niedziela, 23 października 2005
Rzecz o moich wesołych ciotkach

Pomysł na tytuł ściągnięty od Marqueza (przynajmniej taka korzyść z tego, że wydałam pieniądze na tak kiepską książkę).

Może ktoś lubi jesień ale ja nie.
Tylko nieliczne rośliny w ogrodzie jeszcze jako tako wyglądają:

104

Wprawdzie dalej ścinam jedną kapustę tygodniowo:


ale trudno mieć dobry humor gdy wstaję jak na dworze jest jeszcze szaro, wracam gdy już się ściemnia szybko przechodząc przez ogród i zamykając za sobą drzwi - słowem trochę smutno samemu.

Poskarżyłam się Lucy i zamiast współczucia dowiedziałam się, że sama jestem sobie winna bo nie kupiłam, wtedy gdy o tym mi o tym mówiła, hantelków. Teraz to pomóc może mi tylko fitness - gdy zacznę intensywnie ćwiczyć, wyprodukowane przez mój mózg endorfiny, w połączeniu z gwałtownym wzrostem poczucia zadowolenia z siebie sprawią, że świat będzie stał przede mną otworem i będę mogła zrobić ze swoim życiem co tylko będę chciała (przy czym wg Lucy ważne jest bym zanim cokolwiek zacznę, spisała na kartce czego naprawdę chcę, minimalizując w ten sposób ryzyko wpakowania się w następne tarapaty).

Ponieważ jakoś dziwnie nie lubię ćwiczyć fizycznie i wolałabym by te endorfiny pojawiły się pod wpływem tajemniczej siły psi a nie mojego potu, zadzwoniłam do Joanny. Ta z kolei powiedziała, że wprawdzie teraz nie ma czasu na to by ze mną "poprzebywać" ale jeżeli tylko chwilę poczekam, to za kilkanaście lat, jak obie pójdziemy na emeryturę, z dwiema innymi ciotkami - brydżystkami będziemy spędzać dowolną ilość czasu przy zielonym stoliku.

Opowiedziałam o tym wszystkim Gośce a ta od razu wyliczyła, że jak zbierzemy dwadzieścia ciotek i każda z nich będzie przez najbliższe 15 lat wpłacała 200 zł rocznie, to zebrane w ten sposób pieniądze wystarczą na urządzenie najbardziej odlotowego klubu wesołej ciotki-emerytki. Starałam się ostudzić jej zapał wyliczeniami ile ciotek powinno za te 15 lat paść na ptasią grypę (czy inną wykreowaną przez media i firmy farmaceutyczne i oczywiście przewidzianą przez Nostradamusa klęskę), by za wcześniej zebrane składki, te co przeżyły pandemię mogły przynajmniej troszeczkę poszaleć.

I w tej ogólnie posępnej sytuacji, z okazji zbliżającego się Halloween, zabrałam się za robienie zamieszczonego na stronie http://www.coatsgmbh.de/de/1/strboxhexenhut.html kapelutka czarownicy:


Początkowo robiłam według zamieszczonego na grupie robótki ręczne tłumaczenia, ale nic mi nie wychodziło. Teraz kombinuję patrząc na zdjęcie. Na razie wyszło całkiem śmieszne okrągłe rondo, ale ponieważ zrobiłam (tak jak we wzorze) dżersejem to zwija się zamiast sterczeć :


poniedziałek, 17 października 2005
Małe jest piękne

Powoli przepoczwarzam się w wielorybicę. Z dietą totalna porażka, bo jedyne co przynajmniej na chwilę zagłusza we mnie tęsknotę za nikotyną, to kaloryczne małe co nie co. Jak nadal będę się tak "rozwijać", to za te obiecywane przez fanatyków niepalenia trzy miesiące i tak nie będę w stanie odczuć poprawy kondycji. Jak np. sprawdzę czy mam zadyszkę przy wchodzeniu po schodach, skoro takiej góry kilogramów nie będę w stanie wtargać nawet na jeden schodek?

To nie jedyne plany które wzięły w łeb. Pod koniec wakacji Gośka umówiła się ze mną, że od drugiej połowy października co drugi weekend spędzamy na szyciu patchworków. Teraz, gdy zbliża się listopad, mówi że najwcześniej znajdzie na to czas po drugim długim listopadowym weekendzie. Czekam coraz mniej cierpliwie (od dwóch tygodni razem z Muńkiem) bo jak to jeszcze dłużej potrwa to nie zdążymy do wiosny nawet z małą poduszką. A tymczasem ja zakochałam się w znalezionej tydzień temu na stronie http://patch77.free.fr/dearjane.htm, złożonej z małych, takich jak ten poniżej, przecudnej urody kwadracików:



ogromnej kapie:



Pozostaje mi tylko trenowanie małych form w drutowaniu. W tym tygodniu skończyłam rękawiczki:



i wg tego wzoru:



czapkę (bez ażurów, bo zamiast narzucać dodawałam przekręcone oczka). Ponieważ jak większość zrobionych na drutach czapek, nie jest zbyt twarzowa, zrobiłam jej zdjęcie na witrażowym stojaku:



Za dwa tygodnie w Kaliningradzie gmina bezpłatnie wywozi liście. W związku z tym miałam ambitne plany, ale wyszło tak jak zawsze. W sobotę musiałam jechać do Warszawy, a w niedzielę najpierw się wyspać, potem porozmawiać przez telefon a na koniec i tak spadł deszcz. Tym sposobem przez cały weekend nazbierałam tylko pięć worków:



Ponieważ grabienie liści nie jest tym co lubię robić najbardziej, starałam się robić jak najwięcej przerw - pretekstem była próba utrwalenia na zdjęciu bezmiaru heniutkowej głupoty. Ale nawet ktoś tak głupi jak Heniek, wie jak ważny jest wizerunek medialny i postarał się (jak widać z niezłym skutkiem), wyjść na kotka sprytnego i rezolutnego:




niedziela, 09 października 2005
Los Hobbita

Dawno dawno temu, dzięki mojej Sralci:


zrozumiałam skąd Milne wiedział o tym, że tygrysy potrafią się tylko wdrapywać na wysokie drzewa i są zupełnie bezradne gdy trzeba z takiego drzewa zejść. Kiedy zupełnie do tego nieprzygotowana Sralcia przeistoczyła się z dziewczynki w dorosłą kotkę, uciekając przed goniącymi ją kocurami


i tak jak Tygrysek, nie potrafiła z niej zejść.

Mnie z kolei przypadł los Hobbita (też za duża nie urosłam i mam szerokie stopy) - goniona przez Nazgule, w najbliższym czasie nie chcę ale muszę opuścić swoje Shire i udać się na spotkanie z tymi, co uosabiają dla mnie Mordor.

W związku z tym, w tym tygodniu aby do końca nie zwariować: byłam dwa razy w kinie i stałam się fanką Zelenki, jeden dzień spędziłam u Kaśki (dzięki czemu wiem, że wcale jeszcze nie mam tak źle), zrobiłam szalik:


rozpoczęłam malowanie płotu:


i porządkowanie ogrodu (na zdjęciu widać jak rozrosły się moje trójkapkowe winobluszcze):


I dalej nie palę - teraz gdy kończę ten wpis, licznik pokazuje:

2W 5D 1 h 18 s

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli