niedziela, 26 października 2014
Zrobię sobie taki sweter

Muszę mieć taki sweter. Na razie ma tylko nazwę: Sweter pani Ani.


 

Szkielet jest prosty:


Jego cudowna uroda to przede wszystkim szalowy kołnierz.


Nie wiem kiedy będę miała czas spokojnie na temat tego swetra pomyśleć. Po powrocie z Lądka nadrabiałam zaległości w pracy. Teraz kolejne dwa tygodnie będę chodzić na krioterapię. Wprawdzie w  komorze siedzi się tylko trzy minuty, ale razem z dojazdem i gimnastyką "po",  zabiera to wszystko razem, lekko licząc dwie godziny.  

Na razie, nadrabiając zaległości towarzyskie, urządziłam brydża. Obiad był pyszny, bo ugotował go Gumiś (nawet kartofli mi nie pozwolił obrać):


Wyjątkowo nie szła mi karta - może dlatego robiłam tak głupie miny?

Od siebie kupiłam tylko tort lodowy, który w sześć osób spałaszowaliśmy prawie do końca. Resztkę zawiozłam następnego dnia do Gabrysi (nie wzięłam pod uwagę, że u niej - w ramach rewanżu -  czekała na mnie przepyszna kawowa beza).

Babcia trendsetterka 

Wymieniłam telefon i przy okazji i system operacyjny: mam teraz Windows Phone. Przy dopasowywaniu (w moim przypadku, polega to głównie na wywalaniu wszystkiego co niepotrzebne) natknęłam się tylko na jedną rafę - nie ma dobrego, darmowego programu do słuchania audiobooków, odpowiednika Smart Audiobook Player z Androida. W dodatku, tak samo jak w iPhone, nie można wgrywać po kablu, tylko via chmura. Kupiłam więc za 6 zł Audiobook Simple Player i zostałam mile zaskoczona - korzystanie z chmury One drive okazało się prostsze niż z Dropboxa (nie wspominając o Apple, moją krótka przygodę iTunes wspominam jak najgorzej).

Przy okazji odkryłam program One note i się zakochałam!

W sobotę sprawdził się przy zakupach (sprawiało mi dziecinną frajdę odhaczanie kolejnych pozycji z podyktowanej przez Gumisia listy zakupów).

Dziś przed wyjściem do Gabrysi, jednym machnięciem myszki zapisałam arkusz Excela z czapeczkowymi żakardami, potem dziergałam u niej czapeczkę, tylko od czasu do czasu spoglądając na ekran komórki (One note w komórce i komputerze synchronizował mi się automatycznie, ale już u Gabrysi nie miałam komórki w sieci).

Pewnie na dziś umiem wykorzystywać 1% możliwości tego programu., ale już polecam, bo jest tak intuicyjny, że nawet babcie dają radę!

 

 

Dzięki temu, ze mam w podglądanych blogach blog Remigiusza Grzeli, (życie nie znosi próżni, i chociaż nie wybaczyłam jeszcze Google, że zlikwidował Google Reader, przyzwyczaiłam się już do Feedly), byłam na tym spotkaniu:


Teraz czytam tę książkę. Wow.

 

Już drugi raz tak się zdarzyło, że gdy byłam w Lądku, trwał Warszawski Festiwal Filmowy. Ale albo wypadłam na boczny tor, albo coś się zmieniło w przestrzeni publicznej: wyjechałam w dniu rozpoczęcia Festiwalu, wróciłam w dniu jego zakończenia, a prawie nic  na jego temat do mnie nie dotarło. A czytam to co zawsze. 


Z pamiętnika wk ... konsumentki

Poddałam się. WKD, PKS, nocowanie u mamy.

Inna sprawa, że nie miałam wyboru - w zasadzie zlikwidowano podmiejską linię kolejową, zostawili dosłownie kilka pociągów. Z Brwi do Wwy. To co może odwrócić konsekwentnie realizowany przez nich plan to wielki krach Pendolino i mocno trzymam za to kciuki. Natomiast jeżeli za cenę zamknięcia pozostałego ruchu kolejowego, Pendolino - nie z tą prędkością co miało, ale jednak ruszy - to na następne pięć lat dostaną z Unii kolejne środki "transferowe". 

Opublikowałam na fejsie taki post:

Zgodnie z planem od grudnia w godzinach 6-10 z Krakowa do Warszawy ma być jedno Pendolino (lub zamiennie Express InterCity) na godzinę. Jakim cudem ma się im udać „wepchnąć w tym czasie na tory też i „normalne” pociągi?” Moim zdaniem projekt Pendolino z góry zakłada zlikwidowanie możliwości dojeżdżania na tej trasie do pracy koleją.

Już w zasadzie zlikwidowali podmiejską komunikację kolejową na trasie Grodzisk-Warszawa. Teoretycznie, między szóstą a dziesiątą z Brwinowa do Warszawy jest 5 pociągów. Jeszcze nie tak dawno, w godzinach szczytu tyle pociągów było w ciągu jednej godziny. Niezależnie od tego, te 5 to też tylko w teorii, bo dwa pociągi jadą w odstępie 5 minut (6:34, 6;39), więc z góry wiadomo że pojedzie tylko jeden. Powoli ludzie zaczynają się z tym godzić. Mimo, że tych pociągów jest tak mało, nie są wcale tak bardzo zatłoczone. Po tym jak wymusili pogodzenie się z tym, ze nie ma dojazdu koleją, będą mogli w latach 2016-2020 spokojnie zawijać cukierki unijnych dotacji na remont tych torów.

I chociaż jeden ze znających temat potwierdził moją diagnozę - nawet przyjmując, że kiedyś przyjęte założenia były sensowne (wymiana taboru tak by jeździł zdecydowanie szybciej), to nic się tu nie zadziało i nawet nie ogłoszono przetargu na nowe składy - mój post przeszedł bez echa. Prawie cała energię grupy pochłania dyskusja na temat bardzo ułomnych zasad wzajemnego honorowania biletów miesięcznych.

 

Mam tylko nadzieję, że PKP skończy jak Maria Antonina po tym jak zaproponowała ludowi jedzenie ciastek

wtorek, 21 października 2014

dobra książka

Baranowa jazzu - Hannah Rothchild


Bardzo ciekawa historia.

Opowieść o urodzonej w 1913 roku Pannonice z angielskiej gałęzi Rothschildów. Przed wojną zdążyła jeszcze dobrze wyjść za mąż (stąd tytuł "baronowa") i urodzić dwójkę dzieci. Na wojnie wyszła ze społecznie przypisanej jej roli i została żołnierzem ruchu Wolna Francja. Po części pewnie i dlatego nie potrafiła się po wojnie odnaleźć w roli żony dyplomaty. Urodziła jeszcze trójkę dzieci i gdy pewnego dnia usłyszała w hotelowym pokoju, w Nowym Jorku, w radio Round Midnight Theloniousa Monka, podjęła radykalną decyzję - postanowiła porzucić rodzinę i związać się ze światem jazzu.  

Opowiedziana przez jej cioteczną wnuczkę historia jej życia podkreśla jej nonkonformizm, przedstawiając wybór Niki w konwencji walki o własne marzenia. Tak na to patrząc, stała się dobrym duchem nowojorskiego światka jazzowego i menadżerem i mecenasem uwielbianego przez nią Theloniousa Monka.

Ja widziałam w tym historię niezrównoważonej kobiety, ekscentryczną gruppie kierującą swoim  Bentleyem w perłach na szyi, dość żałośnie uzależnioną od może i genialnego, ale bardzo nieciekawego osobowościowo muzyka.

Na co dzień wyglądało to tak:

Pobyt Niki w hotelu Bolivar był krótki, ponieważ pozostali goście nie zaakceptowali trwających całe noce sesji jazzowych. Nica nie mogła pojąć ich braku zrozumienia. – Narzekali na hałas, nie rozumiejąc, że słuchają fantastycznej muzyki, której już nigdy w życiu mogli nie usłyszeć, a jednak mnie wyrzucono – mówiła na nagraniu, śmiejąc się na samo wspomnienie. Jej następnym domem stał się niewielki hotel znany z literackiego salonu – Round Table – zapoczątkowanego przez Dorothy Parker i jej przyjaciół. – Przeprowadziłam się do Algonquin, ponieważ mieli podobno szerokie horyzonty i lubili gościć geniuszy – wspominała Nica. – Jednak Thelonious okazał się dla nich zbyt wielkim geniuszem.

Autorka książki ma dla swojej bohaterki bardzo dużo wyrozumiałości, chwilami nawet trochę potrafiło mi to przeszkadzać. Ale sama historia jest tak ciekawa, że w ostatecznym rachunku nie jest to w ogóle istotne.

 

Samotność Portugalczyka Iza Klementowska

Nostalgiczna, niczym fado, ballada o Portugalii - około dwudziestu reportaży o jej mieszkańcach, których losy z jednej strony skłaniają do zadumy, z drugiej stanowią świetną ilustrację historii tego kraju. Tyle, że podobnie jak fado, ta przyjęta przez autorkę  formuła w pewnym momencie nuży.

Może tylko zrobiłam błąd, że nie robiłam sobie przerw w czytaniu? 

A może rzeczywiście dzisiejsza Portugalia ma coś z sennego Macondo. Bo chociaż duża część książki obraca się wokół traumatycznych przeżyć epoki dyktatury, jest coś w tych reportażach z klimatu baśni. Z tym, że nie jest tak, że jest to książka nie warta przeczytania.

Tak z ciekawostek: na co dzień dziwimy się Rosjanom, że dalej widzą w Stalinie bohatera. Nie oni jedni bardziej kochają wyimaginowaną wielkość, nie realne cierpienia - w ogłoszonym w 2007 roku plebiscycie portugalskiej telewizji na największego Portugalczyka wszech czasów zwyciężył Salazar. 

Myślę też, że na zawsze zapamiętam to portugalskie przysłowie: Tatuaże na plecach widza tylko ci, którzy je wykonują.

 

Zagadki przeszłości Kate Atkinson


Bardzo stereotypowe czytadełko.

Na początek nawet zaciekawia. Amerykańskie miasteczko, niewyjaśnione zaginięcie dziecka i detektyw, który na prośbę rodziny podejmuje po latach kolejną próbę wyjaśnienia tamtego zdarzenia. 

Do tej historii dołączają kolejne zagadki  kryminalne i za chwilę wszystko wiruje, zaczyna się ze sobą łączyć i przeplatać. I im bardziej zagmatwane, tym bardziej nudne i przewidywalne.

Szkoda, bo na początku książka obiecywała fajny relaks.



niedziela, 19 października 2014
Inauguracja nowego sezonu grzewczego

W tym tygodniu już na pewno "zainguruję" ... Przez chwilę myślałam by zrobić to już dzisiaj, ale przytłoczył mnie powycieczkowy leń.

Wycieczka naprawdę się udała. Fajnie było po trzydziestu kilku latach znów razem chodzić po Londynie, każdego dnia odstawiałyśmy Tomka rano do żłobka i przez cały dzień maszerowałyśmy. W 1980 roku, tuż po studiach w ramach podróży po Europie, spędziłam z Ańćką miesiąc w Londynie i co tylko wtedy można było zobaczyć, zobaczyłyśmy - nigdy więcej nie poszłam już do gabinetu figur woskowych Madame Tussaud, czy na czekoladę do Harrodsa. Tym razem było już spokojniej, odpowiednio do wieku, np. koncert muzyki w Saint Martin on the Fields (Tomek bez pudła od razu nazwał Ańckę "babcią", nie żadną ciocią"). Storpedowałam tylko jeden pomysł:  fish and chips, za bardzo mi śmierdział.   

Zawsze jak jestem w Tate Modern Gallery, zastanawiam się jakie kryteria decydują o wyborze prac, miałam towarzystwo do uprawiania starczego malkontenctwa i bawiłam się robiąc Ance portrety na tle czerwonych obrazów:


Za to z przyjemnością obejrzałam w Tate wystawę zdjęć Roberta Mapplethorpe - rzeczywiście pstrykał niesamowite portrety. Tyle, że tak naprawdę po przeczytaniu biografii Pathie Smith, bardziej ciekawił mnie autor tych zdjęć, nie jego prace.  

Czerwień dopadła nas nie tylko w Tate. Maki z których robią wieńce i składają pod pomnikami są wyjątkowo paskudne, ale użyte w upamiętniającej wybuch I wojny instalacji w Tower wyglądają świetnie:

Nic nie poradzę, nie jestem fanką brytyjskiego designu. Co z tego, że ten żyrandol, w Muzeum Wiktorii i Alberta jest szklany?


Dla mnie jest po prostu paskudny.

Po przyjściu do domu, moje poczucie estetyki podgryzał robiony przeze mnie szal. Patrząc na to co mi wychodzi, zastanawiam się czy nie nazwać tego projektu Tekturowy papierek toaletowy?

Na razie odłożyłam na bok i zabrałam się za kolejną czapeczkę.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Wkurw konsumencki też uległ globalizacji. 

Ponieważ wyjazd był zaplanowany "oszczędnie",  więc zamiast Heathrow było grane Luton. Ale już tylko z głupiej oszczędności bilet autobusowy kupiłam nie na stronie autobusowej, ale na stronie Wizz-air. Zaślepiona ceną, nie przeczytałam wszystkiego, a tam małymi literkami było napisane, że nie jest to pełny bilet, a tylko jego "promesa"  i wsiada się tylko wtedy, gdy jest wolne miejsce.

Że coś jest nie tak, mogłyśmy się już zorientować po przylocie: weszłyśmy dopiero do trzeciego autobusu - tyle że byłyśmy przekonane, że to dlatego, że nie zdążyłyśmy na "nasz" autobus (samolot miał opóźnienie) i pierwszeństwo mają ci co wykupili bilet na daną godzinę. Stąd w dniu wyjazdu pewnym krokiem poszłyśmy na autobus, tak by być na lotnisku na dwie godziny przed odlotem. Autobus przyjechał ... ale nas nie zabrał, bo nie miał wolnych miejsc. Niedługo po nim przyjechał autobus innej linii, ten z kolei miał wolne miejsca, ale nie honorował naszych "promes", a my nie miałyśmy gotówki by kupić bilet.

Na następny autobus, który miał być za pół godziny, czekałyśmy w niezłych nerwach - było jasne, że jeżeli nas nie zabierze, to nie zdążymy na samolot. W dodatku w międzyczasie przyszła rodzina z czwórką dzieci i tak stanęła, że była przed nami w walce o wolne miejsce. 

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Nie licząc tego, że z tych nerwów Ańćka nie zauważyła, że wypadły jej zaczepione za dekolt okulary - strata spora, bo były z progresywnymi szkłami.

poniedziałek, 13 października 2014
Przerwa

Coś się mocno dzisiaj blox krztusi ... Po raz pierwszy boksuje się z nim aż tak zawzięcie.

Od kilku dni jestem w Londynie, córka w Stanach, a ja wspomagam zięcia, pełniąc dyżur przy wnuku Tyle, że nie sama - poprosiłam Ańćkę by mnie wspomogła. Że też ja wcześniej na to nie wpadłam! A jakby nawet w przyszłości Ańćka nie mogła, to ciotek do zabrania ze sobą na kolejne "dyżury" mam nawet spory zapas. Mogę mieć z tym co  najwyżej jeden problem - przejść z Ańćką jeszcze raz po Londynie ok, ale tak po kolei z każdą kolejną ciotką iść w te same miejsca, chyba bym nie dała rady.

Wnuk też zadowolony, zawsze co dwie babcie, to nie jedna:

14101308

Tym bardzie, że ta przyszywana babcia bardzo dobrze gotuje.

A ja, dzięki temu, że nie jestem sama, każdą wolną chwilę w ciągu dnia spędzam produktywnie, na włóczęgach po mieście - tu na spacerze wzdłuż kanału z Camden Town do Paddington, 

14101309

A czas płynie, w parku kręci go już nie piaskownica, ale jazda na linie:

14101307

W tzw. międzyczasie popełniłam kolejną czapkę z resztek;

I wróciłam do szala.

Widziałam na ludziu cudowny kardigan, cała jego ozdoba był szalowy kołnierz z wrobionym po środku warkoczem. Już nawet wełnę na taki sweter znalazłam. Niestety, nigdzie w sieci niczego, co by to przypominało, nie znalazłam. Za to szukając, natrafiłam na inne, mogące zainspirować druciane pomysły:

 

A po powrocie czeka mnie kolejna konsumencka batalia: w mieszkaniu synka, po wymianie liczników wody są jakieś horrendalne rachunki - niestety wg. wskazań liczników. Zastanawiam się jak to ugryźć. Bo jak pobiera się litr wody, licznik wykazuje pobór tego litra. A potem "po cichu" nie przerywa pracy, tylko nabija dalej nie litr, ale kolejne 100 litrów...  

niedziela, 05 października 2014

Tak tylko z kronikarskiego obowiązku daję znać, że żyję ...

Moja młoda koleżanka w pracy, matka przedszkolaka,ostatnio mi odparowała: ja nie jestem taka stara jak ty, ja nie mam czasu dla siebie. Niby racja, ale nawet jeżeli mam trochę czasu dla siebie, to potrzeby mam jeszcze większe. 

Miała być następna czapeczka, ale czasu mi starczyło tylko na skończenie pierwszej.


W weekend miałam sobie poleniuchować, ale nie przyszedł pan od ogrodu więc latałam z kosiarką - trawnik wygląda dużo lepiej, na wiosnę będę musiała jeszcze pouzupełniać - ważne, że widać już światło w tunelu.

Widmo przymrozków skłoniło mnie do przytargania kwiatów do domu:

Poustawiałam je na parapetach - te większe z trudem się mieszczą

 

Ale co zrobić z tak powyginaną juką, nie wiem. Na razie "stabilizuję" kamieniami, na ile to starczy, nie wiem.


Poczułam, że wróciłam - pogodziłam się z tym, że łatwo się stąd nie wydobędę. Nie wiem też, czy tak bardzo dalej chcę do tego miasta uciec. Popatrzyłam z czułością na dom - wymaga lekkiego liftingu. Na razie usiłowałam zrobić styropianową zaporę w piwnicy. Kiepsko mi to wyszło - wyszłam z wprawy.

 

piątek, 03 października 2014
Przeczytałam

Marian Zacharski Rosyjska ruletka

Ja naprawdę to przeczytałam. Sama się sobie dziwię ... ale też i jestem z tego dumna, bo wymagało to sporego samozaparcia.

Niezależnie od tego, że jest to bardzo kiepska książka, daje ona sporo do myślenia. Przede wszystkim nie umiem odpowiedzieć sobie na pytanie, czy on zawsze był takim idiotą, czy tylko tak na starość zgłupiał. Skoro jednym zżera mózg Alzheimer, jemu mogło zeżreć samouwielbienie. Brak dystansu do samego siebie poraża. 

Książka nawet nie najgorzej się zaczyna, bo opowieść o tym jak po powrocie ze Stanów zostaje dyrektorem Pewexu, nawet jeżeli nuży ciągłymi wstawkami jak to kolejni kontrahenci docenili jego wyjątkowość, pokazuje ciekawy kawałek ostatnich lat PRL-u. Tym bardziej, że mało się o tym pisze, a jeżeli już to w kontekście tego co chwilę potem się zdarzyło.

Niestety dla fabuły, po 1989 roku Zacharski, który ani przez chwilę nie przestał być agentem, jako jeden z głównych rozgrywających, przegrywa sprawę Olina i zostaje zmuszony do opuszczenia kraju (nie przyjechał nawet na pogrzeb matki). Teraz, niepogodzony, pełen żalu i pretensji podejmuje próbę przekonania, że  to on miał rację. Może i miał, ale nie sądzę by tą książką za wiele osób do swojej racji przekonał. 

Przerażający obraz poziomu moralnego, intelektualnego ludzi u szczytów władzy (że o kulturze nie wspomnę). I jak zawsze, gdy czyta się o historii, której się było świadkiem, opisywane wydarzenia można filtrować przez własną pamięć i dochodzić do ciekawych wniosków. 

Tyle, że ja już wyrosłam z czytania między wierszami.  Tym bardziej, że całkowity brak dystansu do siebie nie czyni autora zbyt wiarygodnym.

O tyle szkoda, że ta historia to jedna z ciekawszych zagadek ostatniego dwudziestopięciolecia.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli