niedziela, 25 października 2009

Tydzień wielu zdarzeń

Nagle umarł ktoś, z kim przeżyłam 16 lat. Nie utrzymywaliśmy wprawdzie ze sobą żadnego kontaktu, ale jest zasadnicza różnica, czy dzieje się tak bo chcemy, czy dlatego że tak być musi. Tym bardziej, że mam świadomość, że to jak dziś wygląda moje życie, to wynik kiedyś podjętych razem z nim decyzji - m.in. o wyprowadzeniu się z Wwy.

I tak poleciałam do Londynu, tyle że Anki w nim nie było - tego dnia przyleciała na jeden dzień do Wwy by pójść z Tomkiem na pogrzeb. W rolę  matki surogatki z powodzeniem wcielił się  Gumiś.

Przy okazji, wymyśliłam nowy termin - patchworkowy koagulat. Moim zdaniem dopiero system bliższych i dalszych ciot i cioteczek pozwala jako tako wyrabiać się w tej rzeczywistości - sama rodzina, nawet jeżeli nie uległa rozpadowi, lub nastąpiła jej szczęśliwa rekonstrukcja, to za mało.

W Londynie występowałam jako fragment, wieki temu zdefragmentowanej, komórki społecznej.


A wszystko to w przede dniu powstania nowej komórki społecznej.


Spędziliśmy razem tylko jedno popołudnie. Resztę czasu włóczyłam się już tylko z Michałem. Przy okazji zrobił całe mnóstwo niesamowitych zdjęć.


W wielu miejscach byłam po raz pierwszy.


I nawet przez chwilę zapomniałam o pracy.


Ale, o czym świadczy ten wpis, już sobie przypomniałam.

niedziela, 18 października 2009

Dużo kina

Zakończył się Warszawski Festiwal Filmowy.

Szkoda, że tak krótko. Chciałabym by taki festiwal trwał cały rok, albo by było takie jedno kino w Wwie, gdzie pokazywano by filmy z całego świata. Na kilku seansach, na tyle na pewno znalazłaby się, wystarczającą do zapełnienia widowni, liczba chętnych. Od biedy, by nie wydawać na tłumacza, mogliby puszczać z angielskimi napisami.

Zobaczyłam:

Jeszcze po jednym    ♦   ♦ 


Po obejrzeniu I twoją matkę też zakochałam się w meksykańskim kinie. Tym razem też się nie zawiodłam. Trójka studentów z tzw. dobrych rodzin wyrusza  zabawić się na mieście. Tak się składa, że się rozłączają. Od tego momentu każdy bawi się osobno, przeżywając nie zawsze zabawne przygody.

Między nami    ♦   ♦  


Podobno ta historia zdarzyła się naprawdę. Kilka tygodni po przyjechaniu z Kolumbii do USA, on zostawią ją z dwójką dzieci i idzie sobie w dal. A ona, bez zawodu, bez pracy, bez znajomości języka i przyjaciół  musi sobie dać radę. I oczywiście daje sobie radę. Ku pokrzepieniu serc.

Pięć dni bez Nory    ♦   ♦ 


Zanim Nora popełniła samobójstwo, tak wszystko zaplanowała, że to jej były mąż musi zająć się jej pogrzebem, a sam pogrzeb nie może się odbyć, tak jak to każe żydowska tradycja, w ciągu 24 godzin, tylko dopiero piątego dnia. Przemiła opowieść.

Słowenka    ♦    


Tytułowa Słowenka to studentka, która nie mogąc liczyć na pomoc rodziny, postanawia zarobić na dostatnie życie jako prostytutka.  Jak dla mnie za dużo w tym filmie publicystyki - niektóre sceny toporne, w sumie mocno takie sobie.

The Girfrien Expierence  ♦   ♦ 


Film S. Soderbergha, pokazywany w ramach cyklu "mistrzowskie dotknięcie". Mistrzowskie to było, ale nie dotknięcie, tylko pierd..... A rzecz o kryzysie, call-girl i o tym że trudno dziś o prawdziwe relacje - słowem przesłanie też "mistrzowskie".  Dwie gwiazdki, a nie jedna, bo film dość krótki i bez dłużyzn. 

Kupiłam wełnę na kolejne szale. Głęboka czerwień okazała się  czerwienią w bordowym odcieniu, w dodatku z szarym nalotem - na razie nie umiem się do tej wełny przekonać. Turkus też szarawy, ale może być. Wygląda na to, że ta wełna się nie mechaci. Tyle że nie wiem, kiedy zrobię  z niej szal, cały czas dziergam czerwony, zbliżam się wprawdzie do końca, ale jeszcze nie skończyłam  - w tym czasie Dagna zrobiła 5 szali i 1 sweter.


Nie ma czasu na posprzątanie ogrodu. Jesienią widzę dobre strony uprawiania w ogródku kostki bauma z posadzonymi wzdłuż płotu iglakami. Na razie posprzątałam tylko pod orzechem - zgarnęłam cztery worki,  a na gałęziach zostało jeszcze przynajmniej na dwa worki. A to dopiero jedno drzewo. 


Przyszły weekend  spędzam u córki w Londynie. Myślałam, że Anka przyjedzie dopiero w styczniu, ale zatęskniła za dentystą i  kupiła bilet na listopadowy weekend. Zastanawiam się,  czy dający się zaobserwować spadek narzekania na polską służbę zdrowia, nie ma jakiegoś związku z ostatnią emigracją. Beata też przyjeżdża do lekarza w Wwie - pracuje w Szwecji  w szpitalu i jako lekarz raczej wie co robi.

A mój synek kupił za 4 grosze bilet do Oslo. Świat stoi przed nami otworem. Trzeba mieć tylko pieniądze na hotel.

piątek, 16 października 2009

Moja Białoruś

W ramach gonienia spraw odłożonych "na chwilę" ...

Kraj gdzie nie ma lumpeksów, a w sklepach chińskiej tandety. Zaopatrzenie jest całkiem dobre, z tym że nie wielu na te towary stać. Znany nam z przeszłości głód mieszkań - młoda rodzina po to by mieć szanse na mieszkanie, mieszka w akademiku, bo w ten sposób zbiera "punkty" - jak dochowa się trzeciego dziecka, ma prawo do kredytu na bardzo preferencyjnych warunkach. Na targu sprzedają prawdziwe warzywa i owoce, z przydomowych ogródków - ja zajadałam się kosztelami. Wsie jak skansen, bez betonowych domów. Ślicznie to wygląda, chociaż pewnie niedługo zniknie. Jeszcze pamiętam, że tak wyglądały i nasze wsie.
Na początek trochę zdjęć z Grodna.


Czyste miasto, z dużą liczbą starych drewnianych domów "przyklejonych" do bloków. Niestety odkryli siding i używają go do rewitalizacji starych domków. Byłam tam rok temu - przez ten rok przybyło wprawdzie aut, ale dalej jest to miasto pustych ulic, samochodów które parkują na ulicy zastawiając jeden pas, tak ze ruch po drugim pasie odbywa się wahadłowo.

Zobaczyłam też trochę prowincji. Pojechałam  do małego miasteczka, 200 km od Grodna - Oszmiany. Czysto, schludnie, a przy domach urzekające, tak rzadko już u nas spotykane przydomowe ogródki.


Reklamy ulicznej bardzo mało, więcej politycznej, ale też nie tak dużo. Do tego albumu dodałam kilka zdjęć zrobionych przez synka, który był w kilku miejscach więcej (m.in. w Mińsku). 


Moniek zabrał mnie do królestwa kiczu, które znajduje się  kilometrów od Grodna. Przy wejściu sklep z alkoholem i zakąską. W środku dużo ujutnych miejsc, w każdym "biesiadka" - czyli zadaszony stół z ławami.  Jak ktoś nie chce biesiadować na dworze, może w restauracji gdzie światło wpada przez ogromny witraż, a w środku jest wszystko, nawet fontanna.


Poszłam też do muzeum Bogdanowicza. Kilka pokoi, w których pachnie Czechowem. Jest też sala Czesława Niemena, na ścianie wisi nawet kilka jego obrazów.

niedziela, 11 października 2009

Zła passa

Za co się nie wezmę, to nie wychodzi. Przy czym nie jest tak, że dzieją się jakieś dramaty. Tylko wszystko idzie jak po grudzie - cały czas coś robię, ale nic nie udaje mi się zrobić.

Nawet przez chwilę stanęło pod znakiem zapytania, pisanie tego bloga.

Wszystko przez wpis o Białorusi i to, że miało być w nim trochę zdjęć. Kiedyś do umieszczania albumów używałam wydzielonego mi przez synka skrawka miejsca na administrowanym przez niego serwerze, teraz postanowiłam założyć dla "ningi" album na Picasie.

Przy okazji - tego akurat nie było w planie - wykonując kilka mało przemyślanych ruchów, skasowałam sobie nie tylko dostęp do konta "ninga", ale również przewidzianą przez system możliwość odzyskania hasła do tego konta. I tak po raz pierwszy na serio skonfrontowałam się z myślą, że blog ma nie tylko początek, ale i koniec. I że nigdzie nie jest powiedziane, że to będzie tylko moja decyzja – nic nie jest wieczne, również Google.

Postawiłam sobie też pytanie, czy gdyby okazało się że bezpowrotnie straciłam prawo do tego konta, założyłabym nowy blog, a jeżeli tak, to gdzie. Szybko sobie odpowiedziałam, że jeżeli blog, to tylko na gazecie, bo chociaż czasami na nich "warknę", to jednak na co dzień doceniam jakość ich technicznego suportu. Teraz też się na nich nie zawiodłam - o północy zamieściłam wiadomość na forum gazety, pół godziny później odpowiedział na nią admin gazety, przed snem wysłałam do niego jeszcze mail i już o dziewiątej rano miałam przyznane tymczasowe hasło do konta.

Ale też po raz pierwszy pomyślałam o wersji – "ja bez bloga" i zobaczyłam, że taka sytuacja miała by też dla mnie i dobre strony. Z tym, że póki co, postanowiłam dalej pisać. Bo chociaż moje sieciowe "ja" zajmuje mi stanowczo za dużo czasu jak na to, ile dla mnie znaczy, to lubię ten kawałek tortu.

I nie wiem jak dałabym sobie bez tej sieci radę. Już szybciej chyba mogę sobie wyobrazić wariant bez komórki. Trzy dni usiłowałam sobie poradzić z zamieszczonym w opisie schemacie obramowania:

W końcu zadałam pytanie na forum i już pół godziny póżniej miałam odpowiedź: okazało się ze już jakiś czas temu na knittersreview była informacja, że w schemacie jest błąd - a ja nawet nie wiedziałam że jest takie miejsce w sieci.

Jeszcze zanim zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy zdążyłam pójść na Kocham cię od tak dawna.

Fabuła trochę naciągana i jak ktoś płacze w kinie, to ma  tutaj duże pole do popisu. Ale się nie wierciłam - zaczarowała mnie gra Kristin Scott Thomas i chociażby dla niej warto zobaczyć ten film.

Teraz mam problem, bo jak miesiącami nic nie było, tak teraz "rzucili na miasto towar" i boję się, że filmy wyświetlane równolegle z WFF znikną, zanim zdążę je obejrzeć.

Trzy pierwsze dni festiwalu to:

Szukając słonia     ♦   ♦

Film o koreańskich japiszonach.

Niebanalna galeria postaci, moc fajnych scenek i sytuacji, ale zastrzeżenia do tego jak to wszystko jest sklejone jak najbardziej uzasadnione. Pokazywany w ramach konkursu, nagrody chyba nie dostanie.

Pedro  

O Bosz, jaki produkcyjniak.

Film to ekranizacja książkowej biografii). Nastoletni kubański imigrant, chory na Aids gej. Zanim umarł w wieku 22 lat, jeżdził po szkołach z prelekcjami o Aids. Bez wdzięku, chaotyczny, ale o "słusznej wymowie".

Obiad w środku sierpnia     ♦  ♦ 

Przeuroczy, klimatyczny film.

Ciepła komedia i unikat, bo o starych kobietach, którymi przez kilka dni opiekuje się mieszkający na co dzień tylko ze swoją wiekowa matką, 50-letni "synek mamusi." Jedynym film WFF, o którym wcześniej czytałam (u Maga-mary).

Miałam też bilet na Miej oczy szeroko otwarte, ale zawróciłam spod kina. Nie byłam pewna, czy wychodząc z mieszkania rodziców, zgasiłam gaz pod czajnikiem (na co dzień używam elektrycznego, więc nie mam nawyku sprawdzania, a może to już Alzheimer?).

A z ciekawostek:

dawno dawno temu, miałam na studiach zajęcia z p. J. Staniszkis, która pokazywała nam, że nawet w takiej Trybunie Ludu, czy Nowych Drogach można, jak się tylko umie, znaleźć wiele ciekawych informacji.

Minęły lata, ale nawyk zwracania uwagi na drobiazgi pozostał. Bo ważne jest nie tylko co, ale również jak jest to napisane. Uroki precedencji ...

Posianą trawę można już skosić. Liści tyle, że już jest co grabić. Czyli:

a ogród czeka i zawija jesienne sreberka ...

niedziela, 04 października 2009

Tyle się dzieje

Tyle się dzieje, że nie za bardzo wiem od czego zacząć. Może od książki?

W przerwie pomiędzy Kolorowym wyzwaniem a Literaturą na peryferiach, przeczytałam ciekawą biografię.

Teraz chętnie bym jeszcze raz obejrzała film Kinsey - pamiętam, że mi się podobał, ale nie pamiętam jak były w nim przedstawione układy w zespole badawczym. W kręgu Kinseya to fabularyzowana biografia pisana z pozycji jednego z jego współpracowników. Wynika z niej,  że Kinsey wraz z zespołem, tworzyli bardzo hermetyczną grupę rządzącą się narzuconymi przez Kinsey'a, łagodnie mówiąc dość "ekstrawaganckimi", regułami gry. Książka ciekawa i dobrze się ją czyta. Z tych dających do myślenia. Nie miałam też pojęcia, że już pod koniec lat 40 Kinsey wykorzystywał kamerę do dokumentowania swoich badań - np. chcąc poznać odpowiedź czy sperma częściej wypływa, czy wytryskuje w ciągu kilku dni w wynajętym specjalnie w tym celu lokalu w Nowym Jorku sfilmował 1000 ochotników - każdy z nich miał 5 minut na to by się wyonanizować.  Nie pamiętam z filmu tej akcji, a jak o tym czytałam to widziałam przed oczami kolejne scenki, w których rzeczywistość przerastała wyobraźnie (jest ich w książce opisanych w tym miejscu całe mnóstwo).  

Bywam w kinie (dodatku planuję bywać jeszcze więcej - Warszawski Festiwal Filmowy ante portas, już kupiłam bilety: 9 dni festiwalu - 9 filmów). 

Na razie zobaczyłam Do Czech razy sztuka. Zamiast komuś tłumaczyć co to jest czeski film, wystarczy go wysłać właśnie na ten film. Takie ple-ple o emocjonalnych rozbitkach, którzy jak to zawsze w czeskich filmach, przedstawieni są w uroczo ciepły sposób. Czyli niby o niczym, a ogląda się  z przyjemnością. Mam tylko jeden problem z tymi czeskimi filmami - ciągle grają w nich ci sami aktorzy, Jiří Macháček to dobry aktor, ale ile można?


Zaraziłam się też wirusem szalomanii, z tym że na razie koronki  estońskie  podziwiam z daleka i pozostaję wierna dawnemu zauroczeniu - czyli koronkom szetlandzkim. Wybrałam ten wzór:


Szale estońskie królują póki co w necie i do stolicy nie dotarły - na comiesięcznym warszawskim spotkaniu robótkowiczek coraz więcej uczestniczek, kilka szali, ale ani jednego estońskiego.  

W domu czekam, aż Bojar znów będzie miał czas. Na razie mam już nadkominkowy malunek sufitowy. Po zakończeniu pracy, występująca w roli artysty plastyka Agnieszka powiedziała, żebym na przyszłość pamiętała, że lepszy efekt jest gdy maluje się od początku, a nie gdy zamalowuje się czyjeś nieudane próby.  Nie wzięła pod uwagę jednego - gdyby Gumiś nie spieprzył, to by jej nie przywiózł, aby po nim poprawiła.


Na wrażenia z Białorusi nie ma już w tym odcinku miejsca. Starczy  co najwyżej tylko na kilka zdań o Sokółce.  Miasto próbujące ostatnio zaistnieć jako polskie Medjugorie  wita obdrapanym dworcem:

z przygnębiająca poczekalnią


z  ciekawym melanżem napisów:


Wysoki poziom religijności widać nie tylko na murach poczekalni. Widziałam w telewizji reportaż na ten temat cudu w Sokółce - nie rozumiem, mogę jedynie przyjąć do wiadomości, że niektórzy mają aż taką potrzebę wiary w cud, ale chciałabym móc zadać im pytanie - skoro znalezione w hostii  kawałki włókien mięśnia sercowego znalazły się tam na skutek działań sił nadprzyrodzonych,  to czyje DNA oznaczymy badając  te włókna?

Zaparkowało też pod moim płotem wygrane przez mamę Beaty BMW - trzeba było tylko wysłać sms i mieć szczęście (mama Beaty tak zrobiła, ale ponieważ  nie ma prawa jazdy, więc teraz jeździ na zmianę Beata i jej brat). Nie wiem tylko kto miał w tym wypadku szczęście - mama Beaty, czy Beata i jej brat?


czwartek, 01 października 2009
Wróciłam

Ale jeszcze chwila minie, zanim coś o tym napiszę.




Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli