niedziela, 06 maja 2018

Dobrze mi.

Może i moja ojczyzna umęczoną jest, ale mi – przynajmniej chwilowo- jest dobrze. Najważniejsze jest, aby wszyscy byli zdrowi. Bo niestety wokół mnie, nie wszyscy mogą to o sobie powiedzieć.

Tymczasem ja patrzę na Whatsup’ie na zdjęcie szczęśliwego wnuka, który ze swoimi przyjaciółmi, z którymi trzyma sztamę jeszcze ze żłobka, szaleje na jakimś campingu w Szkocji. Mój synek na drugim końcu świata przesłał relację z gry w bilard. Moja mama łapię dobrą energię uczestnicząc w spacerach po Wwie. A ja spędzam majówkę bujając się w hamaku w pięknych okolicznościach przyrody.

Przypomniałam sobie, ze na drutach nie chodzi tylko o to aby robić, ale czasami i coś skończyć i postanowiłam mocno przyspieszyć z Funchal Mobious.

11 marzec - 4 kwiecień:  3 motywy

 5 kwiecień - 2 maja: 6 motywów zrobionych

 2 maja - 6 maja:  mam już 10 motywów, czyli 2/3 .


Paryż i dziewczyna

Najciekawsze było samo miejsce, działające od kilku miesięcy kino Amondo na Żurawiej. Malutka sala w środku miasta. Życzę im jak najlepiej, ale Kino KC, które tak samo jako oni, było nastawione na studyjny repertuar własnie padło.

Po samym filmie obiecywałam sobie dużo więcej.

Początek jest obiecujący: tytułowa dziewczyna z hukiem wylatuje z domu swojego narzeczonego, dobrze ustawionego mężczyzny i ląduje na ulicy z walizką i rasowym kotem pod pachą. Niestety na dalszy ciąg nikt już nie było pomysłu. Sekwencje chaotycznych scen, pokazujących to, co było jasne po 5 minutach: główna bohaterka jest mocno nieposkładana i sama odpowiada za lwią część swoich problemów. W powyższy chaos wplecione jest kilka obowiązkowych elementów: samotność w wielkim mieście, brak porozumienia z matką, niechciana ciąża. Jedno trzeba przyznać: zaskakuje zakończenie, jest tak głupie, że trudno je przewidzieć.

Śmierć Stalina

Można sobie darować. Reklamę zrobił im Putin, zakazując dystrybucji tego filmu. Marzec 1953 roku.

Z jednej strony wszystko jest mniej więcej tak jak było, postacie są historyczne, umierają ci co „powinni”, zwycięża ten sam co w historii. Mówią czasami śmieszne rzeczy. Ale nie przemówiło do mnie przedstawienie ówczesnego Biura Politycznego jako bandy zdegenerowanych, budzących fizyczną odrazę kretynów, o IQ szorującym po dnie wykresu. Łubianka i slapstickowa komedia za bardzo do siebie nie pasuje. Zwłaszcza gdy gagi są na poziomie Flipa i Flapa.

Dotarłam też na wystawę Obcy w domu. Wokół marca 68.

Dobra wystawa. Po dwóch godzinach musiałam wyjść bo już zamykali muzeum. A szkoda, sporo bardzo ciekawych plików, nie wszystkie zdążyłam odsłuchać. Tym co zarzucają, ze wydźwięk niesłuszny, można jedynie zadać pytanie: jaki, patrząc wokół, ma być? 

niedziela, 29 kwietnia 2018

Bycie bezdomną ma swoje plusy. W weekend nie sprzątam, nie robię zakupów, nie umawiam się z fachowcami. Cały czas mam dla siebie. 

No i mam możliwość podpatrywania cudzego życia.

W zeszłym tygodniu weekend u Aśki, utwierdził mnie jedynie w przekonaniu, że do gotowania też trzeba mieć talent. Zrobienie sałatki, czy upieczenie mięsa nie jest wielką sztuką. Ale zrobienie smakowitej marchwianki, to wyższa, nieosiągalna dla mnie szkoła jazdy. Z tego co się zorientowałam, jednym z myków, było użycie oleju kokosowego do duszenia i dodanie wiórków kokosowych. Ale tych myków było więcej i nawet nie będę próbowała tego powtórzyć. 

Poradziłam sobie za to z tym, jak pić latte nie wydając sporych pieniędzy na ekspres do kawy.

Kupiłam kubek-spieniacz do mleka, stoi w pracy, obok ekspresu do kawy z Lavazzą w środku. Szału nie ma, bo pomiędzy sklepową Lavazzą, a kawą serwowaną w domach zaprzyjaźnionych kawoszy, jest przepaść. Ale jest światełko w tunelu, wiem jaką kawę kupić w necie i do domu Lavazzy nie kupię.

Za to z herbatą mam problem.

To co w sklepach sprzedają jako herbatę, coraz mniej ją przypomina. Ratuję się kupując w necie najtańszą angielską herbatę PG, bo przynajmniej ma tę "goryczkę", o którą w herbacie chodzi. Ale z aromatem już gorzej i tęsknię za herbatą, co to drzewiej bywała, jak Proust za magdalenkami.   

Spotkanie z Martinem Pollackiem, mam nadzieję, że nie ostatnie, chyba nawet on sam nie wiem. czy pokonał raka, czy jedynie chwilowo go przydusił.  


Na spotkaniach z takimi jak on, mam wrażenie że na scenie siedzą ostatni reprezentanci odchodzącego świata, gdzie pozycję zdobywało się wrażliwością wynikającą z posiadanej wiedzy. Gdyby te wartości dalej były w cenie, Patryk Jaki nie byłby kandydatem na prezydenta Wwy. Książka, którą Martin Pollack na tym spotkaniu promował, to wywiad rzeka. Moja mama już ją przeczytała i poleca. Stoi na mojej półce czeka.  

dobry film

Fantastyczna kobieta


Jest taka scena w filmie Kochankowie z Marony, adaptacji opowiadania Iwaszkiewicza. Do umierającego przyjeżdża dawno odtrącona żona i wyrzuca z jego domu kochankę mówiąc „ja będę miała jego śmierć”. Ta bardzo sugestywne scena przypomniała mi się w czasie oglądania tego filmu. Młoda kobieta i starszy mężczyzna. Nagle on umiera. Już w szpitalu, gdzie go zawozi spotyka ją ostracyzm. Tyle, że tam dlatego, bo tak naprawdę jest jedynie kobietą „in spe”, wprawne oko lekarza w moment wyłapuje,  że jest dopiero w fazie "transformacji". Film w przejmujący i daleki od melodramatu sposób opowiada o odrzuceniu, jakie spotyka osoby trans. Ja widziałam w tym jeszcze ten dodatkowy „iwaszkiewiczowski” smaczek. Bardzo prawdopodobne, ze rodzina zmarłego zachowałaby się bardzo podobnie, gdyby kochanką była „zwykła” młoda dziewczyna, to że była odmieńcem ułatwiało jej jedynie uzyskanie społecznej legitymacji własnej wredoty.

dobry serial

Babylon Berlin


Płacę za Netflix, ale coraz bardziej podoba mi są HBO GO. Dużo mniejsza oferta, ale za to dużo więcej do obejrzenia. A może tylko mi się tak wydaje. Babylon Berlin opowiada o Berlinie końca lat dwudziestych. Głowni bohaterowie to policjanci i politycy. W tle rodzący się faszyzm. Do Kabaretu mu wprawdzie daleko, momentami przypomina kreskówki Disneya, bo nawet strzały z bliskiej odległości, czy zepchniecie auta do wody nie pozbawią życia głównych bohaterów, ale generalnie dobrze się ogląda. Podobnie jak w Królowej, i w tym przypadku majątek wydano na wierne odtworzenie scenografii. Analogie do współczesności nie są nachalne, ale nie sposób czasami się nie wzdrygnąć. 

Najmniej przekonywującym wątkiem w Babylon Berlin była walka wywiadów, z Trockim w tle. To, że u nas jest śmieszniej, nie powinno mylić


niedziela, 22 kwietnia 2018

Życie wróciło do normy, czyli do codziennego patataj.

W obcych ogrodach zachwyt budzą obce magnolie (tu zdjęcia zrobione na spacerze z Joluśką po Mokotowie).

To co zobaczyłam budzi nadzieję -  budyniowa żółć tynkowa jest passé, króluje jasno szary tynk, ciemno-szara stolarka i czarne dodatki.

Mój ogród wygląda mniej zachwycająco. Dom też. Pojechałam go zobaczyć, ale zapomniałam klucza do furtki, nie wzięłam pod uwagę tego, że brama został zamknięta na kłódkę i musiałam przejść przez płot.

 Już nie te lata. Ręka rozwalona, spodnie rozdarte.

A poza tym remontowy standard, wszystko idzie w dobrym kierunku, ale nie tak szybko jakbym chciała. Powoli dociera do mnie, ogrom wyzwania jakie niesie z sobą urządzanie domu.

Na razie w tym tygodniu zamknęłam moją przygodę z wolontariatem. 


Ciekawe doświadczenie, sporo było na ulicy wspierającego uśmiechu, podobna ilość obojętności, tylko kilka osób coś tam nieprzychylnego pomamrotało pod nosem, nikt wprost nie zaprotestował. Tyle że już z daleka, jeszcze przed nawiązaniem kontaktu wzrokowego, łatwo przewidzieć, kto podejdzie i weźmie żonkila.  

W przerwie, po rozdawaniu żonkili, a przed koncertem, poszłam spotkać się z Gumisiem, który uczestniczył w nauczycielskich warsztatach samopomocowych. Oglądali film, Miejsce urodzenia Łozińskiego.


Film znałam, książkę czytałam. Aż trudno uwierzyć, że film nakręcono tak niedawno, ledwie 25 lat temu, niesamowite jak od tego czasu zmieniła się polską wieś.  A przecież taką jeszcze ją pamiętam. Z kolei prowadząca warsztat zwróciła uwagę na to, że dziś nakręcenie takiego filmu byłby bardzo trudne:  ludzie już nie są tak otwarci, odmawiają rozmowy nawet w prostych sprawach, a co dopiero w tak "ciężkich". 

Spotkanie na jakim byłam w tym tygodniu też kręciło się wokół tematu Zagłady.

Bardzo emocjonalny Jacek Leociak, opanowany i  tonujący emocje Grzegorz Dostatni. Wyjątkowo, książkę przeczytałam jeszcze przed spotkaniem. Kawał dobrej publicystyki. 

To nie jedyne spotkanie literackie na którym byłam. W ramach warszawskiego weekendu księgarń kameralnych wybierałam się na spotkanie z Magdaleną Kicińską, autorką Pani Stefy, ale przyszłam godzinę po czasie i wylądowałam na spotkaniu z Jarosławem Kamińskim, po którym zostałam jeszcze na spotkaniu z Włodkiem Goldkornem. 


Tylko Lola to moim zdaniem jedna z lepszych powieści przeczytanych w zeszłym roku, ale autor nie umiał jej zareklamować. Ma wyraźny kłopot z byciem osobą publiczną, na celebrytę się nie nadaje. Ale coś tam z niego prowadzący wyciągnął. Nie wiedziałam, że bohaterowie jego książki nie mieli swoich pierwowzorów. 

Bohaterem następnego spotkania był przeciwieństwem Kamińskiego. Świetnie radzący sobie z takimi sytuacjami obywatel świata, wieloletni redaktor działu kultury tygodnika „L’Espresso”. A mnie gdzieś w środku było szkoda Kamińskiego, jego nieporadności, tego że przyszło na spotkanie z nim tak mało ludzi. 

Dotarłam też wreszczie na Szarotki. Zachwyciłam się Gackową skarpetką:

Robienie tej skarpetki musi być to bardzo pracochłonne, bo zgodnie ze wzorem, druga skarpetka, która ma stanowić z nią parę jest robiona z tej samej wełny, ale innym wzorem. 

Przy okazji zrobiłam coś pozytywnego:

Wydziergałam fragment flagi, która ma być zawieszona 2 maja na skwerze Bartoszewskiego. 


dobry film

Lato 1993

Dawno nie widziałam tak dobrego filmu przedstawiającego świat widziany oczami dziecka. Powiedzieć, że nie jest przegadany to mało, dbając o realia - dzieci w tym wieku jeszcze nie potrafią mówić o tym co czują, Carlą Simón opowiada nam o tym głównie obrazem i scenkami, w których pada zaledwie kilka zdań. Ale jak! Tyle, że nie jest t film dla tych którzy lubią by na ekranie dużo się działo. 

Z tym, że na pewno na mój odbiór filmu  wpłynęło to, że przed pójściem do kina przeczytałam wywiad z reżyserką, Carlą Simón. Wiedziałam że w filmie opowiada o tym jak zapamiętała lato 1993 roku. Miała wtedy 6 lat, jej matka umarła na HiV (już wcześniej umarł jej ojciec) i musiała opuścić mieszkanie w Barcelonie i  zamieszkać na wsi z rodziną brata matki.  

Chodząc w ten ciepły weekend po Wwie co krok napotykałam na oznaki szaleństwa. Trwa wielka megafonowa ewangelizacja. Koło Dworca Centralnego dudniło, odmienianym przez przypadki imieniem Jezus. Z kolei w Ogrodzie Saskim  rozłożyła swoje stoisko parafia św. Augustyna. Do tej pory takie sekciarskie zeznania, o tym jak było komuś w życiu źle, jak błądził ale Bóg nie opuścił i pomógł uprawiały na ulicach niszowe protestanckie sekty.  

Jest aż tak źle?

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli