wtorek, 27 września 2016

W tym tygodniu zdobywałam sprawność opiekunki. Przy okazji uświadomiłam sobie, jak bardzo rozrósł się we mnie gen egoizmu. Kot jest fajny, ale nawet w sobotę i niedzielę bezlitośnie budził mnie o siódmej rano.

Pies lubił wprawdzie rano pospać, ale lubił też chodzić na długie spacery. A ja niekoniecznie. Nie mam samochodu, nie muszę w ten sposób nabijać kroków. 

Słowem w domu pusto, ale chyba tak wolę. Pogadać to sobie mogę przez telefon. Dodatkowo, po raz pierwszy od dawna żyłam w rytmie praca-dom, żadnego skrętu po drodze w bok. Też mi to nie przypadło do gustu.  

Zanim zaczęłam być opiekunką, zdążyłam pójść do kina.  

Geniusz


Oparta na faktach historia przyjaźni nowojorskiego redaktora literackiego (gra go Colin Firth, to dla niego poszłam do kina) z Thomasem Wolfem. Redaktor zajmuje się wyszukiwaniem talentów i ma na swoim koncie spore sukcesy: Hemingway, Fitzgerald. Wolf ma nadzieję, że gdy w niego uwierzy, podzieli ich sukces. I tak się dzieje. Ale Wolf jest bardzo trudnym partnerem w tej przyjaźni.

Popis gry aktorskiej i bardzo fajnie pokazana ówczesna Ameryka.

Po opiekuńczej szychcie wybrałam się na koncert. Szkoda, że jak tylko skończyły się Szalone Dni Muzyki, Plac Teatralny znów zaczął pełnić role miejskiego parkingu. Z zielenią, nawet taką z rolki i w doniczkach, jest mu dużo bardziej do twarzy. 

 

Na koncercie, na którym byłam, grali nie tylko utwory znane nawet takim antymelomanom jak ja. Był i bęben taiko. Pan Japończyk wyszedł ubrany bardzo inaczej od reszty orkiestry (jak zaczął grać to zdjął nawet i ten kubraczek) i zapamiętale walił w wojenny bęben, a orkiestra dawała lekki tusz. Bęben był biało-czerwony, grzmiało tak, że przypominały mi się ekranizacje Hoffmana i jestem więcej niż pewna, że byłby piękną ozdoba na urządzanych ostatnio okolicznościowych imprezach. Pasuje nie tylko kolorystycznie.

 

Rękawiczki w ptaszki sprułam - były za ciasne, ale są dalej w planie. W przerwie postanowiłam zagospodarować szary Rowan tweed, co miał być w jednym odcieniu, ale nie był. Tym samym został skazany na żakard. Miała być z tego długa kamizelka, ze skośnymi paskami, ale mi nie wychodziło.

Po kilku wieczorach prób, zdecydowałam się na kombinację tych dwóch żakardów:

I robię.

Jak zwykle do pierwszego prucia.

niedziela, 18 września 2016

Jesień, czas pożegnań. Po tym jak rudy, mały kociak sąsiadów, pognał mi bażanta, więcej już chyba do mnie nie przyleci.

Moim zdaniem, bażant robił sobie międzylądowanie w moim ogrodzie, bo miał pewność, że żaden pies, czy kot, mu nie będzie przeszkadzał.  

dobry film

Szkoda, że tak dobry film może przejść niezauważony. To na niego powinni pójść uczniowie polskich szkół.

Już poprzedni, wyświetlany w Polsce film Zelenki, Bracia Karamazow, zapadał  głęboko w pamięć. Tym razem, nie Dostojewski, a wydarzenie historyczne - rocznica układu w Monachium.

A może to jak piszą o tym historii to nieprawda, bo wszystko przesłoniły czeskie kompleksy? Może Benesz widział więcej i dalej?

Aktualne do bólu. No i Zelenka, więc fajnie się to ogląda. Głównym bohaterem jest papuga żako (która, jak łatwo można się domyśleć, często zabiera głos).

Może jestem przeczulona, ale to chyba nie przypadek, że tak został przerobiony plakat Boskiej Florence.  

Kolejny popis gry Maryl Streep.

Jeżeli chodzi o fabułę - cały czas porównywałam ten film z niedawno obejrzaną Niesamowitą Marguerite. Chyba historia opowiedziana w tym ostatnim - Francja, lat 20-te, bogata arystokratka, podpuszczona przez dwóch dziennikarzy, zaczyna wierzyć w moc swojego głosu - bardziej mi się podobała. Ale to była fikcja, historia Florence Foster była w nim jedynie inspiracją. Boska Florence odwołuje się do rzeczywistej historii. Ostatni z głównych bohaterów zmarł w 1980 roku. Ale z kolei w tym filmie gra Maryl Streep. I czego chcieć więcej?

Nie trzeba słuchać radia (o TVP nie wspominając), by przekonać się, ze żyjemy w domu wariatów. Wystarczy pójść na pocztę. 

Wprawdzie ja bym wolała, by zamiast tak epatować przywiązaniem do wiary, zadbali o to, by dochodziły kartki z wakacji i zwykłe listy, ale chyba za dużo wymagam.

Na szczęście wokół mnie sami normalsi.

Łada kupiła psa, przepięknej urody seterzycę. Poszłam ją popodziwiać, a przy okazji wzięłam do ręki książkę o estońskim rękodziele.

Nigdy bym nie pomyślała, że w archeologicznych wykopaliskach dokumentują swoją sztukę dziewiarską. 

Z kolei u Joluślki popatrzyłam na to, co udało jej się złożyć z pozbieranych na ulicy kawałków wyrzuconych mebli. 

Ta turkusowa tapicerka to też jej robota. 

Gumisiowi wyrosły w doniczkach pomidory jak bulwy - byłam przekonana, że w doniczkach rosną tylko koktajlowe. 

A ja w nie tak dalekiej przyszłości jadę do Wietnamu - lądujemy w Sajgonie, wylatujemy z Hanoi. Lot zajmie nam dobę (można i w 13 godzin, ale kosztuje to dwa razy drożej). 36 lat temu, na progu dorosłego życia, zwiedziłyśmy z Ańćką stopem Europem. Teraz, na progu starości, udajemy się w kolejną wędrówkę, tym razem z Joluśką.


Ahoj przygodo.

Ale to jeszcze chwila. Po skończeniu kamizelki


zrobiłam czapkę (w przyszłości będzie jeszcze pompon) i zaczęłam rękawiczki


piątek, 16 września 2016
Przeczytane (39)

dobra książka 

Vernon Subutex cz.I Virgine Despentes 

Książka okrzyknięta najlepszą powieścią francuską 2015 roku.

Bezrobotny Vernon Subutex, ma 50 lat i właśnie eksmitowali go z mieszkania. Wcześniej prowadził dość znany sklep z płytami. Dalej ma sporo znajomych, niektórzy nawet sobie dobrze radzą. Dzięki tym znajomościom, lepiej lub gorzej, ale dość rozpaczliwie, próbuje się utrzymać na powierzchni i nie wylądować na ulicy. 

Współczesny Paryż widziany jego oczami. Ale to nie jest kolejny Houellebecq. Nie tylko dlatego, że nie epatuje seksem. W porównaniu do Houellebecq'a mniej w tej książce egzystencjalnej zadumy, za to dużo więcej ciekawych, barwnych postaci Ale ten sam bezduszny świat, w którym na półkach stoją ładne rzeczy, a w którym trudno jest żyć. Optymizmem nie wieje. 

dobra książka 

Szczygieł Donna Tartt

Tak po prostu dobra powieść

Głównego bohatera, Theo Deckera poznajemy w wieku 13 lat gdy w nowojorskim muzeum, w zamachu terrorystycznym ginie jego matka. On sam wychodzi z tego bez szwanku, nie zauważony przez nikogo wychodzi z muzeum zabierając ze sobą ukochany obraz matki, tytułowego Szczygła. 

Po śmierci matki Theo zostałał zupełnie sam  - mieszkał tylko z nią, nie utrzymywali kontaktów z rodziną.  Skazany na pomoc obcych ludzi, usiłuje sobie dać radę ze stratą. Wiele komplikuje, wyniesiony przez niego z muzeum obraz. Rozstajemy się z nim, gdy jest już dorosłym mężczyzną. 

Książka jest przede wszystkim świetnie napisana. Jest w niech wszystko: galeria ciekawych postaci, wciągająca warstwa przygodowa, wątek kryminalny. W tle obraz współczesnej Ameryki.

Dawno mnie tak coś nie wciągnęło. I długo trzymało - książka ma 900 stron. 


Jedenasta powieść, osiemnasta książka Dag Solstad 

Podobała mi się książka Solstada  Noc profesora Andersena, więc z apetytem zabrałam się za kolejną książkę tego autora. Ale to nie to.

Znudzony bezpieczną i monotonną egzystencją bohater, zostawia rodzinę i przenosi się z Oslo do mniejszej miejscowości. Tam prowadzi z zewnątrz wyglądające na udane życie, które też go po pewnym czasie go nuży. Tym razem, zamiast do kolejnej kochanki, ucieka na wózek inwalidzki, fingując - w porozumieniu z lekarzem - wypadek. 

Przeczytałam do końca i nie wiem po co to zrobił. Bo poza chwilową nagrodą, że udało mu się wykiwać otoczenie, żadnych profitów mu to nie przyniosło. Może czegoś nie zrozumiałam.

niedziela, 11 września 2016

Ostatni Almodovar mnie nie zachwycił

Ale i nie zniesmaczył, jak jego poprzedni film: Przelotni kochankowie.

Nawet myślę, ze Julieta by mi się podobała, gdybym nie widziała jego poprzednich filmów, bo oglądając ten film  miałam wrażenie, że oglądam kolaż zrobiony z jego starych filmów. Julietta ma około pięćdziesiątki i wygląda na to, że ułożyła sobie wreszcie ponownie życie, ale zamiast kroku do przodu, robi krok w tył. Przypadkowe spotkanie z przyjaciółką córki otwiera nie zagojoną ranę - 10 lat temu, jej córka jak tylko osiągnęła pełnoletność  bez uprzedzenia zerwała z nią kontakt i zapadła się gdzieś ziemię. Po tym przypadkowym spotkaniu, Julietta zamiast układać sobie przyszłość, wraca do przeszłości ...

Jest czerwień, dobra gra aktorska, sprawnie snuta intryga. Tyle że ten film jest przeraźliwie poprawny. A nie tego oczekuje się idąc na Almodovara. 

Miles Davis in ja

Lubię sobie posłuchać czasami jego trąbki, więc poszłam zobaczyć jakim nieciekawym był człowiekiem. To co jest fajne w tym filmie, to że nie opowiada o życiu Milesa Davisa, tylko pokazuje ważny moment w jego życiu, po pięciu latach milczenia i odcięcia się od świata, Miles Davis powoli wynurza się na powierzchnię. Retrospekcje, pomagają zrozumieć to co widzimy na ekranie. Prawdopodobnie całą ta historia jest bardzo luźno oparta na faktach i więcej tu wyobraźni scenarzysty, niż życia Milesa Davisa. To akurat nie byłby żaden zarzut, gdyby skoro i tak zrezygnowano z wiernego odtwarzania historii, większy nacisk był położony na to by opowiadana na ekranie historia wciągała w swój nurt. A tymczasem momentami niemiłosiernie "haczy". Przez są w tym filmie kawałki świetne, są beznadziejne. Ale muzyka w tle - cały czas tak samo dobra.

Z poradnika babci trendsetterki 

Nie wiedziałam że robienie dzwonków do telefonu jest takie proste. Nie trzeba niczego instalować. Wszystko można zrobić on-line.

  1. Na Youtube wyszukuje się swoją ulubioną piosenkę, wciska się  "udostępnij", pojawia się link, który trzeba skopiować.
  2. W przeglądarce Googla po wpisaniu  "youtube to mp3", wchodzi się na stronę http://www.youtube-mp3.org/pl,. Na stronie pojawia się okno w które wkleja się skopiowany link, wciska "konwertuj" wideo i za chwilę  mp3 jest gotowe.  
  3. Teraz tylko trzeba wejsć na stronę http://ringer.org/pl, gdzie po wgraniu pliku, można go dowolnie przyciąć i z głowy.
  4. Niektóre telefony nie widzą mp3 i żądają np 4mr. W takicch przypadkach trzeba jeszcze przekonwertować np. tu  

Kolejny, ale i ostatni,  mój mail do admina bloxa

Adminie

Nie chcę już mi się pisać na forum. Wiem, że się nie rozumiemy, ale postanowiłam tak łatwo nie odpuszczać. Żeby było jasne, nie zależy mi, ani nie zależało na przyjęciu do Syndykatu. Tak jak napisałam: moje zgłoszenie było testem, czy coś się zmieniło, czy dalej tak lekceważąco traktuje się ludzi. I tak jak nie zależy mi na Syndykacie, tak nie ukrywam, że zirytowało mnie to, w jaki sposób zostałam potraktowana. To, że inni zostali tak samo potraktowani, jest bez znaczenia. Tyle tylko, że teraz lepiej rozumiem ich oburzenie. Blox umiera i prawie na pewno nic by nie zmieniło to, gdyby było tu miło i uprzejmie. Ale jest jeszcze coś takiego jak marka. Naprawdę Agoro jesteś aż na tak wznoszącej fali popularności, że możesz zrażać do siebie ludzi?

Z pamiętnika wk ... konsumentki

W pracy od człowieka, który jest kobietą oczekuje się, że będzie chodzić w butach, które mają „odpowiednio wygląd”. A ponieważ w takich butach trudno potem poruszać się po mieście, więc mam osobne buty do chodzenia, i do „pracy”. Te ostatnie to trzymane w pracowej szafie baleriny Vagabonda.

Takie:


Stare mi się popsuły, w sklepie już takich nie ma, poszukałam w sieci i znalazłam w sieci tylko kilka miejsc gdzie jeszcze je sprzedają. O moim faworytnym modelu w szpic musiałam zapomnieć, ale z półokrągłym noskiem jeszcze gdzieniegdzie były. Coś mi na Amazonie, nie poszło z płatnością, w międzyczasie znalazłam w Schaffie, więc kupiłam tam, a zamówienie w Amazonie skasowałam. Upewniłam się w banku, że płatność nie została zrealizowana, na wszelki wypadek zmieniłam limity karty i spokojnie czekałam na moje butki z Schaffy.

Przyszedł wrzesień, zajrzałam do banku, a tam jako płatność zrealizowana, zakup w Amazonie. Okazało się (mój błąd!), że jak za pierwszym razem mi nie wyszło, to spróbowałam jeszcze raz i Amazon zapisał to jako zamówienie. zamówienie. Ponieważ chwilę później mnie poinformował, że ten sklep nie wysyła do Polski, uznałam, że sprawy nie ma i nie weszłam do zamówień, by je wykasować. A sprawa była. Gdy przyszedł wrzesień, w nowym miesiącu, nowy limit transakcji, zapukali i dostali …

Wpienia mnie to, że ta transakcja odbyła się za moimi plecami. Zawsze wprawdzie mogę zwrócić, tyle że o ile przy zakupie policzyli mi za funty jak za zboże, to przy zwrocie policzą mi jak zboże za złotówki. Do tego jeszcze trzeba doliczyć koszty wysyłki. Tak że z tych 300 zł, mogę liczyć na 200 zwrotu. Więc doszłam do wniosku, że je zatrzymam. Do trumny jak znalazł!

Olka mi poleciła mi tzw. wirtualne karty kredytowe. Sprawdziłam w necie – mój bank tego nie ma. Te które mają, powoli się z tego wycofują. Więc nie widzę sensownej alternatywy.

Z radością też donoszę, że jeszcze nie wszyscy wokół zwariowali. Na przykład wiewiórki, tak jak co roku, buszują na moim orzechu szykując się do zimy. 

niedziela, 04 września 2016
Bloxit?

Bloxie nie rozumiem ciebie. Gazeta Wyborcza nie jest na fali. Ci co zostali jej wierni, to w większości moje pokolenie, pamiętające kawiarnię Niespodziankę. Dlatego nie rozumiem, gdy takim jak ja jej pracownicy okazują, aż takie lekceważenie.

Jakiś czas temu Ilenka wyniosła się z bloxa - kroplą która przelała było to, jak ją potraktowano, gdy zgłosiła swój blog do Syndykatu. Postanowiłam zobaczyć, czy tylko ona dostała kuksańca, czy wszystkich "młodych inaczej" tak traktują i też zgłosiłam swój blog do Syndykatu. Zamiast po miesiącu, odezwali się po kilku:

Witaj ninga, Twój blog na razie nie spełnia kryteriów pozwalających na przyłączenie go do Syndykatu. Jakie mogą być przyczyny takiej decyzji? Zapoznaj się z naszymi zasadami. http://www.blox.pl/html?page=regulaminSyndicate  Pozdrawiamy, Blox.pl 

Ponieważ link nie działał:


 odpisałam im tak:

To truizm, ze nikt nie lubi być lekceważony Prowadzę swojego bloga już ponad 10 lat. Gdyby mi to nie było potrzebne, to bym tego nie robiła. Ale ktoś tam opisał jak dostał bęckę, gdy zgłosił się do Syndykatu, więc postanowiłam zobaczyć czy to to reguła, czy tylko jego potraktowano jak noga (ta osoba już nie jest na bloxie, wyniosła się nie dlatego że jej nie przyjęto do Syndykatu, tylko dlatego w jaki sposób została potraktowana. Już zapomniałam, ze się zgłosiłam do syndykatu bo to było jakoś przed wakacjami i dostałam odpowiedź - bezosobowy szymelek, że nie spełniam warunków Syndykatu, a dlaczego to mogę przeczytać - i tu link do martwej strony. Brawo! Bloxie nie chcesz - nie musimy ze sobą być. Teraz już wiem, to co spotkało moją koleżankę to nie był przypadek. Taka macie "procedurkę". Moim zdaniem głupią - można napisać że blog nie spełnia warunków, tak by adresat nie poczuł się lekceważony. Naprawdę, aż tak wam na nas nie zależy? A może wręcz przeciwnie zależy wam, byśmy sobie poszli?

Zgłosiłam, że link nie działa. Odpisali, że poprawią, nie poprawili, bo z ich punktu sprawa jest już "odhaczona". Od jakiegoś czasu przymierzam się do opuszczenia bloxa, ale cały czas tu tkwię, bo nie lubię zmian, mam sentyment itp. Ale  ile można?

Pewnie jakąś decyzję będę musiała podjąć. Tym bardziej, że w najbliższym czasie zamierzam trochę poporządkować swoje sprawy.  Na przykład kupić pralkę. Przez chwilę myślałam, że już dłużej z tą decyzję nie mogę zwlekać. Ale na szczęście okazało się, że to tylko przełącznik.


Elektryk na Krecie - więc założyłam że to wina rozgałęziacza, może gniazdka, ale nie pralki, którą podłączyłam się do innego gniazdka i słucham jak rzęzi.  Nie tylko rozgałęziacze są do kitu. Tak wygląda żwirek po tym, jak tydzień temu zlałam roślinki round-up'em.

No jak żyć i być ogrodnikiem? Już nawet rośliny się nas i naszej chemii  nie boją. Kupiłam jesienne wrzosy, nie wiem dlaczego, ale w lesie gdzie sosny rosną, a u mnie nie chcą. 

W Zachęcie, w sali w której zmarł Naruszewicz, Zadara wystawił Orestesa. 


 

Dawno nie byłam w teatrze  na czymś tak poruszającym. Wykrzyczany brak zgody na reguły rządzące światem polityki. Mity greckie świetnie się do tego nadają. Trójka aktorów, poza głównymi bohaterami grają jeszcze kilka pomniejszych postaci: rekwizyt, podpowiedź imienia wyświetlana na ścianie, pozwala się zorientować kim jest postać, która wchodzi na scenę. W dodatku dobrze jest to zagrane. Polecam.

BBC ogłosiło listę najlepszych książek XXI wieku. Ledwo widoczne pozycje, to autorzy nieobecni na polskim rynku. Przekreśliłam to, co przeczytałam. Nie jest źle.

 

1. Junot Díaz, The Brief Wondrous Life of Oscar Wao (2007)

2. Edward P Jones, The Known World (2003)

3. Hilary Mantel, Wolf Hall (2009)

4. Marilynne Robinson, Gilead (2004)

5. Jonathan Franzen, The Corrections (2001)

6. Michael Chabon, The Amazing Adventures of Kavalier & Clay (2000)

7. Jennifer Egan, A Visit from the Goon Squad (2010)

8. Ben Fountain, Billy Lynn’s Long Halftime Walk (2012)

9. Ian McEwan, Atonement (2001)

10. Chimamanda Ngozi Adichie, Half of a Yellow Sun (2006)

11. Zadie Smith, White Teeth (2000)

12. Jeffrey Eugenides, Middlesex (2002)

13. Chimamanda Ngozi Adichie, Americanah 

14. WG Sebald, Austerlitz

15. Elena Ferrante, My Brilliant Friend 

16. Alan Hollinghurst, The Line of Beauty 

17. Cormac McCarthy, The Road 

18. Zadie Smith, NW

19. Roberto Bolaño, 2666

 20. Shirley Hazzard, The Great Fire

Popatrzyłam co jest jeszcze do przeczytania i wygląda na to, że pisarze nie idą z tempem przemian, tylko piszą coraz bardziej rozwlekle. Właśnie skończyłam 900-stronicową powieść i minie trochę czasu zanim zbiorę siły na kolejną. Całkiem dobrze wspominam moją przygodę z pierwszą powieścią graficzną.


A kocie który mówił i próbował filozofować ze swoim opiekunem - rabinem. Przez moment chciał nawet zostać Żydem. Słowem przemiłe chwile z książką. W pierwszej chwili trzeba się tylko przemóc i zapomnieć o starym świecie, w którym komiksy to było "coś gorszego". Mnie pomogło to, że czytałam po angielsku. Ale jednak, zanim postaram się namówić zięcia, by pożyczył mi w Poszukiwaniu straconego czasu, dokończę Prousta czytać w analogu. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli