poniedziałek, 31 października 2011
Po przyjeżdzie

Ogarnęłam trochę rzeczywistość wokół mnie -  nagrodziłam się za to dniem pidżamy (moja mama nie śledzi netu, więc mogę bez lęku głośno powiedzieć, że uwielbiam spędzić dzień na "nic nie robieniu", czyli wylegiwaniu się w łóżku z laptopikiem, książką i drutami na stojącym obok stoliczku i grającym w tle radiem). Ale że nigdy nie może być za dobrze, to tym razem w laptopie padła karta sieciowa, a kabelek za krótki by sieć w łóżku przeglądać ... Ilość rzeczy przygniata ...  Dalej nie mam sprawnej telewizji, od dwóch miesięcy oddaję dekoder do wymiany i chociaż punkt Cyfry + jest niedaleko mojej pracy, jeszcze tam nie dotarłam, a teraz jeszcze laptop i serwis HP. Brr !!!

Zawiesiłam w kuchni kupiony w Londynie plakat - nie było większych, więc kupiłam taki jaki był. Ale nie przypuszczałam, że będzie aż tak za mały.

To nie jedyna zakupowa londyńska porażka. Jakiś czas temu urwał mi się guzik od mojego ulubionego jesiennego płaszczyka (prezent od Gumisia, znaleziony przez niego na szperach). Poszłam do pasmanterii w domu towarowym Lewis przekonana, że mój ukochany płaszczyk ma złote guziki. I mam teraz cztery złote guziki (kupiłam na zapas), kiedy potrzebny mi jest jeden, ale srebrny. 

No i klapa. Do Londynu sie w najbliższym czasie nie wybieram. A tu ... komu przeszkadzały pasmanterie z guzikami?  Dlaczego zlikwidowano sklep na Emilii Plater? Kiedy wreszcie zaczną plajtować oddziały bankowe i apteki, a w ich miejsce znów pojawią się sklepy?

Zrobiłam za to body szala - jak grubsza kolorowa chusta, to tylko z kauni (ale nie z kauni lace)

I korpus PoleGole.

Mam już też pomysł na kolejny kardigan (Vogue).

Ale nie wiem z jakiej go zrobić wełny. Cascade 220 mnie nie zachwyca (PoleGole to mój trzeci sweter z tej wełny). Myślę o tweedzie Zitrona, jest superwash, więc może się tak nie mechaci?

Miałabym pewnie dużo więcej osiągnięć, gdyby nie to, że dogoniło mnie gamelo.net - ponieważ zgodnie z podjętym zobowiązaniem, przestałam tam wchodzić, przysłali mi mail, zawiadamiający o kolejnych nowych planszach. I znowu wsiąkłam ...



Plansza 108 do łatwych nie należy, więc chwilowo utknęłam ...

W kinach sporo filmów do obejrzenia. W tym tygodniu zdążyłam tylko na jeden - Rozstanie.

Poprzedni film tego reżysera Co wiesz o Elly, był najlepszym filmem ubiegłego roku. Ten, to najlepszy film jaki widziałam w tym roku. Może do następnego roku Asghar Farhadi  zdąży nakręcić następny?

Film o tym o czym mówi tytuł, czyli o rozstaniu. Ona chce od niego odejść, bo on nie chce wyjechać z Iranu. On nie może wyjechać, bo opiekuje się chorym na Alzheimera ojcem i gdy ona się wyprowadza, musi wynająć opiekunkę. W ten sposób na scenę wchodzi druga rodzina i sytuacja, na skutek szeregu niedopowiedzeń, zaczyna się coraz bardziej komplikować. To co jest w tym filmie niesamowite, to wrażenie że obserwuje się sytuację, która się dzieje naprawdę - tak to jest zagrane. Też to co się dzieje, pozbawione jest dramatycznych, podkręcających akcję rozwiązań, ot życie. Rzecz się dzieje w Iranie, ale równie dobrze mogłaby wydarzyć się i w Europie. 

W tle ważny dla bohaterów tego filmu, zwłaszcza dla jednej z tych rodzin,  Islam i jego zasady (z tym, że pokazane jest to bez taniej egzotyki).  Porównanie tego co to dla nich znaczy z nadwiślańskim podejściem, w którym Bóg, pogodził się z tym, że człowiek jest grzeszny i  dziwnie łatwo mu to wybacza, skłania do nie najweselszych refleksji.    



niedziela, 23 października 2011
Londyn - ciąg dalszy

W wolnych chwilach od babciowania, postanowiłam odwiedzić sklep z włóczkami Loop Yarn Shop. Dawno, dawno temu, gdy nie było jeszcze Szarotek czy e-dziewiarki, raz czy dwa nawet u nich coś przez net kupiłam.



Coś się przez te lata zmieniło, nie czuję się odcięta od światowego rynku włóczek i pewnie dlatego wybór wełen mnie nie powalił. Więcej czasu poświęciłam na przeglądanie książek o robótkach - na piętrze są stoliki i fotele (pewnie odbywają się tam spotkania robótkowe). Ale i tu nic mnie nie uwiodło, tak że bez żalu wyszłam ze sklepu z pustymi rękami. 

Sklep odwiedziłam w sobotę  -  jest przy  Camden Passage, wąskim przesmyku, który w sobotę zamienia się w targ staroci

Z tym, że obok straganów są tu i śmieszne sklepy, czynne i w tygodniu


Niby ciuchlandy, ale z taka artystyczną nutą wyglądają dużo ciekawiej i zachęcają do wejścia

Ale sobotnich wrażeń z Camden Passage w żaden sposób nie można porównać, z niedzielą spędzoną w okolicach Liverpool Station.

Zaczęłam od Petticoat Lane Market, wprawdzie początki tego targu sięgają czasów Tudorów, ale dziś jest to targowisko chłamu. Zajrzałam w poszukiwaniu małej walizeczki na kółkach, ale niczego takiego nie znalazłam. Jedyną ciekawostką były przesłodkie sukieneczki dla małych dziewczynek

Chwilę potem przeniosłam się do Spitafields (jakiś czas temu bardzo ciekawie o tym miejscu napisała Chichiro).

Mnóstwo wszystkiego do pooglądania! Było i stoisko z wełną, ale niezbyt ciekawe, na kilku innych stoiskach sprzedawano też ręczne wyroby dziewiarskie. 

Mnie interesowały wełniane pledy w kratę. W "moim", czyli w dużym, rozmiarze nie było - były za to narzuty z futra, ale nawet nie spytałam o cenę

A potem to już było Brick Lane. Mieszkać przy takiej uliczce  bym nie  chciała, ale pospacerować po takiej uliczce sama frajda.

Do wyboru kuchnie świata


 

 

Młodzi mogą się awangardowo uczesać u ulicznego fryzjera


Kupić  odjechane ciuchy

Starsi wymasować sobie plecy

Czy kupić dla wnusia śpioszki z Che

 

I całe mnóstwo jeszcze innych dostępnych atrakcji.

Żeby nie było tak słodko. Zabrakło mi pieniędzy, na straganach z żarciem kart nie przyjmują, więc musiałam swoje odstać w takiej kolejce do bankomatu (w dodatku krzywda moja była jeszcze dłuższa niż ta kolejka, bo tu do wszystkich bankomatów są takie kolejki, a moją kartę zechciał obsłużyć dopiero trzeci z kolei).

 


piątek, 21 października 2011
Kryzys

Poszłam obejrzeć z bliska kryzys kapitalizmu:

Mają własne media:

Ale strona wizualna mało atrakcyjna:


Z aparatem w ręku, nie włączyłam się do akcji


Ale ci co chca się włączyć i przychodzą z namiotami, też odprawiani są z kwitkiem

 

Jest tam fajny klimat pikniku


Można załapać się na wykład:

No i ekonomia, ekonomią, ale i o coś dla ciała powalczyć jest sposobność

 

To już nie tak jak w kawale sprzed lat, gdy powracającego z Zachodu zapytano:

- I  jak tam, rzeczywiście gnije ten kapitalizm?

- Oj gnije, gnije, ale jak ta zgnilizna cudownie pachnie!

Mnie zapachniał dopiero gdy wracając wstąpiłam do St. Martin on the Fields i trafiłam na próbę orkiestry. Oj jak ładnie grali ... 

W  dawnym kościele zdjęto wszystkie symbole kultu, pozostał układ szkieł w witrażu ...


środa, 19 października 2011
Windsor

Aby nie wgapiać się cały czas we wnuka jak sroka w gnat, zrobiłam sobie przerwę na Windsor.

 

Bryła zamku, a raczej kilka stojących obok siebie brył, robi wrażenie:


Klimaty z Harry Pottera


 

W środku gorzej. Wystrój komnat straszy. Jak bym była królową, to bym sobie to inaczej urządziła. Te Rubensy, Rembrandty i Bruegle bym zostawiła, ale resztę ... Może dlatego nie wolno robić w środku zdjęć?  

Zamek w Windsorze stanowi zespół budynków. A że to Anglia, nie może więc zabraknąć, niskiej szeregowej zabudowy (skrzydło po lewej stronie jest zamieszkane, a na furtkach przybite są tabliczki Private):


W nowszej części też typowa angielska zabudowa szeregowa:

Zabytek klasy zero, ale rzeczy gdzieś trzeba trzymać:

 

Windsor i Eton to jedno miasteczko. Koledżu zwiedzać o tej porze roku nie można, przeszłam główną ulicą, zajrzałam w boczne:


Zobaczyłam uczniów (ciekawe co oni noszą zimą?)

i wiecej w Eton do zobaczenia nie było. 

Natomiast wracając spojrzałąm na Windsor od strony Tamizy i ta zielona budowla na brzegu straszy. Nie wiem o co chodzi z tą zieloną plasteliną, że wszyscy z niej budują:



niedziela, 16 października 2011
Remanenty

Na Warszawskim Festiwalu Filmowym obejrzałam jeszcze dwa filmy:

Francuski:



Ukochany, to film który będzie wyświetlany chyba tylko na festiwalach. Żaden dystrybutor go nie kupi, chyba że marzy o plajcie. Obsada zacna, jest m.in Catherine Deneuve i Milosz Forman, który całkiem często pojawia się na ekranie. Ale co z tego, kiedy wszystko razem to przeraźliwa chała - połączenie kiepskiego melodramatu z prezentacją kilkunastu piosenek francuskich, z których żadna nie ma szansy stać się przebojem. Brr!



Kolejny film był już trochę lepszy:

Nie zrozumiałam w imię jakiej idei trzy reportaże połączono w jeden film, ani gdzie w tym filmie kończy się reportaż, a zaczyna fikcja.

Nie jest też to bolesny portret społeczeństwa, w którym zaniedbuje się matki - a tak pisano o tym filmie w zapowiedziach. Dość przygnębiający obraz współczesnej Macedonii. Nic więcej.

Ostatni reportaż jest o seryjnym mordercy starszych kobiet - zabijał je okrutnie, przed śmiercią torturował. Na koniec okazało się, że robił to ich znajomy sąsiad - współpracował jako dziennikarz z lokalną gazetą i potrzebował "tematu".



Z kolei w  dziergactwie większe sukcesy mam w propagowaniu tego zajęcia, niż w samym dzierganiu. Po tym jak pod moim wpływem po kilkunastu latach powrócił do drutów Gumiś, mam kolejny. Remontując szczękę jeździłam do lekarki, u której często musiałam czekać na jej wspólnika (niektóre zabiegi wykonywali we dwójkę). Ponieważ prawie zawsze się spóźniał, gadałyśmy o wszystkim i o niczym. Do niczego jej nie namawiałam, a na ostatniej wizycie pochwaliła mi się kupioną na Allegro wełną i rozpoczętą robotą. Wzięła do ręki druty po dwudziestu latach przerwy!

Przerwałam robotę mojego Opposite-pole, przechszczonym na PoleGole, bo zorientowałam się, że zabraknie mi wełny. Na szczęście Marta ma ją dalej na stanie, tyle, że już nie z tej serii. Może się trochę różnić, więc muszę pokombinować, jak wpleść nowe motki, tak by ewentualne "cieniowanie" wyszło na zamierzone. 

Ale wiem już jedno, jak szale, to tylko ze zwykłej  kauni (zwykłej, bo o kauni lace, mam jak najgorsze zdanie). Mam już z tej wełny Pstrokacza, teraz robię Lawendziaka, a w planach mam jeszcze Sumka-bis. Sumek zrobiony z cienkiej, miękkiej alpaki skręcił się mały w szaliczek i w niczym nie przypomina tego czym miał być.   

Lawendziak to mój trzeci O'the Wave Stole. Zapowiada się obiecująco. Na wszelki wypadek upewniłam się, że Gośka będzie miała niedługo dostawę i zamówiła też i ten kolor. Kupowałam na Szarotkach kauni z myślą o trójkątnej chuście,  ale podpuszczona przez Gumisia, który pokazał mi ten szal z Vogue Knitting:


zdecydowałam się na prostokątną. I niewykluczone, że też nie starczy mi na to wełny.

A remanenty, bo w tym tygodniu zawiesiłam na chwilę moje warszawsko-brwinowskie życie i znów  jestem w Londynie:





sobota, 15 października 2011
Przeczytane

Kolejne historyczne czytadło Sławomira Kopera (w zapasie mam jeszcze jedne, ale musi jeszcze trochę poleżeć, bo sobie dawkuję).

Czyta się cudownie. Bajecznie ciekawe - po wzięciu do ręki, trudno się oderwać. Taki przedwojenny Pudelek, Pomponik i Plotek w jednym. Inna sprawa, że o niczym nowym się nie dowiedziałam, co najwyżej czasami coś mi się przypomniało, czy przeczytałam się o jakimś nieznanym drobiazgu. Gdyby z takich książek uczyć historii, może nie wszystko byłoby stracone ...

Władimir Zazubrin Drzazga

 

Cieniutka książeczka, w zasadzie opowiadanie.

Wstrząsająca opowieść o czasach Czeka. Dzieje się to wszytko w syberyjskim miasteczku Nowonikołajewsk. Trwa rewolucyjny terror. W piwnicach siedziby Czeka masowo mordowani są wrogowie rewolucji. Na czele bolszewickiej Komisji Nadzwyczajnej stoi komisarz Śrubow. Swoją pracę wykonuje z przekonaniem, oddając cześć okrutnej świętej - rewolucji. Opowieść od strony kata - wykonującego swoją powinność bez zbędnych emocji, z głębokim przekonaniem, że tak trzeba. Na koniec płaci za to szaleństwem, ale historia mówi, że zazwyczaj tacy jak Śrubow pozostawali bezkarni. 

Wstrząsająca. Świetnie napisana książka. 

Robi też wrażenie życiorys autora. Drzazgę napisał w 1923 roku, z tym że wydana została dopiero w 1989 roku. Chociaż stał po właściwej stronie, A. Zazubrin zginął w podobny sposób, jak to opisał w swoim opowiadaniu - został zamordowany w 1937 roku.

Mikołaj Łozinski Reisefieber

 

Ostatnia książka o której dyskutowałam z Zosią ...

Współczesna powieść, może z nie najlepszym zakończeniem. Bohater książki, Daniel przylatuje do Paryża, gdzie mieszkała i umarłą jego matka. Idzie jej śladem, starając dowiedzieć  się tego, czego nie zdążył za jej życia od pewnego czasu nie utrzymywał z nią kontaktu). Spotyka się z jej terapeutką, lekarzem, żoną jej kochanka. A przy okazji rozmyśla o swoim popapranym życiu uczuciowym.

W sumie banalna historia. Ale jak napisana! W dodatku autor gdy pisał te książkę miał 25 lat. Nic dziwnego, że mając kilka lat później, napisał coś tak świetnego, jak jego ostatni utwór, czyli Książka.



niedziela, 09 października 2011
Święto kina

Rozpoczął się Warszawski Festiwal Filmowy.

I chociaż podobno od przybytku głowa nie boli, to boję się że nie zdążę zobaczyć filmów które weszły na ekrany równolegle z Wff. A tygodniami nie było nic do oglądania ....

W tym tygodniu obejrzałam nie festiwalowy  Jeśli nie my, to kto. 

Kolejny, po Baader-Meinhoff  film o Czerwonej Frakcji Rewolucyjnej. Tyle że tym razem cofamy sie w czasie i poznajemy Gudrun Ensslin, gdy jeszcze nie związała się z A. Baaderem - jest młodą dziewczyną, zakochaną w synie nazistowskiego pisarza, za którego później wyjdzie za mąż  i z którym będzie miała dziecko.

Próba odpowiedzi dlaczego tych młodych, wykształconych Niemców tak zafascynował terroryzm. Według reżysera winne są nazistowskie trupy w szafach, mnie tym filmem o tym nie przekonał. Za to tak samo jak w poprzedni filmie, tak i w tym, kluczową postacią jest A. Baader, tu i tam przedstawiony jako kabotyn z monstrualnie rozdętym ego. Próby wytłumaczenia dlaczego był niekwestionowanym przywódcą, nie ma. Może o tym będzie następny film? 


Na WFF staram się wybierać takie filmy, które raczej na pewno nie zostaną zakupione przez dystrybutorów. Ale w tym oku chyba przesadziłam z tą "niszowością".


Chińska Sauna na księżycu miała opowiadać, jak chiński biznesmen, prowadzi burdel. I chociaż robi to z sercem, to ledwo przędzie, tyle ma z tym kłopotu.


Niestety nie udało mi się zauważyć obiecanej lekkości i humoru. Ciekawy jest w tym filmie obraz Chin. Ale po 30 minutach i tego ma się dosyć.


 

Na szczęście trochę inaczej było z Bengalskim detektywem.

Przez pierwsze 10 minut chciałam wyjść. Zatrzymał mnie obraz Indii. A potem wciągnęła mnie ta para-dokumentalna opowieść o współczesnych mieszkańcach Kalkuty  i na koniec wyszłam nawet zadowolona. Opowieść o właścicielu prywatnej agencji detektywistycznej. Tyle, że cenna jest w tym filmie warstwa dokumentalna, o fabule coś dobrego można powiedzieć tylko tyle, że nie przeszkadza w oglądaniu.   


Film Racje serca wybrałam z uwagi na moją miłość do filmów z Ameryki Południowej. 

Czarno-biały.

Z opisu filmu dowiedziałam się, że film stanowi swobodną adaptację ostatnich rozdziałów powieści Gustawa Flauberta Pani Bovary. Gdybym o tym nie przeczytała, to bym się tego nie domyśliła. 

Bohaterka to trzydziestokilkuletnia kobieta, znudzona swoim życiem - macierzyństwem, prowadzeniem domu, małżeństwem. Poznajemy ją, gdy odtrąca ją kochanek, przez którego wpadła w długi, kupując mu na kartę kredytową drogie prezenty. Przez cały film obserwujemy jej emocjonalne miotanie się na ekranie.

Problem w tym, ze trudno oglądać film, w którym przez 95% czasu ogląda się na ekranie postać, która nie budzi ani sympatii, ani zrozumienia. To, że aktorka grająca główną rolę jest niesamowita, to za mało. Po mniej więcej 20 minutach przestaje się rozumieć, dlaczego nikt nie zaprowadził jej do psychiatry.  


Nie wiem jak inni, ale ja w swoim okręgu wyborczym miałam taki wybór:

1. Łukasz Abgarowicz - najbliższy przyjaciel Pawła Piskorskiego z czasów "układu warszawskiego" 

2. Andrzej Anusz  z dawnego AWS - jego kariera załamała się po aferze, w której został oskarżony o plagiat pracy magisterskiej

3. Dariusz Grajda PSL - przeczytałam, że interesują go sprawy komunikacji, mnie wystarczy że koleguje się z marszałkiem Struzikiem, odpowiedzialnym za Mazowieckie Przewozy Regionalne

4. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas  Obywatele do Senatu - nie zrobił nic bym cokolwiek wiedziała o jego poglądach na wszystko

5. Nelly Rokita PIS

W odniesieniu do tej sytuacji,  czasownik "wybierać" uważam za nieadekwatny.


czwartek, 06 października 2011
Trzy "babskie" książki

Przeczytałam trzy książki napisane przez kobiety, o kobietach i adresowane do kobiet. Jedną bardzo dobrą, jedną dobrą i jedną dość dobrą. I nawet ta ostatnia, najsłabsza, też jest warta przeczytania.

Najbardziej podobala mi się, kupiona jakiś czas temu w jatce książka Lindy Grant Kiedy żyłam w nowych czasach.

Młoda dziewczyna, gdy po śmierci matki zostaje zupełnie sama, opuszcza powojenny Londyn i z brytyjskim paszportem jedzie do Palestyny (państwa Izrael nie ma jeszcze na mapie). Na miejscu ujawnia swoje żydowskie pochodzenie i usiłuje się zaaklimatyzować.

Ciekawie przedstawiony, ciekawy okres w historii. Trochę się to wszystko rozjeżdza pod sam koniec, ale nie aż tak bardzo, by psuło ogólne wrażenie. Z tym, że chociaż opowiada o tym samym czasie co Opowieść o miłości i zmroku, to książki Amosa Oza w niczym nie przypomina. Powieścidło, bez pretensji do bycia czymś "większym".  

Anita Brookner Hotel du Lac

Trzydziestokilkuletnia pisarka, po tym jak wywołała skandal towarzyski, usuwa się w cień, wybierając jako azyl mały hotel w Szwajcarii. Hotel - ponieważ jest po sezonie - jest wyludniony i oprócz niej,  jest w nim jeszcze tylko kilka osób. Każda z nich z inną historią i skazani na siebie, hotelowi goście tworzą osobliwą mikrospołeczność. Pytanie na które bohaterka usiłuje znaleźć odpowiedź, to czy skoro nie można być z tym, do którego serce się wyrywa, wybrać małżeństwo z rozsądku, czy zostać „stara panną”. Bardzo fajnie napisana książka, mająca coś z wdzięku dawnych powieścideł.  

Moim niektórym koleżankom i innym, zapętlonym w toksycznych związkach, polecam ten fragment:

- Dużo myślisz o szczęściu?

- Stale.

- A więc, jeśli mogę tak powiedzieć, popełniasz błąd. (…). To wielki błąd (..)  łączyć szczęście z jedną szczególną sytuacją, z jedną szczególną osobą. Odkąd uwolniłem się od tego wszy­stkiego, odkryłem tajemnicę zadowolenia.

- Bez dużego emocjonalnego zaanga­żowania można robić to, na co ma się ochotę. Po­dejmować decyzje, zmieniać zdanie, zmieniać plany. Nie trzeba niepokoić się, czy ta druga osoba ma to, czego pragnie, czy jest smutna, przygnębiona, nie­spokojna, znudzona. Można zachowywać się przy­jemnie albo bezwzględnie, jak się chce. Jeśli jest się gotowym robić tylko to, na co ma się ochotę od dzieciństwa — po prostu dogadzać sobie — nie ma powodu, żeby  stać się znów nieszczęśliwym.

- Czy nie nauczyłaś się, że nie istnie­je coś takiego jak kompletna harmonia dwojga lu­dzi, niezależnie od tego jak bardzo zapewniają sie­bie o swojej miłości? Czy nie uświadomiłaś sobie, jak wiele czasu i dociekań idzie na marne, jak wiele nie kończących mitologicznych udręczeń następuje po prostu dlatego, że nie istnieje synchronizacja. Czy nie zauważyłaś, jak czasem, a właściwie prawie zaw­sze, lekkie dotknięcie, więcej znaczy niż pełna żaru namiętność?

- Naucz się to wykorzysty­wać. Nie masz pojęcia, jak obiecująco zaczyna wy­glądać świat, gdy raz zadecydujesz, że chcesz go mieć tylko dla siebie. I o ile słuszniejsze są twoje decyzje, gdy tylko staną się całkowicie samolubne. To najprostsza rzecz na świecie: decydować, co się chce robić — albo raczej, czego się nie chce ro­bić - i działać zgodnie z tymi decyzjami.

-  Musisz się nauczyć nie brać pod uwagę tych innych. We własnym zakresie możesz osiągnąć znacz­nie więcej. Możesz koncentrować się na sobie, i to jest cudowna lekcja. Skupienie uwagi na sobie może oznaczać całkowicie nowe życie.

- Ale jeżeli wolałbyś dzielić z kimś swoje ży­cie? - zapytała Edith - Przypuśćmy, że ciebie po prostu nudzi własne życie, i chcesz żyć czyimś. Dla przyjemności poznania czegoś nowego.

- Nie można żyć czyimś życiem. Możesz żyć tyl­ko własnym.  

W 1984 roku książka otrzymała nagrodę Bookera.

Kaja Malanowska Drobne szaleństwa  

 

Drobne szaleństwa opowiadają wcale nie o tak drobnym szaleństwie.

Trzydziestokilkuletnia warszawianka, matka i żona w „normalnej” rodzinie, pracująca jako biolog w instytucie naukowym, posiadająca liczne grono przyjaciół zapada na depresję. I ta choroba, jak to depresją bywa, powoli ją pochłania.

 Książka to zapis pogrążania się w tej chorobie, a następnie powolnego wychodzenia na powierzchnię.  

 Momentami za bardzo przegadana. Ale mocno osadzona w realiach warszawskiego życia tych, którzy jeszcze żyją w mieście, a nie na jego obrzeżach. Bardzo prawdziwy jest też zapis sposobu myślenia i funkcjonowania osoby cierpiącej depresję. Dla mnie jest to główna wartość tej książki.

 

niedziela, 02 października 2011

Mogę na siebie liczyć - na pogrzebie też potrafię strzelić niezłą "fopę".

Niespodziewanie, już idąc w kondukcie dowiedziałam się, że to ja, w imieniu starego Sos-u,  mam powiedzieć nad grobem kilka słów. Synek mnie pocieszył, że wystarczy jak powiem kilka słów "od serca" i będzie dobrze. No to powiedziałam. Między innymi opowiedziałam o tym, jak to jeszcze kilka dni przed śmiercią dyskutowałam z Zosią o książkach - ten ostatni raz o książkach M. Łozińskiego: jego ostatnia obu bardzo nam się podobała, ale jego pierwszą książkę Zosia uważała za złą. Ja jej broniłam, argumentując, że napisał ją 25-letni chłopak, czyli jeszcze gówniarz. Gdy wróciłam "na miejsce", mój synek wysyczał:  na ciebie można zawsze liczyć, że zaliczysz jakąś wtopę. Nie zauważyłaś, że są Łozińscy?      

Po raz pierwszy byłam na pogrzebie na Cmentarzu Żydowskim. Sam pogrzeb dużo bardziej chwycił mnie za serce niż te, na których najczęściej "bywam", czyli taśmowo odklepywana msza u Boromeusza, a potem szybki przemarsz za meleksem przez Powązki. Tu ruszyliśmy za trumną spod bramy cmentarza i gdy doszliśmy do wykopanego grobu, "czekały" tam  wetknięte w ziemię szpadle. Gdy grabarze spuścili trumnę do grobu, obecny (prywatnie, po pogrzeb był świecki) na pogrzebie rabin Szudrich, jako pierwszy wziął łopatę do ręki i zaczął zakopywać grób. Za nim zrobili to następni. Gdy któryś z nich się zmęczył, wbijał szpadel w ziemię i natychmiast ktoś go "zastępował". To zasypanie w milczeniu grobu przez żałobników, a nie wynajętych grabarzy, tworzyło podniosły nastrój, czułam się częścią tego tłumu, z którym łączyła mnie miłość do Zosi. Nie było też tej całej koszmarnej funeralnej kiczowatej otoczki - trumny z błyszczącymi jarmarcznymi okuciami, opasanych szarfami wieńców i wiązanek, czy ozdobnych zniczy made in China.  

 

Był Bojar. Pomalował prawie cały płot (na całość zabrakło farby). Mam też pomalowane (i umyte) okna w kuchni i drzwi wejściowe. Ma jeszcze raz przyjechać i wszystko „podokańczać”.

Po wrześniowym zakochaniu się w sobie, moja miłość rozlała się na dom (teraz żałuję, że wcześniej nie zabrałam się za ten projekt, bo może i na ogród by mi starczyło). Po roku poszukiwań (z tym, że z przerwami) kupiłam piękną komodę.

I teraz rozglądam się za biurkiem. Pewnie też zajmie mi to sporo czasu, bo takich o które mi chodzi, czyli przynajmniej o długości 160 cm jest mało. A jeszcze chcę by było ładne.

Z kolei dla siebie kupiłam sokowirówkę,  wsadziłam małą czarną rzepkę i uzyskałam szklankę soku. Poprzednio, gdy usiłowałam to zrobić ręcznie, wyszło mi tak mało, że zaczęłam wątpić czy w tej rzepie, coś takiego jak sok w ogóle występuje. Po jednym wtarciu w głowę efektów brak, ale mam zamiar wcierać dopóki na bazarze będzie można kupić rzepę.

Z Bojarem przyjechała Lucy, która uznała mój ogród bez psów, za idealny na zimowy azyl dla jeży. Plan był taki, że ja będę dawać jedzenie, jeż będzie jadł i nabierał przed zimą ciałka. W tym równaniu nie wzięte zostały jednak pod uwagę koty sąsiadów …

 W weekend wyjechałam na wieś. Jedną noc spędziłam z buldogiem francuskim w pokoju i mój sąd na temat „produkcji” tego typu psów się wyostrzył. Zdaję sobie sprawę, ze dopóki jedni będą chcieli kupować takie psy, drudzy będą je produkować. Pies który nie może normalnie usiąść, podrapać się, oddychać. Cierpi i  w nocy i gdy inni śpią nie potrafi przecierpieć całej nocy w milczeniu. Teraz jest jeszcze na diecie eliminacyjnej (alergia), więc nawet nażreć się normalnie jak pies nie może.

 

Z tego wszystkiego nie byłam na Szarotkach. ale powoli Opposite Pole dziergam. Na poprzednich Szarotkach nauczyłam się robienia skróconych rzędów "z nitką" (nie ma tego sposobu na Youtube) - bardzo się tu przydał. Zobaczyłam, że czasami warto robić warkocze wzorem ściągacza - lewa strona i prawa wygląda wtedy tak samo.

 

Fragment telefonicznej rozmowy z Anką:

Ja: Co dostałaś na urodziny w prezencie?

Anka: Farmę z Lego.

Ja: To chyba Alek kupił dla siebie.

Anka: Nie. Dla siebie to kupił kolejkę z Lego.

Słowem historia się powtarza. Tomek miał kilka miesięcy, gdy Michał napisał do przebywającego za granicą mojego ojca: Tomek marzy o zdalnie sterowanym samochodzie.

No wiec stał się to co w końcu musiało się stać – wyszłam bardzo rozczarowana z filmu Pedro Almodovara.

W jego ostatnim filmie nie ma tego „cuś”, za co tak kochałam jego filmy. Nie ma też dawnej lekkości, barwy i kiczu. Pozostała tylko bardzo poskręcana fabuła, z zaskakującymi rozwiązaniami. Ale ani to nie bawi, ani nie wzrusza. Przynajmniej mnie.

Słowem ciężka, niestrawna papka, tyle że bardzo dobrze zagrana.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli