niedziela, 28 października 2012
H2M

Dałam się nabrać.

Jack opowiedział mi o Hipotezie drugiego miejsca (w skrócie H2M): samolot porwano, pasażerów wzięto w niewolę, fotografie są upozorowane. No i oczywiście popiera to wszystko jakiś profesor. 

Przyznaję, uwierzyłam że i taka hipoteza ma swoich wyznawców. Po dojechaniu do domu wpisałam do wyszukiwarki H2M. Mam tylko jedno na swoje usprawiedliwienie: czym to się różni się od innych teorii?  Na przykład w tym tygodniu usłyszałam, że jest lek na raka i gdyby go dopuścili do produkcji, kosztowałby nie więcej niż 5 zł. Niestety politycy (Tusk, PO, Bruksela) blokują jego opatentowanie. Problem w tym, że w tej dyskusji brało udział kilka osób legitymujących się wyższym wykształceniem. I wszystkie te osoby były młodsze ode mnie.

W jednej sprawie czuję nawet potrzebę "walki". Wracając z Modlina popełniłam błąd i wsiadłam nie w bezpośredni autobus (za 33 zł), ale w taki co za 12 zł dowozi  do stacji PKP Modlin. Na pociąg czekałam 40 minut, wcześniej trzeba było dostać się na peron pokonując kładkę nad torami, co oznaczało tarabanienie się z walizką po wysokich schodach. Dworzec był udekorowany tablicą informującą, że jego przebudowa została sfinansowana ze środków UE Ale, ponieważ rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie, windy nie są tu po to, by działały, w dodatku jak są nieczynne,  to przynajmniej schludnie, po "europejsku"  wyglądają. Taki jest los większości kładek.  W dawnych zamierzchłych czasach wylewano na schodach betonowe podjazdy - komu to przeszkadzało?

Zdaję sobie sprawę, że powoli zaczynamy żyć w rzeczywistości budowanej przez ludzi,  nie potrafiących ze zrozumieniem czytać i pisać. Tyle, że według mnie ten eksperyment kiepsko się sprawdza. Może tak musi być, że upodabniamy się do barbarzyńców jeszcze przed ich nadejściem?  

Nie byłam gotowa na jesienny atak zimy, pod tym śniegiem jest góra liści:

Z drutami tez porażka. Jak już zrobiłam Sumka XXL i szykowałam się do blokowania, odkryłam że mniej więcej w połowie zrobiłam błąd. Chwilowo mam go na tyle dosyć, że zabieram się za szary sweter. Nie wiem dlaczego ciągle z tymi drutami,  zamiast szybko "dogonić króliczka", miesiącami go "gonię".

Nie rozumiem dlaczego ten film dostał w Co jest grane tyle gwiazdek.

Głupawa, miła bajeczka o młodych wykluczonych Szkotach. Gdy poznajemy głównego bohatera, jest bezrobotny, skazany na roboty społeczne, bez pomysłu na przyszłość. Pod koniec filmu, ma ciekawą pracę i gotówkę w kieszeni. Sporo fajnych dialogów i  scen, tyle że  wszystko to razem nie tworzy spójnej całości. Może przez te gwiazdki oczekiwałam czegoś więcej i wyszłam z kina zniesmaczona?  Najciekawsza jest w tym filmie możliwość posłuchania szkockiej wymowy - dopiero po chwili zorientowałam się, że mówią po angielsku.

Od kilku dni mam nowy pomysł - Weight Watchers. Bardzo mi się podoba to, że mogę bez ograniczeń jeść jabłka. Jak jestem tak pozytywnie do tego nastawiona, to może i efekty będą pozytywne? 

niedziela, 21 października 2012
ja jako babcia

Jakoś dałam radę.

Ale też jestem wdzięczna Iwonie, że przekonała mnie bym przynajmniej na część mojego babciowania wezwała dodatkowe posiłki z Wwy. Zdecydowanie pewniej się czułam nie będąc, przynajmniej na początku, sama.

Pomogło mi też i to, że Tomek jest wyjątkowo łatwy w obsłudze. Przede wszystkim sam je (co najwyżej trzeba go potem przebrać).





Zero problemu z usypianiem. O siódmej wieczorem kładzie się go do łóżka, czyta krótką bajeczkę, gasi światło i do ósmej rano następnego dnia dziecko śpi. W podobnie bezproblemowy sposób zasypia po obiedzie (wtedy nawet nie czyta mu się bajeczki).

Słowem nie jest to męczące dziecko - mogę tylko podziwiać Ankę, za to jak go wychowuje. Jest naprawdę niesamowity i o tym jaki jest wspaniały mogłabym jeszcze długo ...  



Wykańcza tylko poczucie odpowiedzialności i wyobraźnia, która mówi, że wszystkiego nie da się przewidzieć. Trzeba być młodym, by się umieć tym nie zadręczać.

Miałam też i inne plany, ale babciowanie przesłoniło mi wszystko. Tylko raz wybrałam się na miasto, robiłam nawet zdjęcia, ale dopiero po przyjściu do domu okazało się, że zapomniałam do aparatu włożyć karty. Tak, że jedyne czym się mogę pochwalić to tym, że skończyłam słuchać Haszka.

Akurat dzisiaj słuchałam w radiu Tokfm dyskusji, dlaczego nie czyta ponad połowa Polaków, gdy na przykład Czechów tylko 17 %. Dyskutanci w studiu zupełnie tego zrozumieć nie mogli, a tymczasem może to dlatego, że u nich w szkole przerabia się Szwejka, a u nas Sienkiewicza, albo Żeromskiego?

Z przyjemnością przypomniałam sobie książkę Haszka. To już nie tylko pogłębiony opis "inteligencji wojskowej", dziś można to rozszerzyć na opis "inteligencji klasy politycznej".

A sam audiobook jako przypomnienie mi pasuje, książki, której nie znam,  nie umiem w ten sposób "przeczytać". Tyle, że trzeba uważać. Nie zdawałam sobie sprawy do jakiego stopnia  audiobooki się "przykrawa". Poniżej próbka - porównanie pierwszej strony Folwarku zwierzęcego: książka a audiobook. 

Mr. Jones, of the Manor Farm, had locked the hen-houses for the night, but was too drunk to remember to shut the pop-holes. With the ring of light from his lantern dancing from side to side, he lurched across the yard, kicked off his boots at the back door, drew himself a last glass of beer from the barrel in the scullery, and made his way up to bed, where Mrs. Jones was already snoring. As soon as the light in the bedroom went out there was a stirring and a fluttering all through the farm buildings. Word had gone round during the day that old Major, the prize Middle White boar, had had a strange dream on the previous night and wished to communicate it to the other animals. It had been agreed that they should all meet in the big barn as soon as Mr. Jones was safely out of the way. Old Major (so he was always called, though the name under which he had been exhibited was Willingdon Beauty) was so highly regarded on the farm that everyone was quite ready to lose an hour's sleep in order to hear what he had to say. At one end of the big barn, on a sort of raised platform, Major was already ensconced on his bed of straw, under a lantern which hung from a beam. He was twelve years old and had lately grown rather stout, but he was still a majestic-looking pig, with a wise and benevolent appearance in spite of the fact that his tushes had never been cut. Before long the other animals began to arrive and make themselves comfortable after their different fashions. First came the three dogs, Bluebell, Jessie, and Pincher, and then the pigs, who settled down in the straw immediately in front of the platform. The hens perched themselves on the window-sills, the pigeons fluttered up to the rafters, the sheep and cows lay down behind the pigs and began to chew the cud. The two cart-horses, Boxer and Clover, came in together, walking very slowly and setting down their vast hairy hoofs with great care lest there should be some small animal concealed in the straw. Clover was a stout motherly mare approaching middle life who had never quite got her figure back after her fourth foal. Boxer was an enormous beast, nearly eighteen hands high, and as strong as any two ordinary horses put together. A white stripe down his nose gave him a somewhat stupid appearance, and in fact he was not of first-rate intelligence, but he was universally respected for his steadiness of character and tremendous powers of work. After the horses came Muriel, the white goat, and Benjamin, the donkey. Benjamin was the oldest animal on the farm, and the worst tempered. He seldom talked, and when he did, it was usually to make some cynical remark--for instance, he would say that God had given him a tail to keep the flies off, but that he would sooner have had no tail and no flies. Alone among the animals on the farm he never laughed. If asked why, he would say that he saw nothing to laugh at. Nevertheless, without openly admitting it, he was devoted to Boxer; the two of them usually spent their Sundays together in the small paddock beyond the orchard, grazing side by side and never speaking. The two horses had just lain down when a brood of ducklings, which had lost their mother, filed into the barn, cheeping feebly and wandering from side to side to find some place where they would not be trodden on. Clover made a sort of wall round them with her great foreleg, and the ducklings nestled down inside it and promptly fell asleep. At the last moment Mollie, the foolish, pretty white mare who drew Mr. Jones's trap, came mincing daintily in, chewing at a lump of sugar. She took a place near the front and began flirting her white mane, hoping to draw attention to the red ribbons it was plaited with. Last of all came the cat, who lookedround, as usual, for the warmest place, and finally squeezed herself in between Boxer and Clover; there she purred contentedly throughout Major's speech without listening to a word of what he was saying. All the animals were now present except Moses, the tame raven, who slept on a perch behind the back door.



Niby na okładce mojego Szwejka jest napisane "pełna wersja", ale czy jest to prawda?

niedziela, 14 października 2012
Po dwóch miesiącach

Znowu tu jestem. 

Z tym, że po raz pierwszy dotarłam tu aż z takimi przygodami.

Dawno nie leciałam tzw. "tanimi liniami". Samolot miał wylecieć o 17.40, wyleciał przed 23. W dodatku leciałam z Modlina, a to lotnisko w Modlinie na takie obsuwy zupełnie nie jest przygotowane. Krzeseł na lekarstwo, kilka sklepów, w których nic nie ma i jedna kawiarnia z mało urozmaiconą ofertą: kawa, herbata i buły po 15 zł.  Miałam laptopa, druty, Kindla, więc rozłożyłam się na podłodze, przy jednym z nielicznych kontaktów i  jakoś to przetrwałam. Tyle, że nawet do toalety nie miałam jak pójść, bo bałam się że "stracę" miejscówkę.  

Dziwne, że dostali pozwolenie na uruchomienie tego hangaru. Na ogólnodostępnej hali dwie toalety, każda z dwoma tzw. "oczkami", przy tym "obciążeniu" nie dziwne że "zapchanymi". Na hali odlotów, to samo. Coś musieli zachachmęcić w papierach, ze dostali na to zgodę.

A teraz czeka mnie w tym tygodniu nie lada wyzwanie: na cztery dni zostaję sama z wnukiem.



Termin tego wyzwania nie został najszczęśliwiej wybrany. Wszystko wskazuje na to, że Warszawski Festiwal Fillmowy to jedyny czas gdy jest coś w kinach do obejrzenia. Do tej pory przynajmniej jesienią coś "rzucano".

Bo ja kocham kino, tylko nie mam na co chodzić.

On jest duży w mięśniach (kulturysta) i nie za duży w głowie. A do tego jeszcze nieśmiały i mimo 38 lat, cały mamusi. Pozazdrościł koledze, że sobie z Tajlandii żonę przywiózł, wykupił tygodniową wycieczkę i zrobił to samo. Mamusia się wściekła, ale on jednak o dziwo, dojrzał do buntu i wybrał słodką Tajkę. Opowiedziałam cały film, ale i tak od pierwszego kadru wiadomo co bedzie dalej. Porażka.

piątek, 12 października 2012
Przeczytane

Jhumpa Lahiri Nieoswojona ziemia



Opowiadania o Bengalczykach w USA. Dobrze napisane, krótkie historie rodzinne, skrojone w sam raz na kolejne odcinki serialu. Ale już nie aż tak dobre, jak Tłumacz chorych tej autorki.

Jest coś w tej książce z lektury szkolnej. Pomijając dużą czcionkę, w kolejnych opowiadaniach, tak samo proste, przestronne wątki, akuratne do formułowania tematów wypracowań szkolnych, dylematy moralne. Najciekawszy jest w tych opowiadaniach "kontekst imigrancki", zawieszenie pomiędzy dwoma kontynentami starszej generacji, powolne wrastanie w Amerykę kolejnego pokolenia. 

Miłe czytadełko.


Agata Tuszyńska Tyrmandowie

Za dużo pracy ta książka Agatę Tuszyńską nie kosztowała. Podstawę stanowią listy Leopolda Tyrmanda do  żony, Marii Ellen. Do tego kilka jej dłuższych wypowiedzi. To wszystko fajnie ułożone i przystrojone zdjęciami. I tak z  tekstu który starczyłby góra na 100 stron, zrobiło się 250.

Jest coś takiego w tych listach i w tym jak zostały przedstawione, że chociaż wyjątkowo nie lubię czytać listów, to akutrat w tej książce przeczytałam je z dużym zainteresowaniem.

Ciekawa historia, ciekawej miłości. On miał lat 50 i monstrualnie rozdęte ego. Ona lat 23, świeżo po skończeniu Yale zagięła na niego parol i uwiodła go, przystając na jego warunki. Potem,  chociaż powoli stawała się dla niego coraz ważniejsza, nie wykorzystywała tego by odzyskać terytorium, tylko tak jak na początku ich związku, dalej pieściła jego ego i była z tym szczęśliwa. 

O samym Tyrmandzie w tej książce nie za dużo i jak kogoś on interesuje,  musi szukać dalej.

 

Janusz Głowacki Jak być kochanym

Idąc za ciosem, po przeczytaniu autobiografii J. Głowackiego, przeczytałam i zbiór felietonów. Zebrane w tej książce pisane były w czasach głębokiego socjalizmu (lata 1968-1980). I chyba trzeba pamiętać tamtą rzeczywistość, by móc je zrozumieć.

Ja pamiętam. Więc np. gdy felieton Erotyzm ciemny i jasny zaczyna się od takiego zdania:

Ukazały się ostatnio dwie książki, które wybłyskując nagle z szarości naszego życia literackiego, stały się prawdziwymi bestsellerami. Myślę oczywiście o "Ulissesie" Joyce'a i "Głupiej sprawie" Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego.

Cała się uśmiecham.

I  jak to w tego typu zbieraninie, część z nich jest świetna, część taka sobie. Smutne jest to, że część do bólu aktualna. 

niedziela, 07 października 2012
Z pamiętnika wk .... konsumentki

Przypadek pierwszy (poniedziałek):

Kupuję w Internecie matę do jogi, przechodzę na stronę płatności, gdzie czytam że sklep obsługują Płatności24. Na początek trzeba zainstalować program Bankbrowser, dzwonię do mojego banku, czy to bezpieczne, bo z zewnątrz wygląda to na jakiegoś trojana, uspakajają mnie że program jest bezpieczny. Instaluję, płacę, ale ... po 15 minutach informują mnie, że płatność nie została jednak zrealizowana. Dzwonię znów do mojego banku, gdzie uzyskuję informację, że przelew wisi w "odroczonych" i zostanie zrealizowany dopiero w poniedziałek o ósmej rano (mój bank w sobotę i niedzielę nie wykonuje przelewów). Za co więc Płatności24 pobrały prowizję 4,5 zł? 

Na razie napisałam taki mail:

Uprzejmie informuję, że jako konsument zostałam wprowadzona w błąd. To nie jest tak, że płacąc za pomocą "Bankbroser", przelew jest realizowany w przeciągu kilku minut - a taka informacja znajduje się na Państwa stronie. Nie w każdym banku jest to możliwe. Ale o tym już Państwo nie informują. No bo wtedy nie mogliby Państwo pobierać prowizji. Klient wybrał by od razu inną formę płatności. Niestety nie mogę już anulować tego przelewu. I dlatego pierwszy i ostatni raz skorzystałam z usług Państwa firmy. Myślałam, ze działają Państwo podobnie do PayPala. Jednocześnie informuję, że rozważam skierowanie sprawy do Urzędu Ochrony Konsumentów. 

Po kilku godzinach dostałam odpowiedź:

Jest to przeglądarka internetowych stron bankowych działająca na  podobieństwo przeglądarki Internet Explorer. Jednak przy pomocy przeglądarki BankBrowser uzyskujemy na stronach bankowych dodatkowe efekty, takie jak przekazanie danych do formularza przelewu oraz możliwość wysłania potwierdzenia wykonanego przelewu do serwisu Przelewy24.  Stworzone przez nas narzędzie służy do obsługi transakcji klientów korzystających z serwisu Przelewy24. Aplikacja ułatwia procedurę dokonywania przelewów bankowych przez Internet, jednocześnie podnosząc skuteczność dokonywanych wpłat oraz zachowując wszelkie wymogi związane z bezpieczeństwem.

Nieźle sobie liczą: 5,50 za skopiowanie danych do formularza. Skoro już się nabrałam, to niniejszym ostrzegam przed nimi innych.

Przypadek drugi (sobota):

Odbieram aparat z naprawy. Ponieważ oddając sprzęt do naprawy nie zauważyłam w zakładzie informacji o tym, że można płacić kartą, wcześniej wybrałam z bankomatu 300 zł. Ale pan 20 zł reszty nie miał, zaproponował płatność kartą, z tym że poinformował, że Fototronik w takich przypadkach dolicza 2%. Zapłaciłam, bo zależało mi na czasie. Tyle, że mam świadomość, że oszukali mnie przynajmniej na 5,6 (bo też wcale nie mam przekonania, że naprawa była warta aż 280 zł).  

A tak poza tym

W tym tygodniu we Wrzeniu Świata rozsypał się worek z ciekawymi spotkaniami. Dotarłam na jedno - Agata Tuszyńska z Marry Ellen, wdową po Leopoldzie Tyrmandzie promowała swoją najnowszą książkę Tyrmandowie. Było ciekawe, ale warunki we Wrzeniu Świata na takie spotkania są kiepskie, stanowczo jest za mało miejsca. Nie zadałam jednego pytania - jeżeli Marry Ellen poznała L. Tyrmanda gdy jego gwiazdowanie w New York Timesie chyliło się ku upadkowi, to jakim cudem kupili dom za pierwszy zarobiony przez L. Tyrmanda czek w NYT? Może jak przeczytam książkę, to to zrozumiem? Ale już widzę, że będzie to kolejny (po Poniedziałkowych dzieciach) kobiecy pean na cześć mężczyzny życia, który był wielki, a więc miał i wielkie ego (= trudny charakter).

Na spotkanie wyciągnęłam Dorotę z Szarotkowa i spotkałam Tess (ciotkę-królik). Wwa to jednak wielka wioska. Świat też nie taki wielki. Po powrocie ze spotkania pogadałam na czacie z kasią.eire - która, gdyby gdyby była tutaj zamiast mnie, to by Dorota miała z kim chodzić na spotkania z autorkami literatury kobiecej i jeździć na rowerze. Tyle, że z kolei o jedną mniej byłoby na Szarotkach.

A na Szarotkach tłum. Może na tym zdjęciu tego nie widać, ale za to dobrze oddaje ono nastrój spotkania:

Ewa przyniosła kolejne swoje wyroby z papierowej wikliny. Niepostrzeżenie wdrapała się w tym na krzesełko mistrza:

A ja przyniosłam szary reglan"do konsultacji". Zrobiłam karczek, potem nabrałam na wszystkich bokach oczka na okrągły drut i robiłam dalej na okrągło, od góry. By nie robić reglanu, oczka dodawałam tylko po bokach:

Ale to co wychodziło za bardzo przypominało mundur:


Powoli dociera do mnie, że chyba jednak będę musiała się złamać i zrobić to, na co nie mam ochoty: reglan od góry.

Z kinem niemrawo. W jakimś stopniu jet to spowodowane odejściem Kinoteki od repertuaru studyjnego - teraz "na szlaku" mam tylko dwa kina: Lunę i Kino KC, ale to nie to samo. 

 


Po 30-tu latach małżeństwa, do tego stopnia nic się w nim dzieje, że aż to uwiera. Maryl Streep jako żona, postanawia je ożywić i wykupuje tygodniową intensywną terapię małżeńską.

Od pierwszej minuty wiadomo jak się skończy. Ale co z tego? Koncert gry aktorskiej. I to nie tylko M. Streep. Nawet nie wiem czy Tommy Lee Jones nie jest lepszy. 

piątek, 05 października 2012

Patti Smith Poniedziałkowe dzieci


Generalnie bardzo jestem wybredna jeżeli chodzi o poezję, współczesną tym bardziej, a punkowej nie znam i nie odczuwam potrzeby by się w nią zagłebiać. Ale biorąc pod uwagę kim jest Patti Smith, z góry można było założyć,  że ksiażka jest napisana w egzaltowany, poetycki sposób. Tyle, że dla mnie jest to psychodeliczny bełkot. Nie najlepiej się ją też i czyta - może to sprawa tłumacza?

Opowieść rozpoczyna się gdy dwudziestoletnia Patti Smith postanawia zacząć żyć na własny rachunek i z kilkoma monetami w kieszeni,  „za chlebem” przyjeżdża do Nowego Jorku. Początki są trudne, potem też bywa bardzo różnie i jeszcze nie raz będzie głodna i bezdomna. Tyle że nie będzie już sama: zaraz po przyjeździe do NY spotyka Roberta Mapplethorpe z którym do końca życia pozostanie w bardzo silnym związku – początkowo jest jej kochankiem, potem – gdy odkrył swoje homoseksualne "ja" – przyjacielem, ale w szczegółach nawet i to aż tak prosto nie wyglądało.

Na książkę można spojrzeć z kilku stron.

Jest to niewątpliwie bardzo ciekawy obraz NY przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych (hotel Chelsea i tamte klimaty). Cała ta opowieść podważa trochę sens szkół artystycznych, ich (i nie tylko ich) kapitałem rozruchowym było przekonanie o własnym talencie i pragnienie poświęcenia się sztuce. Robert Mapplethorpe wziął do ręki aparat fotograficzny gdy miał dwadzieścia kilka lat, wcześniej bawił się fotografią robiąc kolaże ze zdjęć wycinanych ze starych gazet. Pierwsze zdjęcia robił polaroidem, ale ponieważ nie stać go było na odbitki, to też i nie szalał z ich ilością (na sesję składało się kilka „pstryknięć”). Z kolei Patti Smith, gdy otrzymała pierwszą gitarę, nie tylko nie umiała jej nastroić, ale też nie uważała posiadania tej umiejętności za konieczne – założyła, że w takich sytuacjach poprosi jakiegoś muzyka by coś na niej zagrał, a on zanim zacznie,  sam z siebie nastroi instrument.

Trochę gorzej mi się przyswajało opowieść o ich związku. P. Smith nie ukrywa, że książka to hołd dla zmarłego przyjaciela. Drażniło mnie uwielbienie R. Mapplethorpe, gloryfikacja związku, w którym jej partner lubił jeździć ostro „po bandzie”. Nic ją nie ruszało – ani jego ćpanie, ani szukanie na ulicy własnej tożsamości seksualnej. Gdy nie mieli na czynsz i oboje musieli pracować, przyjęła ze zrozumieniem i z nutką współczucia to, że ona znalazła pracę w księgarni, a on jako uliczna męska prostytutka.  Minęły lata. Patti Smith pisze będąc dojrzała kobietą. I dalej to samo uwielbienie. Nie tylko dla jego sztuki (bezdyskusyjnie, jego zdjęcia mają w sobie to ‘coś”, gdyby nie miały nie zostałby sławny), ale też i dla tego jaki był.

A może ja na starość popadam w mizoandryzm?

Może lepiej poprzestać na słuchaniu muzyki z tamtych lat?

 

Paweł Smoleński Balagan


Ballada o Izraelu napisana w formie tak jeszcze niedawno popularnych "alfabetów". Lubię czytać tego typu książki, gdy mają dużo zdjęć. A tu czytałam na Kundlu, w dodatku w podróży, więc nie mogłam wspomagać się Guglem.

Paweł Smoleński jest zafascynowany Izraelem. Pewnie dlatego tak fajnie się ją czyta, nawet te fragmenty, które opowiadają o sprawach świetnie znanych, "wchodzą jak masło". To, że niewiele się z tej książki dowiedziałam, zupełnie mi nie przeszkadzało.

 

Aleksander Głowacki Z głowy


Już po kilku minutach czytania miałam tylko jedno pytanie: dlaczego dopiero teraz czytam tę książkę?

Głowacki o swoim życiu, w Polsce i Nowym Jorku. Z sarkazmem i dystansem. W zasadzie tej książki nie powinno się czytać na raz, ja w każdym razie co jakiś czas musiałam robić sobie przerwę, by zrobić miejsce na następne, opowiedziane cudownie złośliwym językiem historyjki. Inna sprawa, że fajne się o tym czyta, bo świetnie jest to napisane. Ale to, do jakiego stopnia to życie pływa w alkoholu, poraża.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli