niedziela, 29 września 2013

Mam przerwę w moim codziennym patataj. Wgapiam się w mężczyznę mego życia i moje życiowe problemy zredukowałam do pytania: czy na gwiazdkę kupić mu Lego 10506 czy 10508 (10507 i 10558 już mu kupiłam) - dla nie wtajemniczonych mowa o pociągach Duplo Lego.   

Za chwilę wrócę do codzienności. Ale teraz nawet świadomość, że dałam się zrobić NC+ w konia, nie wyprowadza mnie z równowagi.

A z remanentów:

Byłam na pierwszej części Kabaretu Warszawskiego Warlikowskiego (na drugiej byłam jeszcze przed wakacjami, pierwszej wtedy nie grali, bo M. Cieleckiej coś sie stało z nogą). 


Część pierwsza opowiada o czasach, gdy w Niemczech rodził sie faszyzm. 

Ale ... wiem, że to co powiem jest obrazoburcze i tylko świadomość że jestem daleko od moich ciotek, pozwala mi być tak odważną, ale jak dla mnie, to facet lekko się powtarza.To co na Apolonii robiło wrażenie, tu - gdyby nie możliwość podziwiania kunsztu aktorów - byłoby momentami nudne. Ale dalej dla aktorów i kilku scen, jak najbardziej warto.

 

niedziela, 22 września 2013

Zapowiadają srogą zimę, ale co tam, w tym tygodniu przekonałam się, że i temperaturę -120o da się przeżyć. Przez pierwsze dwa dni nie czułam się dobrze i szukałam dowodów, że ta krioterapia mi jednak szkodzi. Dopiero jak trzeciego dnia spóźniłam się na "zajęcia" i weszłam do komory sama zrozumiałam, że to nie zimno mi źle robi, ale tłok w komorze. Dzięki temu nie tylko mi odpuściło, ale i coraz bardziej mi się to podoba. 

Tyle, że z trudem wychodzi mi pogodzenie pracy, krioterapii i intensywnego przygotowania domu do zimy.   

Przez te całe patataj, na moment zawieruszył mi się zielony kłębek wełny i jak już pogodziłam się, że Galjamo idzie w kąt, bo nigdzie takiej wełny nie znalazłam, odnalazł się. Co było robić - zamiast myśleć o kolejnym projekcie, postanowiłam skończyć nieszczęsne Galjamo. Na szczęście teraz to już prosto w dół, zero kombinowania. Słowem widać światełko w tunelu (wywaliłam dodatkowe wykończenie dołu rękawa i poprzestałam na kolorowym ściągaczu)

 

O kinie mogę tylko pomarzyć. Do teatru poszłam, bo bilety były dawno kupione - zrobiłam sobie i Ańćce taki prezent na imieniny.

 

Nie czytałam książki Danuta W, więc nie mogę ocenić czy można było jeszcze więcej z tej książki "wycisnąć", ale to co zobaczyłam na scenie zupełnie mi wystarczyło. 

Wielka kreacja Krystyny Jandy - nie wciela się kolejny raz w Agnieszkę z Człowieka z marmuru. tylko stojąc na scenie i piekąc szarlotkę (na koniec spektaklu częstuje nią widzów) przez dwie godziny (z jedną przerwą) przykuwa uwagę swoją opowieścią. Jedyne co rozprasza, to niewygodne krzesła.  

Stałe rubryki

Z pamiętnika wk... konsumentki, która w tym tygodniu miała i lepsze chwile

NC+ Jakiś czas temu dogadałam się z nimi na 37 zł/miesięcznie, mieli przysłać umowę, nie przysłali. Przysłali za to fakturę, tyle że wyszło im 75/miesięcznie. Ewidentny błąd, ale znów trzeba do nich dzwonić, odkręcać, brrr... Napisałam o tym nie tylko na swoim "wallu" ale i na stronie klientów NC+, chciałam tak"instruktażowo" zwrócić uwagę by przypilnować ich, by najpierw przysłali pisemną umowę, potwierdzającą umowę telefoniczną, a dopiero potem fakturę. Potem popatrzyłam z boku na dyskusję która się wokół tego wątku rozwinęła i przecierałam oczy ze zdumienia. To nie tak, że nienawiść jest w Nairobi. Jest i u nas.

Piecyk gazowy Do mojego Pana od pieca, którego znalazł jeszcze Kostek, straciłam zaufanie. Zaproponował mi, że za 6,9 tys, wymieni mi piec, który - jak sprawdziłam po jego wyjściu - w internetowym sklepie kosztuje 4,5 tys. Postanowiłam zacząć szukać fachowców w kierunku Żyrardowa, czyli dalej od Wwy i już widzę, że był to dobry wybór. Nowy Pan od pieca coś tam jeszcze przy tym piecu porobił i poradził by go poobserwować, bo może jeszcze będzie z niego pożytek, A w razie czego, w przeciągu 3-4 dni, wymieni mi piec na nowy i będzie to kosztowało około 3 tys. Przy okazji wytłumaczył mi, że chociaż piece kondensacyjne są dużo bardziej wydajne, to w moim przypadku kupowanie takiego pieca nie ma sensu, bo dużo więcej wydałabym na przebudowę instalacji, niż potem zaoszczędziła na gazie. Nie potrzebuję też żadnego podajnika - okazało się, że po to by leciała z prysznica bardzo gorąca woda wystarczyło nauczyć się obsługiwać baterię termostatyczną (!)

A na dworze jesień. Noce coraz chłodniejsze, więc powoli znoszę do domu kwiaty. Niektóre niesamowicie na tych wakacjach urosły, kaktus przysłania pół okna.

 

I po raz pierwszy poszłam na targ starą drogą, przez park (remontowali go prawie pół roku). Wyburzyli przylegające do parku rudery i pewnie będą stawiać kolejne osiedla. Z mojej perspektywy oznacza to tyle, że w pociągach będzie jeszcze większy tłok

sobota, 21 września 2013
Przeczytane

Małgorzata Rejmer Bukareszt Krew i łzy


Szkoła polskiego reportażu trzyma się mocno.

Oj dobre to bardzo. Co nie oznacza, że miło się czyta, bo zgodnie z zapowiedzią dużo w tej książce krwi i łez.

Dwadzieścia kilka reportaży o dzisiejszej Rumunii, z dużą ilością odwołań do powojennej historii tego kraju.

Rumuński etos narodowy Jagniątko opowiada o pasterzu, który został uprzedzony przez tytułowe zwierzę, że jeżeli nie ucieknie, zostanie zabity przez dwóch towarzyszy. A on z tą wiedzą nie robi nic - nie dlatego, że uważa to co mówi jagniątko za bzdurę, tylko dlatego, że skoro tam "na górze" postanowiono, że taki ma być jego los, to jemu nie pozostaje nic innego, niż się temu poddać. Czytając kolejne rozdziały tej książki, trudno się nie zastanawiać, czy to ten epos przyniósł im pecha, czy też wybrali taki, by pasował do ich narodowego losu.

Nad tym co im zaserwowano po wojnie musiał czuwać duch Drakuli - chyba w żadnym innym europejskim kraju nie budowano socjalizmu z takim instytucjonalnym okrucieństwem i sadyzmem. Co wcale nie przeszkadza zadziwiająco dużej części społeczeństwa tęsknić do tamtych lat. 

Całą resztę egzotyki pewnie można łatwo znaleźć i w Polsce, tylko trzeba by było opuścić swoją bańkę mydlaną.

Ale o tej rumuńskiej, tak jak opisuje ją M. Rejmer, bardzo fajnie się czyta

  


Ignacy Karpowicz Gesty

W porównaniu do niedawno przeczytanych Ości tego autora, Gesty to powieść kameralna. 40-letni reżyser teatralny, obywatel warszawki, robi sobie przerwę w życiu i jedzie do Białegostoku opiekować się chorą matką.

Urlop w pracy, zbliżające się 40-te urodziny, ponowne zamieszkanie w rodzinnym domu i codzienne przemierzanie ulic miasta w którym nadal mieszka część przyjaciół z młodości sprzyja dokonywaniu podsumowań. Przełomowe momenty, analiza (w duchu psychoanalizy, czyli dzieciństwo i młodość) co by było gdyby ...  Przerywnikiem jest zapis bieżących wydarzeń.  

I byłoby to może i banalne, ale dzięki temu że Karpowicz potrafi pisać powieści, banalne nie jest. Warto przeczytać chociażby dla wątku opisującego relacje syn-matka (smutne to, zwłaszcza dla tych, którzy z niepokojem patrzą na gasnących rodziców). Ale nie tylko. To co fajne i trochę inne od tego typu książek "bilansowych" to stosunkowo niska pozycja relacji damsko-męskich -  analizie podlega tylko ta pierwsza wielka z liceum, o innych wiemy tyle, że były. 

Słowem ciekawie i celnie. Kątem oka zauważyłam, że autor nadał powieści określoną konstrukcję - 40 rozdziałów, każdy zatytułowany słowem na literę "g", podobnie jak tytuł i główny bohater (Grzegorz), a sama opowieść snuta jest na szkielecie który tworzą zdania go charakteryzujące (po pierwsze urodziłem się w zimie, po drugie nauczyłem się mówić itd. zaczyna się chronologicznie, ale dalej to nie obowiązuje). Może ta konstrukcja i czemuś służy, bo książkę czyta się bardzo wartko. I nawet nie brakowało mi sarkazmu i ironii co tak spodobało mi się w Ościach, a czego w Gestach nie ma.  

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli