niedziela, 08 kwietnia 2018

Wróciłam i bez problemu, z marszu, dostroiłam się do mojej rzeczywistości. Inna sprawa że łatwo mi to przyszło bo nie miałam jestlagu.

Symbolicznym zakończeniem podróży było odkupienie wszystkich pogubionych rzeczy i zrobienie listy rzeczy, które muszę kupić przed następną włóczęgą.

Remont domu powoli idzie do przodu, za chwilę będę musiała zabrać się za projektowanie wnętrz. Ale na razie nie wiem nawet w jakim kolorze mają być ściany i podłoga. Zanim jeszcze w to nie wsiąkłam, po kolei reperuję popsute sprzęty: w tym tygodniu zaniosłam do wymiany kółek moja malutką miejską walizeczkę - kółka miały przeżyć wiele lat, przeżyły niewiele ponad rok a ich wymiana kosztować będzie 160 zł.


Inna sprawa, że w ramach niezagracania się przywiozłam z podróży trzy batiki. Dwa turystyczne wyroby przemysłowe:


Jeden oryginalny prawdziwy, ręczny.


Wszystkie są śliczne, ale pomysłu na nie nie mam. Czyli niewykluczone, że jednych rzeczy się pozbędę tylko po to, by zrobić miejsce na następne.

Jako człek bez domu, w weekendy siedzę na głowie znajomych. Taka obserwacja uczestnicząca sporo uczy. W tym tygodniu odkryłam, ze lubię kawę Macchiato, jeszcze chwila i zacznę myśleć o ekspresie do kawy.


Powoli przybywa mojego Funczala - na ten moment zrobiłam 3/15. Dłubię na drutach 2.5 z Alpaki Dropsa i tak samo jak bawełna Dropsa, również i ta wełna nie jest warta polecenia.


Po raz pierwszy byłam w kinie Stacja Falenica. Przed seansem zbierane są zamówienia, roznoszone są w trakcie projekcji, dzięki czemu jest coś z domowej atmosfery.


Film, który tam zobaczyłam, to Twarz Szumowskiej


Po spójnym i dopracowanym Body, kolejny film Szumowskiej ma coś z chaosu. Sporo świetnych scen i celnych obserwacji, tyle, że kiepsko to się wszystko spina w całość.

Wiejska zagroda gdzieś na południu Polski. Przeciętna, wielopokoleniowa wiejska rodzina. Jeden z nich, młody chłopak, ma poważny wypadek w pracy. Zostaje uratowany, ale wychodzi z tego z przeszczepioną twarzą. Jeszcze przed chwilą był jednym z nich, staje się obcym.

Jedno co się udało Szumowskiej, to wyczucie chwili. Kiedy przystępowała do pracy nad tym filmem, nie widziała, że sportretowanie suwerena może być aż tak aktualnym tematem. Teraz pewnie wyleje się na nią wiadra pomyj. Bo o ile przyroda jest na tym filmie pięknie sfotografowana, ludzie już nie.

sobota, 07 kwietnia 2018
Indonezja cz. III

Na Jawie już nie było takiego obozu przetrwania (przynajmniej do czasu). Zatrzymałyśmy się Yogyakarcie, w znajdującym się niedaleko centrum hostelu prowadzonym przez autorkę tego bloga

Pierwszy wieczór po przyjeździe spędziliśmy na pobliskim placu Alun-Alun Kidul. Atmosfera festynu. Dzieci naciągały rodziców na przejażdżkę rowerem, który był tak obwieszony ledowymi lampkami, że udawał święcące się autko.

Na środku placu rosły dwa drzewa. Zabawa polegała na tym, by startując z obrzeża placu, z zawiązanymi oczami przejść pomiędzy tymi drzewami. Do pokonania był dystans ok. 100 metrów. Wydawało się to dziecinnie proste, ale nie było.

W Yogyakarcie zwiedziłyśmy pałac sułtana, w którym poza murami, nie było nic ciekawego do zobaczenia.

Potem Pałac Wodny. Sułtan miał tam do dyspozycji dwa baseny, jeden mniejszy dla siebie, drugi, dwa większe, dla swoich żon. Podczas gdy one się kąpały, on obserwował je ze znajdującej się obok wieżyczki (na poniższym zdjęciu, baseny dla żon)

 Podziemny meczet

Znajdująca się obok naziemna świątynia, została zniszczona podczas trzęsienia ziemi

Cmentarz rodziny sułtana, na którym niestety nie wolno było robić zdjęć. A szkoda, bo był tam niezły myk. Jednemu z krewnych, z racji urodzenia, należało się miejsce w kaplicy. Ale umarł pokłócony z rodziną. Więc umyślili tak, że wpasowali sarkofag w ścianę tak by tylko połowa była w kaplicy, pozostała część wystaje na zewnątrz.

Teatr cieni

Fabrykę batiku

W okolicach Yogyokarty zobaczyłyśmy Borobudur, największą świątynię buddyjską na świecie.



Zespół świątyń Prambanan - są z IX wieku, ale zważywszy na to ile "przeżyły" trzęsień ziemi, podziw budzi pieczołowitość z jaką je ponownie składają, niczym z klocków lego

Muzeum historii płd Jawy (a tak naprawdę rodziny sułtana), w którym też nie wiedzieć czemu, nie wolno robić zdjęć. Nieopodal znajdowało się miejsce upamiętniające ostatni wybuch znajdującego się niedaleko Yogyakarty wulkanu Merapi..

Cudowną plażę, dającą wyobrażenie jak piękne jest wybrzeże wulkanicznych wysp

Kulminacyjnym punktem wyprawy była wycieczka w głąb Jawy. Wyjechaliśmy o 12 w nocy, tak by o 4.30 rano być na miejscu. Po ciemku wdrapałyśmy się na górę i trzęsąc się z zimna, czekałyśmy na wschód słońca. Otaczał nas tłum, tyle że on w przeciwieństwie do nas wykazywał entuzjazm przypominający reakcje kibiców sportowych.

W drodze powrotnej obserwowałyśmy dymiące stoki gór, na których na tarasach uprawiają nie ryż, tylko kartofle i wulkaniczne jeziora.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam bulgoczące wulkaniczne jeziorko i stojąc obok wdychałam obrzydliwy smród siarki.

Ostatnie trzy dni spędziłyśmy na wyspie Lembongan, bycząc się i nabierając sił na powrót.


 

Cała wyspa to wygrodzone i starannie utrzymane ośrodki i otaczający je jeden wielki śmietnik. Płynąc na wyspę, nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że sytuacja odcięcia wykorzystywana jest do skubania klientów. I tak bandycki kurs wymiany w miejscowym kantorze sprawił, że bardziej dla zasady niż ze skąpstwa, zredukowałyśmy plan zaplanowanych wcześniej masaży. Dobrze, że jadąc z lotniska do portu poprosiłyśmy taksówkarza by zatrzymał się przy supermarkecie, w którym zakupiłyśmy spory zapas wina. 

 

Indonezja cz.II

Przejechałyśmy przez Bali na skuterach. Ja z synkiem

Joluśka z Łosiem

Momentami boleśnie przekonywałyśmy się, że życie backpakersa 60+ łatwe nie jest. Czasami zacinał deszcz, ale nawet jak nie padało, to aplikowana nam dawka kilkudziesięciu kilometrów dziennie mocno dawała w kość. Na osłodę pozostawały nam, wynalezione przez synka na booking.com noclegi w bajecznie pięknych miejscach. na przykład w takim (do dyspozycji miałyśmy cała posiadłość).

Jadąc przez Bali, co chwilę mijałyśmy jakąś świątynie, ale po obejrzeniu kilku, kolejne nie budziły aż takiego zachwytu, były zbyt podobne do poprzednich.

Z kolei taka, która wyróżniała się się na tle innych - np. Tirta Empul, pełna była zachodnich ludzików grających role nawiedzonych buddystów.

W folderów w roli symbolu Bali występuje zazwyczaj świątynia Urun Danu Beratan. Jest rzeczywiście śliczna, ale ma w sobie coś, co przypomina cukierkową makietkę.

Powala zieleń przyrody. Zwłaszcza gdy wjedzie się w głąb wyspy, gdzie nie ma tak dużo turystów i nie przysłania ją turystyczna infrastruktura.

Wulkanom bliżej przyjrzałam się później na Jawie. Na Bali jedynie z daleka popatrzyłam na wulkan, który według sejsmologów ma w najbliższym czasie wybuchnąć. Nie wyglądał groźnie, nie unosił się z niego żaden dym, ot taka góra jak każda inna.

Największe wrażenie zrobiły na mnie wodospady.

Aby do nich dojść musiałyśmy udowodnić, że również w naszym wieku możliwa jest realizacja wyzwań godnych Indiany Jones. Było to jednak tego warte. Zdjęć z tej przeprawy nie mamy, bo im bliżej wodospadów, tym w powietrzu więcej było unoszącej się wody i wszystko co elektroniczne trzeba było zostawić. Ale zeszłyśmy na sam dól i stałyśmy tuz obok.

A sama przeprawa była tak emocjonująca, że nawet Alzheimer nie zabierze nam tych wspomnień.

Zanim wróciłyśmy do Canggu, chwilę zatrzymałyśmy się w Ubud, nastawionym na obsługę zagranicznych turystów zagłębiu przemysłu pamiątkarskiego. Ale z cudownym Monkey Forest.

Na terenie Monkey Forest znajduje się tymczasowy cmentarz - raz na kilka lat wykopują pochowanych tu zmarłych i urządzają im wspólny wielki pogrzeb, po którym kremują zwłoki.

Ponieważ Balijczycy uwielbiają świętować, nie starcza mi wyobraźni, jaka to musi być obłędna ceremonia.

W Ubud zachwyciłam się balijskim baletem.


Gdybym była młodsza, spróbowałabym ich naśladować ...

Miałyśmy wreszcie trochę czasu by delektować się soczystością tamtejszej zieleni.


Następny etapem naszej podróży, była Jawa. Na lotnisku uchwyciłam na zdjęciu zmęczenie naszych młodych cicerone - my byłyśmy bardziej, ale nikt tego nie uwiecznił.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli