niedziela, 29 września 2013

Mam przerwę w moim codziennym patataj. Wgapiam się w mężczyznę mego życia i moje życiowe problemy zredukowałam do pytania: czy na gwiazdkę kupić mu Lego 10506 czy 10508 (10507 i 10558 już mu kupiłam) - dla nie wtajemniczonych mowa o pociągach Duplo Lego.   

Za chwilę wrócę do codzienności. Ale teraz nawet świadomość, że dałam się zrobić NC+ w konia, nie wyprowadza mnie z równowagi.

A z remanentów:

Byłam na pierwszej części Kabaretu Warszawskiego Warlikowskiego (na drugiej byłam jeszcze przed wakacjami, pierwszej wtedy nie grali, bo M. Cieleckiej coś sie stało z nogą). 


Część pierwsza opowiada o czasach, gdy w Niemczech rodził sie faszyzm. 

Ale ... wiem, że to co powiem jest obrazoburcze i tylko świadomość że jestem daleko od moich ciotek, pozwala mi być tak odważną, ale jak dla mnie, to facet lekko się powtarza.To co na Apolonii robiło wrażenie, tu - gdyby nie możliwość podziwiania kunsztu aktorów - byłoby momentami nudne. Ale dalej dla aktorów i kilku scen, jak najbardziej warto.

 

niedziela, 22 września 2013

Zapowiadają srogą zimę, ale co tam, w tym tygodniu przekonałam się, że i temperaturę -120o da się przeżyć. Przez pierwsze dwa dni nie czułam się dobrze i szukałam dowodów, że ta krioterapia mi jednak szkodzi. Dopiero jak trzeciego dnia spóźniłam się na "zajęcia" i weszłam do komory sama zrozumiałam, że to nie zimno mi źle robi, ale tłok w komorze. Dzięki temu nie tylko mi odpuściło, ale i coraz bardziej mi się to podoba. 

Tyle, że z trudem wychodzi mi pogodzenie pracy, krioterapii i intensywnego przygotowania domu do zimy.   

Przez te całe patataj, na moment zawieruszył mi się zielony kłębek wełny i jak już pogodziłam się, że Galjamo idzie w kąt, bo nigdzie takiej wełny nie znalazłam, odnalazł się. Co było robić - zamiast myśleć o kolejnym projekcie, postanowiłam skończyć nieszczęsne Galjamo. Na szczęście teraz to już prosto w dół, zero kombinowania. Słowem widać światełko w tunelu (wywaliłam dodatkowe wykończenie dołu rękawa i poprzestałam na kolorowym ściągaczu)

 

O kinie mogę tylko pomarzyć. Do teatru poszłam, bo bilety były dawno kupione - zrobiłam sobie i Ańćce taki prezent na imieniny.

 

Nie czytałam książki Danuta W, więc nie mogę ocenić czy można było jeszcze więcej z tej książki "wycisnąć", ale to co zobaczyłam na scenie zupełnie mi wystarczyło. 

Wielka kreacja Krystyny Jandy - nie wciela się kolejny raz w Agnieszkę z Człowieka z marmuru. tylko stojąc na scenie i piekąc szarlotkę (na koniec spektaklu częstuje nią widzów) przez dwie godziny (z jedną przerwą) przykuwa uwagę swoją opowieścią. Jedyne co rozprasza, to niewygodne krzesła.  

Stałe rubryki

Z pamiętnika wk... konsumentki, która w tym tygodniu miała i lepsze chwile

NC+ Jakiś czas temu dogadałam się z nimi na 37 zł/miesięcznie, mieli przysłać umowę, nie przysłali. Przysłali za to fakturę, tyle że wyszło im 75/miesięcznie. Ewidentny błąd, ale znów trzeba do nich dzwonić, odkręcać, brrr... Napisałam o tym nie tylko na swoim "wallu" ale i na stronie klientów NC+, chciałam tak"instruktażowo" zwrócić uwagę by przypilnować ich, by najpierw przysłali pisemną umowę, potwierdzającą umowę telefoniczną, a dopiero potem fakturę. Potem popatrzyłam z boku na dyskusję która się wokół tego wątku rozwinęła i przecierałam oczy ze zdumienia. To nie tak, że nienawiść jest w Nairobi. Jest i u nas.

Piecyk gazowy Do mojego Pana od pieca, którego znalazł jeszcze Kostek, straciłam zaufanie. Zaproponował mi, że za 6,9 tys, wymieni mi piec, który - jak sprawdziłam po jego wyjściu - w internetowym sklepie kosztuje 4,5 tys. Postanowiłam zacząć szukać fachowców w kierunku Żyrardowa, czyli dalej od Wwy i już widzę, że był to dobry wybór. Nowy Pan od pieca coś tam jeszcze przy tym piecu porobił i poradził by go poobserwować, bo może jeszcze będzie z niego pożytek, A w razie czego, w przeciągu 3-4 dni, wymieni mi piec na nowy i będzie to kosztowało około 3 tys. Przy okazji wytłumaczył mi, że chociaż piece kondensacyjne są dużo bardziej wydajne, to w moim przypadku kupowanie takiego pieca nie ma sensu, bo dużo więcej wydałabym na przebudowę instalacji, niż potem zaoszczędziła na gazie. Nie potrzebuję też żadnego podajnika - okazało się, że po to by leciała z prysznica bardzo gorąca woda wystarczyło nauczyć się obsługiwać baterię termostatyczną (!)

A na dworze jesień. Noce coraz chłodniejsze, więc powoli znoszę do domu kwiaty. Niektóre niesamowicie na tych wakacjach urosły, kaktus przysłania pół okna.

 

I po raz pierwszy poszłam na targ starą drogą, przez park (remontowali go prawie pół roku). Wyburzyli przylegające do parku rudery i pewnie będą stawiać kolejne osiedla. Z mojej perspektywy oznacza to tyle, że w pociągach będzie jeszcze większy tłok

sobota, 21 września 2013
Przeczytane

Małgorzata Rejmer Bukareszt Krew i łzy


Szkoła polskiego reportażu trzyma się mocno.

Oj dobre to bardzo. Co nie oznacza, że miło się czyta, bo zgodnie z zapowiedzią dużo w tej książce krwi i łez.

Dwadzieścia kilka reportaży o dzisiejszej Rumunii, z dużą ilością odwołań do powojennej historii tego kraju.

Rumuński etos narodowy Jagniątko opowiada o pasterzu, który został uprzedzony przez tytułowe zwierzę, że jeżeli nie ucieknie, zostanie zabity przez dwóch towarzyszy. A on z tą wiedzą nie robi nic - nie dlatego, że uważa to co mówi jagniątko za bzdurę, tylko dlatego, że skoro tam "na górze" postanowiono, że taki ma być jego los, to jemu nie pozostaje nic innego, niż się temu poddać. Czytając kolejne rozdziały tej książki, trudno się nie zastanawiać, czy to ten epos przyniósł im pecha, czy też wybrali taki, by pasował do ich narodowego losu.

Nad tym co im zaserwowano po wojnie musiał czuwać duch Drakuli - chyba w żadnym innym europejskim kraju nie budowano socjalizmu z takim instytucjonalnym okrucieństwem i sadyzmem. Co wcale nie przeszkadza zadziwiająco dużej części społeczeństwa tęsknić do tamtych lat. 

Całą resztę egzotyki pewnie można łatwo znaleźć i w Polsce, tylko trzeba by było opuścić swoją bańkę mydlaną.

Ale o tej rumuńskiej, tak jak opisuje ją M. Rejmer, bardzo fajnie się czyta

  


Ignacy Karpowicz Gesty

W porównaniu do niedawno przeczytanych Ości tego autora, Gesty to powieść kameralna. 40-letni reżyser teatralny, obywatel warszawki, robi sobie przerwę w życiu i jedzie do Białegostoku opiekować się chorą matką.

Urlop w pracy, zbliżające się 40-te urodziny, ponowne zamieszkanie w rodzinnym domu i codzienne przemierzanie ulic miasta w którym nadal mieszka część przyjaciół z młodości sprzyja dokonywaniu podsumowań. Przełomowe momenty, analiza (w duchu psychoanalizy, czyli dzieciństwo i młodość) co by było gdyby ...  Przerywnikiem jest zapis bieżących wydarzeń.  

I byłoby to może i banalne, ale dzięki temu że Karpowicz potrafi pisać powieści, banalne nie jest. Warto przeczytać chociażby dla wątku opisującego relacje syn-matka (smutne to, zwłaszcza dla tych, którzy z niepokojem patrzą na gasnących rodziców). Ale nie tylko. To co fajne i trochę inne od tego typu książek "bilansowych" to stosunkowo niska pozycja relacji damsko-męskich -  analizie podlega tylko ta pierwsza wielka z liceum, o innych wiemy tyle, że były. 

Słowem ciekawie i celnie. Kątem oka zauważyłam, że autor nadał powieści określoną konstrukcję - 40 rozdziałów, każdy zatytułowany słowem na literę "g", podobnie jak tytuł i główny bohater (Grzegorz), a sama opowieść snuta jest na szkielecie który tworzą zdania go charakteryzujące (po pierwsze urodziłem się w zimie, po drugie nauczyłem się mówić itd. zaczyna się chronologicznie, ale dalej to nie obowiązuje). Może ta konstrukcja i czemuś służy, bo książkę czyta się bardzo wartko. I nawet nie brakowało mi sarkazmu i ironii co tak spodobało mi się w Ościach, a czego w Gestach nie ma.  

niedziela, 15 września 2013
Starości, ty nad poziomy

Nawet nie zdążyłam poosiołkować, czy iść na prywatną fizykoterapię, czy nie - na wizytę u fizykoterapeuty czekałam tylko 4 dni i teraz z marszu zaczynam krioterapię. 10 dni zamrażania. Podobno nic tak nie dodaje skrzydeł i energii jak to. Więc nastawiam się, że będę latać. 

A sił mi potrzeba, bo w tym roku wyjątkowo ciężko znoszę jesienne przygotowania do zimy. Mam: poprawiony taras, zreperowaną zmywarkę, naniesione do domu drewno i odkurzone sufity w Sykstynii:

W tym tygodniu: elektryk, kominiarz, ubezpieczenie domu (instalację anteny odłożyłam  na bok, pan od anteny konsekwentnie nie odbiera  telefonu, ale i tak podjęłam decyzję, że skorzystam z serwisu NC+).  

Ale muszę podjąć  decyzję co z piecem gazowym. Stary niby działa bez zarzutu - pan od pieca spędził u mnie ponad trzy godziny i go wreszcie uruchomił, ale uprzedził, że nie powinnam mieć do niego zbyt dużego zaufania.

Jak weszłam na strony z piecami zgłupiałam, Nie wiem co jest dla mnie dobre: spalanie otwarte czy zamknięte; piec z zasobnikiem, czy bez? A jak jeszcze poczytałam dyskusje użytkowników, zaczęłam się bać: serwisów, awarii, kłopotów. Słowem jeszcze się nie zdecydowałam na kupno pieca, a już się boję tego co mi nowy piec może zafundować.   

Obiecuję sobie, że w przyszłym roku pomyślę  o ogrodzie. Natchnął  mnie ogród Agnieszki. I jej wiciokrzew. 

 

Na razie wyrównałam kawałek trawnika - dalszy ciąg na wiosnę:

Az drutami chyba przekombinowałam. W zasadzie całą niedzielę kolejne moje pomysły w praniu wychodziły "nie tak". Powoli mam dosyć tego Galjamo.

Może jak mi przy okazji mrożenia kości i mózg zamrożą będzie lepiej.

piątek, 13 września 2013
Przeczytane

 Mariusz Urbanek  Jerzy Waldorff. Ostatni baron PRL-u



Po pierwszej książce Mariusza Urbanka, biografii Władysława Broniewskiego,  widziałam że przeczytam wszystkie jego książki. Kolejna, o Jerzym Waldorffie, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziła.
Ja jeszcze pamiętam Waldorffa na żywo. Wprawdzie pisał o muzyce poważnej, czyli o czymś co wtedy dla mnie nie istniało, ale kojarzył mi się z jamnikiem Puzonem, ochroną zabytków  no i oczywiście odnawianiem Powązek. Jak przez mgłę, ale pamiętam awanturę ze Szpilmanem. W  1946 r. nakładem Spółdzielni Wydawniczej „Wiedza" wyszła opracowana przez Waldorffa książka Śmierć miasta. Pamiętniki Władysława Szpilmana 1939-1945. Gdy wiele lat później, z myślą o międzynarodowej karierze została opublikowana na Zachodzie, „zmieniła” autora, zamiast nazwiska Waldorffa, pojawiło  się nazwisko Szpilmana.

Waldorff pisał, że łączyła ich przyjaźń. Syn Władysława Szpilmana, Andrzej - że najwyżej zwykła znajomość (…).   „Z Władysławem Szpilmanem poznałem się i zaprzyjaźniłem w 1938 roku w Krynicy" - wspominał Waldorff. Chodzili - poza niezbyt potrzebnymi, jego zdaniem, kąpielami i okładami z borowiny - na spacery i do restauracji, na koncerty przyjeżdżających do kurortu artystów i na dansingi. „Wbrew temu co napisał, nie przyjaźnił się z Władysławem Szpilmanem przed wojną, co byłoby zresztą dziwne ze względu na ogólnie znane jego przekonania polityczne w owym czasie" - napisał pięćdziesiąt lat później Andrzej Szpilman, wypominając Waldorffowi pochlebną wobec Mussoliniego i faszyzmu Sztukę pod dyktaturą. I nie powstrzymał się przed posłaniem w jego stronę zatrutej strzały: „W okresie powojennym zaangażowanie się w tematykę Holocaustu mogło mieć dla Waldorffa swoiste znaczenie. Jakie? Trudno mi to dziś ocenić". Waldorff i Szpilman byli w Krynicy jeszcze raz, w 1939, krótko przed wybuchem wojny, kiedy głównym tematem rozmów na deptaku było pytanie, czy wojna wybuchnie jeszcze tego lata, czy jednak uda się ją odwlec. Pierwszy wyjechał do Warszawy Szpilman, wezwany przez dyrekcję radia, po nim, jednym z ostatnich pociągów, Waldorff.

 

Gdy czytałam te zdania, przypomniała mi się książka A. Tuszyńskiej Oskarżona Wiera Gran. Cały czas tłucze mi się pod sufitem, dlaczego Szpilman tak się na niej mścił. Jaką tajemnicę zabrała ze sobą do grobu Wera Gran. Może w tym kawałku, między wierszami jest na to odpowiedź?

Czasy się zmieniają ale nadal co poniektórzy mają problem z tą innością Waldorffa. Zaraz po pogrzebie jego partnera, na grobie Jerzego Waldorffa pojawiła się tabliczka z jego  imieniem i nazwiskiem. Niedługo potem na wiele lat „znikła”. Ostatnio znów się „pojawiła”, ciekawe na jak długo.

Ciągle budzi kontrowersje. W wypożyczonej z biblioteki książce, we fragmencie:

Wtedy każdy głos ludzi takich jak on, z autorytetem, z mile łechcącym rodzący się snobizm pochodzeniem, był na wagę złota. Nie dotknął też jeszcze Polski lustracyjny amok ludzi niesionych pasją inkwizytorską, nie zastanawiano się więc, czy prawdziwe są słowa Waldorffa, że nigdy przez prawie pół wieku komunistycznej Polski nie skalał się kłamstwem. „Naszą winą było przemilczanie pewnych rzeczy, lecz nie kłamstwo" - zapewniał.

przy  podkreślonych przy mnie słowach był dopisek: autor „wyborczej”

Jego powojenna historia przypomina nieodległe czasy, w których było przestrzeń dla „autorytetu”, gdy ktoś taki ogłosił w mediach że „tak nie może być”, „coś trzeba z tym zrobić”, był na to odzew i gdy nie wszystkim było wtedy wszystko jedno.

A dziś?
Larum grają.





 

I nic. Cisza (więcej na temat projektu Muzeum  Bitwy Warszawskiej np. tu).

Z kolei mnie, ofiarę Mazowieckich Przewozów Regionalnych,  rozczulił  ten fragment:

Na przełomie lutego i marca 1945 roku Waldorff wyruszył z Ojrzanowa przez Brwinów, Warszawę i Koluszki do Łodzi  (...) Znalazł się na stacji kolejowej wśród kilkunastu innych osób, przytupujących z zimna i niepewnie wypatrujących, z której strony nadjedzie jakiś pociąg; czy nadjedzie w ogóle i przede wszystkim, czy zatrzyma się na stacji. To, kiedy nadjedzie, było mniej ważne, zresztą Waldorff i tak nie miał zegarka, który dawno wymienił na żywność. Pociąg przyjechał dopiero późnym wieczorem, z zachodu, więc była nadzieja, że pojedzie w stronę Warszawy. Kiedy? To znów nie było najważniejsze; znacznie bardziej istotne było znalezienie miejsca w którymś z ciemnych i pozamykanych przedziałów (...) Kiedy pociąg ruszył, zdążył w ostatniej chwili złapać się jakiegoś uchwytu i stanąć na oblodzonych stopniach progu jednego z wagonów. Jechał z duszą na ramieniu, czekając, kiedy, zmarznięty i szarpany gwałtownymi podmuchami wiatru, odpadnie od wagonu na którymś z zakrętów. Gdy wydawało mu się, że dłużej już na pewno nie wytrzyma, pociąg stanął. Usłyszał:
- Warszawa! Dalej nie jedziemy!'

niedziela, 08 września 2013
Walka z materią

Na taki czas mówię: są takie dni, w których nie idzie się do geodety. Za  co się nie wezmę, to porażka. W tym tygodniu zaczynam więc od:

z pamiętnika wk ... konsumentki

Telewizja nadal odbiera tylko gdy jest ładna pogoda. Pan od Anteny się "zmył" i nie odbiera telefonu, bo jak każdy chłopiec nie lubi porażek. Jedyne co jeszcze mi zostało to zamówienie montera z NC+, który albo mi ustawi antenę i weźmie za to odpowiedzialność, albo wyda orzeczenie, że nie da się u mnie ustawić anteny i wtedy mam prawo odstąpić od umowy z NC+, bez ponoszenia kosztów. Monter NC+ przyjedzie z Wwy i nieźle sobie policzy za dojazd. Gdybym od razu korzystała z tego rozwiązania, sporo bym zaoszczędziła, a tak ...

"Podobno" problem jest w drzewach, ale moim zdaniem tak nie jest, obstawiam "nieszczelny" kabel, tylko nikt mi nie wierzy. 


Pan od pieca "nareperował" piec i by dać mi jakąś szczątkową gwarancję, że jak zimą wyjadę do Anglii, temperatura w domu nie spadnie poniżej 10o, wymienił płytę główną. Po naprawie jest gorzej niż było. Wyjście jest jedno, zakup nowego pieca, Tylko właśnie w starym wymieniłam elektronikę .....


W dodatku, wszystkie dostępne na rynku piece są większe od tego który teraz mam, akurat na tym polu w modzie odchodzenie od miniaturyzacji.

Mam jeszcze popsutą zmywarkę ...

Ścigam pana od tarasu, by w ramach reklamacji poprawił balustradę, bo z jednej strony "odchyliła się od pionu - wstępnie powiedział, ze po 20 września przyjdzie ...

Kupiłam w sieci buty bo jedyna czarna para, jaka była w sklepie, była zniszczona  - przysłali mi brązową (akurat tego koloru w sklepie było całe mnóstwo) ...

Nie wiem gdzie popełniam błąd, ale mam wrażenie że na tym polu los wyjątkowo mnie doświadcza.  

 

Jak by tego było mało, w  tym tygodniu zobaczyłam przedsionek piekła - po ponad dwóch latach odwiedziłam moją przychodnię rejonową. Ostatni raz jak tam byłam, można było jeszcze zamawiać recepty w rejestracji i pewnie dlatego nie było większych problemów z dostaniem się do lekarza. Dochodziły wprawdzie do mnie słuchy, że dostanie się do lekarza graniczy z cudem, ale myślałam że to problem złej organizacji w konkretnych przychodniach, a nie cecha całego sytemu. Zmieniłam zdanie gdy zobaczyłam w przychodni nieprzebrany tłum starych, schorowanych ludzi - tego dnia można było z wyprzedzeniem zapisać się do lekarza pierwszego kontaktu (w pozostałe dni miesiąca, można zapisać się tylko na dany dzień i by mieć na to szanse, trzeba  koło 5 rano stanąć w kolejce). Stali tak od świtu i o godzinie 11 ci na końcu kolejki, mieli jeszcze przed sobą spokojnie 2-3 godziny stania.

Uciekłam. Póki co jeszcze nie znaleziono u mnie niczego, czego nie dało by się wyleczyć w ramach podstawowego pakietu prywatnego ubezpieczenia medycznego. Ale taki stan nie będzie trwał wiecznie i prędzej czy później na własnej skórze doświadczę tego, że w ostatnich latach zlikwidowano podstawową opiekę medyczną. A przecież to nie podstawowa opieka medyczna generuje koszty i łatwo wykazać, że w ostatecznym rachunku, obecne rozwiązanie jest dużo droższe niż poprzednie. 


Byłam na Szarotkach, bardzo było nas mało, ale o drutach pamiętam, znalazłam w sieci coś takiego, fajne:

 

No i byłam w kinie na rewelacyjnym filmie

Nie zgadzam się z opiniami, ze ten film jest "gorszy" od Rozstania, bo wtórny, filmy są do siebie podobne, bo łączy je sposób opowiadania o współczesnej rodzinie. Moim zdaniem Farhadi zaproponował nowy gatunek filmowy: thriller rodzinny. 

Tym razem akcja dzieje się w Paryżu. Do głównej bohaterki, matki dwóch dziewczynek, przyjeżdża jej jeszcze-mąż by dopełnić rozwodowych formalności. Przy okazji ma jej pomóc dogadać się z nastoletnią córką - nie jest jej ojcem, ale ma z nią dobry kontakt. W rodzinnych grach bierze jeszcze udział nowy partner głównej bohaterki i jego kilkuletni syn. I tak jak u Farhadiego - za każdym razem gdy wydaje się, że już rozumiemy rodzinną układankę, wychodzi na jaw coś, co wywraca wszystko do góry nogami, czasami o 180o. Kobieta gra  swoje emocjonalne rozwichrzenie tak, że dech zapiera, mężczyźni budzą sympatię, a najmądrzejsze (ale też i najbardziej przegrane) są w tym wszystkim dzieci 

Rewelacja. 

A czytam teraz książkę Mariusza Urbanka o Waldorffie. Jestem na etapie kiedy Waldorff wrócił z Włoch zachwycony faszyzmem Mussoliniego:

Pisanie o sprawach Kościoła jest mało istotne, a o historii zupełnie nie potrzebne. O trójkątach małżeńskich i samobójstwach, to prawda, też pisać nie wolno, ale kiedy Malaparte tworzył sztukę, którą chciał zakończyć samobójstwem, poprosił o zgodę Mussoliniego i już mógł bohatera swego dramatu uśmiercić”.

piątek, 06 września 2013
Przeczytane

 Markus Flohr Gdzie sobota jest niedzielą

Markus Flohr, student z Hamburga pojechał na rok postudiować w Izraelu i gdy wrócił, napisał o tym książkę.

Może dlatego, że jako Niemiec nie czuł się tam zbyt komfortowo, może dlatego, że miał taką naturę, w każdym razie ten rok upłynął mu przede wszystkim na romansach, piciu, paleniu trawy i zabawie. Ktoś - kto tak jak ja - sięgnął po nią oczekując multi-kulti z lekko perwersyjną historyczna nutą, będzie zawiedziony. Trochę tego w tej książce jest, ale tylko trochę i stanowi jedynie tło dla opisów kolejnych eskapad naszego zabawowego studenta.

A to co nasz student uważa za niesamowicie zabawne i wyjątkowe, ktoś odrobinę nawet starszy od niego, skwituje jednym zdaniem: nihil novi sub sole. 


Jakub Janiszewski Kto w Polsce ma HIV


Po przeczytaniu tej książki nadal nie wiem kto w Polsce ma HIV (to, że nikt tego nie wie i dlaczego tak jest, wiedziałam już wcześniej, nie musiałam czytać tej książki). Trudno też powiedzieć do kogo ta książka jest skierowana - ci z liberalnej półki, tej na której siedzi K. Janiszewski, o tym o czym pisze wiedzą, ci z przeciwnych okopów, nie wezmą jej do ręki (a szkoda). 

Bardzo smutna książka.  I to nie dlatego, że przytoczone są w niej  dramatyczne ludzkie historie. Bardziej dołujący jest główny temat książki: opowieść o tym w jaki sposób diagnozuje się u nas problem społeczny, a  potem go rozgrywa. Nie jest to wprawdzie monografia polskiego Hiv-a, ale wątek historyczny był dla mnie zdecydowanie najciekawszy (warto "przeżyć jeszcze raz Laski, Kawęczyn, akcje Kotana, itp.). 

Jeżeli chodzi o to jak jest napisana - wolę słuchać K. Janiszewskiego, niż czytać. Brakowało mi chyba jakiegoś spuentowania. W pewnym stopniu książka jest też homocentryczna i jeżeli się ją niezbyt uważnie czyta, pozwala zachować złudzenia, że Hiv to "ich" problem. 

Czas pokaże, kto w Polsce ma Hiv-a. Na razie zamietliśmy pod dywan i  udajemy, że nie ma problemu. Ale też nie ma co się od razu samobiczować, są i lepsi od nas - np. Węgrzy uznali, że u nich nie jest to duży problem, bo oni z natury są ta tego wirusa odporni.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli