sobota, 31 października 2015
Przeczytane

Jolanta Sylwia Chutmik

Przykre to bardzo, ale kolejna książka Chutnik mnie rozczarowała.

Jej Kieszonkowy atlas kobiet uważam, za jedną z lepszych książek o współczesnej Polsce. Dzidzia była zbyt publicystyczna, ale uznałam że napisała ją za wcześnie: zbyt mała przerwa po porzedniej książce i dlatego tyle powtórzeń.  Cwaniary były wprawdzie dalej oparte na tym samym schemacie, ale przynajmniej był w tej książce fajny pomysł i urzekajacy rytmem krzyk sprzeciwu przeciwko sytuacji kobiet.

Jolanta nie ma w sobie nic nowego. O kobiecie z żerańskiego osiedla, która swoją bezwolnością żyję, tak jakby nie żyła, tylko była niesiona na fali. I ten język, który w Kieszonkowym atlasie kobiet zachwycał, tu już nudzi. Bo ile można zachwycać się tym samym?

A może trudno napisać więcej niż jedną dobrą książkę?

 

Piąty beatles Marcin Czubaj

 

Kryminał, w którym ani przez moment nie byłam ciekawa, kto i dlaczego zabił,  A przecież to na tym polega, by czytelnik chciał poznać odpowiedź na to pytanie ...

Ale "się czyta".  Wchodzi łatwo i szybko. Gdyby jeszcze te intrygi były bardziej zajmujące.  

poniedziałek, 26 października 2015
zanim

Byłam na bardzo głupawej komedyjce z Robertem de Niro.


Jak się jest na emeryturze, to wystarczy być byłym dyrektorem (dobra emerytura) i mieć wdzięk i pewność siebie Roberta de Niro, a życie dalej będzie ciekawe

Uśmiechałam się nawet do donic IPN-u

Z myślą o nowych obywatelach robiłam kocyki

Kontynuując dokumentowanie chodzenia w robionych przez siebie dzianinach, w zrobionym przez siebie swetrze

napawałam się pięknem Suwalszczyzny

I dalej by może wszystko płynęło tym sennym nurtem, gdyby nie to co usłyszałam, gdy wracając z tego pięknego zakątka kraju o 21 włączyłam w samochodzie radio i dowiedziałam się o wynikach. Teraz muszę chwilę ochłonąć


poniedziałek, 19 października 2015

Albo to nie był dobry WFF, albo ja źle wybrałam.

Tyle tego, że pośmiałam się na zwariowanej bałkańskiej komedii rodzinnej Życie jest jak trąbka.

Z przyjemnością obejrzałam W górę i w dół.


Roztrzaskany po rozstaniu z dziewczyną chłopak łazi po Hajfie, zastanawiając się czy zgłosić się na ćwiczenia wojskowe, czy wyjechać za granicę. Tego samego dnia, chodzi po Hajfie jego dawny nauczyciel, który szuka zgubionego przez żonę kolczyka. Miła w oglądaniu fotografia codzienności.

Dolina miłości mnie zawiodła.


Depardieu i Huppert grają parę aktorów, byli kiedyś ze sobą, syn z tamtego związku popełnił samobójstwo i teraz - wypełniając jego testament - spędzają tydzień w dolinie śmierci. To, co na pewno zapamiętam z tego filmu to brzuch Depardieu.

Z kolei Pieska noc, była tak kiepskim filmem, że nie wiem kto to zakwalifikował na WFF.

Buenos Aires nocą. Chłopaki pożyczają z parkingu samochód, ale ponieważ należy do mafiosa, spędzają szaloną, pełną przygód noc, tyle że nie taką jak planowali, Chaotyczne, przewidywalne i głupie.

Na zakończenie obejrzałam film zamykający WFF Schneider  vs. Bax.


Gangsterzy, płatni, zabójcy, przypadkowe (często nie budzące współczucia) ofiary. W miarę udane nawiązanie w klimacie do Pulp fiction. Oczywiście bez tamtych dialogów - tu Tarantino tak wysoko zawiesił poprzeczkę, że trudno będzie komuś ją przeskoczyć. Ale duży plus za przewrotne zakończenie. 

Nie samym WFF - zwłaszcza nie dostarczającym takich wrażeń, jakich oczekiwałam - żyłam w tym tygodniu. Przyjechała Kasia.eire. Po zjedzeniu sushi w jakiejś wypasionej knajpce na Żurawiej, pojechałyśmy na ATK ma koncert Doroty Miśkiewicz, w podziemiach kościoła kamedułów.

Nawet nie wiedziałam, że ktoś taki istnieje. A sądząc z zainteresowania, cieszy się ona sporą popularnością. Fajnie śpiewa, tyle że jak dla mnie, to jak śpiewała, czyli czysto i głośno, nie pasowało do wnętrza. Wymarzony nastrój na unplugged, a nie elektroniczny full wypas. 

Zdjęcie kiepskie, ale widać, ze dalej chodzę w zrobionych przez siebie swetrach, w tym tygodniu był grany Rulonik.


Kaśce zależało na fotce z wokalistką, tymczasem zdjęcia jak zwykle wyszły mi mocno takie sobie, podjęłam więc jedyną słuszną decyzję: idę na kurs fotograficzny. Nie wiem tylko czy zajęcia w najbliższy czwartek są powtarzane w poniedziałek, jak nie, chyba będę musiała poczekać na listopad.

A na koncercie widać jak robię kolejny (już trzeci) Misiokocyk. Robię z włoczki, której miałam już więcej nie kupować - czyli Cotton light Dropsa. Kolory piękne, ale robić się z tego nie da, w zasadzie zero skrętu, wszystko się rozłazi. Ale do końca roku zdążę.

Były też Szarotki. Coraz nas więcej.

 

Ewa pochwaliła się kolejną papierową wikliną

Kupiłam od niej (nie ja jedna) wełnę na szal orenburski, 10 dkg 3 km. 

Trochę mi mina zrzedła jak przeczytałam, że na zrobienie takiego szala trzeba poświęcić 180-250 godzin. Na razie jest szansa, na zrobienie bordiury szarego szala - Łada wyhaczyła gdzie był błąd, i udało jej się to, co nie udało się Ewce i mnie, zrobiła główne motywy i jest na najlepszej drodze by rozgryźć i ten róg.

A niezaspokojony na WFF głód dobrych filmów starałam się zaspokoić w domowych pieleszach. Kupiłam płytę z Joanną Anny Kopacz. Mam mieszane uczucia.

 

Chwilę po, byłam tylko rozczarowana - doceniając piękno zdjęć, czułam niedosyt fabuły. Ale potem przywróciłam siebie do pionu. Uroda tego filmu tkwi w tym, ze szanuje prywatność umierającej kobiety. Jest już na tym filmie przeraźliwie chuda, ale dalej dba o siebie, maluje oczy, jest ładna i mówi tylko to co chce powiedzieć. Reporter nie drąży, nie dociska, tylko filmuje z ukrycia nie odsuwając zasłony. Ale nominację do Oskara dostał moim zdaniem ten film  bardziej za temat, niż za reporterską biegłość. 

Przypomniałam też sobie o wykupionym karnecie Mubi.


 

Bardzo miły, kameralny film. Najgorsze jest to, że świat zawrócił, mężczyźni odzyskują stracony teren, pozycja kobiet dołuje. Boli, że tę zmianę kierunku popiera bardzo dużo kobiet - bez ich poparcia ten manewr by nie wyszedł. Za chwilę będzie już za późno. Co po wygranej kiedyś bitwie, gdy właśnie przegrywa się wojnę.

Prawdopodobnie będzie tak jak z tymi, co za chwilę przegrają. Nie graliby teraz na alarmistycznych tonach, gdyby wcześniej poczytali chociażby posty na grupie Łódź-Warszawa ciężka przeprawa.  

 

z poradnika wk .... konsumentki 

Moja ukochana spółka kolejowa zbiera siły do następnego remontu, a tymczasem na fejsowej grupie zamieszczono bardzo celne podsumowanie remontu, który właśnie kończą.

piątek, 16 października 2015
Przeczytane

Nauki Don Juana Carlos Castaneda

Na ubiegłotygodniowe spotkanie Kolacyjnego Klubu Dyskusyjnego, każda z nas miała przeczytać coś Carlosa Castanedy - ja przeczytałam Nauki don Juana, i jak się potem okazało, nie tylko ja przeczytałam akurat tę pozycję.

Książka to opis doświadczeń zdobytych przez Castenedę podczas terminowania u indiańskiego szamana, który wybrał go jako swojego ucznia i podzielił się z nim swoją wiedzą

Czytając, widziałam przede wszystkim psychodeliczny bełkot, fascynację człowieka Zachodu, prawdą ziemi, którą rzekomo posiadają ludzie dawnych kultur, a zwłaszcza Indianie ze swoimi grzybkami i innymi używkami. Ponieważ nigdy nie podzielałam zachwytu nad głębią prymitywnych kultur (akurat ten fragment hippie-kultury nie był, w zafascynowanej dobrobytem Zachodu Polsce zbyt popularny), to tym bardziej teraz, po latach, czytając tę książkę widziałam jedynie bezmiar pustki.

Ale gdy ciotka - pracownik naukowy zrobiła mini wykład na temat zderzenia kultur, wyjęła swój egzemplarz i przeczytała zaznaczone fragmenty, które (zwłaszcza w jej interpretacji) genialnie to zilustrowały ... zrobiło mi się głupio. Wszystko przez to, że po kilku stronach nastawiłam się do tej lektury jak pies do jeża.  

 

Martwe popołudnia Mariusz Czubaj


Ponieważ wszyscy teraz czytają kryminały, postanowiłam zobaczyć o co w tej nowej modzie chodzi. Zamiast skandynawskich, na początek zabrałam się za polskie.

Dobrze napisane, czyta się lekko, łatwo i przyjemnie. Tyle tylko, że podobnie jak w Królu Ubu, rzecz dzieje się w Polsce, czyli nigdzie. Bo ja opisanej w tej książce rzeczywistości nie znam i aż mi się nie chce wierzyć, że są takie miejsca gdzie ona tak wygląda.

niedziela, 11 października 2015
Bardzo drogi wariant WFF

Na kolejnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Kolacyjnego 


wyjęłam z książki kopertę z biletami na WFF (robiła za zakładkę), położyłam na stole, jadłam dyskutowałam, zachwycałam się domem i zwierzętami Marianny (2 psy i 5 kotów)

 a potem poszłam spać do Gabi.

Następnego dnia zorientowałam się, że zostawiłam u Marianny bilety, pobiegłam kilka ulic dalej, ale już było posprzątane, a papierowe "śmieci" spalone w kominku.

Jedyne co udało mi się załatwić, to możliwość odkupienia biletów, również i na te seanse, na które bilety były już wyprzedane. W tym roku wyjątkowo drogi okazał się dla mnie WFF, mam teraz tylko nadzieję, że wybrałam dobre filmy.


 

A wracając do naszych spotkań, jak na razie mocny akcent należy postawić na słowie "kolacyjny". Za miesiąc spora szansa na odwrócenie tego trendu, bo tym razem to ja organizuję spotkanie, a czytamy Kieszonkowy Atlas Kobiet Chutnik.

Na WFF tłumów nie ma.

Pierwszy obejrzany film to hiszpańsko-argentyński Truman.

Film o tym momencie w życiu, który chyba najcelniej określiła Szymborska że tego nie robi się kotu (tytułowy Truman, to pies któremu trzeba znaleźć nowy dom). 

Starzejący się aktor, niegdyś król życia, odmówił poddania się uciążliwej terapii, za chwilę zacznie się "ostatnia prosta", ale jeszcze ciągle stara się prowadzić w miarę normalne życie. Na kilka dni przylatuje do niego przyjaciel z dzieciństwa. Oboje wiedzą, że jest to ich pożegnanie. 

Nie wiem tylko dlaczego na Filmwebie napisali, że jest to komedia. Już szybciej nekro-melodramat. Słowem mało odkrywczy, kolejny film o odchodzeniu. Ale jest w tym filmie coś prawdziwego i wzruszającego. Mnie się podobał. 

 

Pieśń zimowa

Nabrało mnie to, przyklejone do wszystkich opisów zdjęcie: myślałam że idę na zwariowany historyczny kolaż, a obejrzałam zlepek historyjek o mieszkańcach jednej z paryskich kamienic. Scena egzekucji z czasów rewolucji francuskiej to 2-3 minuty prologu, potem jeszcze przez kilka minut patrzymy jak żołnierze radzieccy grabią gruzińskie wsie i przenosimy się do współczesnego Paryża. Sceny z prologu są tak luźno związane z późniejszą akcją, że równie dobrze, mogłoby ich nie być. 

W sumie to większości tych pojedynczych scenek, z których składa się ten film, mogłoby nie być. Widownia masowo głosowała nogami wychodząc z kina, ja zostałam. Bo aż tak tragiczne to nie było. Lekki francuski urok w tym jest. Ale Francja na tym filmie  nie jest zbyt ładna i smutno, jak się na to patrzy.

 

Jeszcze zanim zaczął się Warszawski Festiwal Filmowy, przeczytałam wywiad z Filipem Bajonem i poszłam na Panie Dulskie

Gdyby on kręcił tak ciekawe filmy, jak ciekawie potrafi o nich mówić ...

Dobra obsada, dający się ciekawie przedstawić pomysł na  fabułę - zwrotne punkty trzech pokoleń rodziny Dulskich, tej najlepiej znanej, przedwojennej, jej córki w czasach zimnowojennej komuny i żyjącej współcześnie wnuczki. Niestety jak prawie wszystkie polskie filmy, przegadany. Zamiast ciętych, iskrzących ripostami słownych pojedynków, toporne dialogi (kulminacją jest scena gdy pan Felicjan mówi dość). 

Pomieszanie farsy z kinem moralnego niepokoju, czyli zmarnowana szansa na dobry film. Ale biorąc poprawkę na to, że jest to polski film, nie jest jeszcze tak tragicznie.

 

Dalej powoli ogarniam ogród. Tym razem posprzątałam pod płotem


Trochę tego zebrałam. 

I dalej zakładam na siebie zrobione przez siebie rzeczy i pokazuję się w nich ludziom.

Jest tylko jeden problem. jak nie będzie jakiegoś przełomu, czarno widzę możliwość powtórzenia takiej akcji za kilka lat. Coś tam robię, ale w tym roku cały mój "udzierg" to raptem dwa swetry.  

z poradnika wk .... konsumentki 

Oddali w końcu podziemny tunel w Pruszkowie Ktoś odważył się skrytykować, że windy są tak ciasne, że nie mieszczą się w nich wózki inwalidzkie, a te dla dzieci, też nie wszystkie. Obrazili się  i windy są nieczynne do odwołania.

O tym, że kierowała nimi jakaś złość świadczy moim zdaniem naklejona na szybie kartka, na wszystkich innych remontowanych dworcach, windy nie działają tak po prostu. Nikogo to nie dziwi, gdyby działały, to by się psuły. A naprawy przecież kosztują i Unia za to nie płaci.

Rozczuliła mnie za to argumentacja dlaczego nie będzie pochylni dla rowerów - okazuje się że kąt nachylenia schodów nie pozwalał na zamontowanie tego typu podjazdu. Gdyby w Polsce przyznawana nagroda Barei, nie wyobrażam sobie by na podium miała szanse stanąć inna firma, niż któraś z kolejowych spółek. 

 

Z kolei jako obywatelka posiadająca prawa wyborcze, postanowiłam skorzystać z głosowania korespondencyjnego. W pierwszej chwili bardzo mi się to spodobało. Odbiorę na poczcie kartę wyborcza, wyślę poleconym i z głowy. Potem jednak ogarnęły mnie wątpliwości, czy ten system jest "bezpieczny". 

 

niedziela, 04 października 2015

Postanowiłam, ze październik będzie miesiącem dbania o dom.

Nas początek zabrałam się za trawnik:


i nadwyrężyłam rękę. Przez jakiś czas drutów do ręki nie wezmę.

Nie przeszkodziło mi to, poświęcić prawie całej niedzieli, na próby rozpisania tego wzoru. Im dłużej myślę, tym bardziej mi nie wychodzi.


 

Do sadzonek trzeba mieć rękę, a ja jej nie mam. Z rozległej plantacji dracen, przyjęły się dwa pióropusze i być może coś odbije z czterech łodyg:

W jedynej nieobciętej dracenie pojawił się przy pniu nowy pipek, tam gdzie był jeszcze przed obcięciem, rośnie dalej, ale tam gdzie chciałam by coś po obcięciu się pojawiło, martwa cisza.

 

Inwestuję w moje przyjaźnie z ciotkami jak mogę, (pół godziny czekałam, aż przebije się przez korki, a potem pomagałam nosić):


ale i tak do kina poszłam sama.

Za tydzień uroczystość z okazji  45-lecia ślubu. Podejmowane są ostatnie decyzje co do sali, muzyki itp. Tymczasem nadchodzi list: zawiadomienie że w w alpejskim lodowcu znaleziono ciało poprzedniej narzeczonej. Przez 45 lat nie było rozmowy na temat poprzedniego związku, teraz też im to nie wychodzi. Zwłaszcza, że budzi się zazdrość, pytanie na ile małżeństwo było z miłości, a na ile plastrem na ranę. 

Bardzo kameralny film, w którym najważniejsze kwestie wypowiedziane są oczami. Jak dla mnie momentami zbyt "kameralny". Ale dla ostatniej sceny warto.

 

Chociaż wydaje się to niemożliwe, wygląda na to że Gumiś robi gorsze zdjęcia ode mnie. Ale dowód, że chodzę w zrobionych przez siebie rzeczach mam.


z poradnika wk .... konsumentki 

Moje szkła (nie dość że progresywne, to w dodatku z koniecznymi w moim przypadku "efektami specjalnymi") nadają się tylko do wymiany

Pani u optyka spojrzała na moje okulary i zapytała: "Mokre ściereczki do czyszczenia z Rossmana?"


czwartek, 01 października 2015
Przeczytane

13 pięter Filip Springer

Zdecydowanie bardziej podobał mi się jego Zaczyn i Miedzianka, w tej książce udowadnia jedynie, że ma świetne pióro.

Pierwsza cześć książki, to opis sytuacji mieszkaniowej II RP i podejmowane w tym czasie próby rozładowania głodu mieszkań. Druga część to 13 reportaży (tytułowe 13 pięter), które składają się na opis dzisiejszej sytuacji. Rzecz o braku polityki mieszkaniowej - ale z mojego punktu widzenia, czyli oczami kogoś, kto mieszkanie ma, mamy brak bardzo wielu polityk i można zacząć od pytania, dlaczego to brak polityki mieszkaniowej ma być tym najdotkliwszym.

Dla mnie ciekawa był pierwsza część książki (ta o II RP), w drugiej części zaciekawiło mnie jedynie opis tego w jaki sposób, zaledwie w przeciągu kilku lat przekonano rzesze ludzi, że kredyt hipoteczny to kolejny, obowiązkowy szczebel na drabinie społecznego awansu. 

Słowem trochę więcej się po tej książce spodziewałam, ale że dobrze napisana, to "się" czyta ...

 

 

Wrześniowe czytanie Szczygła


Włodzimierz Godek  Sądecki tor przeszkód. 

Reportaż o Nowym Sączu, w którym - niczym w czarnej dziurze - znikali ci, którzy po studiach dostali w tym mieście nakaz pracy. Zdaniem autora, W Nowym Sączu takie pojęcie jak życie intelektualne jest raczej nieznane. W jakimś stopniu reportaż jak najbardziej aktualny - kiedyś ogródki działkowe, teraz telewizja. 

 

1957 Jerzy Urban Pamiętnik swata

Reportaż palce lizać. Jerzy Urban  zamieścił w prasie ogłoszenie, że do Krakowa przyjechał Przedstawiciel Agencji Matrymonialnej, który ma oferty od dyplomatów, literatów, artystów z kraju i zagranicy i który będzie przeprowadzał z zainteresowanymi tymi ofertami kobietami bezpłatne rozmowy w dniach ...

Zgłosiło się sporo kobiet, jedyną która wietrzyła w tym podstęp, była córa Koryntu, bo skoro bezpłatnie, to lipa. Inne zwierzały się Urbanowi ze swoich oczekiwań, które jak łatwo się domyślić, mało korespondowały z tym, co same miały do zaoferowania. Podobnie jak poprzedni reportaż, wystarczyłaby zmiana dekoracji i pasowałby jak ulał i do dnia dzisiejszego.

 

1957 Marian Brandys Ostatnia bitwa

O bitwie pod Kockiem. Nie do przebrnięcia.

 

1959 Zbigniew Kwiatkowski Zrozumieć ocenić

O Nowym Targu. A raczej o absurdach gospodarki socjalistycznej, w której  prywatna inicjatywa szyła ze skór (nawet czasami była i nagradzana na różnych targach mody), ale która nie miała możliwości legalnego zdobycia materiału. W tamtych czasach Nowy Targ był jedną wielką nielegalną garbarnią - niemy świadkiem była rzeka, do której nocami zrzucano ścieki i  których nikt "nie zauważał".

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli