niedziela, 25 września 2011

Janka umarła w grudniu.



W sobotę została patronem szkoły.


Z tej okazji wydana została okolicznościowa broszura, w której zostało  zamieszczone moje wspomnienie o Jance:

 

My wszyscy „z Janki”. Jestem jedną z tych „z My”. Poznałam ją w 1987 roku, gdy przyszłam pracować do Sosu, od tego momentu cały czas utrzymywałam z nią kontakt - w ostatnich kilku latach, gdy na Jej prośbę zapisałam się do Stowarzyszenia TRIO, którego była prezesem, znów dość regularny. Była dla mnie bardzo ważną osobą. Myślę, że już do końca życia, będzie mi towarzyszył z off-u głos Janeczki wypowiadający sakramentalną formułę: Jak chcesz mieć coś zrobione, to zrób sobie sam.

Zapytałam pana Gugla czy zna to powiedzenie; zna, ale w innej wersji: Jak chcesz mieć coś zrobione dobrze, to zrób to sam. Niby jest to to samo, ale nie do końca. W wersji Janeczki nacisk jest położony na to, by zamiast oglądać się na innych, samemu zabrać się do roboty. Przy czym zazwyczaj w tzw. starym Sos-ie adresatem tego zaklęcia nie była osoba poddawana, serwowanej w tamtym miejscu, w owym czasie osobliwej kuracji socjoterapeutycznej, tylko ktoś z nas, kadry tego ośrodka.

Mieliśmy  koło trzydziestki. Podzieleni na nauczycieli i wychowawców i garstkę osób z administracji. Na tych którzy spędzali w Sos-ie całe dnie i tych co wpadali na kilka godzin. Niezależnie od tych podziałów, cały czas dynamicznie dzieliliśmy się na grupy, podgrupy, zespoły do „walki z”, zespoły do „walki o”. A ponad tym wszystkim była Ona. Nasza Janka. Wobec której, jako jedynej, obowiązywały inne reguły gry.

Do Janki się mówiło, nie krzyczało. Nawet w najgorętszych sporach unikało się używania słów powszechnie uznawanych za obelżywe, co w innych konfiguracjach było uznawane za normę. Kiedy po jakiejś radzie pedagogicznej Janka zaniemogła i wylądowała na kardiologii, zatroskani o Jej stan zdrowia, palcem wytykaliśmy „winowajcę”, który nie mogąc znaleźć argumentów na poparcie swojej tezy, przekroczył umowną granicę i w mało parlamentarny sposób wywrzeszczał pod Jej adresem swój protest.

Bo wbrew pozorom, robiąca wrażenie łagodnej i dobrotliwej, wcale nie była łatwym przeciwnikiem w dyskusji. I to co często w pierwszej chwili błędnie  było brane za słabość charakteru, było tylko dobrym wychowaniem oraz przestrzeganiem norm i konwenansów.

Epoka starego Sos-u to czas gdy jeszcze nie wiał zachodni wiatr, nikt nie słyszał o zarządzaniu kryzysem, chaosem, zmianą. Patrząc wstecz, nie umiem dziś zrozumieć o co aż tak bardzo się spieraliśmy, po co było ustalać  normy, o których z góry było wiadomo, że nikomu nie uda się ich wyegzekwować, zawierać na papierze niemożliwe do realizacji kontrakty, a następnie godzinami o tym dyskutować, mimo że z góry było wiadomo, że nikt nikogo nie przekona.

Tymczasem Jance jakoś udawało się nad tym wszystkim zapanować, tak że z sukcesem zarządzała permanentnym trzęsieniem ziemi.

Jak Jej się to udawało?

Myślę, że przede wszystkim dlatego, że  podczas gdy my kolejny raz usiłowaliśmy ustalić co było pierwsze: jajko, czy kura, Janka bez oglądania się na innych sama robiła tą pogardzaną przez wszystkich "prozaiczną, papierkową"  robotę. Piekła w ten sposób dwie pieczenie na jednym ogniu i robiąc za innych to powinno zostać zrobione, jednocześnie umacniała swoją „królewską” pozycję. Siłą rzeczy im więcej robiła, tym bardziej postrzegaliśmy Ją jako najlepiej zorientowaną, nie tylko w swojej "działce", ale w tzw. „całokształcie” (to ostatnie bardzo Jej pomagało gdy reprezentowała SOS na zewnątrz).

Z perspektywy lat widać, do jakiego stopnia SOS jako miejsce pracy był kolorową wyspą na szarym morzu oświaty. Przy czym dla większości z nas był nie tylko miejscem pracy, ale i towarzyskim grajdołem. Nie da się ukryć, że mocno rozplotkowanym i że Janka brała w tym czynny udział - pewnie w tamtym czasie żyła trochę naszym życiem, patrząc na nie jak na serial obyczajowy.

Gdy się to wszystko w okolicach 1989 roku zaczęło rozłazić, Janka zabrała się za rzecz jeszcze bardziej niemożliwą, czyli reformowanie systemu oświatowego.  A ponieważ  dalej utrzymywałyśmy kontakt, obserwowałam jak się spala w tej nierównej walce - bo ile razy dziennie można starać się zachować zimną krew, kwitując kolejne sytuacje powiedzeniem: „różnych Pan Bóg ma lokatorów

Potem, gdy reforma została wdrożona i wyszło nie tak, jak to było zakładane, było jeszcze gorzej. Janeczka nie kwestionowała wprawdzie tego, że nie wszystko wyszło zgodnie z planem, ale do końca broniła reformy. Uważała, że upowszechnienie średniego wykształcenia, warte jest ceny jaką trzeba było za to zapłacić. Na pytania z gatunku: jak można było dopuścić do tego, ze dzisiejszy maturzysta nie zna nawet jednego cytatu z Wesela i nie wie kto to był Wyspiański odpowiadała: Jeżeli kiedyś maturę zdawało kilkanaście procent, teraz ma zdaje osiemdziesiąt, trzeba było radykalnie obniżyć poziom. Ale dzięki temu ci najgłupsi staną się odrobinę mądrzejsi. I to się w dłuższej perspektywie wszystkim nam się opłaci. Lubiła  przy tym powoływać się  na liczby, procenty, badania. Miała ogromna wiedzę w tym zakresie, dzięki której wygrywała takie „starcia”.

Ale też, coraz więcej było niezadowolonych z reformy, coraz mniej tych co jej bronili i po śmierci głównych autorów reformy, nieliczni - tak jak Janeczka - byli gotowi dalej się z nią utożsamiać.

Coraz mniej podobało się też Jance, opanowywanie życia społecznego i politycznego przez dziwnych lokatorów Pana Boga. Nie umiała się pogodzić z tym, ze nastały rządy „Edków”którym, choć kompromitują się na każdym kroku, nie spadają sondażowe słupki poparcia.  

W tym okresie często mówiła o swojej chorobie. O tym że pewnie już niedługo umrze. Ale nie traktowałam tego tak bardzo poważnie. Może dlatego, że zawsze mówiła o tym tak pogodnie i z uśmiechem: po powrocie z Bliskiego Wschodu, opowiadała jak to odetchnęła z ulgą, gdy wreszcie znalazła się na pokładzie samolotu do Wwy - dopiero wtedy poczuła że może „bezpiecznie” umrzeć. Wcześniej zamartwiała się, że jaki kłopot zrobi rodzinie umierając w Jerozolimie, miejscu jednej z najdroższych ziem cmentarnych na świecie, a alternatywne rozwiązanie, czyli lotniczy transport zwłok też do tanich się nie należy. Moja uwaga, że niepotrzebnie się martwiła, bo takie sytuacje objęte są ubezpieczeniem, popsuła tylko konwencję -  Janka chciała o chorobie i o śmierci mówić  „na luzie”, nie na poważnie.

Może dlatego, gdy Lucy zobaczyła w Gazecie nekrolog Janeczki i w ten sposób dowiedziała się o jej śmierci ze zdziwieniem powiedziała: OK. Mówiła zawsze, że umrze. Ale czy od razu musiała to robić?

 

Święto Sosu trwało cały dzień Uroczystość zaczęła się od przemówienia obecnej dyrektorki Sos-u, pierwsze zdanie brzmiało:

- Janka była znana  z tego, że wszystkim dawała ...

Po części oficjalnej, było kilka imprez towarzyszących, a o 17 rozpoczęła się impreza w wynajętym klubie. Było całe mnóstwo różnych, wartych opisania sytuacji. 

Tyle, że ja nie miałam humoru - tego dnia umarła Zosia. Mam tylko jedno wspólne z Nią zdjęcie:

W przeciągu roku, umarły dwie bliskie mi osoby.  Z tego co się zorientowałam, obecnie modne jest zadawanie pytania: Jak żyć?

niedziela, 18 września 2011
Kocham się

Tę piosenkę chciałam zamieścić  w poprzednim poście, ale nie zawsze nadążam za zmianami na platformach blogowych, a czasy gdy można było liczyć na adminów Gazety minęły. Teraz trzeba czekać, aż ktoś odpowie na gazetowym forum. Poczekałam, pomogli, jest.

A piosenkę kocham za jej tekst. Polecam

W każdym razie moja miłość własna kwitnie. Jak łatwo można było przewidzieć, na cotygodniowym czwartkowym brydżu nie udźwignęłam dietowania, Agnieszka gotuje tak, że nie było możliwe. Następnego dnia Beata która na dwa dni przyleciała ze Szwecji, zaprosiła mnie do restauracji Gesslerowej, miałam do wyboru obiad lub deser, wybrałam to drugie. Z kolei w sobotę, na wieczór z Mońkiem kupiłam lody. Moniek nie chciał, więc sama zjadłam (w sobotę nie dałam rady zjeść całego kubełka, więc dokończyłam w niedzielę rano). Jak kupowałam lody na wizytę Mońka, to kupiłam też i kubełek sorbetu. Przydał się jak znalazł, gdy w niedzielę wpadła do mnie Joanna ... I to by było chwilowo na tyle o moim odchudzaniu.

Ale mam głowę nadal pełną planów. Między innymi umówiłam się z Joanną na hopsaski i od listopada mamy zamiar chodzić na jogę. 

Nie umiem się tak zupełnie wyrzec gamelo.net, próbuję się ograniczać. Ale różnie to wychodzi.  Na tym poziomie co jestem (69 plansza) znalezienie rozwiązania zajmuje sporo czasu, bywa, że cały wieczór. A plansz cały czas przybywa - aktualnie jest ich już 868. Pracuję nad tym, by zapomnieć o rankingu, na razie powoli "pnę" się  górę, jestem na 1422 pozycji, tyle że cały czas dołączają się do gry nowi zawodnicy.

Do Sztokholmu poleciała moja czerwona chusta z kauni. Nie zdążyłam zrobić jej sesji fotograficznej, w odruchu chwili podarowałam ją Beacie, bo się nią szczerze zachwyciła. Będzie jej pasować do czarnego płaszcza. Dla przypomnienia o czym piszę zamieszczam jedno z ostatnich zdjęć tej chusty.

 

A ja już mam nowe kauni, na nową chustę, tyle że w tej grubszej wersji. Ponieważ chusty z cieńszych wełen wyglądają lepiej, mam w planie zrobić podobną, ale już nie z kauni lace. Jeżeli chodzi o wełnę kauni, wolę jej "grubszą" wersję. Jest wprawdzie mniej efektowna, ale dużo łatwiejsza w robieniu.


W tym tygodniu ma przyjść Bojar. Wcześniej pomalował dom, teraz zostały "drobiazgi. Między innymi:


- wymiana spróchniałej sztachety + pomalowanie płotu,

- pomalowanie framug okiennych w kuchni (a przy okazji umycie tych okien). Nie wiem jeszcze na jaki kolor, pewnie wybiorę ten co wszędzie, tyle że akurat w kuchni mało on pasuje do reszty,

- renowacja drzwi wejściowych, całe są podrapane przez kota. Sraluchy już nie ma, więc można coś z tym zrobić, tylko nie wiadomo co, bo każda farba zasłoni strukturę drewna. Pewnie zdecyduję się na kolor rynien. Przy okazji będę chciała zasłonić deską kabel elektryczny z bardzo gustowną, centralnie przyczepioną, białą plastikową puszką. 

Ale nie narzekam. W domu mieszkać lepiej. Jak w niedzielę szłam nakarmić koty Staśki, przechodziłam koło nowo budowanego osiedla. Okno w okno - przy tej odległości, latem przy otwartych oknach słychać rozmowy sąsiada z sąsiedniego bloku.


A u Staśki w ogrodzie kwitnie śmieszny kwiat:


Byłam na kolejnym przedstawieniu Chóru Kobiet i wyszłam rozczarowana.

Dwa razy na ten sam film do kina nie lubię chodzić, a co dopiero do teatru. Poczułam się oszukana, że miało być to coś nowego, a połowa tekstów się powtarzała. Tym osobom, które były z nami i widziały to po raz pierwszy się podobało. Podobało się też i Gumisiowi, który był świeżo po przeżytej traumie w Teatrze Nowym - wycierpiała się tam okrutnie na przedstawieniu Renate Jett Wyspy.  Ale ja byłam żądna nowych wrażeń.



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Sam pomysł rewelacyjny. I jak ktoś (raczej któraś) jeszcze nie była, polecam. Więcej o tym tu. 

Moniek wpadł na dzień do Warszawy i wyciągnął mnie do teatru (chciałam na najnowszego Almodovara, ale ponieważ Moniek może go obejrzeć i w Krakowie, to poszłyśmy na Merlin inna historia w Teatrze Laboratorium.


Tak się dziwnie składa, ze co pójdę na polską sztukę to jest to sztuka Tadeusza Słobodzianka (Malambo, Nasza klasa). Tym razem, tak jak w tytule - opowieść na motywach legendy o Merlinie i rycerzach okrągłego stołu. 

Przesłanie, że świat władzy jest zły mało odkrywcze, aluzji do współczesności trochę jest, ale na szczęście nie nachalnych.

Spektakl jest grany, jeżeli nie wybitnie, to przynajmniej przyzwoicie. Młodzi aktorzy, nie znam ich twarzy (to oznacza, że na Pudelku, Pomponiku czy Plotku nie występują). Forma misterium, pomysłowa scenografia. Słowem nie żałuję, może nie jest to wielki teatr ale da się oglądać.

niedziela, 11 września 2011

Przypomniałam sobie, że najbardziej kocham siebie.


A bardzo o sobie ostatnio zapomniałam. Poczułam za sobą ścianę, gdy uświadomiłam sobie, że w kolejnym tygodniu znów może z dwa razy uda mi się dotrzeć do mojego ukochanego domu. Potem będzie weekend, w którym znów coś będę robić - słowem w zbyt dynamiczny sposób realizowałam ostatnio miłość własną i mam zamiar trochę wyhamować. 

Na początek, w ramach dbania o siebie, postanowiłam przeprowadzić kurację imbirową. Sklarowałam masło. Kupiłam imbir, A potem niepotrzebnie pochwaliłam się ciotce Beacie młodszej. Dostałam od niej taki mail:

Zastanawiam się jak nie łączyć węglowodanów, białek i tłuszczy skoro natura część z nich, i to uchodzących za te bardziej wartościowe zbudowała tak, że mają te trzy składniki, takie np orzechy w proporcjach 1/3+1/3+1/3. Albo soja i inne strączkowe.

Tylko moja determinacja sprawiła, że się nie poddałam i brnę dalej. Inna sprawa, że nie rozumiem dlaczego cały nastawiony na zachowanie wiecznej młodości przemysł farmaceutyczny, zupełnie pomija starzenie się układu pokarmowego - ja już mogę mieć zmarszczki, tylko proszę o tamtą przemianę materii! 

No i o tamte włosy. Słabe miałam zawsze, ale nie musiałam ich farbować, wiec jakoś to szło. Chodzę niby do dobrych fryzjerów, kładę dobre farby, a z wizyty na wizytę włos coraz cieńszy. Nawet mi nie wypadają - zajmują tylko coraz mniej miejsca. Kuracja o której pisze Brahdelt (pierwszy odcinek tu), jest nie dla mnie. Jestem na to zbyt leniwa. Ale pod wpływem jej determinacji  na początek postanowiłam przynajmniej przez miesiąc pojeść drożdże i raz w tygodniu smarować łeb rycyną. Kupiłam też jakąś "profesjonalną" odżywkę do włosów - dopiero jak chciałam użyć, czyli rychło w czas, przypomniałam sobie, o tym, że miałam unikać aplikatorów. Słowem jak zwykle wykazałam się pamięcią złotej rybki.

Rozejrzałam się też po ogrodzie. I powiało grozą. Mech się tak rozrósł, że już nic z nim nie zrobię. Ziemi nie wymienię i nowej trawy nie posadzę: raz, ze to kosztuje, dwa, że znów po trzech latach znów byłby  mech. Aby go nie było musiałabym albo poświęcić na to cały swój wolny czas, albo wynająć profesjonalną firmę - oba rozwiązania nie wchodzą w grę.


Grządka pod płotem też niknie w oczach. Posadzenie bluszczu nie było najmądrzejsze - powoli tłumi wszystko.

 

Tak, że wygląda na to, że za kilka lat w moim ogrodzie będzie tylko mech i bluszcz.

Do kina nie ma na co chodzić.  Nie z własnego wyboru, tylko zaciagnięta do towarzystwa poszłam do Filhramonii Narodowej na koncert W. Killara.

 

Koncert o dziwo nie był kakafonią - w słuchaniu był całkiem przyjemny. Ale rozpoczął się od przemówień. I jak tak patrzyłam na naszego prezydenta, to pomyślałam, że on ma nieporównanie gorzej niż ja. Bo ja jednak nie muszę wychodzić co wieczór z domu, teraz się wprawdzie rozpędziłam, ale zaraz się ogarnę. A on nie ma wyjścia - musi.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli