niedziela, 28 października 2007

Zielona lampka hydroforu

Od jakiegoś już czasu mój dom wydawał z siebie niepokojące pomruki instalacyjne, ale tak jak zwierzę, które zazwyczaj zdrowieje na widok weterynarza, tak i mój dom jak tylko wyczuwał obecność fachowców, starał się zachowywać w miarę bez zarzutu. To, że hydrofor gada jak potłuczony zauważyłam jeszcze w wakacje, ale jak przychodził pan hydraulik, siedział cicho i bez powodu się nie włączał. Aż w końcu znudziła mu się ta zabawa i gdy siedziałam w wannie dał czadu - nagle zamiast ciepłej wody, zaczęła lecieć zimna, a chwilę później, robiąc wokół siebie dużo trzasku, zaczęło wylatywać powietrze.

Tyle że minęły już te czasy, gdy usuwanie każdej awari zaczynałam od wielogodzinnych narad telefonicznych z ciotkami - tym razem, wprawdzie też przez telefon, ale od razu ustaliłam z hydraulikiem, że coś nie kontaktuje na stykach i zrobiłam to, co od dawna miałam w planach - znalazłam sensownego elektryka. Wreszcie przyszedł ktoś, kto zamiast gasić kolejny pożar, zadał pytanie - dlaczego, tak?. Odpowiedzi na razie brak, pan wezwał nawet posiłki i panowie z elektrowni szukali odpowiedzi wysoko na słupie, ale też niczego nie znaleźli. Poszukiwania zostaną wznowione po świętach - o tym, że problem nadal jest, cały czas przypomina mi zielona lampka na bezpieczniku od hydroforu, która co i rusz gaśnie, a nie powinna.

Bo wszystko musi iść w swoim tempie i przyspieszanie nic tu nie da. Myślałam, że w weekend będę miała już nową szybę, ale pan szklarz nie przywiózł z powrotem drzwi i zamiast zdjęcia "przed" i "po", jest tylko zdjęcie wykonanego parę lat temu, prowizorycznego wstawienia plastikowych szybek metodą "na taśmę".


W sobotę przyjechał do mnie Komitet ratowania zagrożonej sosny. Było już ciemno, piła została więc w samochodzie i ciotki od razu umościły się na kanapie. Tyle, że przynajmniej smakował im mango-shake (jak w tym tygodniu, w ramach pyszności nad pysznościami, zrobiłyśmy to z Gośką u Zośki, to zamiast słów zachwytu, wgapiali się w nas zdziwionymi oczyma). Na otarcie łez dostałam od Gośki trzykrotkę meksykańską:


kliwię, zmarznięty bluszcz i takie grube mięsiste jęzory. Starczyło na zastawienie kolejnego okna i muszę jechać po kolejną partię doniczek.


Został mi już tylko jeden wolny parapet - stoi na nim niedawno kupiona kolejna dracena.


Następnego dnia sama przystąpiłam do ratowania zagrożonej sosny. Zebrałam do worków liście orzecha (podobno, tak jak liście dębu, nie nadają się na kompost), wygarnęłam cały, trochę już "przerobiony" tegoroczny urobek:


i w tak przygotowane miejsce, przeniosłam moje kompostowe korytko.


W niedzielę wieczorem wpadła do mnie Kąsólowa - żegnając się z ojczyzną, przywiozła mi trochę rzeczy, między innymi dostałam pasujące do mojej kuchni krzesła:


I szafkę, którą pewnie postawię gdzie indziej, ale tak sobie myślę, że gdyby stała przy drzwiach balkonowych miałabym sporo miejsca na nowe kwiaty.


Mam lekkiego kaca po tym, jak kolejny rok wybierałam sie niczym sójka za morze na Warszawski Festiwal Filmowy i tak samo jak w ubiegłych latach - chciałam, ale nie wyszło. Zobaczyłam za to Piękność w opałach. W piatkowej Wyborczej był artykuł Czechy nam odjechały - generalnie o tym, że w Czechy są już w Europie. Pewnie dlatego kręci się tam takie filmy.


niedziela, 21 października 2007

Kiedyś ekofiber, dzisiaj termex

Tak jak to było umówione, we wtorek przyjechali panowie z przyczepą, w której przywieźli dmuchawę:

Wbrew wcześniejszym planom, nie można było od góry dodmuchać pustej ściany - przykrywała ją belka stropowa i by dostać się do środka trzeba było wywiercić kilka dziur (kilka, bo w planach miało być w tej ścianie okno i obok belek pionowych, są i poziome).


Następnie, przez te dziury, panowie zrobili wdmuch


Uzupełniona została też dziura, która powstała dawno temu, gdy po uruchomieniu systemu grzewczego na gwałt, w poszukiwaniu przecieku, odbijano kolejne deski (óczesny pan hydraulik zapomniał zatkać wylotów rur) - by dostać się do środka panowie odbili górne deski (jedną trochę nadszarpnęli, zamówiłam już Tilurilę i będę musiała to zamalować).

Pusta przestrzeń została wypełniona ręcznie, bez uruchamiania dmuchawy.


Resztę materiału panowie wydmuchali na strychu - z daleka wygląda to jak owcze runo:

W ramach bonusu, panowie solidnie powiesili kotarę w piwnicy (przerażają mnie te kable, ale elektrycy do których podobno można mieć zaufanie nie mają czasu, a tego elektryka, co mi tak zrobił, nawet pytać o to, czy ma czas nie chcę).

Wpadłam na krótko do witrażowni. Gośka padała ze zmęczenia i czasu starczyło tylko na małego strojnego aniołka - nawet na moment nie zawisł na moim witrażowym drzewku i od razu poszedł w świat robić za amulet.


W tym tygodniu zadumałam się nad uwagą mojej mamy, że zamiast zająć się czymś pożytecznym (dla mojej mamy jest to równoznaczne z czytaniem książek), cały czas krzątam sie koło tego domu. Coś w tym jest. W zeszłym tygodniu ułożylam na kanapie w dużym pokoju poduszkę i koc - plan był taki, że wieczorami będę się tam mościć z książką, drutami i pilotem od DVD. Jak na razie, ani razu nie miałam na to czasu.

I tak mi się poszczęściło, że w sobotę na moment wyszło słońce i w przerwie miedzy jednym deszczem a drugim mogłam zrobić porządek z drewnem (po tym jak ułożyłam je dwa lata temu między płotem a komórką, gdy razem z Jurkiem przez kilka dni bawiliśmy sie w drwali, ani razu do niego nie zajrzałam). Teraz najbardziej zbutwiałe kawałki ułożyłam w komórce, trochę zmoczone w stercie za domem, te w miarę suche przykryłam folią paraizolacyjną, a w domu uruchomiłam suszarnię drewna.


I tak cały czas się czegoś uczę - teraz kominkologii. Przez moment zgłupiałam i kupiłam jakiś preparat do mycia szyb - ponieważ uprzedzono mnie, że tanie są do bani, wybrałam ten droższy, ale też się okazał do bani. Na koniec okazało się, że jak na razie nic lepszego od popiółu nie wymyślono (dodatkowo wspomagam się kupioną w Euro skrobaczką do płyt ceramicznych).

Obsługę kominka pewnie opanuję w mig. Gorzej wychodzi mi z ogrodem. Na razie dalej kupuję cebulki wiosennych kwiatków:



A od tego tygodnia biorę się za sprzątanie. Władcy naszej gminy dostosowali się do obowiązujących trendów - wobec braku oligarchów, postanowili przestać troszczyć się o właścicieli działek i ogłosili koniec wywożenia liści. Grasujące na naszym terenie firmy śmieciarskie zwietrzyły interes i zażyczyły sobie 6 zł za worek liści. Nie miałam wyjścia i zrobiłam swój pierwszy w życiu kompostownik (deski piłowałam ręczną zardzewiałą, bo innej nie mam, piłą).



Tej jesieni zamknę to korytko, tak by nie leciały do niego igły (i tak jest ich sporo) i w przyszłym roku będę to tylko od czasu do czasu zlewać preparatami kompostotwórczymi, tak by za dwa lata był z tego kompost. W tym czasie będę zapełniać drugie korytko, które najpóźniej wczesną wiosną, zbuduję obok.

niedziela, 14 października 2007

Sweterek Dżdżo

Zakochana (było o tym w poprzednim odcinku) w Victoria Lace, postanowiłam że zacznę od Large rectangle with center diamond pattern - jest to oznaczone jako "easy lace", zamierzam to robić ze znalezionej w komórce szarej wełny i ma to pasować do kupionego w zeszłym roku czarnego płaszcza hobbita:

Ale zanim się za to zabiorę, muszę skończyć opatulanie jadącej w kierunku Syberii Kalinki. Gośka zrobiła brakujące pikotki, przy okazji występując w mojej pierwszej etiudzie filmowej Ona robi pikotki - jest fatalnej jakości, mam nadzieję, że to dlatego, że kręciłam komórką, a nie aparatem. Ale już czuję, że ja jeszcze się rozkręcę.


W dodatku potem sie okazało, że Gośka robiła nie pikotki, a muszelki i na próżno, bo golfoszalik okazał się za ciasny.

Przy okazji został skończony aniołek Autumn Joy:


Przeglądając albumy z wzorami zwróciłam wagę na wzór dżdżownicy:

i teraz powstaje tytułowy sweterek dżdżo:


Zaingurowałam sezon grzewczy - rozpalanie kominka, też okazało się pewną sztuką, ale po uruchomieniu "gorącej linii" z Gośką, w końcu jakoś mi się udało i w ciągu niecałej godziny z miłośniczki kominków otwartych, stałam się gorącą zwolenniczką kominków zamkniętych.


Następnego dnia przekonałam się o sile wiszącej nad tym kominkiem klątwy - to metalowe coś, to deflektor. I tak dobrze, że spadając nie uszkodziło szyby.


Gorzej, że jak zabrałam się za czyszczenie szyby to zobaczyłam morze rdzy (widać ją też na zdjęciu). Wcale mi się to nie podoba i tak się zastanawiam, czy czasem nie trzeba będzie wymieniać wkładu.

W tym tygodniu były i wielkie chwile - doświadczyłam mega-szczęścia gdy po trzech dniach bez wody, znów mogłam się wykąpać we własnej wannie. No i jako człowiek szczęśliwy, bez większych strat przeczytałam Wszystkie jesteście niewierne i zabrałam się za Nad Afganistanem Bóg już tylko płacze. W zeszłym roku po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna zarwałam noc dla książki - był to Księgarz z Kabulu. Te nie są tak dobrze napisane, ale to co opisują dużo bardziej przemawia do wyobraźni, a okrucieństwo opisywanego w nich świata poraża.

Obejrzałam 4 miesiące 3 tygodnie 2 dni. Wielkie kino. Dziwne trochę, że film przechodzi zupełnie bez echa. Może dlatego, że o aborcji, a bez opowiadania się po żadnej ze stron? W każdym razie kolejny raz zostało udowodnione - tym razem przez Rumunów - że nie trzeba pieniędzy, by nakręcić wspaniały film. Tylko nam zawsze ten rąbek u spódnicy przeszkadza. Wieczorem okazało się, że tego samego dnia, Anka wybrała się na ten film w Paryżu. Ale nie wszystko z francuskich dialogów wyłapała, więc sporo straciła. Zwłaszcza, że dla wzmocnienia wyrazu, film nie ma żadnej ścieżki muzycznej i jest w nim sporo statycznych scen, w których wszystko zawarte jest tylko w słowach.

Dotarłam też z Mońkiem na Kowala Malambo - tym razem aktor był "dysponowany" i wszystko skończyło się szczęśliwie. I tak: dobrze zagrane, miło się ogląda, ale bez przesady - ma pięć gwiazdek, co oznacza, że to górna półka i lepszych nie ma. Jeżeli byłaby to prawda, to przeoczyłam śmierć teatru.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli