poniedziałek, 31 października 2016

Tydzień upłynął pod znakiem mężczyzny mojego życia.

Odkryłam, że nie ma gdzie chodzić z dziećmi w tym wieku, tak by mogły się pobawić z rówieśnikami. Myślałam, że jak pada deszcz, to dzieci bawią się pod dachem, w miejscach typu Hula-gula. Jest coś takiego w Galerii Podkowa, ale gdy tam poszłam, pomimo deszczu nie było ani jednego dziecka, Wróciłam więc do domu, pograłam w kółko i krzyżyk, pokazałam grę w kartofla, pobudowałam z nim domki z kart


ale udawać grupy pięciolatków nie potrafiłam. Czułam, że z nimi bawiłby się dużo lepiej

Wnuk dorósł już do kina.


Trailer jest lepszy niż film. Ale dialogi na tyle dobre, że nawet jak się jest dorosła osobą towarzyszącą, da się wytrzymać. W kinie, poza Tomkiem, było na widowni jeszcze jedno dziecko. Więc do kina dzieci też nie chodzą.

Nie było ich też w Muzeum Techniki.

Wygląda na to, ze zamkną to muzeum. Szkoda. Pracują tam osoby, które lubią swoją pracę. Zagadują dzieciaki, same z siebie pokazują im rzeczy, które mogą ich zaciekawić. Tomkowi spodobał się wielki globus. Całkiem dobrze już sobie radzi z pokazywaniem różnych miejsc. A miłość do brum-brum, jak każdy chłopiec, ma w genach.

Przez tę pogodę, chociaż za chwilę będzie listopad, jeszcze nie zaczęłam grabić liści. I tak dobrze, że zięć pomógł mi wyczyścić rynny. Ale z kominem kicha - kominiarze nie chodzą po mokrych dachach.

Wyjątkowo obficie zakwitła mi w tym roku trzmielina

Wszystko wskazuje na to, że Clinton przegra wybory. Od początku nie rozumiałam, dlaczego ją wystawili. Według mnie, po tym, jak po raz pierwszy w historii wybrano czarnoskórego prezydenta, w następnych wyborach lepiej było postawić na tradycję, nie na kolejny "pierwszy raz", tym razem kobietę-prezydent. Niespokojny czas też nie sprzyja takim wyborom. Jest w tym też jakieś, może nie tyle oszustwo, co naciąganie faktów: Clintonowie mieszkali już w Białym Domu. W dodatku, słusznie czy nie, ale jest coś takiego jak siła stereotypów, 69 lat to nie jest wiek, w którym chętnie zatrudnia się kobietę na wieloletni kontrakt menadżerski.

A tymczasem ja znalazłam małe pocieszenie. I to tam gdzie się tego nie podziewałam - w wywiadzie z Manuelą Gretkowską:

Upadek demokracji w Polsce jest efektem traktowania kobiet. Z pogardy dla nich nie wytworzono żadnych mechanizmów, które by mogły powstrzymać przewagę polityczną jednej grupy nad inną. Nie wytworzyła się taka kultura polityczna, mental szacunku dla poglądów i praw innych. (...) Żaden rząd nie pozwoliłby sobie na takie traktowanie opozycji i instytucji państwowych, gdyby w mentalności czy kulturze politycznej było myślenie o tym, że żadna mniejszość – a kobiety nawet nie są mniejszością, tylko są większością! - nie może być wyzuta ze swoich podstawowych praw. (...) Pajacowanie, wszystkich, tych z lewa, i z prawa. Partie, również niby postępowe, czyli Palikot czy SLD, i te niby liberalne (o prawicowych nawet nie mówię), zrobiły sobie jatkę z praw kobiet. Konsekwencją jest załamanie się demokracji i rządy PiS-u. 

Coś w tym jest.  

A na moim drugim blogu nadrutach.blox.pl zamieściłam przepis na tęczowe rękawiczki.

   

poniedziałek, 24 października 2016

Jest wnuk

Nie ma na nie czasu. Na pisanie bloga też.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Napisałam takie pismo

Zwracam się z prośbą o wyjaśnienie, dlaczego nie zostałam prawidłowo powiadomiona o nadanej przez Sąd Rejonowy w Pruszkowie 30 sierpnia br. przesyłce poleconej. O tym, że taki list został do mnie wysłany, dowiedziałam się dopiero 12 października – tego dnia wyjęłam ze skrzynki zawiadomienie powtórne o tym, że na poczcie  jest do odebrania przesyłka o numerze nadania 21001010059839 (kto dostarczył awizo nie wiem, nie było na nim żadnej odręcznej adnotacji). Ponieważ termin odbioru minął 16 września, na poczcie dowiedziałam się jedynie, że „sms-u nie dostałam, bo była awaria systemu”, a nadawcą był Sąd Rejonowy w Pruszkowie. (musiałam osobiście, w godzinach pracy pojechać do Pruszkowa, by dowiedzieć się, że był to Wydział Cywilny). Tym samym stało się dla mnie jasne, że fikcją jest nie tylko doręczenie papierowych zawiadomień o nadejściu przesyłek poleconych. „Fikcja doręczeń” dotyczy również zawiadomień sms-em. W tej sytuacji zwracam się z prośba o zawiadamianie mnie o tym mailem na adres: (...). Niezależnie od tego zwracam się z prośbą o wyjaśnienie jak mogło dojść do opisanej wyżej sytuacji. W świetle Kpa i konsekwencji jakie powoduje „uznanie przesyłki za skutecznie doręczoną” takie sytuacje uważam za karygodne.

Złapałam ich za rękę, sprawa pozamiatana. Ale gdyby to była jakaś komornicza egzekucja, wesoło by nie było. 

niedziela, 16 października 2016
Z pamiętnika wk ... konsumentki
Wyjęłam ze skrzynki powtórne awizo. Wiem jak pracuje poczta w Brwi, więc nie  zdziwiło mnie to, że nie było pierwszego zawiadomienia, ale to że nie wywiązują się z umowy i nie zawiadamiają mnie sms-em o nadejściu poleconej przesyłki, trochę zaskoczyło. Do tej pory myślałam, że to akurat w miarę sprawnie działa.
Na poczcie okazało się, ze nie przeczytałam dokładnie awiza - było z połowy września, list już dawno  został odesłany i zgodnie z KPA uznany za doręczony. A sms-a nie wysłali, bo była awaria systemu. Jednego tylko pani nie umiała mi wytłumaczyć - dlaczego w połowie października ktoś włożył do mojej skrzynki awizo, które powinno tam być miesiąc wcześniej.
Pożar w Burdelu
Z Pożarem w Burdelu, mam podobnie jak z filmami Woody Allena, po wyjściu narzekam, kręcę nosem i jak jest nowy odcinek/film natychmiast idę.
 
Pomysł na ten odcinek to nacjotechnologia: wszczepianie zamrożonych  zarodków, tak by mogły powrócić z Syberii in-vitro. Generalnie to samo co zawsze, chociaż są i zmiany - fajny pomysł na Burdel TV. Może w kolejnym odcinku zaczną nad sceną wyświetlać tekst? Jest też i dwójka nowych aktorów. Ale nie są to udane nabytki.
Dotarłam na wernisaż Ewy na Czerskiej, dwa tygodnie temu był wernisaż Łukasza, ale wtedy byłam wyjechana na Suwalszczyźnie.
Wernisaże traktuję jako spotkania towarzyskie. Ale nawet mnie czasami sztuka współczesna uwiedzie. W tym tygodniu, dzięki Tomaszowi Raczkowi dowiedziałam się o istnieniu Laury Pergolizzi, występującej jako LP. Boska.

 
 
Warszawski Festiwal Filmowy 

W tym samym ogrodzie


Siedem krótkich filmów, każdy innego reżysera z innego kraju. Prawie wszystkie historie zahaczały o relacje turecko-armeńskie. I jak to w takich składankach bywa, niektóre do mnie bardziej przemówiły, inne mniej. Urzekła mnie historia schwytanego na tarasie domu blisko granicy indyjsko-pakistańskiej białego gołębia, który miał  na skrzydłach napis w urdu.  A jak tak, to trzeba do tego podejść bardzo poważnie ...To co było w tych filmach fajne to ich niedopowiedzenie.  Pocieszające, ze nie tylko u nas ludzie mają zryte uprzedzeniami berety.
 
Zderzenie

Podczas zamieszek na ulicach Kairu, do  policyjnej budy trafiają demonstranci  z różnych obozów politycznych, środowisk religijnych. Ponieważ w więzieniach nie ma miejsc, są przetrzymywani  w tej budzie i siłą rzeczy skazani na nawiązanie kontaktu.  Pomysł na film fajny, ale sam film do mnie nie przemówił. Nie byłam w stanie współczuć większości z zatrzymanych  (a powinnam, zważywszy na to czego doświadczali) - drażniło mnie ich męskie rozbuchane ego.
dobry film

Matka


Chyba pierwszy mój estoński film. W małym miasteczku w tajemniczych okolicznościach postrzelono nauczyciela. Leży w domu w śpiączce, opiekuje się nim matka. Przez dom przewijają się cały czas znajomi syna. Powoli dowiadujemy się co ich łączyło z nauczycielem, poznajemy ich sekrety. Klimatem przypomina trochę pudełkowe kryminały Agaty Christie. Jeden z lepiej przeze mnie obstawionych filmów tegorocznego festiwalu. Ma to konwencje kryminału - zakończenie zaskakuje.
dobry film

To nie są najlepsze dni mojego życia


Pewnej nocy w mieszkaniu Eszter która mieszka z mężem i swoim 5-letnim synem pojawia się jej siostra, z mężem i nastoletnią córką. Wrócili ze Szkocji, dokąd wyjechali rok wcześniej z zamiarem emigracji. To nie było ich pierwsze życiowe niepowodzenie. Teraz oczekują, że pomoże im stanąć na nogi dobrze sobie radząca w życiu Eszter. Ale na początek, nie mając gdzie się podziać, zamieszkują u niej. Dobry węgierski portret współczesnej rodziny.

Wujek Howard


Jedyny dokumentalny film, jaki obejrzałam na tegorocznym WFF.
Howard Brookner należał do artystycznego światka Nowego Jorku, był reżyserem kultowych filmów dokumentalnych, umarł na AIDS w 1989 roku, w wielu 35 lat. Dokument o nim nakręcił Aaron Brookner, dla którego Howard był ukochanym wujkiem, który umarł gdy miał 7 lat. Kręcąc ten film Aaron dotarł do wielu materiałów, które - gdyby nie ten film - przez nikogo nieodnalezione, prawdopodobnie uległyby zniszczeniu. Byłoby szkoda, bo dokumentują to co się działa wówczas w NY (przy filmie Howarda stawiał pierwsze kroki Jim Jarmusch). 
W filmie pada z off-u takie zdanie, że gdyby nie epidemia AIDS, która zdziesiątkowała środowisko nowojorskiej bohemy, współczesna kultura wyglądałaby zupełnie inaczej.
Mam też sukces. Udało mi się coś skończyć. Czapkę już pokazywałam, ale teraz dostała pompon, dużo za duży, czyli chciałam dobrze, ale wyszło tak jak wyszło.
W komplecie do tego rękawiczki:


 

piątek, 14 października 2016
Przeczytałam (42)

dobra książka 

Ganbare. Warsztaty umierania - Katarzyna Boni

Ganbare to opowieść o Japonii po trzęsieniu ziemi w 2011 roku i o tym jak sobie radzą jej mieszkańcy ze zniszczeniami jakie spowodowało nawet nie tyle to trzęsienie, co wywołane tym trzęsieniem tsunami. Warsztaty z płakania, które mają przełamać zapisaną w tej kulturze nieokazywanie uczuć. Warsztaty z umierania, które mają oswoić ze śmiercią. Tradycja nakazuje pochować kości zmarłych, bo inaczej nie zaznają spokoju. Trudno sprostać jej wymaganiom, w czas katastrof. Świetna książka. Japończycy nie są w niej tacy dzielni i hardzi. Drogi wcale nie są tak szybko odbudowywane. Nikt jeszcze nie wymyślił jak zlikwidować skażenie wokół Fukiszimy. I tak jak się można było domyśleć., wcale nie łatwo im żyć ze świadomością, że nie była to ostatnia katastrofa naturalna w Japonii.

Amon. Mój dziadek by mnie zastrzelił Jennifer Teege 

Jennifer Teege ma dość skomplikowany życiorys. Matka Niemka, ojciec Nigeryjczyk. Krótko byli w związku. Niedługo po urodzeniu Jennifer została oddana do rodziny zastępczej, utrzymywała wówczas kontakt z rodziną matki, zdążyła pokochać swoją babcię Ruth. Gdy miała sześć lat została adaptowana. przestała się wówczas kontaktować ze swoją rodziną biologiczną. Dorosła, założyła rodzinę, urodziła dzieci. Po drodze studiowała hebrajski w Izraelu i tam też nawiązała przyjaźnie. I pewnego dnia, zupełnie przez przypadek, w wieku 38 lat dowiedziała się że jest wnuczką „rzeźnika z Krakowa" - sadystyczny komendant obozu w Płaszowie - Amona Goeth’a. A jej ukochana babcia, która w międzyczasie popełniła samobójstwo, mieszkała z nim w Płaszowie i nie mogła nie wiedzieć kim jest jej mężczyzna. Książka to zapis tego jak autorka próbuje sobie z tym poradzić. Opisane jest to bardzo szczerze, ale i trochę infantylnie. To co jest dla mnie niezrozumiałe, to siła więzi Jennifer Teege z rodziną biologiczną. Ale to jak o tym pisze daje do myślenia.

I odpuść nam nasze winy Janusz Leon Wiśniewski

Kiepsko opowiedziana historia romansu Andrzeja Zauchy z żoną francuskiego dziennikarza. Książka Wiśniewskiego w zasadzie oparta jest na wywiadzie tym francuskim dziennikarzem, ich zabójca, który odsiedział już swój wyrok, założył rodzinę i zaszył się gdzieś na polskiej prowincji. Inni z nim rozmawiać nie chcieli. Nie dziwię się. Autor bardzo chciał „ocieplić” wizerunek zabójcy. Ale przynajmniej ze mną mu się to nie udało. Czytając co ma do powiedzenie, nie odniosłam wrażenia by tak bardzo się zmienił – jest zadowolony, bo wydaje mu się, że znalazł kobietę która go nie zdradzi. Czego tylko – wiedząc do czego jest zdolny - można tylko jej j jemu życzyć.

poniedziałek, 10 października 2016

Fejsbuk mi zaproponował spotkanie z Krzysztofem Środą, autorem książki Las nie czeka, zapisałam termin w telefonie, nie sprawdziłam czy się coś nie zmieniło i poszłam. Przy wejściu zdziwiłam się dlaczego jest tak dużo ludzi i zamiast do księgarni, wszyscy jadą schodami do góry. Przemknęła mi nawet myśl, że może to z powodu tak dużego zainteresowania , przenieśli spotkanie z księgarni na piętro. Na najwyższym piętrze Domu Jabłkowskich było już dużo ludzi, którzy już na pierwszy rzut oka wyglądali na gorszy sort, więc banner KOD-u mnie nie zdziwił, tyle że dalej nie wiedziałam o co chodzi. Usiadłam, wzięłam druty i spokojnie czekałam co dalej. Po jakimś czasie usłyszałam oklaski, wstałam i zobaczyłam jak wchodzi Adam Michnik.


Gadali z Maziarskim o Polsce. Chyba są większymi optymistami niż ja. Ludziom podobał się socjalizm, nie podobał im się brak kiełbasy i antykościelność. Kościół jest, kiełbasy długo jeszcze nie zabraknie, więc ja bym na bunt suwerena nie liczyła. I nie przeceniałabym siły czarnego poniedziałku, za dużo wizerunkowo stracili, by tak to zostawić.

Oczywiście byli i goście z "tamtej strony". Gdy przyszedł czas na pytania z sali, jeden z nich zabrał głos, zaczął bronić ONR-u i atakować Michnika za nazywanie ich faszystami. Ale nie był dobrze przygotowany. Michnik zgasił go odwołując się do przedwojennej delegalizacji tej organizacji. Ponieważ o tym chłopców na ich kursach nie uczyli, nie wiedzieli co odpowiedzieć, więc wstali i wyszli.

Spotkanie z Krzysztofem Środą było przeniesione na następny dzień. Nastawiłam się na nie, więc poszłam.


Ciekawie mówił o swoich podróżach do Maroka, przyjaźni z Czeczenami. Mogę mieć tylko nadzieję, że książka o tym będzie równie ciekawa (kupiłam ebooka). Ale gdzie nie pójdę, ludzie mówią o poczuciu nadchodzącej katastrofy.

Podobno zrobili badania i lepszy sort jest teraz szczęśliwy. Ale czy szczęśliwi ludzie robią takie murale?


Takie coś jest namalowane na Młynarskiej, przy Żytniej. Niedawno. Bo na przedostatnich Szarotkach tego nie widziałam (albo nie rzuciło mi się w oczy). 

Mnie szczęście ma przynieść taka zawieszka - prezent od Joanny:

Na Szarotkach zobaczyłam kupione w Tigerze "kółko do robienia sznurków" - są tam też miseczki na włóczkę. Nie za tanie - 25 zł/sztuka. 

Na razie cieszy mnie wszystko co jeszcze się nie zmieniło, jest takie jakie było i do czego się przez te lata przyzwyczaiłam. Na przykład Warszawski Festiwal Filmowy (chyba nie wszyscy tak mają, na WFF dziwnie mało ludzi, są ciągle bilety na wszystkie filmy).

 

Już pierwszego dnia na prawie pustej największej sali Multikina w Złotych Tarasach obejrzałam dobry kameralny film: Po tamtej stronie.  

dobry film 


Vesna ma dorosłe dzieci wnuka i przeszłość, która ukrywa przed obcymi. Gdy w Chorwacji wybuchła wojna, jej mąż stanął po drugiej stronie, był oskarżony o zbrodnie, niedawno wyszedł na wolność. Chociaż ani ona, ani jej dzieci od 20 lat się z nim nie kontaktowali, to kim był, dalej rzuca cień na ich życie: córka nie może dostać upragnionej pracy, dawni sąsiedzi oczekują, że Vesna skontaktuje się z mężem i pomoże im znaleźć groby zamordowanych przez niego ich bliskich.  Pewnego dnia Vesna odbiera od niego telefon ...

Świetny film. Cudownie nie przewidywalny,  nie oczywisty z zaskakującymi zwrotami akcji i trudnym do przewidzenia zakończeniem.  Niesamowity jest kontrast wagi problemów, z którymi zmagają się bohaterowie z tym, jak to jest opowiedziane: spokojnie, w rytmie codziennego życia,  ani przez chwilę, nic w tym filmie nie dzieje się na wysokim "c".

dobry film 

Antena

Kolejny rewelacyjny film. Współczesny Izrael. Sąsiedzka wojna o zamontowaną na dachu przekaźnikową. ten co zamontował podpisał umowę i gdyby od niej odstąpił, zapłaciłby ogromną karę. Drugi uważa, że wytwarza promieniowanie i z tego powodu pogorszył się jego stan zdrowia. W wojnę z anteną angażuje swoich trzech dorosłych synów. 

Ciepły, momentami wesoły, momentami tragiczny portret współczesnej rodziny. Po zakończeniu projekcji widownia klaskała i te oklaski były jak najbardziej zasłużone. 

Opowieści z Meksyku 


Spodziewałam się czegoś więcej.

Kilka filmów (każdy innego reżysera), które w całości opowiadają 100 lat historii Meksyku. Bardzo lubię takie epopeje, a tu czegoś mi brakowało. Z jednej strony każdy film miał stanowić odrębna całość, z drugiej niektóre watki, nagle , w kolejnej etiudzie miały swoją kontynuację.

Ale tez nie jest to zły film. I niektóre "odcinku" oglądałam z zaciekawieniem.

I tak jak to czasami bywa, byłam przekonana, ze z tych trzech film o Meksyku będzie najlepszy, a był najsłabszy.

Z poradnika wk ... konsumentki

Napisałam do NC+ takie pismo:

Zwracam się o rozwiązanie umowy z miesięcznym terminem wypowiedzenia. Powodem niniejszego wypowiedzenia, jest brak technicznych warunków do odbioru sygnału przy pomocy standardowych rozwiązań. Podjęłam decyzję, że nie skorzystam z usług kolejnego montera obiecującego, że jeżeli zainwestuje w odpowiedni „wysięgnik” to tym razem, jemu na pewno uda mu się złapać sygnał. Takich przed nim było kilku, każdy to obiecywał, ale efekt był zawsze taki sam – po kilku dniach wszystko wracało normy. W efekcie w zasadzie od ponad roku nie mam możliwości odbierania telewizji (dobrej jakości odbioru nigdy nie miałam, ale czasami coś na ekranie było widać).

Tak na marginesie: to polityce Państwa firmy – czyli braku wsparcia technicznego i skazaniu klientów na korzystanie z usług „monterów” - zawdzięczam całkowite odzwyczajenie się od oglądania telewizji.

wtorek, 04 października 2016

Była Kasia.eire i poszłyśmy na Ostatnią rodzinę

Historia rodziny Beksińskich to temat na serial, nie dwugodzinny film. Tu skoncentrowano się na problemie z Tomkiem, który nie potrafiąc poczuć radości życia, chce się zabić - matka tego nie rozumie i cierpi, ojciec stara się go zrozumieć i próbuje to zaakceptować. Inne wątki są tylko zasygnalizowane - aby wiedzieć co się pod nimi kryje, trzeba coś wiedzieć o czasach PRL-u, nie zaszkodzi też znać książkę Grzebałkowskiej.  

Z tym, że nie jest to konieczne do zrozumienia filmu. Popis gry aktorskiej. Na koniec pokazane są amatorskie, kręcone przez Beksińkskich, filmy - budzi podziw jak odtwórcy trzech głównych ról upodobnili się do odtwarzanych przez siebie postaci. 

Ale też nie jest tak, że popełniono błąd nie wskazując go jako kandydata do Oskara, na to jest to według mnie film za bardzo 'lokalny". 

W drugiej połowie tygodnia pojechałam na Suwalszczyznę, na sam koniec Polski:

Gdzie nie spojrzeć tam krowy:

Niektóre mają bardzo ciekawe pyski:

Ale też nie jest tak, że spacerowałam patrząc na krowy. Pochłonęły mnie prace ogrodowe, między innymi przygotowałam miejsce na rabatkę:

Polska coraz bardziej przypomina step. Posadzone przy drogach drzewa to smętnie wyschnięte badyle. To nie było suche lato, padało, a zieleni coraz mniej i ziemia sucha jak pieprz. Przez ten brak zieleni coraz bardziej widoczna jest betonowa brzydota współczesnej architektury. Bolą od niej oczy. Wszelkie rekordy biją domy weselne - są tak koszmarne, że zasługują na album. Czekam kiedy Filip Springer o tym napisze.

Wszyscy wokół pełni nadziei po czarnych marszu. Moim zdaniem Polska B trzyma się mocno. I jak czyta, to takie gazety:

  

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli