niedziela, 26 października 2008

Zielona Podusia

Jutro idę zobaczyć jak wyszło remontowane od sierpnia mieszkanie. Idę z prezentem - zieloną podusią. Zrobiłam inaczej niż  proponują na Raverly - na tamtej poduszce wzór jest wypukły, takie przeplatanie bardziej uwidacznia wzór, ale odbywa się to kosztem całości. Moja menora nie jest taż aż  tak widoczna (z tym że bardziej, niż na tym zdjęciu), ale podusia jako całość, ładniejsza.

Zrobiłam z Oliwii, kolory tej włóczki są fantastyczne, ale swetra z niej mieć bym nie chciała - aż czuć ten akryl w rękach.

Taki dziwny czas. że nikt się nie chce bawić. W tej sytuacji postanowiłam przeczekać robiąc na drutach i umilając sobie czas nie tylko radiem, ale i telewizją. Ponieważ po to, by to ostatnie było możliwe, trzeba i tak przekręcić antenę na dachu (nadal tęsknie patrzy na iglicę Pałacu Kultury, a tam już od sierpnia nic nie ma), zaczęłam rozważać  czy przy okazji nie zamówić telewizji satelitarnej. Odpuściłam sobie rzeczy niemożliwe (tzn. by w pakiecie było zarówno Ale Kino ale i Zone Europa), ale na nagrywanie się uparłam. To może nie jest niemożliwe, ale na razie nie mam pomysłu jak to zrobić. Sprzedają wprawdzie dekodery z możliwością nagrywania, ale pomijając ich cenę oraz to, że musiałabym zmienić talerz na większy i kupić inny konwektor, miałabym tylko możliwość nagrywania na znajdujący się w dekoderze dysk. A to nie jest to, o co mi chodzi.

Spędziłam w tym tygodniu również n-godzin na analizowaniu danych technicznych różnych modeli telewizorów, ale jak już jakiś naprawdę mi się spodobał i odpowiadał prawie pod każdym względem, to nie wiadomo czemu dziwnie dużo kosztował. 

W przerwach czytałam uroczą książkę o moich okolicach. Z tym, że wcale nie jestem przekonana, czy ta książka byłaby ciekawa, dla kogoś kogo nie interesują losy Stawiska (mam zamiar zeskanować zaznaczone fragmenty i z kartką w ręku pójść na niejeden spacer). Bo ani nie jest dobrze napisana, ani nie ma w niej dużej ilości ciekawych anegdot, a te co są, nie są zbyt interesująco opowiedziane.

Spodobał mi się taki fragment o Wuju Janie Iwańskim::

(..) nauczył Ojca powiedzenia: " A to świetnie", które należy stosować w dramatycznych momentach. Na okrzyk na przykład: "Niemcy są przed domem" należy odpowiadać: A to świetnie". To powiedzonko stało się najbardziej używanym przez Ojca zwrotem - do końca  życia.


Jak tydzień temu Tomek zabierał nyską dane mi na przechowanie rzeczy, samochód otarł się dachem o drzewo, ale wjechał. Pod koniec tygodnia wchodziłam już przez furtkę kucając.

Znów pomogli sąsiedzi i drzewa nie ma. Pusto bez tego sumaka. Najchętniej wsadziłabym jakieś drzewo, ale boję się że się przywiąże, a gmina kiedyś położy na mojej ulicy asfalt, wtedy następnym krokiem będzie zrobienie chodników i wytną drzewa.


W przyszłym roku czeka mnie sporo "nasadzeń" - przede wszystkim muszę zagospodarować pustkę po wyrwanych tujach.

Tak jak było umówione, przyjechał Maciek i wyczyścił rynny.


Z tyłu domu dach jest trochę dłuższy i od biedy mogłabym spróbować wejść na drabinę,  ale okazało się, że z powodu składowanego tam drewna, jest to najtrudniejszy odcinek. 


Na razie na drzewach jest jeszcze tak dużo liści, że nie zabieram się za grabienie, tylko czekam aż wszystkie spadną. Nie dotyczy to rosnącego za płotem. orzecha Czuję absurdalność sytuacji, - dopóki nie opadną z niego wszystkie liście, starannie wydłubuję je z moich roślinek. Potem te roślinki otulę na zimę liśćmi, tyle że bardziej dla nich przyjaznymi (i tak dobrze, że orzech gubi liście, jako jeden z pierwszych).



piątek, 24 października 2008
Peek-a boo i Brahdelt zaprosiły mnie do ankiety "ja jako czytelnik".

1. O jakiej porze dnia czytasz najchętniej?
Najchętniej wieczorem, przed snem. Tylko z tym coraz gorzej, bo coraz częściej mam po całym dniu tak zmęczone oczy, że po kilkunastu kartkach odkładam nawet najciekawszą książkę.

2. Gdzie czytasz?
Wszędzie. Ale przede wszystkim w pociągu gdy jadę do i z pracy. Wole wprawdzie na siedząco (nawet jak nie ma miejsc, coraz częściej ktoś mi ustępuje), ale dopóki nie ma takiego tłoku, że jedzie się na "śledzia", czytam i gdy stoję. Kupiłam sobie nawet słuchawki, by nie przeszkadzały mi w czytaniu czyjeś rozmowy. Zawsze mam przy sobie coś do czytania, więc jak trzeba gdzieś poczekać (poczekalnia, przystanek), też czytam.

3. Jeśli czytasz (na leżąco) w łóżku, to czytasz najchętniej na plecach czy na brzuchu?
Tak jak się powinno, czyli nie na leżąco, a na siedząco, z dobrym oświetleniem. Ale jeszcze nie tak dawno, nie dbałam o oczy i uwielbiałam czytać leżąc na brzuchu.

4. Jaki rodzaj książek czytasz najchętniej?
Przede wszystkim dobrze napisane. Czasami jest tak, że książka się "haczy" - jest tak napisana że z trudnością śledzę wątek, często "wypadam na zakręcie". Przez takie książki, nawet jak ciekawi mnie temat, brnę z trudem i często odkładam nie doczytawszy do końca. A jeżeli chodzi o treść, to mam różne "etapy" - teraz chętnie sięgam po książki "multi-kulti," np. o Hindusach w Wlk. Brytanii

5. Jaką książkę ostatnio kupiłaś/-eś?
Dubravka Ugresic - Nikogo nie ma w domu, Saira Shah - Córka bajarza.

6. Co czytałaś/-eś ostatnio?
Marii Iwaszkiewicz - Z pamięci, bajecznie ciekawa, bo w jej wspomnieniach dużo o okolicy w której żyję.

7. Co czytasz aktualnie?
Woody Allen - Obrona Szaleństwa

8. Używasz zakładek czy zaginasz ośle rogi? Jeśli używasz zakładek, to jakie one są?
Nie używam zakładek, ani nie zaginam rogów. Zaznaczam stronę tym co mi wpadnie w rękę - kawałkiem papieru, gazety, długopisem itp.

9. Co sądzisz o książkach do słuchania?
Dla mnie jest to fajny pomysł na przypomnienie sobie klasyki. Ja przypomniałam sobie w ten sposób m.in. Idiotę. Wróciłabym chętnie do całego Dostojewskiego, Manna - moim zdaniem do czytania w pociągu zupełnie się nie nadają.

10. Co sądzisz o ebookach?
To nie dla mnie. jak mam coś przeczytać z ekranu z uwagą i ze zrozumieniem, wolę wydrukować.

Z kolei ja zapraszam edi-bkart-deco.
niedziela, 19 października 2008

Pucu pucu, chlastu chlastu, nie mam rączek jedenastu

Tylko dwie mam rączki małe.

Że nie wspomnę o tym ile mam czasu - do tego stopnia się nie wyrabiam, że zaczynam podejrzewać że problem nie tylko w czasie, ale i w ilości łapanych za ogon srok.

A tu jeszcze, jak to w życiu, nie wszystko da się zaplanować. I na przykład w sobotę zamiast zgarniać liście, postawiłam na stole coś na kształt rodzinnego obiadu - bo takie teraz czasy, że bilet na samolot można kupić tak jak bilet na metro, w ostatniej chwili.

 

Kupiłam sobie kremy z peptokiną - reklamują, że po 2 miesiącach efekt jak po botoksie. Pochwaliłam się tym Ańće, a ta do mnie "powinnaś to już zrobić dawno temu, ja tego używam już od roku i przynajmniej nie mam takich zmarch jak ty". Pomijając to, że jest 4 miesiące starsza ode mnie, a takiej różnicy wieku żadne kremy nie ukryją, obejrzałam zdjęcia z rodzinnego obiadu i nawet na tych najlepszych, widać "progres".

 

W niedzielę zabrałam się za porządkowanie ogrodu - z liśćmi postanowiłam jeszcze poczekać i zawołać kogoś by to pograbił. I bez tego mam sporo do roboty. Jesień jest piękna, jak się spaceruje po parku. Upychanie minionego lata do komórki, ma w sobie coś przygnębiającego.


 

 

Dziergam Sunrise circle - mam już połowę przodu, a dalej nie wiem co z tego wyjdzie, tzn. czy wcisnę się w rozmiar, czy będzie w sam raz, ale dla Anki.

Podjęłam się też zrobienia takiego prezentu:

 

Kolejny prezent (deadline to Gwiazdka), to sweter z kupionych w pasmanterii na Śniadeckich resztek wełen:

 

Kontynuuję organizowanie przestrzeni wokół drzwi wejściowych. W tym tygodniu przybył wieszak z półeczką oraz karnisz (to, że dalej nie leżą zapakowane w pakamerze, to zasługa Staśki, która miała pomysł jak to powiesić).

 

Docelowo chciałabym by wisząca na nim kotara była patchworkiem. Na blogu art deco dostałam w prezencie całe mnóstwo inspiracji. Mnie najbardziej przypadł do gustu patchwork z tej strony:

 

Podoba mi się w nim to, że można go zrobić wykorzystując domowe resztki, że może być trochę nierówny (przydaje mu to nawet trochę uroku), no i przede wszystkim, że jak najbardziej nadaje się na kotarę.

Jutro w Cafe Gazeta jest spotkanie z bałkańskimi pisarzami (zamierzam na nie dotrzeć). Między innymi będzie na nim też i autor Podróży na Alaskę. Bardzo gorzka książka - zapis podróży autora, dziś mieszkającego na stałe w Niemczech, do kraju swojej młodości.

 

I chociaż w książce stanowczo za dużo jest, trudno zrozumiałych dla osób z zewnątrz, uwag pod adresem konkretnych osób, to jest w niej tyle celnych spostrzeżeń, że jak najbardziej polecam. Na przykład takich jak ta o śmieciach:

Wychodzimy na ulicę, przeskakując worki wypcha­ne śmieciami. W republice, która spodziewa się wejścia do Europy, istnieje pewien szczególny rytuał: w ciągu dnia naród znosi tobołki z odpadkami i trzeba czekać aż do następnego świtu, by zabrała je brygada śmieciarzy. Ludzie żyją na śmietnisku, wdychając smród, jakby od­padki były jedynym, co im pozostało. Pewien jestem, że w majętnych rodzinach nowobogackich wszystko aż błyszczy, że służba nowej klasy podnosi każdy rzucony papierek, a jednak, wychodząc ze swoich domów, boga­cze też trafiają na odpadki, skorupy, śmieci wszelkiego rodzaju, które czekają na ową daleką porę powszechnego miejskiego czyśćca. Czyżby doktryna krajów w okresie transformacji sprowadzała się do tego, by odebrać tym ludziom cały poprzedni porządek, a zostawić im jedynie śmieci, odpadki ich bytowania, którymi będą otoczeni od rana do nocy?

W ramach Warszawskiego Festiwalu Filmowego miałam jeszcze bilet na chilijski film - Tomy Manero, ale przez przyjazd Anki się nie wyrobiłam. Za trzy tygodnie kolejny festiwal - tym razem Warszawski Festiwal Filmów o Tematyce Żydowskiej.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli