poniedziałek, 29 października 2018

W Brwi "dzieje się": są już wstawione drzwi, za chwilę w łazienkach będzie tylko brakować białego montażu i ruszy malowanie, pan stolarz wreszcie ogacił listwą występ sypialni na górze i pan szklarz może wziąć miarę na szybę, a pan kominkarz zaakceptował kompatybilność wystającej ze ściany rury z kupioną kozą.


Ja też nie próżnowałam i posegregowałam śmieci na dedykowane sterty:  "gabaryty"  i "kontener".


Mam coś dobrego do powiedzenia o naszym narodowym przewoźniku - LOT, jako jedyna linie obsługująca połączenie Wwa-Londyn, przyjmuje na pokład dzieci bez opieki już od 5 lat bez konieczności opłacenia opiekuna. Obawiam się, by szukając możliwości pokrycia kosztów obecnego strajku, zlikwiduje tę możliwość i tak jak inni, każe sobie płacić za opiekę. A wtedy spędzanie przerw szkolnych u dziadków przestanie być takie atrakcyjne.

Póki co wnuk znów przyleciał i wybrałam się z nim do Centrum Kopernika. Byłam tam kilka lat temu i niestety, ale nie zauważyłam by się rozwijali, jeżeli już to się zwijają, bo kilka urządzeń nie działało. Jeszcze chwila i przykryje ich kurz i podzielą los Muzeum Techniki.

Nie tylko w tym punkcie  mi się nie podobało: dzieci, za pełną aprobatą rodziców, wpychały się do kolejki i mój wnuk był wobec takich sytuacji bezradny. Tak samo gdy ustawiał sobie coś na planszy i dwa razy podszedł ledwie odrośnięty podlotek  bezceremonialnie "przejął" jego zabawki. Nie spotkałam się z taką sytuacja w Kidzanii, a w angielskim parku tylko raz i były to ... polskie dzieci. 

Bilety na Warlikowskiego kupiłam w ramach przerażenia, że a nuż, a jednak wygrają - nie miałam wątpliwości, że na ich liście proskrypcyjnej Teatr Powszechny był na pierwszym miejscu, Nowy na drugim.  

Wyjeżdżamy to luźna adaptacja sztuki Hanocha Levina Pakujemy manatki. Kiedy poprzednio Warlikowski wziął się za Levina i wystawił Kruma, było bardzo intelektualnie, teraz przez ponad trzy godziny, spokojnie nadążałam za akcją i nawet rozumiałam o czym reżyser chciał mi opowiedzieć.

Wyjeżdżamy, przeprowadzając się do innej dzielnicy tego samego miasta, przenoszą się do innego kraju, umierając ... a zanim sami nie wyjedziemy, żegnamy innych. W spektaklu w kolejnych, luźno związanych ze sobą scenkach, patrzymy jak "wyjeżdżają" bohaterowie sztuki. Nie stanowią zwartej grupy, spotykają się głownie na pogrzebach, ale każdy z nich zapada w pamięć, bo nie jest postacią tuzinkową i ma w sztuce swoje pięć minut (czyli zapadający w pamięć monolog).

Jak zawsze u Warlikowskiego, pokaz aktorskiej gry. A Agata Buzek wymiata.

Pierwsze po wakacjach spotkanie w Czytelni Polin. 

O istnieniu Józefa Rotblata wiem od niedawna. O ilu jeszcze takich osobach nie wiem?

A książka zapowiada się arcyciekawie, bo wszystko wskazuje na to, ze jego życiorys to nie materiał na film, ale na serial.

Dowiedziałam się o istnieniu mody na bullet journal. Z jednej strony idea mi bliska. Sama robię dziesiątki list, notatek,  których potem jak są potrzebne, nie mogę znaleźć. Więc na pewno warto je mieć w jednym miejscu. Z drugiej strony nie przekonuje mnie papier, a w bullet journal o to właśnie chodzi, by było analogowo, nie cyfrowo.  Przyświeca temu idea porządkowania całego swojego życia, tymczasem  ja systematycznie zapisuję jedynie terminy w kalendarzu Google  i przeczytane książki w Goodreads, a o Onenote, które idealnie nadaje się do digital bullet journal (znacznie lepiej niż polecany do tego Keeper Googla) przypominam sobie jedynie od czasu do czasu - ostatnio, po przyjeździe z Portugalii zrobiłam listę kosmetyków, o których muszę pamiętać pakując walizkę na wyjazd.  

Z pamiętnika wk ... konsumentki 

W tym tygodniu toczyłam boje z...

1. UPC - przedłużyli z mamą umowę na tych samych warunkach, ale potem się okazało, ze dodali jeden pakiet, za jedyne 5 zł. Nie są to wielkie pieniądze, ale poszło nie tylko o nie i o tzw. "zasady": nie uprzedzili, że każda, nawet najmniejsza zmiana warunków umowy przy jej przedłużaniu oznacza ponowne poniesienie opłaty aktywacyjnej

2. Solid Security - nie działał alarm, wezwałam technika, który stwierdził, że przyczyną było jedynie przypadkowe odłączenie zasilania sieciowego przez ekipę remontową i ponownie uruchomił znajdującą się na piętrze centralę podłączając za pomocą wypożyczonego od ekipy remontowej przedłużacza do kontaktu na parterze. Prowadzą z nimi korespondencję w tej sprawie, bo chcę się dowiedzieć, dlaczego po prostu nie przywrócił poprzednich ustawień. Jak zawsze z Solid, łatwo nie jest. 

3.  Amazon.it. - formularz wysyłki w firmie kurierskiej "nie przechodzi" bez podania osoby do kontaktu i numeru jej telefonu. A polityka Amazonu jest taka, ze tych danych nie udostępnia. I tak sobie o tym o włosku korespondujemy ....

poniedziałek, 22 października 2018
Google translate e fantastico!

Stacja Brwinów. Mazowieckie Przewozy Regionalne ogłosiły terminowe  zakończenie remontu, co w tłumaczeniu na "nasze" oznacza, że remont trwa dalej. Jak wszędzie, tak i tu zmieniają rzeczywistość na lepsze. Nie będzie już podjazdów na schodach i rowery, wózki, walizki trzeba będzie wnosić (zgodnie z projektem obok zamontują windę i będzie działała tak jak całe Mazowieckie Przewozy Regionalne, czyli "umownie").

Ale przynajmniej lud ułożył schodki i z peronu nie skacze się pod tory, a schodzi.


Za każdym razem Brwi wygląda coraz lepiej. Na dole są już panele. Na zdjęciu moja część, którą nazwałam Hobbiton:

Z pamiętnika wk ... konsumentki wersja international

Kindle zaniemówił, zero reakcji na prąd, na PC, na guzik restartu. Angielskojęzyczny Amazon.com odesłał mnie na Amazon.it gdzie kupiłam swojego ostatniego Kundla. A tam wszystko po włosku. Nie tylko strona, obsługa też. W dodatku reklamacji  nie można zgłosić mailem i do wyboru jest tylko chat albo telefon. Wybrałam chat i wszystko udało mi się załatwić. Bo wprawdzie słowa nie umiem po włosku, ale Google translate e fantastico!

Z tym że gdy po załatwieniu sprawy standardowo zapytali o ocenę, napisałam co myślę o zmuszaniu do składania reklamacji w języku którego się nie zna.

Zapiski z Wygnania Teatr Polonia

 

Bałam się tego spektaklu. Dwa dni wcześniej Kasia.Eire pojechała do Łodzi na Białą Bluzkę i wróciła zniesmaczona. Janda było nie w formie. Zapominała tekstu, śpiewała tak, że u widz czuł się zażenowany.

Zapiski z wygnania to też monodram. Ale tym razem Janda dała radę. Chociaż tak porywająca jak w Danucie W nie była. W każdym słowie widać było zmęczenie. I to nie grane, ale takie prawdziwe, prywatne. Sam spektakl to wierna adaptacja świetnej książki. Marzec 1968 oczami młodej dziewczyny z Wrocławia, która razem z rodzicami, przez Wiedeń i Rzym, osiedliła się na koniec w USA.

Myślę że Krystyna Janda powinna sobie dać już spokój ze śpiewaniem. Słucham teraz koncertu Joan Baez, rocznik 1941,  z czerwca tego roku z  paryskiej Olimpii. Więc są wyjątki. Ale Janda do nich nie należy

Po teatrze poszłam z Kasią.Eire i Mileną na kolację do Manekina. Przez cały dzień stoją przed tym lokalem kolejki, godzinę przed zamknięciem można dostać wolny stolik bez czekania. Nie wiem skąd aż taka popularność. Kultowy lokal w środku miasta w którym serwują jedynie piwo i wino bezalkoholowe.

Drugi i ostatni tydzień Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Wreszcie udało mi się trafić i obejrzeć film, który dostał główną nagrodę - albański film Delegacja


Rok 1990. Do Tirany przybywa europejska delegacja, która ma sprawdzić przestrzeganie praw człowieka. Na jej czele stoi szkolny kolega przetrzymywanego od 15 lat w więzieniu albańskiego opozycjonisty. Chce się spotkać ze swoim kolegą i władza, nie mając wyjścia postanawia mu to umożliwić. Wiezień ma zostać przywieziony do Tirany i przyjąć przewodniczącego europejskiej delegacji jak gdyby nigdy nic, w swoim domu. Ale realizacja tego planu napotyka na szereg trudności.

Dobry film, dobrze zagrany. Ale nagrodę Prezydenta Warszawy dostał moim zdaniem w dużym stopniu za właściwą "wymowę".  Ciekawe, czy jeżeli nastąpiłaby zasadnicza zmiana ekipy rządzącej Wwą, w przyszłym roku byłby WFF. A jeżeli nawet, to jakie film zdobyłby nagrodę Prezydenta. 

 

Dwa kolejne filmy to biografie. W obu przypadkach, opowiadają o wielkich karierach samouków, którzy w II połowie ubiegłego wieku przybyli w poszukiwaniu sławy do NY z amerykańskiej prowincji .  

 

Więcej od życia: Kevyn Aucoin

Film dokumentalny. Zanim go obejrzałam, nie wiedziałam się, że był ktoś taki jak Kevyn Aucoin. Był genialnym makijażystą, jedną z najważniejszych postaci świata mody lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Gej i ćpun. Ale to ostanie trochę nie ze swojej winy. Cierpiał na uporczywe bóle kości, bo cały czas rósł - przez kilkanaście lat dorosłego życia urósł 20 cm. Odpowiadał za to guz przysadki, mimo że go usunięto, z nałogiem już sobie nie poradził i  jeszcze przed śmiercią znalazł się na bocznym torze.  

Ciekawa postać to i bardzo ciekawy dokument

 

Mapplethorpe

Fabularyzowana biografia. O Robercie Mapplethorpe trochę wcześniej już wiedziałam z książki Patty Smith Poniedziałkowe dzieci. Potem byłam na wystawie jego zdjęć w Tate Gallery.  Film uzupełnił tę wiedzę. Odtworzono wystawę, która musiała być mega ciekawa: do jego ostrych, przedstawiających homoseksualne sadomacho zdjęć dobrano do pary zdjęcia kwiatów. Sparowano tak celnie, że na jakimś poziomie metafory, oba przedstawiały to samo. 

Miałam z tym problem swój własny, prywatny problem: przeszkadzał mi grający Mapplethorpe  Matt Smith. Cały czas widziałam księcia Filipa z serialu Netflixa Królowa.  

Chyba nie ma już dzisiaj szans na takie, obrazoburcze kariery.

 

Euforia

Kolejny film o umieraniu na raka. Dwóch braci. Jeden, to świetnie urządzony rzymski król życia. Drugi, prowincjonalny nauczyciel Wszystko ich dzieli. Ale pewnego dnia, jeden musi zaopiekować się drugim. Nie na długo, bo diagnoza nie pozwala mieć nadziei. 

Większość tych filmów o odchodzeniu jest za ładnych. ten też. Jak na razie zapytana o to, który był "prawdziwy" przychodzi mi od razu na myśl 33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej.

 

Zanim przypłynie prom


Film o współczesnej Kubie. Tak samo jak w Tramwaju w Jerozolimie sekwencja luźnych, nie związanych ze sobą  scenek, z tym że tu co jakiś czas reżyser wraca do bohatera, by pokazać co dalej zadziało  w jego życiu. Jak dla mnie  za dużo chaosu. W dodatku nie przemówiły o mnie komiksowe przerywniki

Po obejrzeniu ostatniego filmu na tegorocznym WFF, zameldowałam się pod Pałacem Kultury

Policja ostentacyjnie filmowała uczestników. Deja vu ...

niedziela, 14 października 2018
Zarządzanie przez chaos

Umawianie ekip jedna po drugiej cosik nie wychodziło: ci co mieli kończyć, robili sobie niezapowiedzianą przerwę, ci co mieli przyjść po nich, nie chcieli czekać a pomiędzy nimi ja w roli rozdartej wierzby, nie potrafiąca tego wszystkiego ze sobą pospinać. 

W tej sytuacji, zmieniłam strategię i realizuję autorski projekt zarządzania przez chaos.

I tak. zanim dogadam się z budowlańcami czy to co trzeba poprawić zrobione w ramach umowy, czy będą chcieli by za to dodatkowo zapłacić, równolegle do powolnej dłubaniny w łazienkach:


na górze położone zostały deski (po zrobieniu zdjęć, zostały przykryte papierem):

w najbliższy poniedziałek ma być ogarnięty chaos na parterze

i od wtorku będą układane panele. W tym tygodniu może zostaną też wstawione drzwi. 

Wszędzie zmiany, nawet i w ogrodzie. Poza pomalowaniem domu i płotu, sukcesywnie podcinane są sosny (jedna uschnięta została wycięta).

Niedługo minie rok, jak mieszkam kątem u mamy i tęsknie, zwłaszcza w weekendy,  do tego by znów zamieszkać w swoim domu. Z drugiej strony przeraża mnie myśl o dojazdach, z trudem wyobrażam sobie jak to można godzić z pracą.

Zwłaszcza, że tak jak można było przewidzieć, kolejarze remontu nie skończyli. Wejście na peron wygląda tak, że aby nie nadkładać sporej drogi, skacze się  - tak jak ledwo widoczny na zdjęciu po prawej stronie pan w brązowej kurtce - z murku (z wdrapywaniem gorzej)


Ale nie samym remontem człowiek żyje. 

Przyjechała Kasia.Eire. Wieczór w knajpie. Niedzielne śniadanie we Wrzeniu Świata


Lubię patrzeć na Wwę oczami Kaśki - od razu jest piękniejsza, zauważam rzeczy, które dla mnie są normalne, dawno mnie nie cieszą a powinny.

Są Szarotki

Wróciła do nas Ewa. Tym razem fascynuje ją nie wiklina, tylko ludowe, wypchane kaszą, laleczki. Podobno na przednówku często traciły życie 


A ja zakochałam się w tej chuście z Enterlacku

No i tradycyjnie moje filmowe święto


 

Wybieram te filmy długo, ale jakoś na wszystkie wybrane przeze mnie filmy bilety są do ostatnich minut przed seansem. Nie wiem dlaczego nigdy mi się nie udało "wstrzelić" w te filmy, na które polują inni

Film otwarcia Tramwaj w Jerozolimie



Ludzie wychodzili - nie wiem rozumiem dlaczego, może przeszkadzało im to że film nie ma akcji? Kilkanaście scenek z pasażerami jerozolimskiego tramwaju. Kobieta sobie nuci pod nosem, ktoś interpretuje zdanie z Tory, jakaś para się kłoci, ojciec zwiedza z synem miasto. Pełny misz-masz. Słowem przesympatyczna ballada filmowa

Zanurzeni

Kolejny film izraelski. Kibuc blisko toczących się działań wojennych. Czasy świetności ma za sobą, młodzi wyjechali, starzy żyją w rytm ogłaszanych nalotów.

Do tego kibucu przyjeżdżają bracia, by pochować ojca. Dwóch już brało udział w walkach, najmłodszy właśnie dostał kartę powołania. Gorzki film o traumie wojny, w cieniu której żyją mieszkańcy tego kraju. Gorzki film, bardzo w poprzek obecnym hurra patriotycznym pokrzykiwaniom.

W kinach pewnie tego filmu nie będzie. Z jedne strony szkoda. Z drugiej, gdybym była dystrybutorem też pewnie bym go nie kupiła.

Królowa strachu

Buenos Aires. Główna bohaterka, znana aktorka  przygotowuje swój monodram w teatrze. Z tym, że ze wszystkich osób zaangażowanych w przygotowanie tego spektaklu, ona jest najmniej w to wkręcona. W zamian przeżywa separację z mężem, lęk przed samotnym mieszkaniem w dużym domu, umieranie przyjaciela ...  

Kolejny film, który sprowadza się to obserwacji przez chwilę cudzego życia. Bez zakończenia: taśma się kończy i na widowni zapala się światło. Osoby przyzwyczajone do tego, że film jakoś się kończy - a do nich się zaliczam - odczuwają pewien niedosyt.  

piątek, 12 października 2018
Przeczytane

Wakacyjne czytanie, czyli cztery książki, których przeczytanie można sobie spokojnie darować

Ekomąż i Ekożona Michał Vieweght

 

Do Michała Vieweght mam sentyment, bo kilka dobrych scenariuszy napisał. Zelence do pięt nie dorastał, ale poniżej pewnego poziomu nie spadał.

Jak widać do czasu. O ile Ekomąż ma jeszcze chwilami przebłyski humoru, to w Ekożonie jest już tylko odgłos heblowanych desek. Tyle, że ponieważ zaczęłam czytanie od Ekomęża, przekonałam się o tym na koniec.

Miało być satyra na współczesne kobiety, które niczym wampiry energetyczne wypijają z biednych samczyków ostatnie soki, a wyszła żenua.

Księżniczka z lodu Camilla Läckberg



Nie jestem w stanie zrozumieć popularności skandynawskiej powieści kryminalnej. Jak w każdym kryminale jest trup. W tym przypadku młodej, dobrze ustawionej życiowo kobiety. Jej ciało znajduje w jej letnim domu na zabitej dechami wsi, z której pochodzi i w którym spędza jedynie weekendy.

Ani dochodzenie do tego kto zabił nie jest intrygujące, Ani cała otoczka obyczajowa nie wciąga. Nudy na pudy. A ludzie czytają, dają gwiazdki. Może tylko ja nic w tym ciekawego nie widzę.

 

Ostatni ślad Charlotte Link



Kolejny "skandynawski" kryminał był jeszcze gorszy. Bo do wszystkich zastrzeżeń jakie miałam do poprzedniej książki, doszedł jeszcze jeden: nasuwające się już od połowy książki jedyne słuszne rozwiązanie, które na ostatnich stronach nikogo (może z wyjątkiem samej autorki) nie zaskakuje.

niedziela, 07 października 2018

Coś mnie gryzie. Może nie mogę sobie dać rady z jakimś bardzo wrednym wirusem, może uciekam w chorobę od przytłaczającej mnie rzeczywistości.

Bo tu nic nie może iść tak, jak jest umówione. Pan Adwokat powiedział, że jak wrócę z Portugalii będzie miał napisany wniosek, bo bardzo ważne jest bym natychmiast po przyjeździe zaniosła go do sądu. Ale tak było przed wyjazdem. Po przyjeździe ma wyłączony telefon,  nie odpowiada na maile ... 

Solid Security wzięło jak za zboże za reinstalację systemu. Jak po raz pierwszy system przestał działać, naprawili w ramach gwarancji. Za drugim razem nie zerwałam się z pracy, przyszedł monter, otworzył mu wykonawca ale za nim nie łaził, wiec niepokojony niczym monter podłączył przedłużaczem centralkę do innego gniazdka i sobie poszedł. Po dwóch tygodniach Solid Security przysłało fakturę na 160 zł.  Czyli zaczynam kolejną zabawę z pt. reklamuję fakturę w Solid Security ...

Więc jak pomyślę o zbliżającym się etapie odbiorów, wyłańczania, urządzania ... W tym tygodniu jak była w Brwi to nawet zdjęć nie zrobiłam ..

Sobotę spędziłam u Joanny. Po raz pierwszy miałam na sobie moje enterlackowe getry. Na targu kupiłyśmy gruzińskie pierogi, wypiłyśmy sporo wina

I dowiedziałam się, że trzeba kupować jogurt nadbużański. Rzeczywiście pyszny.

Kler

Rację mają ci, co mówią że to nie jest dobry film, tylko dobra, warta obejrzenia publicystyka.

Nic nowego, ani odkrywczego w tym filmie nie ma. Jak dla mnie, to kościół ma tam w kilku miejscach wystawioną laurkę - księża są może i grzeszni, ale "jacyś". Jak się posłucha tego co mówią występujący w necie, nie jest to obowiązująca norma. 

Film jest za gęsty, może lepszy byłby serial? Przy takim nagromadzeniu wątków, w dodatku gdy w zasadzie w każdej scenie ważne jest co wisi na ścianie, co leży na stole, itp., nie ma możliwości by to wszystko "wyłapać". Zwłaszcza, że jak w każdym polskim filmie, dźwięk jest do bani. Mnie bardzo pomogło to, ze poszłam do Muranowa na projekcję english friendly i niejednokrotnie mogłam się wesprzeć angielskimi napisami. 

Nie zachwycam się też Joanną Kulig. Natomiast Janusz Gajos jak zawsze wymiata ....

piątek, 05 października 2018
Backpackers 60+

Pierwszą i najmocniejszą wpadkę zaliczyłyśmy jeszcze przed wyjazdem. Wszystko przez to, ze że bilety kupowałam na komputerze Ańćki: ponieważ nie pamiętałam hasła do swojego gmaila, podałam jej adres internetowy, ale nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że Ańćka nie sprawdza spamu.

W dodatku, gdy po kilku miesiącach dwa dni przed wyjazdem Ańćka napomknęła, że nie udało jej się nas odprawić on-line, puściłam to mimo uszu.

Bomba wybuchła dopiero gdy późnym wieczorem jechałyśmy do jej wiejskiej chaty (łatwiej stamtąd dojechać do lotniska w Modlinie) i jej będący prawie cały czas w podróży brat, zwrócił nam uwagę, że jeżeli nie odprawimy się na stronie, to za odprawę na lotnisku zapłacimy więcej niż za sam bilet. I jak już zaczął wszystko sprawdzać, okazało się,  że takiego lotu jak jest na naszym bilecie w rozkładzie nie ma. Jedyne co nam potrafił poradzić, to byśmy były grubo przed czasem na lotnisku, bo dopiero na dwie godziny przed odlotem nie ma już możliwości dokonania odprawy on-line.

Następnego dnia na stoisku Ryanair’a dowiedziałyśmy się, że:

  • "nasz" samolot do Brukseli wylatuje ponad godzinę później i przestał być kompatybilny z samolotem biletem do Porto. To dlatego kiwi.com, za pośrednictwem którego kupowałyśmy bilety, nie przekazało kodów do odprawy on-line;

  • jedyne w czym nam Raynair może pomóc to dać hasła do odprawy on-line na lot do Brukseli (z czego skwapliwie skorzystałyśmy);

  • szansa, że zdążymy się przesiąść na samolot do Porto jest bardzo mała, bo zwyczajowo potrzeba na to więcej niż 20 minut;

  • ponieważ bilet kupowałyśmy na stronie kiwi.com, Raynair nie ponosi odpowiedzialności za to, że po przesunięciu godziny lotu, nie zdążymy na kolejny samolot.

Kiwi.com też umyło ręce, już trzy miesiące wcześniej informowało o zmianie godziny odlotu i proponowało inne połączenia. To, że Ańćka nie zaglądała do spamu i dowiedziałyśmy się o wszystkim w dniu odlotu nie było ich winą.

Zaproponowano nam inne połączenia, ceny były dość porażające, na szczęście synek w dalekiej Azji znalazł wylatujący następnego dnia o świcie samolot z Brukseli do Porto za jedyne 70$ od osoby.

W samolocie do Brukseli pomyślałam sobie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i już widziałam siebie spacerującą uliczkami Gandawy. Po przylocie znalazłyśmy się w niewielkiej hali lotniska Charleroi, gdzie właśnie w drugim rogu rozpoczęto boarding samolotu do Porto. Stanęłyśmy na końcu kolejki, Ańćka podeszła do pracownika obsługi, opowiedziała mu o naszej sytuacji i ten wypisał nam "modern boarding card":

 

Z tym, że byłam już tak przywiązana do spacerowania uliczkami Gandawy, że nie do końca wiedziałam czy się z tego cieszyć.

Następną wpadkę zaliczyłyśmy po trzech dniach. Ten dzień w Porto spędziłyśmy nad Atlantykiem. Gdy wieczorem wróciłyśmy do miasta, wypoczęte i szczęśliwe na deptaku Rebeira raczyłyśmy się porto i do hostelu wróciłyśmy w bardzo dobrym humorze, bardzo późnym wieczorem. I jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że w Porto zabukowałyśmy dwie noce, nie trzy, w hostelu nie ma wolnych pokoi i  jedyne w czym mogą nam pomóc do skierować nas do innego, znajdującego się daleko od centrum, hostelu.

I tak wylądowałyśmy w nocy, z walizkami na bruku. Tyle, że na tyle szybko udało nam się znaleźć inny pokój, że ilość wypitego wina nie pozwoliła nam w pełni uświadomić sobie, że mamy kłopot.

Następnego dnia. po zwiedzeniu Coimbry, poszłyśmy kupić bilety do Tomaru - marzył nam się dzień w klasztorze templariuszy, a  potem wieczorny przejazd do Lizbony. A tu brzdęk: okazało się, że z Coimbry do Tomaru jedzie jeden pociąg dziennie i to popołudniu. W Portugalii – czego wcześniej nie sprawdziłyśmy - trzeba ulokować się w dużym mieście i z niego „gwiaździście” zwiedzać okolicę.  Pomysł by skakać ruchami konika z miasta do miasta szachowego jest do zrealizowania jedynie samochodem.
Ponieważ nie udało nam się pojechać do Tomaru, tym bardziej zależało nam na zobaczeniu Sintry. Nauczone doświadczeniem, dzień przed zaplanowanym zwiedzaniem tego oddalonego o 30 kim od Lizbony miasteczka, poszłyśmy wieczorem dowiedzieć się o godziny odjazdów pociągów. Zamiast tego dowiedziałyśmy, że następnego dnia jest ogólnokrajowy strajk i żadnych pociągów nie będzie. W informacji turystycznej podano nam godziny odjazdów autobusów, gdy poszłyśmy sprawdzić z którego przystanku odchodzą nikt tam o takich autobusach nie słyszał, ale uznałyśmy, że kierowcy autobusów miejskich nie muszą mieć żadnej wiedzy o autobusach podmiejskich.
Jak łatwo można się domyśleć, rano okazało się, że żadnych autobusów do Sintry nie ma. Musiałyśmy wyglądać naprawdę żałośnie i kolejna, zaczepiona przez nas osoba, postanowiła nam pomóc. Był to młody, gorąco popierający strajk mężczyzna, który jednocześnie zapewnił, że wg niego należy minimalizować koszty jakie ponoszą zwykli ludzie w słusznej walce z okropnym rządem. Przedstawił się jako komunista, co zupełnie mnie nie zdziwiło ponieważ poza ujmującym uśmiechem, wyglądał jak rasowy hipster i trzymał w ręku Iphona. Okazało się, że strajk strajkiem ale z różnych lizbońskich dworców, zgodnie ze stworzonym tylko na ten dzień rozkładem, odchodzą pociągi do Sintry. Tyle że jest to informacja „dla wtajemniczonych”. I tak, dwie godziny później, ale wylądowaliśmy w tym cudownym, pełnym zabytków miasteczku.
 

Co zrobiło na mnie największe wrażenie:

Biblioteka Joachimów w Coimbrze. Klimat z Imienia Róży do n-tej potęgi
 

Podobno jedna z najpiękniejszych księgarni świata, Livraria Lello,  też zrobiła wrażenie, ale już nie takie

Średniowieczny miejski cmentarz w podziemiach kościoła Trzeciego Zakonu św. Franciszka.

W średniowieczu nie było miejskich cmentarzy, tylko prywatne i pod kościołem znajdował się jeden z nich. Idzie się po drewnianych włazach do grobów, na ścianach napisy nagrobne, widać że niejednokrotnie nadpisywano jedne na drugie, w jednym miejscu, przez szybę w podłodze można popatrzeć na stos kości.
 Luz i atmosfera, spacer uliczkami Rebeira do Porto, a potem picie wina w knajpach na brzegu Duarte.
 

Co mi się nie podobało:

Jedzenie

Mało urozmaicone i mało smaczne

Na obiad dwa rodzaje zup do wybory: jarzynowy krem, albo bardzo tłusta, oleista rybna zawiesina. Na drugie głównie smażone w oleju tłuste ryby (przede wszystkim dorsz, lub sardynki). Warzyw brak. W wersji dla turystów serwują surówki, które okazują się kilkoma listkami sałaty udekorowanymi tartą marchewką (w wersji bardziej wykwintnej z kawałkami pomidora).

Słodycze, w tym słynne ciastko „nata” są przeraźliwie słodkie i wcale nie aż tak smaczne. A z kawą też różnie bywa, kilka razy zamiast zamówionego  cappucino, dostałam latte, w wersji mleko o smaku kawy. 

 

Sztuczne kwiaty.

To że stroją nimi ołtarze to pikuś. Gorzej, że takie „wiązanki” leża pod pomnikami, czy nawet „rosną” w okiennych donicach.

Kolaże tradycji i nowoczesności

Kuły w oczy: np. nowoczesne organy w przepięknym kościele w klasztorze Hieronimitów

Albo śmieszyły, z tym że z lekkim smaczkiem irytacji, jak te urządzenie do zapalania wotywnych świeczek na odległość:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli