niedziela, 27 września 2015

Ręce opadają. Ciekawe czy na peronie w Pruszkowie będą świętować rocznicę rozpoczęcia przebudowy przejścia:

Postawili tablice, bo Unia kazała, ale że kazała tylko robić, a nie zrobić to robota "wre": 

Zdjęcia zrobiłam koło 15 - przez ponad 20 minut nikogo, poza tym panem (który cały czas siedział), nie udało mi się zobaczyć.

 

Byłam u Joluśki na działce

W środku przybywa odrestaurowanych przez nią znalezionych na śmietnikach mebli (takie ma hobby)

Na zewnątrz rosną grzyby - tyle zebrała gdy wyszła na półgodzinny spacer (nie żadne knieje, lasy pod Grójcem):

Potem poszłyśmy razem do lasu, ona dalej zbierała grzyby, ja widziałam tylko muchomory

I kolejny raz na własne oczy przekonałam się, ze ustawa śmieciowa nie działa: lasy nadal są wysypiskiem śmieci.

Dalej, przynajmniej raz w tygodniu zakładam na siebie coś własnoręcznie zrobionego. Tym razem, jeden z moich ulubionych kardiganów.


A ponieważ na zdjęciu nie widać jak ten sweter jest piękny przypominam:

Chciałabym zrobić coś, z czego bym była tak zadowolona jak z tego swetra.

Zaczęłam wprawdzie kolejna chustę, ale już widzę, że nie będzie moją "ulubioną". Robocza nazwa to Nielejsik. Plan był taki, by we wzorze nie było śladu ażurów: oczka na środku miały być dodawane tak, by nie było widocznych "dziur", ale bez nich nie widziałam gdzie jest środek i cały czas się myliłam,  zrezygnowałam więc i poszłam na kompromis. Tyle, że w tym samym momencie przestałam już tę chustę tak lubić.  

W tym tygodniu rusza sprzedaż biletów na Warszawski Festiwal Filmowy. Dwa lata pod rząd, byłam  w tym czasie w Londynie. Teraz znów mam zamiar kinowo "zaszaleć"  Jutro idę po program i zaczynam studiować. 

środa, 23 września 2015
Przeczytane

dobra książka

Narzeczona Schultza Agata Tuszyńska

 

Jak do tej pory, najlepsza z przeczytanych przeze mnie w tym roku książek.

O Junie Szelińskiej, kobiecie, która w latach 1934-37 była narzeczoną Bruno Schulza. Nie mogąc z nim dojść do porozumienia odeszła, a on za nią nie pobiegł (od tego czasu jeszcze tylko dwa razy przelotnie widzieli się na ulicy). W czasie wojny, mieszkając w Warszawie na aryjskich papierach, Juna usiłowała mu pomóc, ale - chociaż wszystko było zapięte na ostatni guzik - nie zdążyła go uratować. Po wojnie zamieszkała w Gdańsku, pracowała jako bibliotekarka, żyła samotnie, unikała ludzi. Przeżyła Schulza wiele lat, zmarła na początku lat 90-tych.

Bardzo ciekawie wypada porównanie tej książki z książką Magdaleny Kicińskiej: Pani Stefa.

W obu przypadkach zachowało się bardzo mało źródeł. Kicińska co krok zostawia czytelnika z białą kartką, otwarcie pisząc: nie wiadomo, nie zachowały się żadne dokumenty. Natomiast Tuszyńska wczuła się w Junę i w jej imieniu mówi, co czuła co myślała, jakie miała pragnienia. Tyle, że trudno tę książkę nazwać biografią, a o literaturę faktu ta książka się jedynie ociera.

Dla mnie jest to bardzo dobre studium kobiety, która buduje siebie wokół straty, całe długie życie nosząc w środku żałobę. Jako "wdowa" ma swojego mężczyznę  tylko dla siebie, za życia było z tym różnie, po śmierci jest już tylko jej.

Niemym bohaterem tej opowieści jest oczywiście Schulz zestawiłam dwa zdjęcia wejścia do jego domu w Drohobyczu (to drugie jest zrobione już po wojnie).

W jednym miejscu się zacięłam. Agata Tuszyńska jest mniej więcej w moim wieku. Stąd nie rozumiem, jak może wspominając kazanie Wyszyńskiego z sierpnia 1980 roku pisać, że już niedługo Karol Wojtyła zadziwi świat   - przecież on już wtedy od kilku lat był papieżem. A nawet jak Tuszyńską zawiodła pamięć, dziwne że nie zauważył tego żaden redaktor.

niedziela, 20 września 2015
Wpis dedykowany Mońkowi

Blog nie służy mi do rejestrowania mojego życia, ale raz na jakiś czas ...

poniedziałek

Nominacji do Oscara Maryl Streep za ten film nie dostanie ...

Gra podstarzałą gwiazdę rocka, która w dzień pracuje jako kasjerka w supermarkecie, a wieczorami występuje w jednej z podrzędnych knajp LA. Kiedyś by wieść takie życie odeszła od męża, z którym została trójka ich dzieci. Teraz, wezwana przez byłego męża, jedzie pocieszyć córkę, która nie potrafi poradzić sobie z tym, że została porzucona przez męża.

Bajka, ale już bez tego wdzięku jaki miała Mamma Mia.

Poszłam dla Maryl Streep. Tak samo chodzę na Woody Allena i też zazwyczaj nie wychodzę zadowolona z kina.

wtorek

Pierwsze spotkanie Kolacyjnego Klubu Dyskusyjnego

 

Szukamy formuły.

Joanna myśli kameralnie, Gabi szeroko, ja z Marianną nie mam zdania. Miało nie być o życiu, a było. Zrobiony przez Gabi kisz był tak dobry, że żadna się nie krygowała, że nie weźmie dokładki - wymiotłyśmy co do okruszka.

Następne spotkanie za miesiąc u Marianny. Mamy do tego czasu przeczytać jedną z książek Carlosa Castanedy, a jak się uda to i Ayn Rand.

środa

Dzień dla domu, rachunków, prania, prasowania. Słowem proza życia. Z rzeczy dla ducha - recenzja  Kacicy

czwartek - niedziela

Początek weekendu w Auschwitz (Iwona zapytała dlaczego używam tej nazwy, ale dla mnie Oświęcim to miasto, nie obóz). 

Wieczorem przed wyjazdem, pomogłam w czyszczeniu klatek myszoskoczków.

I nie ukrywam, że widząc ile czasu trzeba raz w tygodniu poświęcić na czyszczenie ich klatek (inaczej śmierdzą), podziwiam tych, co trzymają je w domu. Mnie by się nie chciało.

Z psami przynajmniej jest  kontakt. Z tym, że też na koniec niewiele mają do gadania, oprotestowywały nasz wyjazd kładąc się jak Rejtan, ale nic nie wskórały.


Zamieszkaliśmy w budynku dawnych koszar, na terenie muzeum.


Z okna pokoju widziałam nieprzebrane tłumy turystów - podobno jest tak cały czas. Nie wiem czy to dobry pomysł, że wejście nic nie kosztuje. Przy tej liczbie zwiedzających nawet symboliczne 5 zł, dałoby sumę, która pozwoliłaby na ogarnięcie otoczenia - teraz jest ono bardziej niż przaśne.

Jak zobaczyłam, w jakiej odległości od ogrodzenia muzeum jest ta brama, uświadomiłam sobie rozmiar kompromitacji firmy ochroniarskiej. Oni musieli ją nieść przez kilkaset metrów.


Sam Oświęcim to bardzo ładne miasto. 

Ma zamek z bardzo ciekawym, multimedialnym muzeum. W nawiązaniu do ubiegłotygodniowej lektury wzięłam tam do ręki katowski miecz - nie wiedziałam, że był tak ciężki.

 

Na jednym z osiedli (20 minut marszu od rynku) są murale według projektów Olbińskiego i Pągowskiego.

Można też zwiedzić odrestaurowaną synagogę. Urządzono ją kilka lat temu, ale meble zostały tak dobrze zrobione, że wygladają na stare.


Miasto jest dziwnie puste. Na ulicach niewielu mieszkańców. Kłębiące się przy wejściu do obozu tłumy turystów, po zakończeniu zwiedzania jadą gdzieś dalej.

W sobotę na rynku była prezentacja miejscowych NGO-sów. Było tak mało osób, że miałam wrażenie, że są tylko "wystawcy". Zobaczyłam za to pierwszy drewniany rower (wszystkie brązowe części są z drewna). 

W niedzielne południe, gdy zabrakło stoisk, na rynku nie było prawie nikogo.

Do zdjęcia pustego rynku dokleiłam zdjęcie zabytkowej kamienicy obłożonej sidingiem - łyżka dziegdziu wśród ładnie odrestaurowanych kamieniczek.

Jeżeli chodzi o realizację jesiennego postanowienia: tym razem wyciągnięty z szafy wrapek:


Wstępnie  tym tygodniu miałam jeszcze w planie:

- niedzielne Szarotki

- kino z Aśką

- jeżeli nie rozkminkowanie do końca, to przynajmniej dokonanie potężnego kroku do przodu w opracowaniu wzoru na róg bordiury".

Ale na wszystko czasu mi nie starczyło.

środa, 16 września 2015
Przeczytane

Kacica Pavel Kohout

Książka z tych zapadających w pamięć. Skrzyżowanie filmu Zelenki z mroczną powieścią sado-szpiegowska.

Tytułowa kacica, to niezbyt rozgarnięte nastoletnie dziewczę o powalającej anielskiej, urodzie, które razem z sześcioma chłopakami zaczyna naukę w eksperymentalnej szkole dla katów.

Duża część książki to strony poświęcone różnym sposobom zabijania (z solidnym rysem historycznym), w tym opisy przeprowadzanych na  manekinach, czy zwierzętach zajęć praktycznych (momentami dość makabryczne). Ale też jest to bardzo czeska powieść: dużo tu sarkazmu, pogodnego, pełnego pobłażania podejścia do ludzkich słabości. Gdyby nie "temat",  chwilami byłoby to nawet bardzo śmieszne. Niezależnie od tego, książka jest też i rozliczeniem z  charakterystycznym dla minionej epoki konformistycznym przystosowaniem.

To co trochę mi przeszkadzało (też i irytowało), to struktura tej powieści. Jak dla mnie jest trochę przekombinowana, Śledząc rozwój wypadków, nagle - jeszcze zanim dowiemy się jak to się skończyło - przenoszeni jesteśmy gdzie indziej: do kolejnych zdarzeń, czy retrospekcji (dzięki tym ostatnim dowiadujemy się jak żałośni i mali są najbardziej okrutni bohaterowie tej opowieści, zawodowi kaci).

Ale - zwłaszcza pierwsza połowa książki, jest dobrze napisana. Mariusz Szczygieł poleca. Więc raczej warto

niedziela, 13 września 2015
Zmarnowane wieczory, czyli kolejna druciana porażka

Dostałam wzór bordiury z poprzedniego wpisu  - był kiedyś opublikowany w niemieckiej BurdzieBez wzoru nie wpadłabym na to, że robi się ten szal w takiej kolejności:

D

- myślałam, że robi się jednym ciągiem, odpowiednio "zakręcając" na rogach.

Postanowiłam zacząć od modułu "bok 1" (bardzo pomogła mi Ewa, dając tłumaczenie niemieckich określeń symboli oczek), ale nic mi nie wychodziło. Po jakimś czasie doszłam do tego, że to nie ja jestem głupia, tylko liczba oczek na "wejściu" nie zgadza się z liczbą oczek na "wyjściu". Teoretycznie "bok 2" powinien być symetrycznym odbiciem "boku 1", ale nie był. W dodatku w nim też się nie zgadzała liczba oczek. Więc jak Ewa potwierdziła, że w obu wzorach są błędy, dałam sobie spokój.

W tej sytuacji postanowiłam opracować "zakręt" samych listków - znalazłam  w sieci wzór i metodą bardzo czasochłonnych prób i błędów:

zdecydowałam się na to, że baza mojej bordiury będzie wyglądać tak:

Teraz czas na opracowanie pomysłu na róg.

Usiłując sobie to  zwizualizować zadania, zrobiłam jeszcze takie coś:

I dumam.

Nie tylko nad tym, również i nad tym, czy oby na pewno mam aż tyle wolnego czasu, by go przeznaczać na tak pracochłonne "studia".

Nie wiem czy wytrwam w swoim postanowieniu, ale postanowiłam raz w tygodniu ubrać się w coś przez siebie zrobionego - na początek Namiocik (Gumiś powiedział bym dała sobie spokój z dolnym wykończeniem, więc robotę uznałam za "zakończoną").


(zwracam uwagę na cudowne różowe zamszaczki, będące clue tej stylizacji).

Tyle, że jak tak dalej będę jeździć do Gumisia, to przestanę sobie robić zdjęcia, bo jeden pobyt oznacza przyswojenie tygodniowej porcji kalorii

Zrobiłam też zdjęcia domków myszoskoczków:


Domki śliczne i kolorowe, ale podstawki na trociny by nie trzeba było wsadzać ich w większe pudła, nie wymyślili ...

niedziela, 06 września 2015
Być jak Agnieszka

W tym tygodniu Gumiś przerwał moją litanię jak to ja się z niczym nie wyrabiam, tekstem: a Agnieszka na wszystko ma czas. Trójka dzieci (w tym cudownie wychowane, fantastyczne 9-letnie bliźniaki), bardzo wyczerpująca praca, jak jest - kilkanaście godzin na planie, jak nie ma - realizowanie porozrzucanych po mieście zleceń. A do tego sporty, codzienna gimnastyka, mega-zadbanie, huk przeczytanych książek, intensywne życie towarzyskie. Nawet gdybym nie spała, nie wykonałabym połowy tego co ona. A u niej jeszcze uśmiech i relaks.

No to się weekendowo zawzięłam:

  • umyłam połowę okien i jesiennie domyłam i posprzątałam połowę domu.
  • umówiłam się na wymianę pękniętych płytek, ocieplenie wejścia na strych i do piwnicy oraz odchwaszczenie dachu.
  • pocięłam na sadzonki następną dracenę (jukki mi szkoda, bo jak na razie zeszłotygodniowe rozsady robią wrażenie jakby usychały) i przesadziłam kolejne kwiaty.

i padłam, resztę dnia spędzając leniwie przy komputerze.

Nie jest dobrze na drucianym odcinku.

Skończyłam Namiocik:

Tak naprawdę, o tym czy jest skończony zadecyduje Gumiś: u dołu miała byc taka sama obwódka jak u szyi. Ale - ponieważ delikatnie mówiąc Namiocik mojego zachwytu nie budzi - nie wiem czy z przeznaczonej na to wełny nie zrobić czapeczki.

Namiocik jest tylko częścią mojego drucianego kryzysu. Nie chodzę w tym co robię, bo większość rzeczy mi się nie podoba: albo są za ciasne (te oddaję), albo wyszło nie tak jak chciałam (do tej kategorii zalicza się Namiocik), albo ja się sobie w tym nie podobam.

I teraz jeszcze tak się porobiło, że co "wezmę na druty", to "wizualizuję" i odkładam na bok.

Niby z szalami powinno być prościej, ale i na tym odcinku porażka. Nie udało mi się rozpisać znalezionych w sieci bordiur (tu z Pinterestu fajne rozwiązanie na róg, próbowałam rozpisać, ale mnie to przerosło):

A te co mam mi się, albo nie podobają, albo do niego nie pasują.

Body szala wyszło węższe niż chciałam, więc szukam szerszego obramowania niż to co jest we wzorze:

Ale z kolei szersze bordiury muszą uwzględniać "zakręty" na rogach, takie proste marszczenie przy może nie wyjść.

Zaczęłam robić kolejny szal, trójkątny więc nie będzie problemu z obramowaniem. Ale już na wstępie nie podoba mi się "skarpetkowatość" tej włóczki. Wychodzi taka szydełkowata (to u mnie nie jest komplement).


Więc raczej pójdzie do prucia.

Nastała jesień. W tym jesiennym klimacie poszłam na zorganizowany przez Towarzystwo Przyjaciół Brwinowa spacer.


 

Na brwinowskim cmentarzu urokliwe jest przemieszanie starych i nowych grobów (na zdjęciu grób z 1924 roku z zachowanym, dalej czytelnym, zdjęciem). Bardzo dużo opuszczonych, czasami i zapadniętych grobów, których nikt nie remontuje, ani nie likwiduje. Widocznie jest jeszcze miejsce. Cyklicznie organizowane spacery polegają na odwiedzaniu grobów co bardziej zasłużonych mieszkańców. Chyba wolałabym spacer ulicami miasteczka. Ale takich nie ma.

 

uśmiech na twarzy zazwyczaj wk .... konsumentki 

Jednak nie jest tak tragicznie jak myślałam. Ponieważ mam prenumeratę GW:

dostęp do repertuaru kin może Pani uzyskać poprzez czytnik online w serwisie Publio.pl Repertuar zawsze jest publikowany w każdy piątek w dodatku "Co jest grane" Po otwarciu czytnika ukazuje się wydanie krajowe z danego dnia ...

W kinach totalna bryndza.

Wrzesień, premiera powinna gonić premierę, a w kinach są tylko dwa filmy które wytypowałam jako warte obejrzenia, w dodatku w przyszłym tygodniu żaden o "dobrej porze". Dobrze, że na ten trafiłam:

Skandynawski "monthy pyton". Półtoragodzinna sekwencja luźno ze sobą powiązanych scenek. Niektóre z nich to perełki. Ale niektóre, nie wszystkie.  

sobota, 05 września 2015
Przeczytane

Patrząc na siebie widzę głęboki sens w radiowych audycjach o książkach, coraz częściej zaraz po wysłuchaniu zabieram się za czytanie.

 

Batory. Gwiazdy, skandale i miłość na transatlantyku Bożena Aksamit

 

Batory wypłynął w swój pierwszy rejs w kwietniu 1936 roku. I dopóki dowodził nim kapitan Eustachy Borkowski, ani nie było na nim nudno, ani też żadna opowieść o tamtym czasie nudna być nie może. Dziś też pewnie są ludzie o takiej fantazji, ale nikt nie pozwoliłby im dowodzić jachtem, a co dopiero transatlantykiem,

Gdy we wrześniu 1939 roku Borkowski zszedł ze statku, para wyleciała z komina. Trudno w tej konwencji pisać "ciekawie" o wojnie, więc spokojnie płynęłam przez te lata. Czasy powojenne to historia ludzkiej podłości, chwilami tylko przetykana pokładowymi anegdotami. Tu książka się trochę "rozłazi" - może też jest to spowodowane  tym, że próba "upchania" na 300 stronach tematu na wielką monografię nie mogła się zakończyć pełnym sukcesem.   

Pełnym, bo też nie tak, że jak Borkowski przestaje dowodzi statkiem, to nie warto dalej czytać. Książka to kawał historii, takiej bez lukru.

A tak na marginesie, łyżka dziegciu do landrynkowej wersji opowieści o II RP.

Zachowała się z tamtych czasów relacja stołecznego inspektora policji, który przyjechał skontrolować sytuację po pogromie w Brześciu. Donosił on do Warszawy, że w budynku komendy policji spotkał funkcjonariusza, który prowadził Żyda na smyczy. Jak psa. Działacz PPS i inicjator powstania „Rocznika Statystycznego”, Tadeusz Szturm de Sztrem, opowiadał o pobycie w malutkim miasteczku na Kresach, gdzie miejscowy policjant zakazywał Ukraińcom chodzenia po chodnikach.

 

 Być Esther Miriam Karmel

Urocze czytadełko. W sam raz dla osób w moim wieku.

Tytułowa Ester ma 83 lata i powoli żegna się z życiem. Wspomina życie, które minęło jej bez większych burz, tęskni za zmarłym mężem, odhacza odchodzenie kolejnych bliskich z jej otoczenia i żżyma się na córkę, która najchętniej widziałaby ją w domu starców.

Temat melancholijny, ale opowiedzinay z humorem i dsytansem. Aż szkoda, że ta opowieść jest taka krótka.

 

Wrześniowe czytanie Szczygła 

 

Mam za sobą najnudniejszy z dotychczas przeczytanych: socrealistyczny odcinek.

1950 Michał Krajewski Ludzie rusztowań.

O warszawskich murarskich trójkach

1950 Maria Dąbrowska W "Parowozie" 

Zapis tego, co zaobserwowała po otrzymaniu trzymiesięcznej przepustki do warszawskiej fabryki parowozów. Gdyby reportaż został opublikowany w pełnej wersji w 1950 roku. miałby wartość rewolucyjną. Ale stało sie to wielu latach. Dziś jest tylko archaiczny, bo jednak nawet mimo swoich nieprawomyślnych treści, czuć socrealistyczną patynę.

1951 Jerzy Ros Stalowe źródło siły

Czysty socrealizm. O hucie w Częstochowie

1955 Ryszard Kapuściński To też jest prawda o nowej Hucie

Reportaż o którym już wcześniej słyszałam - polemika z Poematem dla dorosłych Ważyka. Teraz go przeczytałam. Phi, nic nie zapowiada późniejszego autora Cesarza.


Mimo upływu lat, początek nowego roku szkolnego to dla mnie dalej jest to ten bardziej "prawdziwszy"  początek roku. Z tej okazji przyjrzałam się moim czytelniczym postanowieniom i nie jest dobrze. Analogowy stosik miał maleć, a się rozrasta. Postanowiłam więc zintensyfikować czytanie analogów, tym bardziej że kupiłam najnowszą Tuszyńską, a jak już byłam w księgarni to i Grzebałtowską (nie ma ich na tym zdjęciu, podobnie jak biografii Cywińśkiej - są u "ludzi").


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli