niedziela, 29 października 2006

Remontu tydzień szósty

Robię co mogę by podtrzymać zainteresowanie projektem Kaliningrad. Ale idzie mi to jak po grudzie. W ostatni weekend brygada remontowa szybko przerwała pracę pod pretekstem wyczerpania się domowych zapasów silikonu:


I gdy kolejni goście mieli tylko pomysł na to, co warto zjeść:

To razem zamiast w remont, bawili się w czytelnię:


Ostatnio nawet, by zachować żółtą koszulkę lidera, próbowałam wziąć na litość i opracowałam nową wersję swojego życiorysu:

Budujący przykład życiowego heroizmu - sama samiusieńka, buduję z jednej pensji (nawet jeżeli trochę wyższej niż średnia krajowa, to nie jej wielokrotności) dom. I to nie dlatego, że tak chciałam tylko dlatego, że tak wyszło.

Ale to już też nie robi wrażenia (na marginesie, nie tylko sama buduję dom, z przywróceniem kompa do stanu używalności też musiałam sobie sama dać radę - dzięki temu w tym tygodniu zdjęcia są znów z aparatu, a nie z telefonu).

Uprzedzając kolejne komentarze - nie będe robiła wygibasów by ten blog " nie był nudny" - inni byli ostatnio bardziej wypoczęci i skomplikowali sobie życie z taką fantazją, że i tak w tym sezonie nie mam najmniejszych szans na bycie number one. Zreszto nawet jak mam inne, nie remontowe propozycje, to też pozostają bez echa. Ostatnio np. zaproponowałam jednej ciotce co to niby taka kulturalna, byśmy poszly do teatru, bo podobno w stolicy powstało sporo offowych scen - usłyszałam, że na małą scenę to może sobie chodzić ktoś taki jak ja, ona żyje na 40 m2 w takim off-ie, że jak już ma iść do teatru, to tylko tam gdzie teatr widać ogromny.

Pozostaje więc to co zawsze, czyli dom. Zwłaszcza, że zagrożony jest kolejny termin zakończenia tegorocznej edycji remontowej - we wrześniu myślałam, ze "do świąt" znaczy Święto Zmarłych, potem to jakoś płynnie przeszło w Święta Bożego Narodzenia i za chwilę może się okazać Wielkanocą.

W tym tygodniu np. zakończyłam remont stolarki okiennej (do zrobienia zostały jeszcze drzwi wejściowe):

I ponieważ nie daję sobie rady w tym bałaganie, nie czekając na zakończenie prac wykończeniowych, zaczęłam powoli układać wszystko na swoje miejsce:



A na koniec to co najważniejsze: w tym tygodniu, z dwumiesięcznym opóźnieniem, rusza projekt witrażownia. Czyli znów aktualne jest hasło: we wtoreczek zlot cioteczek.

niedziela, 22 października 2006

Remontu tydzień piąty

Po raz n-ty w życiu przekonałam się, że do wszystkiego, nie tylko do remontu ale nawet do robienia zdjęć telefonem, można się przyzwyczaić. A jak już nauczyłam się żyć w tym bałaganie, to wróciłam do niektórych moich stałych zajęć (do niektórych, bo w moim kompie dalej królują pozbawione Pająka mini windowsiki).

Zobaczyłam na drucianym forum śmieszne rękawiczki:

501

I jedno takie cuś już mam (tyle, że w realu moja rękawiczka jest w ciepłym brązie, a nie we wpadającym w czerń granacie):

502

Robiłabym więcej takich cusiów, ale wszystkie weekendy do świąt, mam remontowo zajęte. Bo takich miejsc gdzie "widać już jasność " jest jeszcze bardzo niewiele:

504

Układając książki, nie umiałam się oprzeć by nie zajrzeć do tych najbardziej ukochanych i z przerażeniem odkryłam, że nawet mruczanka Kubusia Puchatka kojarzy mi się z polityką:

Czemu tym jest zawsze ten,
A ów owym - tylko czasem?
(...)
Wasi naszym mogą też,
Lecz nie mogą twoje moim

(...)

Pomyślałem coś tu będzie ....
Bo choć dzisiaj tutaj on,
Ale oni zawsze wszędzie

W ramach jesiennych rozmyślań nad tym co jest, a zwłaszcza czego nie ma w mojej szafie, pozbyłam się moich ukochanych butów (niestety z każdym dniem dziura w podeszwie robiła się coraz większa). Miały zawisnąć na drutach, ale druty za wysoko, więc zamieszkały na sumaku:

503

A za tydzień kolejny odcinek - znam już jego tytuł: remontu tydzień szósty.
niedziela, 15 października 2006

Remontu tydzień czwarty:

Ponieważ mam remont:
  • nie byłam na ani jednym filmie pokazywanym w ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego,
  • robótki na drutach leżą nieruszane, tam gdzie je jakiś czas temu wcisnęłam,
  • nie czytam, nie oglądam, nie bywam itp. itd.
Jak by tego było mało:
  • moje "mini-windowsy" dalej nie widzą mojego aparatu fotograficznego, a komórka to jednak nie to samo. I jak to często w życiu bywa, chcę to zrobić, ale nie wiem jak, inni za to wiedzą jak, ale nie chcą,
  • nawet jak przestanę jeść, to i tak nie wcisnę się w żadne kozaki, bo ci co je robią uważają, że wszystkie kobiety mają takie łydki jak Penelopa Cruz,
  • Srala - siedząc na parapecie, chucha na szybę zimnym powietrzem i robi za mój wyrzut sumienia. Trochę racji ma, bo na moich oczach ten wredny koci samiec Heniutek, zajął ich wspólną budę i nie zamierza jej tam wpuścić.
A w dodatku nie mam się komu wyżalić, bo inni mają tak samo albo i jeszcze gorzej.

Dom wprawdzie powoli nabiera kolorów (tak to mniej więcej wyglądało po pierwszym malowaniu):


ale dalej dominuje w nim klimat remontowego pobojowiska:



Na dworzu niby lepiej:


ale też nie za bardzo - w zeszłym roku o tej porze przed płotem stały rzędy worków z liśćmi, a w tym tygodniu wypada pierwszy (z dwóch) terminów gminnego wywozu liści, a ja nie zebrałam nawet jednego worka.

Z moim nastrojem koresponduje zdjęcie jakie dostałam od Balbiny - bardzo dobrze wyraża mój żal za latem co minęło, bo już nigdy (a przynajmniej przez najbliższe kilka miesięcy) lody nie będą takie smaczne:


niedziela, 08 października 2006
Ja też nie lubię Gatesa

I tych jego cholernych windowsów - w ciągu roku tak utyły, że były już grubsze ode mnie i jak przekroczyły trzy giga, wszystko zaczęło się krzaczyć. Przyszedł synek, zainstalował malutkie, ważące tylko 450 mega windowsiki i teraz nic mi się już nie krzaczy, ale też i za bardzo nie ma co. Pomijając to, że te nowe windowsy nie mają tego co najlepsze, czyli Pająka, to jak na razie udało mi się podłączyć do kompa tylko komórkę (wszystkie zdjęcia w tym odcinku zrobiłam telefonem) i zainstalować jakiś program do nagrywania płyt, którego wyobraźnia wykraczała poza format mp3 - wprawdzie wymagało to ręcznego wgrania brakujących driverów, ale "dałam sobie radę". Za to totalną porażkę poniosłam z aparatem fotograficznym i kolumnami i bez kolejnej wizyty synka się nie obejdzie.

Dalej nie potrafię się odnaleźć w remontowym bałaganie. Po trzech tygodniach tak wygląda mój salon:



A tak, pokój w którym stoi komputer:



Ponieważ nie piję i nia palę, mało mnie obchodzi, że już nigdy papieros nie będzie taki smaczny, a wódka taka zimna i pożywna, ale chyba nie tylko dlatego, że już nigdy nie będzie takiego lata, nie cieszą mnie tak jak są tego warte, natarte olejem Fluggera parapety - chociaż przyznaję, efekt końcowy jest nie porównywalny z tym co można osiągnąć lakierem:



Koty też coś nie w sosie i nijak nie potrafią pogodzić się z tym, że jest ich dwoje, a buda tylko jedna:



Na razie, w pojedynku "o budę" zwycieżył Heniek, który bacznie pilnując Srali, by się do niej nie zbliżała, spędza tam tylko noce - w dzień nadal wygrzewa się na słońcu w swoim ulubionym miejscu:



Sralucha z kolei korzysta z każdej okazji, by "oderwać się od ziemi":



Remont tak mnie osłabił, że straciłam nawet ogrodowy impet. Spokojnie podchodzę do tego, że wokół wokół moich sosen nigdy nie będzie takiej zieleni, jak w pałacyku Polskiej Rady Biznesu w Alejach Ujazdowskich:



W moim ogrodzie tak ładnie to nie wygląda (i wyglądać nie będzie):



Staram się cały czas posuwać do przodu, jeżeli nie sama to czyimiś rękami i tak dzięki Marcinowi, tam gdzie jeszcze kilka dni temu był Wietnam, już niedługo będzie czekający na wiosenny siew ugór:




Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli