niedziela, 24 września 2017

Nie da się ukryć, że leczenie sanatoryjne to relikt z poprzedniej epoki. Pewnie dawno by to wszystko zamknięto z powodu nieopłacalności tego przedsięwzięcia, gdyby nie majątek, na który trudno by było znaleźć kupca i ludzi, którzy straciliby pracę. To, że takie trzy tygodnie dbania o siebie to potężna dawka profilaktyki, w co podobno najbardziej opłaca się inwestować, nie jest dzisiaj żadnym argumentem. Ale albo czasy się zmieniły, albo opowieści o zabawowym charakterze turnusów sanatoryjnych nie były prawdziwe, bo wszyscy wokół mnie przejęci zabiegami, skrupulatnie wywiązują się z tego co im zalecono. I jeżeli na coś narzekają, to na to, że tej opieki lekarskiej jest za mało. 

To czego się tu nauczyłam i co mam nadzieję będę kontynuować, to picia wody przed posiłkiem. Jako kuracjuszka raz dziennie "za pokwitowaniem" dostaję z pijalni porcję wody na cały dzień - mam ja pić trzy razy dziennie, przed posiłkiem. Nie wiem czy rzeczywiście ta woda ma jakiś wpływ na moje zdrowie. Ale niezaprzeczalnie siadając do stołu nie mam poczucia ssania w brzuchu.

I chociaż wyjeżdżam stąd dopiero za tydzień, już dziś się martwię jak zachować zdobytą tu kondycję. Wprawdzie dopiero jak przyjadę do domu porządnie przeszukam net, ale już dzisiaj widzę że są dwa typy ofert: mega luksusowe SPA i siermiężne, trudno dostępne NFZ. To co po środku, prywatne gabinety rehabilitacyjne, oferują tylko różnego rodzaju naświetlania, prądy i masaże (te ostatnie dość drogo). Stoły Slender Life znalazłam na tylko Wołoskiej. Cena dość wysoka, a zdjęcie pokoju ćwiczeń nie zachęca. W dodatku Wołoska nie jest na moim szlaku. Kąpiele borowinowe znalazłam na Ursynowie, jedna kąpiel 60 zł, a przecież  minimum w co warto się pakować to pięć zabiegów. Słowem obawiam się, że łatwo nie będzie. 

Dla zainteresowanych sanatorium, mam dwa przydatne triki:

  • jeżeli chcemy jechać z kimś znajomym (jest wtedy nadzieja na dwójkę) to przed wysłaniem trzeba spiąć skierowania i dołożyć do prośbę o to by jechać razem. Poznałam panie, które w ten sposób już trzeci raz są w sanatorium.
  • do sanatorium przyjeżdża się dzień wcześniej, wtedy jeszcze można coś upolować.  Jak przyjedzie się w dniu, który widnieje na skierowaniu, dobre pokoje są już dawno rozdane.

Dziergam krynicki szal techniką mosaic knitting.


Dobrze, że wybrałam wzór w którym tą techniką robi się tylko środkowy pas szala. Przy okazji dopadła mnie klątwa zapomnianego oczka.  Poprzednio, gdy pod koniec zielonego pasa zauważyłam takie oczko prawie na początku roboty, sprułam. Teraz, ponieważ oznaczałoby to sprucie również kawałka robionego mosaic knitting, muszę wymyślić coś innego (wszystkie sposoby jakie znam, zostawiają widoczne supełki i wychodzące nitki). Na szczęście w obu przypadkach gubiłam oczko z samego brzegu, więc wchodził w grę wariant "bez prucia".

Tu w Krynicy jest budka, w której sprzedaje się rękodzieło. W oczekiwaniu na kupców, pani wyrabia kolejne klockowe cuda. Jest i trochę szydełkowego badziewia, ale to te klockowe przyciągają wzrok. Kupiłam córce kołnierzyk - taki "klockowy" jest poza moim zasięgiem, takie coś w moim wykonaniu jeno na drutach.

 

Zastawiam się jeszcze nad kupieniem obrazka, na pamiątkę z Krynicy.

 

Byłam w kinie.

 

Tym razem totalna porażka. Wyszłam po godzinie. Nie oczekiwałam zbyt wiele, wiedziałam że to typowy film familijny. Ale tak źle zagranego, z tak drętwymi dialogami filmu w kinie chyba nie widziałam. A przynajmniej nie pamiętam. Przed seansem była zapowiedź filmu o Maksymilianie Kolbe. Już dziś współczuję dziatwie szkolnej, która pewnie będzie siłą zaciągana na ten film.

 

niedziela, 17 września 2017

Jestem na trzytygodniowym turnusie rehabilitacyjnym (kolano i kręgosłup) w Krynicy Górskiej.

Jest cudnie. No może nie jest to raj, bo w raju w pokojach jest  WC i nie pada deszcz, ale to tylko drobne niedogodności wobec całej reszty. Poczynając od tego, że zasypiam nie układając planu na następny dzień. A potem same przyjemności. Od rana do wieczora

Z tym, że to, że do WC ganiam łącznikiem do drugiego budynku to mój wybór. 

Po koszmarnej nocy w autobusie,  od 6 rano do 7.30 czekałam w grupie ponad 20 osób w hallu sanatorium na przybycie siostry przydzielającej pokoje. Byłam jedyną czytającą. Jak w końcu zaczęto rozdzielać te pokoje, z trudem koncentrowałam się na kindelku, przeszkadzały mi w tym odgłosy awantury - przydzielano trójki bez łazienki i czwórki z łazienką. Podeszłam ostatnia i zrezygnowana poprosiłam  przynajmniej o pokój bez TV i uprzedziłam, że kiepsko widzę swoje zaprzyjaźnienie się z kimkolwiek z tej grupy. Panie spojrzały po sobie i dały mi "wybrakowaną" (czyli bez WC i łazienki), ale jedynkę.

Te trzy tygodnie postanowiłam poświęcić sobie i swojemu zdrowiu. Z NFZ dostałam niby 60 zabiegów, ale w to wliczone zostało 20 dni picia wody zdrojowej, więc tak naprawdę jest tych zabiegów tylko 40. Dokupiłam masaże i trochę gimnastyki w tzw. salonie rekondycyjnym. Fajne miejsce.  Zmienia się tylko stoły, ma których się leży, a w tym czasie maszyny wykonują za człowieka ćwiczenia, on tylko musi się rozluźniając im poddać.

Myślę o tym by napisać do Jacka Fedorowicza, i podziękować mu za moje obecne motto. Jest nim wypowiedziane przez niego dawno temu (jeszcze za poprzedniej komuny), zdanie. Że nie pije, nie pali, biega i dba o zdrowie, a wszystko to po to, by ich przeżyć. Mam teraz tak samo. Na marginesie, tzw. symetryści oburzają się, że obecne czasy porównuje się do komuny. Ale np. Trójki dawało się wtedy słuchać. Moim zdaniem nie tyle chodzi o konkretne treści, ale o reguły.  W przeciwieństwie do późnej komuny, teraz ma nie być żadnych wentyli bezpieczeństwa. A to dużo zmienia.

Jedyną rzeczą, która mnie trapi, czemu tu też na nic nie mam czasu? Cóż z tego, że gdy świeci słońce, jest wiele miejsc wartych zobaczenia, gdy nie za bardzo mam czas by oddalić się od deptaku: za dużo zabiegów w poszatkowanym sztywnymi godzinami posiłków, 

Generalnie czas zatrzymał się tu  w miejscu. Wystrój wnętrz, oferta kulturalna (orkiestra zdrojowa, artyści operetkowi + dancingi). Zaopatrzenie sklepów i menu w knajpach też bardziej przypomina czasy Gierka, niż III RP. Albo oni są aż  w takiej awangardzie?

Jest i kino. Nie oczekiwałam wprawdzie, że będzie wyświetlało filmy studyjne. Ale to, że repertuar zmieniany jest rzadziej, niż raz w tygodniu, jest jedną z wielu rzeczy, których tu nie rozumiem. 

Byłam na Tulipanowej gorączce.


Kino familijne klasy B. Myślałam, że przynajmniej tak jak w Dziewczynie z perłą będą piękne zdjęcia, ale się przeliczyłam. 

Mam też bezpośredni kontakt z suwerenem i związanych z tym sporo przemyśleń. Tyle, że mam ze sobą tylko tablet, jest to mało przyjazne urządzenie, więc nie mam jak teraz o tym pisać.

I tak siebie podziwiam, że tak długi wpis na nim popełniłam.

ps. ten wpis stanowi po części kompilację moich postów na fejsie.

niedziela, 10 września 2017

To już nie tylko to, że żyjemy w odrębnych bańkach. Mieszkańcy Warszawy nie maja żadnej wspólnej platformy, na której zamieszczane są informacje co dzieje się w ich mieście  - kiedyś taką rolę pełniło Życie Warszawy, potem Gazeta Stołeczna.  Ćwierć miliona ludzi tkwi codziennie w koszmarnych korkach, i nic, cisza.  Nawet na fejsie nie powstały żadne grupy. Oddolne zachowania obywatelskie w zaniku, nikt nie patrzy kolejarzom na ręce. Przejeżdżając patrzę na tory, a tam cisza, Żadnych drezyn, śladu podjęcia jakichkolwiek prac. Może gdzieś coś zaczęli robić - nie cały czas jadę wzdłuż torów. Ale na pewno nie jest tak, ze podjęli pracę w kilku miejscach na raz. Byłoby ich widać. Obstawiam, że jak będzie zbliżał się termin oddania, okaże się że wykonawca zbankrutował i trzeba ogłosić nowy przetarg.

Remont robią prawdziwi profesjonaliści:

Za nami kilka dni remontu linii kolejowej do Grodziska. Jak na razie największym problem okazała się czynność z pozoru prozaiczna - zakup biletów. W Brwinowie zamieszanie zaczęło się już w poniedziałek, a jego pierwszą ofiarą była... kasjerka. Jak relacjonuje burmistrz, została zamknięta wewnątrz stacji przez ekipę, która blaszanym płotem wygrodziła dojście do budynku. Odkryła to... jej zmienniczka, gdy przyjechała do pracy.

A za mną burzliwy tydzień

Była Kasia.Eire. A więc wieczory na mieście - tyle, że nie tylko Wrzenie Świata ale i Hala Koszyki, które nie wiedzieć czemu, Kaśka ukochała. Moim zdaniem kultowe miejsce słoików, którym się udało.


Na fali miłości do Hali Koszyków, Kaśka zorganizowała tam swoje 50-te urodziny. Niezależnie od tego, że jest tam przeraźliwie głośno, na jej urodzinach było wyjątkowo -  "urodzinowe" stoliki były postawione tuż przy głośniku.


Teraz moda na knajpy. To, że znikają banki i apteki to pikuś - wątpię by ktoś za nimi tęsknił. Gorzej, że znikają i sklepy. Ciekawe długo potrwa na hossa na knajpy. Na razie te na szlaku, w których dają alkohol wieczorami są pełne.

W tym dniu, w którym wieczorem świętowałam 50-te urodziny Kasi.Eire rano byłam na pogrzebie.Kolejny pogrzeb, na którym po kilkudziesięciu latach spotykają się ludzie, którzy kiedyś spędzali ze sobą prawie cały czas, a potem każdy poszedł w swoją stronę.  Niesamowity materiał na film. Bo niezależnie od tego, że podczas takiego pogrzebu, znów na chwile stajemy się dla siebie bliscy, opowiadamy co zdarzyło się w naszym życiu przez te trzydzieści kilka lat, nikt nie ma złudzeń, że jak wyjdziemy z cmentarza,  każdy pójdzie w swoja stronę. Co też się stało.

Wisienką na torcie było niedzielne popołudnie z moim synkiem, który niepodziewanie wpadł na kilka dni do Warszawy.

Niestety mieliśmy dla siebie tylko jedno niedzielne popołudnie, Dziś wieczorem rozpoczynam trzytygodniowy turnus rehabilitacyjny. Plany mam, że ho, ho!

W każdym razie nieprędko sobie znów nie pozwolę na taki deser:



Z pamiętnika wk ... konsumentki  

Fragmenty mojej korespondencji z PGE:

mail drugi

Zwracam się z uprzejmą prośbą o przeczytanie mojego poprzedniego maila i ustosunkowanie się do opisanej w nim sytuacji. Mail napisałam właśnie dlatego, że miałam pełną świadomość, ze "do podanych przez Panią wskazań w sierpniu została wygenerowana faktura 181R".Przepisuję kluczowy fragment jeszcze raz jeszcze raz .... 

mail trzeci

Prowadzę dalej korespondencję z PGE. Nadal bez sukcesu. Na różne sposoby zadaję to samo pytanie, ale wszystko wskazuje na to, że jego zrozumienie ich przerasta. Fragmenty z kolejnego listu Zaczynam powoli tracić cierpliwość ....Ponieważ wszystko wskazuje na to, że nikt z Państwa nie czyta zdań złożonych, tym razem postaram się prościej ...

Zastanawiam się czy nie powiedzieć o tym, mojej mojej mamie. Może by poszła popatrzeć rekonstruktorce na ręce?

1 października 2017 r. ulicami Warszawy i Pruszkowa przejdzie „Marsz Pamięci Więźniów Obozu Dulag 121 i Niosących im Pomoc”. Serdecznie zachęcamy mieszkańców Pruszkowa i wszystkich, którzy pragną czynnie pielęgnować pamięć o wypędzeniu ludności cywilnej, do aktywnego udziału w marszu w charakterze rekonstruktorów oraz w jego przygotowaniu. Wszystkich chętnych zapraszamy na warsztaty przygotowawcze, które przeprowadzi doświadczona rekonstruktorka ....Podczas warsztatów pomożemy Państwu odpowiednio przygotować się do Marszu, a pani Małgorzata Retkowska wprowadzi Państwa w tajniki pracy profesjonalnego rekonstruktora – psychologię budowania postaci, podstawy warsztatu aktorskiego oraz w pracę z rekwizytami. Warsztaty rozpoczniemy od opowieści o losach wypędzonych Warszawiaków i Pruszkowian, którzy nieśli im pomoc. Przedstawimy drogę, którą zmuszeni byli przebyć z ogarniętej walkami Warszawy do obozu w Pruszkowie, warunki jakie zastali na miejscu oraz pomoc z jaką spotkali się ze strony okolicznych mieszkańców, kładąc szczególny nacisk na emocje jakie towarzyszyły wypędzonym i pomagającym. Doradzimy także jak zdobyć lub przygotować strój, który wierny będzie realiom tamtego czasu. Dla chętnych przygotowaliśmy również krótkie scenki rodzajowe do odegrania podczas Marszu Pamięci ....

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli