytania.  W dodatku pod koniec ksiażki pojawia się jeszcze wątek kryminalny. Zamiast mnie zaciekawić, zirytowała mnie lotność intrygi, przypominająca zagadki, które rozwiązywał kapitan Sowa.

Ale, żeby tak za bardzo nie marudzić, czyta się świetnie.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli