niedziela, 30 września 2012
Na zwolnieniu

Tydzień spędziłam w domu, na zwolnieniu - dostałam 5 dni na ogólne rozbicie, zmęczenie i przeziębienie. Plany miałam że ho! ho! Wyszło tak, że nawet jednej książki nie przeczytałam. A to co zrobiłam na drutach, sprułam - kłania się prawo Yerkesa-Dodsona, tak bardzo chcę  zrobić z tej szarej wełny coś extra, że nic mi nie wychodzi.

Aby trochę odpocząć, wróciłam do Sumka XXL. Ale też za dużo go nie zrobiłam.


W sumie to nie wiem co zrobiłam z tym czasem. Telewizor włączyłam tylko raz (Happy, happy na Ale kino, chciałam obejrzeć jeszcze teatr TVP, ale już nie pamiętam kto zadzwonił i cała sztukę "przegadałam"). Próbowałam "załapać" się na jakiś serial, tyle ich jest, ale po kilku próbach zrezygnowałam. Słowem tygodniowy domowy snuj.

Jedyne przerywniki to: 

- pierwsze konwersacje z native speakerem, chodzę z Joanną, nasza lektorka mieszka w Polce od kilkunastu lat i ma w sobie coś takiego, że już na pierwszy rzut oka widać, że jest Angielką. Nawet cerę ma taką, jakby mieszkała tam, a nie tu.

- joga po raz pierwszy. Zapisałam się na zajęcia w Brwi. Mam po drodze wracając z pracy. Trochę mało, bo raz w tygodniu, ale na więcej i tak nie mam czasu. 

I bardzo fajnie zakończyłam weekend.

Po dziesięciu latach, znów dotarłam na doroczne imieniny Miśka. Fajnie spotkać się na imprezie, a nie z okazji pogrzebu. Ostatni raz jak tam byłam, była tam i  "pudelkowa warszawka", teraz pewnie warszawkę zaprosili w innym terminie i było cudownie, swojsko, ciepło i domowo. Może nie było aż tyle ludu co na urodzinach Wałęsy, ale też była rzesza ludzi. Po środku wielkiego ogrodu rośnie u nich stare, rozłożyste drzewo owocowe, obudowali je ławką, w koronę wpięli lampki, lampiony i inne cuda. Wygląda to świetnie.

Już nie pamiętam kiedy spotkałam na raz tylu znajomych, tańczyłam węża, grałam na bębnach. Ponieważ dwa dni wcześniej przypadała ich 35-ta rocznica ślubu, puszczona została ulubiona piosenka Magdy Mój jest ten kawałek podłogi. Gdy razem zaczęliśmy to śpiewać, przypomniały mi się tamte prywatki i chóralne śpiewy - za naszych czasów, to były przeboje ...

Było jeszcze wiele innych atrakcji, kiełbaski na ognisku, występy artystyczne:

Jadąc na te imieniny, spotkałam w pociągu Tess. Chyba dam jej ksywkę ciotka-królik. Zawsze jak ją spotykam, pędzi na kilka spotkań i martwi się, że o tej godzinie to powinna udawać się już na drugie, tymczasem ona jeszcze nie dotarła na pierwsze. Tess od pierwszego wejrzenia zakochała się w moim Funczalu i zaczęła mnie namawiać, bym go jej sprezentowała. Tak się jej spodobał, że idąc jego tropem, wieczorem dotarła na bankiet do Miśka. Ale tylko Tess się nim tak zachwyciła, nikt inny nie zwrócił na niego uwagi 


Ta niebieska plama z przodu, to krepinowy kwiat, Misiek dostał od nas wszystkich wielki olejny obraz opakowany w krepinowe kwiaty, które potem sobie powtykaliśmy ku ozdobie.

W niedzielę, poszłam do kina Rejs na dwa filmy dokumentalne o PRL-u: Głos nadziei (o Wolnej Europie) i  Cudze listy (o czytaniu przez bezpiekę korespondencji). Poszłam, bo zaciekawiła mnie duża ilość materiału filmowego z tamtych lat, a jestem trochę "w temacie", bo czytam właśnie wspomnienia Głowackiego. PRL w filmach Macieja Drygasa jest obrzydliwą, wykrzywioną i szpetną krainą. Z wszechpotężną bezpieką, inwigilującą każdy krok zamieszkujących tę krainę nieszczęśników. Zabrakło tak charakterystycznej dla tych lat groteski. Dopiero w rozmowie po filmie reżyser opowiedział o powikłanych losach, niejednoznacznych postawach swoich bohaterów. Podobała mi się historia inżyniera, którego praca polegała na instalowaniu anten zagłuszających, a który w domu miał z kolei cały system anten dekodujących to zagłuszanie, bo jego żona była wierną słuchaczką Wolnej Europy. Swoimi filmami spełnił oczekiwanie widzów, czy tym co mówił nie wiem. Sala aż syknęła, gdy powiedział, że Szaniawski popełnił samobójstwo. Nawet nie miałam pomysłu by zabrać głos w dyskusji, czuję się w takich sytuacjach jak kosmita. Ja żyłam w tamtych czasach, oni wprawdzie nie, ale tak dobrze wiedzą jak one wyglądały, że nie sądzę by było możliwe zburzenie ich mitu.  

Powoli przestaję kibicować "rzeczywistości politycznej", cały czas powiększa się lista słów-kluczy, które omijam wielkim łukiem. Rozmawiam z mamą, mówi że ma tak samo (ona jeszcze dodatkowo dość histerycznie reaguje na reklamę, ja aż tak nerwowo tego nie traktuję). Po czym po chwili pyta mnie, co myślę o wypowiedzi A. Seremeta. I tu poczułam się dobrze, bo zdałam egzamin z mojej konsekwencji - nic nie myślałam, bo się z nią nie zapoznałam. Dodatkowym bonusem, była możliwość wytknięcia komuś (w tym przypadku mojej mamie) niekonsekwencji. Przynajmniej raz ja, a nie mnie.

niedziela, 23 września 2012
Jesienne marudzenie

Mój synek znów pojechał do Indii,  ale tym razem zapadł się w czarną dziurę. Gdy pięć dni po wyjeździe dalej nie dawał znaku życia, wysłałam sms z prośbą o potwierdzenie że żyje. W ciągu dwóch minut otrzymałam odpowiedź:

Wszystko OK. Pustyniocoś przy granicy pakistańskiej. Jest pięknie.

Iwona celnie to skomentowała: Mamo, tu są rekiny. Fajnie się obok nich pływa!

 

Wiem, że to nic nie da. Ale ja tak tylko, aby odreagować:

Dziś tj., jest 20 września br. po raz pierwszy po urlopie jechałam do pracy - z Brwinowa do Warszawy. Generalnie, dalej tak samo, a nawet gorzej, bo jednak kiedyś w szczycie pociągi jeździły co 10 minut, nie co 15 minut.

Ale zwracam sie o informację w konkretnej sprawie: Dlaczego nie przyjechał pociąg o 7.48? I jeżeli został odwołany (takiej informacji udzielano w kasie biletowej), dlaczego informacja o tym nie została umieszczona na stronie www. mazowieckie.com? Przyjechał następny pociąg, ten o  8.07, który wjechał na stację W-wa Śródmieście z 5 minutowym opóźnieniem. Został zapowiedziany jako pociąg opóźniony. O tyle to dziwne, bo o 5 minutowych spóźnieniach podróżni nie są informowani. Czy czasem znowu nie puszczono zamiast dwóch pociągów jednego, ale nigdzie tego nie odnotowano, tak aby nie "psuć" statystyk?

Nie potwierdzili otrzymania maila. Ale tak łatwo im ze mną nie pójdzie.


Do kin "rzucili" trochę fimów.

E tam.

Ekranizacja powieści o tym samym tytule. O bitnikach w Ameryce przełomu lat 40-tych i 50-tych. W pewnym momencie miałam wrażenie, że chyba przesadzili z tym vintage - aż mi nie chce się wierzyć,  że Denver w tym czasie przypominało miasto z westernów. 

120 minut ballady o niczym. Ładne zdjecia, ładne samochody jadące pustymi szosami przez pusta (i też ładną) Amerykę. O przyjaźni młodych, skłóconych  z życiem  ludzi. Na koniec jedni wrócili na "ścieżkę", inni odpadli. Jak w życiu. Generalnie mdławe.

A na "kabelku":

O zespole realizującym dziennik telewizyjny, z ambitnym szefem, który tęskni za dawną formułą dziennikarstwa politycznego i broni się przed tabloidyzacją.  

Fajnie się ogląda. Przede wszystkim serial jest świetnie zagrany. No i te dialogi. Ciekawe jest też tło - wydarzenia 2011 roku. Może u nich aż tak profesjonalnie redaguje się dziennik? Z tym, że relacje międzyludzkie nie wychodzą poza serialowy schemat. W pierwszej serii to nie przeszkadza. W drugiej (a właśnie ją kręcą), może się to przejeść.

Wrażenia z Newsroomu wpłynęły na mój odbiór sztuki Nietoperz albo mój cmentarzyk (Teatr Rozmaitości)

 

Przez pierwszych kilka pierwszych minut miotających na scenie aktorów ogląda się w pulsujących światłach stroboskopu. Nie byłam sama, siedziałam po środku, więc nie wyszłam. I przez następne dwie godziny (nie było przerwy) plułam sobie w brodę.  

Usiłowałam znaleźć odpowiedź na pytanie - dlaczego, chociaż bilet do kina kosztuje 15 złotych, sale kinowe świecą pustkami, a w teatrze komplet, chociaż bilety po 80 zł? Na to pytanie odpowiedziała mi dopiero po spektaklu Aga - według niej ludzie chodzą do teatru by obejrzeć aktorów, których znają z seriali (i ponieważ pracuje przy kręceniu kilku  seriali, szybko wyjaśniła, który aktor w jakim serialu gra). Skoro tak, to nie ma szans na polski Newsroom - nawet jakby ktoś napisał dobry scenariusz, nie miałby kto zagrać. Bo aktorzy to czarna rozpacz - dobrze zagrała w jednej scence Roma Gąsiorowska, inny aktor dobrze pociągnął drugą, jedna dobrze się ruszała i to by było na tyle. Może dlatego, że sztukę wyreżyserował Węgier, który porozumiewał się z aktorami przez tłumacza, aktorzy bełkotali, połykali słowa i coś tam sobie mamrotali pod nosem. No i żeby zamanifestować swój aktorski kunszt, co jakiś czas wykonywali gwałtowne ruchy i zwierzęco pokrzykiwali. Z tym, że nie pokazali "pełni" swoich umiejętności, bo nie biegali po scenie - pewnie dlatego, że temat był mało "skoczny": akcja toczy się w klinice, w której wykonuje się eutanazję na żądanie.

W programie można przeczytać o sztuce:

 Środek zimy, kilka dni przed Nowym Rokiem. W niepokojącej scenerii zimnych szpitalnych wnętrz stojącego na uboczu domu, zbierają się obce sobie wcześniej osoby, aby wspólnie świętować nadchodzące święto. Przygotowania do uroczystości upływają przy słodkich dźwiękach operetki Zemsta Nietoperza Johanna Straussa (syna). Wielu z obecnych musiało zdobyć się na niejedno poświęcenie, aby znaleźć się w tym miejscu. Za ten przywilej gotowi byli oddać wiele, a nawet ryzykować reputacją. Są wśród nich młodzi i starzy, małżeństwa i osoby stanu wolnego. Łączy ich jedno – ciekawość, czy człowiek może udźwignąć ciężar boskiej wolności.

 Ani jedno zdanie nie odpowiada prawdzie, prawdopodobnie odnoszą się  do tekstu źródłowego. Zapomniano o aktualizacji programu, po tym jak reżyser powykręcał tekst na wszystkie strony. I tak wyszło.

Jedno tylko warto odnotować - w tej sztuce rozbiera się i lata po scenie bez majtek trzech facetów, a ani jedna kobieta.  Jeszcze chwila i na rozkładówkach będą drukować tylko pinup-boy.

A na koniec jesiennie pomarudzę:

  • z Londynu wróciłam chora, z zapchanymi zatokami, po raz pierwszy podczas lądowania myślałam, że oszaleję z bólu, nawet na jakieś 10 minut ogłuchłam - poddałam się i po powrocie wykupiłam ubezpieczenie medyczne.
  • popsuł mi się aparat fotograficzny, nie odskakuje migawka, pocieszam się, że to nie elektronika i da się nareperować,
  • ipod nie współpracuje dobrze z moimi słuchawkami i jedynej gwarancji, której nie mogę znaleźć, to akurat tej od słuchawek,
  • po 6 latach coś się dzieje z moim kompem, nie wiem o co chodzi, ale liczę się z tym, że może nie będzie warto go reperować,
  • stęskniona za domem musiałam się na weekend z niego wynieść, bo się zapchały rury i na ratunek muszę czekać aż do poniedziałku.  
niedziela, 16 września 2012
Chrzciny

Moja córka postanowiła ochrzcić mojego wnuka.

 

I tak, dzięki decyzji idącej dokładnie w odwrotnym kierunku niż trendy mojego bajorka, dane mi było poczynić wiele ciekawych obserwacji.

Zobaczyłam kościół katolicki w Anglii w działaniu. Aż trudno uwierzyć, że to ta sama doktryna (wprawdzie w Polsce staram się omijać kościoły dalekim łukiem, ale tak zupełnie się nie da, czasem jakiś ślub, czy pogrzeb, więc  wiedzę na ten temat mam nie tylko z gazet). Tyle, że szans na to, że ta angielska odmiana się upowszechni nie ma - tam gdzie wiernych traktuje się przedmiotowo kościoły są pełne, tu z podmiotowym podejściem wieją pustką. W każdym razie w angielskim kościele katolickim uczestnictwo w kościelnej uroczystości nie jest żadną traumą, zamiast mgły, skrzywdzonych umarłych, niezawinionej krzywdy i słusznej nienawiści do oprawców - miła uroczystość, uśmiech i życzliwość.  

Przyjęcie dla ponad 20 osób (+ dzieci) było w knajpie - z rodziny byłam tylko ja, reszta to ich londyńscy przyjaciele, siłą rzeczy nadreprezentacja informatyków.

 

Poobserwowałam sobie ten mocno dzieciaty tłum. Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że emigracyjny baby-boom, to dlatego że tu jest łatwiej.  Moim zdaniem, daleko od rodziny, a zwłaszca babć, jest dużo trudniej. Zwłaszcza gdy, na tyle na ile na emigracji jest to w ogóle możliwe, stara się zapewnić dzieciakom jako taki kapitał społeczny.  Tych którzy siedzieli przy stole, żadne becikowe by nie zatrzymało. A my zamiast o tym, że oni całymi rocznikami wyjeżdzają, to o tym, że Figurskiego nie stać na sushi.

Bohaterem uroczystości był mój wnuk. Ale nikt, przynajmniej tak by zaspokoiło to moją próżność, nie docenił tego, jak go babcia na ten dzień ślicznie wystroiła (dom towarowy Lewis + hand-made).



Sam bohater miał w nosie nie tylko swój strój, ale i całą uroczystość, najbardziej był zainteresowany tym co na ulicy.

Do Londynu wzięłam ze sobą Sumka XXL z kauni - o wyborze zaważyły druty, mam w tym numerze też i plastikowe na żyłce, czyli takie z którymi wpuszczają na pokład samolotu


Samolot wyleciał z godzinnym opóźnieniem. Ale dzisiejszy podróżny jest tak oblepiony techniką, że coraz mniej go takie rzeczy ruszają. Laptopik, kabel z ładowarką i "się ogląda". Potem przerwa na start i można wrócić do filmu i drutów.

I tyle tego było, reszta w drodze powrotnej. Przy małym można zapomnieć o wszystkim. Nawet o czytniku. A jak jest w żłobku, też mam czas zajęty, Anka dała mi listę spraw do załatwienia.  

czwartek, 13 września 2012

Claude Lanzmann Zając z Patagonii

 

Czytałam te 500 stron pamiętnika prawie dwa tygodnie, długo, nawet biorąc poprawkę na objętość. Książka nie jest z tych co „same wchodzą”, za dużo faktów, skrótów myślowych, wymuszanych przez autora postojów na chwilę zadumy (a przy okazji i złapania zgubionego wątku). A wszystko to dlatego, że aby opisać na 500 stronach swoje życie, Claude Lanzmann musiał tylko skracać, kompresować i pomijać: miał tak barwne życie, że i kilka tysięcy stron byłoby mało.

Podczas wojny francuski ruch oporu,  po wojnie dziennikarz jeżdżący po świecie i to po mało uczęszczanych regionach. Potem wywiady dla francuskiej prasy z wielkimi ówczesnej kultury, znał chyba wszystkich, co się liczyli w świecie. Przyjaźń z Jean-Paulem Sartre, kilka lat  w związku z Simone de Beauvoir. Twórca filmów dokumentalnych, kilkanaście lat poświęcił na nakręcenie dzieła swojego życia, Shoah.  

Pod koniec książki jest też i sporo o Polsce (Shoah). Chociaż nie pisze o nas z sympatią, warto się temu jak nas przedstawia przyjrzeć.

Niesamowita książka.

Trochę przypominała mi Opowieść o miłości i zmroku Amosa Oza – i choć aż tak dobra jak tamta nie jest,  ta sama półka. Z tym że A. Oz budzi sympatię, a C. Lanzmann nie za bardzo, zbyt często wychodzi z niego kawał aroganckiego bufona.

Przez to skondensowanie, wiele z tego co przeczytałam, chwile później „wylatywało", więc aby móc do niej za jakiś czas wrócić kupiłam (rzadko to robię z już przeczytanymi książkami). Przy okazji odkupiłam  Opowieści o miłości i zmroku. Mój egzemplarz gdzieś wcięło, Anka poprosiła bym jej zawiozła do Londynu „jej”, a jakoś smutno mi się zrobiło gdy sobie pomyślałam, że nie mogłabym w każdej chwili  móc wrócić do historii np. o dziadku Aleksandrze.

niedziela, 09 września 2012
Wpadłam

Wiedziałam że fajne, ale omijałam z daleka zdając sobie sprawę, jaki to złodziej czasu ... Gdy jednak w mojej Cyfrze+ znów, mimo wymiany dekodera, zaczął zanikać sygnał, wzmocniłam moje Wi-Fi kabelkiem:

i czasu mam jeszcze mniej, niż przedtem.

Chyba nie tylko kryzys jest winny kłopotom usługodawców. Większość odbiorców Cyfry+ mieszka poza miastem i nie może skorzystać z usługi autoryzowanych monterów - tacy są tylko w miastach, gdzie i tak większość mieszkańców korzysta z kablówek. Miałam pakiet za 70 zł, mam za 20 i jak się skończy ta umowa, nowej nie podpiszę.  

I tak można by nie tylko o Cyfrze+ ...

Niestety o moich ukochanych Mazowieckich Przewozach Regionalnych też. Tyle, że oni jako monopolista mogą spokojnie mówić do mnie: Wal się! A tu wakacje się skończyły, okna zostały zamknięte i pojawił się tłum pachący czosnkiem zmieszanym z potem. Co gorsze, pewnie z powodu wzrostu cen benzyny, pociągiem jeździ coraz więcej mężczyzn w wieku andro-menopauzy, a z nimi nie mam szans na wygranie wyścigu o miejsce. Jak trzeba to i odepchną.  

Sprułam początek realizacji kolejnego pomysłu na szary kaszmir, czyli skrzyżowania Treasure (Rowan Lace) z Mya (Noro).

 

Wszystko przez Gumisia - powiedział, że pomysł może i fajny, ale wełna za gruba

Wcześniej zrezygnowałam z robienia z tego kaszmiru Carven long cardigan, na to jednak lepsza będzie sznurkowa wełma, mam nawet taką na składzie - caly kilogram.


I zakochałam sie w Ballantyne Half Sleeve Cardigan - podaję link jak by ktoś chciał kupić (1 785$). 



Tylko jak to ugryźć ???

Wstępnie mam taki plan:


Ale nie ma w tym rękawów, na zdjęciu nie widać jak są łączone - może zwykłym szwem?

A w stosiku rzeczy do zaczęcia czeka Bird's Eye Shawl z Lace Srumptious od Marty .



Gdzieś w kącie leży Summit XXL z szaro-czarnego Kauni ...

Gumiś namawia mnie na Noro, bo w e-dziewiarce jest przecena ...

Od ponad tygodnia czytam jedną książkę, rewelacyjną i nie mam czasu,  by ją skończyć ...

Jest kilka filmów do obejrzenia, w TV to mogę co najwyżej seriale ...

wtorek, 04 września 2012
Wrześniowe Szarotki

Zulce zdjęcia z Szarotek jak napisała nie wyszły.

Ja zrobiłam ich tylko kilka, ale szkoda by było nie pokazać dalszych postępów Ewy z papierową wikliną:


 

Uwieczniłam też nasze zmagania z wyhodowaną przez Elkę dynią

 

 

 


niedziela, 02 września 2012
Remanent na początek jesieni

W tym roku planowałam wymianę przeciekającego dachu w komórce, ale Bojar oczyścił dach z igieł i ziemi, załatał dziury, zakreślił ołówkiem plamy na suficie i orzekł, że jak po zimie się nie powiększą, to na razie wystarczy:


I tak tegoroczna edycja remontowa sprowadziła się do lekkiego liftingu stolarki okiennej. Przy okazji,  po wielu latach doniczki z kwiatkami wreszcie dostały listewkę, tak że w przyszłym sezonie nie będą co wichura lądować na ziemi. Niby takie proste, a tyle lat to trwało.

 

Powiesiłam też tablicę - kupił ją jeszcze Kostek. Kto miał trafić to trafiał, bo sąsiednie domy są czytelnie oznaczone, ale jak w pierwszym akcie była tablica, to w przy którymś z kolei obrocie z Bojarem zawisła.


Zamarzyła mi się większa robota - taras aż prosi się o werandę, sam daszek nie wystarczy, muszą być i balustrady.  Na razie mam tylko wykonawcę - Bojara. Kolejny krok to zapytanie Darka, na ile taka  weranda byłaby kompatybilna z zaprojektowaną przez niego bryłą. Najfajniej by było, gdyby coś naszkicował. Ale nawet jeżeli, jest to pieśń dalekiej przyszłości.  

 

Z kolei z tyłu domu przydałoby się jakieś pnące cuś, ale jak obrośnie, to jak potem malować elewację? Więc może przynajmniej jakieś drzewo? 

Z braku remontu, poreperowałam wszystkie popsute rzeczy, nawet kuchenkę gazową, w której jeden palnik nie działał już od kilku dobrych lat, dopiero jak wysiadł kolejny, postanowiłam ją dopieścić. Pana od kuchenki gazowej wcale nie było tak łatwo znaleźć, na szczęście w kuchenkach nie ma jeszcze elektroniki, więc można je jeszcze reperować.

Na koniec dopieszczania kuchni, zasadziłam w niej trzykrotki i też mam tam zielono: 

 

I jak już miałam wszystko poreperowane, to padł mi odkurzacz.

Powoli zaczynają pojawiać się w kinach filmy do oglądania.

 

Poprzedni film Giorgosa Lanthimosa, Kieł, był dużo lepszy. 

Tym razem nie o rodzinie, a czwórce przyjaciół/wspólników? prowadzącej dość osobliwą działalność gospodarczą - rodzinom, które utraciły kogoś bliskiego, oferują bycie przez jakiś czas dublerem zmarłego, co ma im pomóc pogodzić się ze stratą.  

Przywódca grupy, coraz bardziej upaja się władzą. Pozostali jej członkowie coraz gorzej sobie z sobą radzą (wcześniej też nie zaliczali się do tych "pozbieranych"). Rodziny do których chodzą przeżywają żałobę w dość pokraczny sposób (moze i pod wpływem grupy dublerów?). Słowem nie tyle galeria, ile menażeria pogubionych postaci. 

Tak jak i w poprzednim filmie, bardzo oszczędna gra, dużo zbliżeń, co i rusz kamera przez dłuższy moment zatrzymuje się na jakiejś twarzy. Chłodne zdjęcia, lodowaty nastrój. Ale to już było w Kle, za drugim razem nie robi to już takiego wrażenia.


Z kolei Siostra twojej siostry to przeuroczy film, o dość banalnej fabule. 


Dwie siostry i jeden facet spędzają kilka dni w domku na odludziu, w leśnej głuszy, nad bajecznie pięknym jeziorem. Trochę to się to wszystko między nimi niespodziewanie gmatwa. Ale jest to świetnie zagrane. Miło słucha się dialogów. I nawet jak sama histora niewiele wyrasta ponad komedię romantyczną, to się tego nie czuje, bo tak łatwo wchodzi.

Film niskobudżetowy, dowód na to, że jak się ma pomysł, to można zrobić dobry film i bez pieniędzy. Tyle, że aktorzy są świetni. 

Żeby pójść jesiennie naprzód musiałam rozliczyć się z przeszłością, czyli z Funczalem. Jest dużo lepiej. Ale nie tak jak powinno być - nie to miejsce do zszycia. Boję się jeszcze raz pruć, bo w miejscu w którym powinno być "cięcie", czyli w połowie "kostek", najgorzej nabierało się oczka. Więc chyba już tak zostanie. Jest to moja pierwsza rzecz zszyta kitchenerem i wiem na pewno, że nie ostatnia.

 

 

Pokazałam na Szarotkach - zachwytu mój szew wprawdzie nie budził, ale może dlatego, że ryzyko, że jak znów się zabiorę się za poprawianie, to w końcu w napadzie szału go potnę jest na tyle duże, usłyszałam: zostaw to tak jak jest.

Z Szarotek powinny być zdjęcia - kolejnych papierowych wiklinowych cudeniek Ewy, ogromnej dynii przytarganej przez Elkę i całej naszej zakręconej grupy, ale zdjęcia są w aparacie, a mnie się gdzieś kabel zagubił.

No to jeszcze raz sweterek.

Słowem remanent na początek jesieni mi się w miarę udał. Tyle, że na koniec popsułam sobie weekend - zapomniałam z pracy jednej siatki, a w niej miałam książkę, do której tak tęsknię, że żadna inna nie smakuje. Gdyby była w supermarkecie obok, to bym ją kupiła by nie czekać do poniedziałku. Słowem po ośmiu miesiącach czytania lepszych, gorszych, po raz pierwszy w tym roku natknęłam się na arcydziełko. 

A i z gatunku "wszystko już było". W tym tygodniu w TVP2, w niedzielę wyemitowano podobno świetny film dokumentalny "Ala z elementarza", o żonie Marka Edelmana. Nie obejrzałam - o 5.50 to ja jeszcze śpię. Nie tylko w niedzielę. I pewnie nie ja jedna. Ale "wyemitowali", więc w czym problem?

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli