niedziela, 31 października 2010

Mam dość

Cofnęłam się pamięcią wstecz (w takich chwilach bardzo pomaga ten blog) i żadna edycja remontowa nie szła tak po grudzie jak ta.

Podłogi niby są:


Ale tak nie do końca - zabrakło 3,5 metra desek (kupowałam opierając się o plany budynku). Teraz muszę czekać do 15 listopada, bo dopiero wtedy w Hajnówce będą robić ten typ desek.


Łazienka ładna:

Ale pralka zupełnie tam nie pasuje i przenoszę ją do drugiej łazienki. Tyle, że nie można jej tak po prostu podłączyć do wyprowadzenia od bidetu, tylko trzeba przerabiać

Z kolei po położeniu brodzika, okazało się, że w jednym miejscu jest odłupany kawałek glazury (ostatnia płytka po lewej stronie).

Można to zafugować, można pomyśleć o wymianie płytki. Ja wolałabym to drugie, ale ostateczną decyzję podejmie pan glazurnik (podobno dobry, dostałam namiar od pana hydraulika). Przy okazji uzupełni też płytki pod drzwiami, gdzie myślałam że wjadą deski:

A jak już będzie, to może i wymieni fugę w łazience.

Za darmo mi tego wszystkiego nie zrobią. A to i tak nie wszystkie nieprzewidziane koszty. Na przykład dopiero teraz się okazało, że  muszę kupić dywanik pod fotel na kółkach, bo inaczej w kilka miesięcy zajeżdżę podłogę. Nie poszło też po mojej myśli z zaświadczeniem o szczelności instalacji gazowej - okazało się, że nie może tego wystawić, ktoś kto ma uprawnienia do  instalacji urządzeń gazowych (np. mój pan hydraulik), tylko inżynier gazownictwa. Będzie pewnie kosztować tyle ile mapka od geodety, albo i lepiej.

I tak w kółko.

Nie mam czasu na kino. Nie ma czasu na książki. Nie mam czasu na druty.

Mam prawo mieć dość.

Przez trzy dni (w piątek wzięłam urlop) doprowadzałam dom do ładu. Parę rzeczy jest już skończonych, np. kominek jest jak nowy.

Ale jeszcze sporo jest do zrobienia.

Jutro robię sobie zasłużony dzień wolny - ale po to by go mieć, tym razem ogród posprzątała mi ekipa.

Z miłych rzeczy. Na targu u pana u którego zawsze kupuję jabłka zobaczyłam trochę takich poplamionych:

Okazało się, że są to nie pryskane kosztele ze starego drzewa. Zagadałam z nim na ten temat, przystanęła jakaś bardzo wiekowa pani, chwilę posłuchała naszej rozmowy i z nadzieją zapytała - czy ja dobrze zrozumiałam, że można u pana kupić przedwojenne jabłka?

wtorek, 26 października 2010

Przyszli

Mam chyba fałszywy obraz samej siebie - wygląda na to, że tak jak inni, też tonę w rzeczach.



Ale za to podłogi wyrównane, polane żywicą i położenie desek zabierze  jeszcze tylko jeden dzień.

niedziela, 24 października 2010

Renault Blog Tour!

Weekend spędziłam w Hotelu Amax w Mikołajkach. I w dodatku (czysty przypadek), miałam do własnej  dyspozycji apartament studio.

Z Wwy wyjechaliśmy o siódemej rano, jak tylko dojechaliśmy, odbyła się sponsorowana przez Renault gra typu "korporacyjne podchody". Byłam pilotem, z takim skutkiem, że jako jedyni zamiast w Giżycku, wylądowaliśmy w Mrągowie.

Maraton polegał, tak  jak zawsze, na całonocnym wspólnym pisanie bloga. Większość uczestników przyjechała z własnymi laptopami, gazetowych było tylko kilka i dla mnie zabrakło. Byłoby szczytem hipokryzji twierdzenie, że było mi z tego powodu  jakoś strasznie smutno. Po kilkugodzinnym rajdzie z przyjemnością resztę wieczoru spędziłam już tylko w swoim towarzystwie.

Okna mojego pokoju wychodziły na Mikołajki.

 

W niedzielę rano poszłam powłóczyć sie po dawno nie odwiedzanych kątach. Bosz! A kiedyś było tam tak pięknie!  Rozczulały mnie drewniane pomosty, bo tylko one przypominały mi tamte klimaty.

Chyba powinien  być prowadzony stały konkurs na super  gargamela. Gdzie nie spojrzeć straszą i wygląda na to, że cały czas budują się nowe:

 

Nie chcę zapeszać, ale wszystko wskazuje na to, że następny odcinek będzie o remoncie.

piątek, 22 października 2010
Nasza klasa - Teatr na Woli

Byłam. Widziałam. I tak.

Z jednej strony trudno nie zgodzić się z kilkuzdaniową recenzją mojego synka na Faceboku, że sztuka:

ma wdzięk i lekkość i tekst (i jego wystawienie) sztuki "Niemcy" w Teatrze Polskim, na którą w jakiejś środkowej podstawówce organizowano wycieczkę. I chyba mniej lub bardziej świadomie tego rodzaju wycieczki to właściwy target tego zjawiska.

Ale jest to jednak zbyt wielkie uproszczenie.

Pomijając braki warsztatowe (współcześni aktorzy nie mają dykcji  i mówią „serialem”, z czym trzeba się już chyba dziś pogodzić), sztuka jest w miarę dobrze zagrana. I - co dla mnie ważne - nie ma nadrabiania braków krzykiem, lataniem po scenie i całą resztą tego typu często spotykanych we współczesnym teatrze „wypełniaczy” (w tym miejscu muszę przyznać rację synkowi: pośrednim dowodem na to, że "targetem" są wycieczki szkolne jest to, ze przez dwie pełne godziny na scenie nikt nie zdejmuje majtek - a to dziś w teatrze wielka rzadkość).   

Nie znam tekstu źródłowego, więc nie wiem czy pomysł przeplatania poszczególnych epizodów wierszykami, rymowankami czy dziecięcymi zabawami, które są równocześnie ilustracją danego czasu historycznego, to pomysł autora czy reżysera – ale jest on świetny i w dużym stopniu  to dzięki temu spektakl ogląda się bez nerwowego sprawdzania w teefonie, która jest godzina.

Nie znam też na tyle dokładnie historii Jedwabnego by oglądając losy bohaterów sztuki, móc dokładnie rozgraniczyć w którym miejscu kończy się historia, a zaczyna fikcja -  odwołań do prawdziwych wydarzeń jest tyle, że chwilami zapomina się że to jednak nie reportaż, a sztuka. Tym bardziej o to łatwo, bo  przedstawienie bardziej przypomina "publicystyczne wystąpienie w sprawie", niż "grę wyobraźni".

Szkolna klasa z Jedwabnego. Narodowe animozje dają o sobie znać na długo przed wybuchem wojny - już wtedy przez klasę przebiega podział na Polaków i Żydów. Gdy przychodzi wojna dzieje się to co się dzieje. A potem, ci co przeżyli, mimo upływu lat, dalej żyją w cieniu tej wojny. Moim zdaniem tak dobre recenzje sztuka zawdzięcza przede wszystkim temu, że podjęła ten temat i to udźwignęła. A opowiada historię nie do opowiedzenia,  bo każdy kto ją zna, ma swoją własną wersję, do której jest tak przywiązany, że nie odpuści nawet o milimetr.

No i jedna niewybaczalna „wpadka ” – zgwałcona kobieta ma problem, bo gwałt, bolało itd,  ale też  nigdy przedtem nie było „aż tak” – no i co w tej sytuacji o tym myśleć? I w dodatku oni wyszli tak bez słowa pożegnania.

W jakiś sposób nawiązaniem do tej historii jest to, jak spektakl jest reklamowany: trzy plakaty (zdjęcia u góry), na żadnym nie ma kobiety. Nie tylko na plakatach, w sztuce też stanowią jedynie tło. 

 

Lucia Graves - Kobieta nieznana

Autobiografia, ale taka trochę inna - mało o sobie, dużo o otaczającym autorkę świecie.

Lucia Graves to córka "tego" Gravesa. Anglik, ożeniony z Hiszpanką, większość swego zycia spędził z rodziną na Majorce. Jest to o tyle w tej opowieści ważne, że Lucia Graves miała i brytyjski paszport i jako "pół-angielka" z większym dystansem patrzyła na Hiszpanię generała Franco. W swojej książce opowiada o tej Hiszpanii i o tym jak powoli uwalniała się spod cieżaru dyktatury. O zachodzących zmianach pisze z puktu widzenia kobiet. Bo nawet nie tyle jest to książka o Hiszpanii, ile raczej o kobietach w Hiszpanii.

Momentami bardzo ciekawa. Ale tylko momentami.

Jest też w tej kiążce duży ładunek optymizmu. Bo skoro im sie udało, to może i nam się kiedyś uda?

 

Z mojego stosiku zniknęła jeszcze jedna książka. Czerwony rower Antoniny Kozłowskiej.

Miało być czytadło. I było. Ale jak dla mnie z dużym wdziękiem. Świetnie  opisane życie na jednym z peryferyjnych osiedli Warszawy lat osiemdziesiątych i świat dojrzewajacych w tamtych dekoracjach dziewczynek. Opisane jest to na tyle fajnie, że w pewnym momencie rozczuliłam się czytając opis skrzypiącego pod stopami śniegu - bo kiedyś snieg skrzypiał inaczej niż teraz, dokłądnie tak jak jest to opisane na kartkach tej książki

Równolegle do tamtej, toczy się i współczesna opowieść: trzy przyjaciółki mają problem, bo ktoś zagroził ujawnieniem zamiecionej  przez nich przed laty pod dywan tajemnicy.  Ten wątek, quasi-kryminalny, jest chyba z tego wszystkiego najsłabszy. Moze i dlatego, że te przyjaciólki wyrosły na bohaterki seriali (i tak modelowo się od siebie "różnią"). Jako nastolatki są w tej ksiązce dużó ciekawsze.

Ale też mi to zupełnie nie przeszkadzało - wystarczyła socjologiczno - historyczna otoczka, by z przyjemnością to czytać.

niedziela, 17 października 2010

Kulka mać!

Zgubiła mnie pewność siebie i pewność rzekomego doświadczenia w remontologii stosowanej.

To jest brodzik. Brodzik jest prostokątny, czyli ma cztery kąty proste.


A to miejsce gdzie ma stać ten brodzik.


Aby brodzik "pasował" do tej ściany, kąt w rogu ścianie musiałby mieć 90o. Ale nie ma - po przystawieniu brodzika do jednej ściany, odstaje od drugiej, i to sporo, na końcu długiego boku prawie 3 cm. To nie była przypadkowa ekipa. Miałam do nich zaufanie, bo w zeszłym roku świetnie zrobili Sykstynię. To nie oni zbudowali krzywą ścianę - do nich należało tylko położenie glazury i to zrobili. Czego chcieć więcej?

I nie cieszy już nic.

Bo co z tego, że pan hydraulik zorganizował zastępczą ekipę, skoro wyszedł taki pasztet.

I że przyjechał pan od kominka, zrobił pełny lifting i teraz mój kominek jest jak nowy.  I  że odebrałam mapkę od geodety.

Skoro każde rozwiązanie, mające na celu zamaskowania braku kąta płaskiego (poza zrobieniem wszystkiego od nowa, co z przyczyn finansowych nie wchodzi w grę), będzie tylko protezą tego co miało być.

A i bez tego nie wszystko idzie tak jak iść powinno. Pan gazownik wymienił w piecu jakąś część, miałam nadzieję, że przynajmniej jeszcze jedną zimę bezawaryjnie pogrzeje, a nie minął dzień i piec znowu co chwilę gasnie. I wygląda na to, że nikt  (a przynajmniej żaden z konserwatorów pieców, którzy działają w tym rejonie), nie ma pomysłu jaka jest tego przyczyna.

Skończyłam Pstrokacza (wzór to Revontuli, wełna to kauni, ale zwykła, nie lace).


Na zdjęciu jeszcze w wersji niezblokowanej. Nadaje się na samotne wędrówki - w razie czego, spokojnie można go namierzyć i z satelity.

Kolejną robótką też będzie szal. Nie wiem jaki. W każdym razie z którejś z tych wełen:

Jedwab (miał  być Abrazo, ale wtedy zostanie mi trochę tego jedwabiu, a chciałabym już nie powiększać zbiorów w moim muzeum wełnianych kłębków i kłębuszków).


Kauni lace (chciałam zrobić z tego Sumka, ale wełna jakoś źle skręcona i polegnę na bardziej skomplikowanym wzorze).


 

Merino od Myszopticy (miało być z tego Lavalette skrzyżowane z Aestlight ale skoro kauni lace  nie nadaje się na  Sumka, to może ten szal bym zrobiła z kauni, a na to merino wymyślę coś innego. Jest dobrze uprzędzone i tym samym bardziej "uniwersalne").

Nie wyrabiam się z czasem. Z jednej strony za dużo tego wszystkiego na raz. Z drugiej, powoli starczo się usztywniam.  Perspektywa powrotu po nocy do domu, bo już z samego rana  ma przyjść ekipa, więc nocowanie w Wwie odpada,  była na tyle mało atrakcyjna, że rezygnowałam z seansu. Jest to jeden z powodów tego, że ledwie "liznęłam" tegoroczny WFF .

Synek *


E tam. Poszłam dla Sadiłowej i kolejny raz się nacięłam (w zaszłym roku, na po zachwyceniu się jej dwoma filamami:  Z miłością Lili i Potrzebna niania, w których główną rolę grała Marina Zubanova, rozczarował mnie film Nic osobistego, w którym nie było M. Zubanovej). W kolejnym jej filmie: Synek też nie gra M. Zubanova to też i zachwytów nie będzie.

Świetnie pokazane prowincjonale rosyjskie miasteczko. Tytułowy synek wychowywany jest przez samotnego, chorobliwie nadopiekuńczego ojca (matka porzuciła ich gdy dzieciak miał pół roku). Ojciec otacza  chłopaka  pajęczą siecią swojej chorej miłości, a jego rwie do świata. Zbyt teatralne, zbyt przerysowane, zbyt nieprawdziwe.

Berlin Boxagener Platz ****

Berlin 1968 rok. Na świecie zawierucha, a odgrodzeni od świata bohaterowie filmu, mieszkańcy Berlin Wschodniego  rozgrywają swoje małe gierki. Główną bohaterką jest babcia, której piąty mąż  za chwilę ma już umrzeć i na wieść o tym, uderza do niej w zaloty dwóch zalotników.  W tle czkawka historii. I tu chyba tkwił mój problem z oglądaniem tego skądinąd  świetnego filmu - jestem wychowana przez pokolenie wojny, wdrukowano mi pytanie, a co  oni robili ćwierć wieku wcześniej?  A gdy mówią co robili, to z trudem mi przychodzi patrzeć na nich jako na ofiary wojny.

Splątane korzenie *****


Współczesna fińska rodzina - dorosły syn na dalekich misjach wojskowych, dorastająca, szykująca się do odlotu córka i adoptowana chińska dziewczynka. Do tego kłopoty finansowe - konieczność spłaty podżyrowanego kiedyś komuś kredytu i choroba genetyczna ojca, na którą właśnie zaczął umierać i którą nieświadomie prawdopodobnie przekazał swoim dzieciom. Smutne, ale prawdziwe i bez taniego sentymentalizmu.

Powoli sprzątam ogród

I dziękuję Jużnierudej za uprzedzenie w komentarzach o wredności nawłoci. Zakwitły tylko dwie, ale jak podeszłam bliżej była ich już cała kolonia. I rzeczywiście korzenie mają imponujące. Lepsze niż perz.



poniedziałek, 11 października 2010

Jesień już

już palą liście w sadach ....

a na mojej tegorocznej kwiatowej rabatce-porażce z wiatrem przyleciała mimoza.


 

W tym tygodniu przeżyłam chwile grozy - na tzw. rekonesans przyjechał pan parkieciarz, zrobił pomiary wilgotności (wszędzie "norma" była przekroczona przynajmniej o 1/3), przeprowadził wywiad na temat ogrzewania domu  i orzekł ... że nie są to warunki dla podłogi z desek. A ja nie lubię paneli. Ale też nie zmienię dla podłogi z desek swoich przyzwyczajeń. Widząc moją awersję do paneli, pan parkieciarz obiecał skonsultowac się jeszcze z tartakiem - okazało się, że   podobno wystarczy porządnie "zamknąć" podłogę (wylewa się chemiczny podkład, który potem robi za izolację i deski nie chłoną wilgoci z  podłoża). W pierwszej chwili bardzo ucieszyłam, ale teraz to już sama nie wiem, czy czasem nie jest tak, że to rozwiązanie znaleziono  tylko po to, by uniknąć kłopotów związanych z anulowaniem zamówienia.

Poza tym:

Pan hydraulik wyszedł już wprawdzie ze szpitala, ale jest jeszcze za słaby by przyjść. A jego koledzy usiłują zdążyć przed zimą tysiąclecia i też nie mają czasu.

Część od kominka jeszcze nie nadeszła.

Nie zawiódł tylko Bojar.


Na razie, póki nie ma podłogi, ani wykładziny, zrobił ciągi komunikacyjne na strychu - za każdym razem jak ktoś wchodził na strych bałam się, że jeszcze jeden krok i komuś "omsknie" się noga, tak że z hukiem  wyląduje na parterze.


W pudłach stoją książki. Zamiast je oddać je biblioteki, wyniosłam na strych - coś w tym jest, że strych niepostrzeżenie sam się "graci".


Z Bojarem przyjechała Lucy (twierdzi, że po tym jak zrobili jej w wydawnictwie sesję zdjęciową, nabyła taki tik, że  jak tylko widzi aparat, od razu dłubie w nosie)


Lucy zarządziła siedzenie na dworze, bo podobno jesienne oczekiwanie na zimę, to najpiękniejsza pora roku.


Pstrokacz był już skończony, ale zauważyłam błąd i sprułam ostatnie 10 cm. Teraz nie wiem kiedy skończę, bo gdzieś w trawie są moje druty i nie mogę ich znaleźć.

Zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy.

A ja zaczynam u siebie podejrzewać, może nie Alzheimera, ale jakąś odmianę starczej niezborności. W tym tygodniu, poza codziennymi rytuałami  wiecznych poszukiwań (kluczy, okularów, portfela itp.) m.in. wycięłam taki numer. Na ubiegłotygodniowej parapetówie zostało postanowione, że wezmę trochę na hol jedną młodą ciotuchnę, która jeszcze niepewnie stoi na samotnych nogach. Ciotuchna zarobiona, chodzi spać z kurami, więc zdecydowała się tylko na jeden film.  Sama z siebie  zadeklarowałam się, że przy odbieraniu karnetu kupię bilet i dla niej, bo przed seansem dziki tłum i z kupieniem mogą być kłopoty. Przyszłyśmy do kina wcześniej, ale przekonane o tym, że mamy bilety, nie spieszyłyśmy się na salę.  Tuż przed seansem okazało się, że kupiłam jej bilet, ale ... na film obok. Pan sprawdzający bilety wpuścić nie chciał, przed kasami dzikie tłumy, słowem klops. Na szczęście pani z informacji  życzliwie zajęła się naszą sprawą i sprzedała nam wejściówkę. Wejściówka była wprawdzie w cenie biletu (tych ostatnich, chociaż  film był wyświetlany z angielską listą dialogową, już  nie było), tamten bilet się zmarnował, ale i tak byłam szczęśliwa, ze udało się jakoś zatuszować moja "wtopę".   

Kobieta ze złamanym nosem * * * *

W ciągu dwóch tygodni obejrzałam drugi (po Kabuli Kid) film, w którym początkiem opowieści jest porzucenie w taksówce dziecka przez matkę. I w Kabulu i w Belgradzie taksówkarz decyduje się zaopiekować zostawionym na tylnim siedzeniu dzieckiem. Równolegle opowiedziana jest historia  nauczycielki, która nie potrafi pogodzić się ze śmiercią synka i jadącej na prochach aptekarki, która nagle odkrywa, że mężczyzna z którym  planuje ślub, nie jest tym wymarzonym. Wszyscy  w tym filmie są przeraźliwie samotni i pogubieni. Każdy z nierozliczoną raną z przeszłości (nie wojenną, tylko taką "zwykłą"), uniemożliwiającą odnalezienie się w rzeczywistości.  Czyli o tym, o czym opowiada większość współczesnych filmów. Miło się ogląda. Sporo iskrzących dialogów, śmiesznych scen. Dobre wrażenie psuje ostatnie 5 minut - niestety reżyser nie wytrzymał i ozdobił to ckliwym zakończeniem.

Nad ulicą pod wodą * * * * *

Nie zdziwiłabym się gdyby ten duński film wygrał Festiwal. Wprawdzie filmów na ten temat było juz wiele - jeden dzień z życia kilku pozbawionych trosk materialnych, ale nie dających sobie rady z życiem uczuciowym osób - ale tu jest to bardzo fajnie pokazane. Świetnie dialogi, dobre tempo, zero niepotrzebnych scen. Jak pojawiły się napisy, widownia klaskała.

Za dwa tygodnie jadę tu. Może ktoś kto ma też blog na bloxie, a o tym nie wie i by pojechal też. Boję się trochę występowania w roli geronta.

 

środa, 06 października 2010
Nowe życie Pamuka

Najsłabsza z trzech książek Pamuka, jakie do tej pory przeczytałam (dwie pozostałe to Śnieg i Nazywam się Czerwień).

Jest taka książka, która odmienia życie tych którzy ją przeczytali. W najbardziej skrajnych przypadkach, odmienia całkowicie. Porzucają oni wtedy swoje dotychczasowe życie i idą szukać opisanego w niej świata. Bohater książki Nowe życie, młody student Osman, jest jednym z takich skrajnych przypadków.

Jak dla mnie, mocno wydumana książka drogi. Może się czepiam, ale chodzi mi np. coś takiego: towarzyszymy Osmanowi w jego podróży – przez ponad pół roku jeździ po Turcji tamtejszymi PKS-ami szukając czegoś co jest trudne do odnalezienia. Podróżuje bez przerw, nocuje w autobusach. W tym czasie to można świat objechać, nie tylko Turcję.  Jest coś takiego jak licentia poetica, przenośnia itp. Ale musi być tak podana, by nie drażnić. Połączenie baśni z kryminałem może być zrobione dobrze lub źle. Moim zdaniem w tej książce jest zrobione źle.

Druga część książki, już nie o podróży, ale tak samo  mętna.

Najmocniejszą stroną tej książki jest nastrój. I tylko z tego powodu dobrnęłam do końca.

 

Z kolei Czerwony dywan Lavanya Sankaran to odkryta przeze mnie w "jatce" perełka. Za dosłownie kilka złotych, wielka przyjemność czytania.

Książka to zbiór opowiadań. Akcja wszystkich z nich toczy się w indyjskiej Dolinie Krzemowej - Bangalore (sprawdziłam w Wikipedii, jest w Indiach takie miasto i tak o nim mówią). Opowieść o młodych japiszonowatych absolwentach amerykańskich uczelni, którzy po powrocie są dla starszego pokolenia często zbyt amerykańscy.  I o starszych, którzy z poświęceniem wykształcili tych młodych i dziś nie zawsze są w stanie ich zrozumieć (podobnie jak  i otaczający ich świat). Świetnie się czyta.


Generała w labiryncie G. Marqueza też przyniosłam z jatki.

Słabiutkie. I to bardzo.

Opowieść o ostanim okresie życia generała Simóna Bolívara, gdy po przekazaniu urzędu prezydenckiego swojemu następcy widzi jak rozpada się dzieło jego życia - zjednoczona przez niego Wielka Kolumbia dzieli się z powrotem na Wenezuelę, Ekwador i Kolumbię. O umieraniu w samotności, na bocznym torze historii, kogoś kto jeszcze nie tak dawno  niepodzielnie rządził. 

Ciężko się czyta. Gdzieniegdzie pobrzmiewa wprawdzie echo Złej godziny i Stu lat samotności, ale z rzadka i niemrawo.

 

Mam nadzieję, ze przynajmniej jedna z książek, które ostatnio kupiłam w jatce będzie tak fajna, jak Czerwony dywan. Poniżej kolejne zdjęcie stosika nr 2, czyli uwzględniajacego tylko książki kupione w tym roku. "Stoją" ostatnie zakupy :


Jhumpa Lahiri                 Imiennik, podobała mi się jej książka Tłumacz chorób

Marian Marzyński           Sennik polsko- żydowski, kolejne wspomnienia, tym, razem o czasach które pamiętam, wyglądają na wartko napisane

Stefania Grodzieńska      Urodził go "Niebieski Ptak", liczę  na mnóstwo ciekawych anegdot

Attila Bartos                   Spokój, węgierska, o toksycznej relacji syna z matką

Aharon Appelfeld           Droga żelazna, kolejne rozliczenie z Holocaustem, tym razem Austria i o kimś kto dalej tropi zabójców

Leon de Winter              Porche'em do Ziemi Obiecanej, na okładce obiecują że będzie śmiesznie

Elina Hirvonen                Przypomnij sobie, o zwariowanej pogubionej współczesnej rodzinie

Miljenko Jergović           Buick Rivera, chorwacka, o emigracji w USA

Karen Joy Fowler           Klub miłośników Jane Austin, ma opinię dobrego czytadła

Antonina Kozłowska       Czerwony dywan, podobno dobre polskie czytadło

niedziela, 03 października 2010

Zastój

Z tygodnia na tydzień, cotygodniowe brydże coraz bardziej przeistaczały się w kulinarny popis Agnieszki i Gumisia - w tym tygodniu ledwo wstałam od stołu. Wracając do domu, umówiłam się z Ańćką, że razem idziemy na dietę i będziemy się na niej wspierać. Byłam tak obżarta, że chciałam "już, natychmiast", ale Ańćka przekonała mnie byśmy poczekały do soboty, bo cokolwiek by to nie było, podobno zaczyna się tylko w środy i w sobotę (uprzedzajac komentarze, m.in. Izy czy Mońka - do Ani Rubik mi daleko: wiekiem, wzrostem i obwodem).

Potraktowałam to bardzo poważnie. W sobotę poszłam na parapetówkę na Jelonki, gdzie nie przyszło sporo z zaproszonych gości i stół uginał się od pysznego żarcia. Cierpiałam, i to okrutnie, ale dotrzymując danego słowa, jadłam tylko oczami. Tymczasem w niedzielę Ańćka rozkosznie mi oznajmiła, że w sobotę nie czuła się jeszcze wystarczająco dojrzała i zaczęła dietę dopiero w niedzielę.

Zamówiłam już karnet na Warszawski Festiwal Filmowy. W tym tygodniu w kinie byłam tylko raz.

 

Do Buenos Aires, do tytułowego Tetro przyjeżdża jego dużo młodszy, 18-letni brat Bene. Są synami bardzo znanego dyrygenta. Przed laty Tetro uciekł do Buenos Aires, nie chcąc mieć więcej nic wspólnego z rodziną. Bene był wtedy za mały, by móc uczestniczyć w tamtych wydarzeniach. Teraz chciałby się dowiedzieć o co tak naprawdę poszło.

F. F. Coppola potrafi robić filmy. Jest też tak, że ja lubię takie klimatyczne snuje.

Szarotkowo niepostrzeżenie stało się trwałym elementem życia warszawskich drutowiczek.

  

Można się czegoś nie tylko nauczyć. W tym tygodniu było przyniesione np. motowidło. 

Coraz więcej jest wspaniałych wełen. Drgnęło w tym i to mocno. Na Szarotkach kupiłam kolejne kauni. W tym tygodniu odbieram też jeszcze dawno już zamówiona wełnę od Myszopticy. Jeżeli nie zwiększę tempa robienia, albo nie ograniczę zakupów, za chwilę i ja założę sklep z włóczkami.

Bo mój  kolejny szal niby przyrasta, ale w bardzo wolnym tempie (ten kłębek wełny na zdjęciu, to to kolejne kauni).

 

 

Na odcinku remontu totalny zastój

Pan Hydraulik nadal w szpitalu - wstępnie umówiłam się na przyszłą sobotę. 
Bojar nadal nie ma samochodu. Wprawdzie odbiera w przyszłym tygodniu, ale nawet nie udaje, że ode mnie zacznie nadrabianie zaległości. Część od kominka będzie dopiero po 10 października.
Z dnia na dzień coraz bardziej jestem pewna, że  trzeba będzie jeszcze raz wylewać podłogę, bo ta co jest, chyba jest krzywa - okaże się to prawdopodobnie w środę.
Z wykładziną też nie do końca tak jak planowałam - trzeba aż 52 metry, a byłam przygotowana na znacznie mniej, nie wzięłam pod uwagę tego by na całej powierzchni kłaść ją w jedną stronę.

Trochę lepiej na odcinku rejestracji domu.

Mam już w ręku odbiór elektryczny, sprawdzenie instalacji gazowej i opinię kominiarza. Do szczęścia brakuje mi tylko mapki od geodety (jest już zrobiona, ale trzeba po nią pojechać).

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli