niedziela, 04 listopada 2018

Za 1,5 miesiąca święta, a jak mantrę powtarzam: to się da posprzątać, to się da ogarnąć ...


Są już wstawione drzwi


Michał kończy parapety (na górze w kolorze okien, na dole przybielane)


Dobrze, że dałam się namówić wykonawcy na odstąpienie od projektu w toalecie pod schodami. Jest mniejsza, WC zostało przesunięte do przodu i w bok, dzięki temu jest dostęp do miejsca pod schodami (w projekcie ta przestrzeń miała pozostać niewykorzystana). Bardzo fajnie też wyszło wyłożenie ściany gresową płytą, która została po "zmniejszeniu" powierzchni podłogi w toalecie

 

 

Jeszcze nie wiem jakie zrobić drzwiczki. Teraz jestem na etapie by nie robić ich równo ze ścianą WC, tylko w głębi i zamaskować je, stawiając w przejściu półko-drabinkę.

W porównaniu do poprzedniego projektu jest jeszcze mniej miejsca na szafkę pod umywalkę. W ramach szukania oszczędności postanowiłam poszukać czegoś gotowego i tylko niepotrzebnie zmarnowałam na to sporo czasu. Modne są umywalki nablatowe (też uległam tej modzie), a w sklepach wszystkie szafki nie dość, że na jedno kopyto to na umywalki wpuszczane w blat. W dodatku, najwęższe mają 40 cm, a ja potrzebuję max 27 cm.

Skończyło się na tym co zawsze, czyli poproszeniu Michała by i do tej łazienki zrobił szafkę. Z braku miejsca wybrałam tę po lewej. 


dobry film 

Fokstrot

Współczesny Izrael. W pierwszej scenie, dzwonek do drzwi, otwiera kobieta w średnim wieku, za drzwiami wojskowi posłańcy przynoszący hiobową wiadomość, że jej jedyny, odbywający służbę wojskową syn poległ.

Ale to nie tak, że cała dalsza opowieść koncentruje się na tym, jak poradzić sobie z żałobą. Jest kilka niespodziewanych zwrotów akcji. Wciągająca opowieść o życiu w cieniu wojny. 

A matka tego chłopaka bardzo przypomina Maję Ostaszewską, nie tylko w wyglądzie, również w  gestach, minach, sposobie poruszania.

dobry film 

Jak pies z kotem

Przeczytałam wywiad z Januszem Kondratiukiem i postanowiłam zobaczyć ten film. W kinie spotkałam dwie ciotki, które po przeczytaniu tego wywiadu wpadły na ten sam pomysł.

Janusz Kondratiuk od dawna nie utrzymywał kontaktów ze swoim bratem Andrzejem, ale to do niego zadzwonił sąsiad gdy jego brat dostał poważnego wylewu (żona Iga Cembrzyńska była wtedy na występach w USA). I tak wyszło, że przez następny rok, razem z żoną się nim opiekował.

Film opowiada o opiece nad sparaliżowanym bratem. Janusza Kondratiuka gra Robert Więckiewicz, jego brata Olgierd Łukasiewicz. Bardzo prawdziwa, mocno zanurzona  w naszej rzeczywistości gorzka, ale zaprawiona humorem opowieść o rodzinnym życiu. Takim dzień po dniu. Jeszcze jeden film o opiece nad umierającym, ale  podobnie jak 33 sceny z życia Szumowskiej, bardzo prawdziwy.

 dobry film 

Pierwszy człowiek

Nie spodziewałam się tak dobrego filmu.

O Neilu Amstrongu, od momentu w którym zdecydował się na zgłoszenie do programu podboju kosmosu do dnia jego powrotu z księżyca.

Amstrong nie jest tu przedstawiony jako nadczłowiek. Jeżeli coś go odróżniało od reszty, to nieludzkie opanowanie. Nie kierowała nim chora ambicja, potrzeba sukcesu za wszelką cenę. Trochę przez przypadek, po części kierowany potrzebą zmiany po przeżytej traumie, pewny swoich umiejętności, nie odmówił gdy mu zaproponowano. A jak już był w programie, podejmowanie nowych wyzwań należało do jego obowiązków. I tak do tego podchodził. Tym bardziej, że zdecydowanie lepiej czuł się siedząc samotnie w kokpicie, niż gadając przy piwie z kolegami.

Fajnie jest to opowiedziane. I o dziwo - chociaż jest to amerykański film o amerykańskim bohaterze, nakręcony tuż przed zbliżającą się rocznicą wielkiego amerykańskiego sukcesu, nie jest to cukierkowa biografia.

piątek, 02 listopada 2018
Przeczytane

dobra książka

Dziedzictwo Philip Roth


Nie-powieść Philipa Rotha.

Pewnego dnia Philip Roth dowiaduje się, że jego ojciec ma guza mózgu. Chwilę później ojciec podejmuje decyzję, że nie będzie się narażał na dodatkowe cierpienie, rezygnuje z proponowanego bez większego przekonania leczenia, i postanawia poczekać na wiadome zakończenie. Dziedzictwo to opis tego czekania, przeplatany wspomnieniami z dzieciństwa. Opowieść o pokoleniu amerykańskich Żydów I połowy XX wieku zakochanych w american dream, Jednocześnie bardzo osobisty, przejmujący pamiętnik żegnającego się z ojcem syna.

 

dobra książka

Noblista z Nowolipek Marek Górlikowski


Chłopak z Nowolipek, absolwent Wolnej Wszechnicy Polskiej, maturę zdawał już na studiach, bo inaczej nie mógłby bronić dyplomu. W sierpniu 1939 roku wyjeżdża na stypendium do Liverpoolu, w 1943 roku do USA gdzie jako jedyny z polskim paszportem bierze udział w Projekcie Manhattan. Po wojnie, już z angielskim obywatelstwem, zajmuje się wykorzystaniem fizyki jądrowej w medycynie i działalnością pokojową, za którą w 1995 roku dostaje Pokojową Nagrodę Nobla. 

Nie tylko nam nie pasuje do narodowego panteonu. Dla jednych Żyd. Dla innych działacz międzynarodowych ruchów pokojowych, czyli pożyteczny idiota na usługach Moskwy. Dla jeszcze innych,  nieczuły - w obliczu groźby nuklearnej zagłady - na kwestie przestrzegania praw człowieka.

Taki kot który zawsze chodził swoimi drogami. Warto poznać jego historię. Tym bardziej, że jest dość dobrze napisana.

Niesamowite są też losy jego najbliższej rodziny (wszyscy poza jego żoną przeżyli). Z warszawskiego getta udało im się wydostać tuż przed wybuchem powstania, w kwietniu 1943 roku. Do końca wojny ukrywali się w jednej z otwockich willi.   W piwnicy: czterech Żydów i dwóch Rosjan. Na parterze dwie Żydówki na aryjskich papierach i troje Polaków. Na pierwszym piętrze hitlerowiec z polską kochanką i dwóch volksdeutschów. Sytuacji, w których o mały włos, a wszystko by się wydało było sporo. Allo Allo, wysiada.  

 

Cyrankiewicz Piotr Lipiński

To, że Józef Cyrankiewicz to ciekawa postać wiedziałam przed przeczytaniem tej książki. I - chociaż do najcieńszych nie należy - po jej przeczytaniu, chętnie sięgnęłabym po kolejną jego biografię.  

Trudno o jednoznaczną ocenę tej książki. Na pewno bohater łatwy do opisania nie był, bo nawet jak na polskie standardy życiorys miał wyjątkowo barwny i pełen dramatycznych zwrotów. W dodatku, w różnych epokach podlegał licznym „zabiegom kosmetycznym". Np. ostatnio wbrew oczywistym faktom i datom, przypisano mu odpowiedzialność za wykonanie wyroku na Pileckim, bo ten ostatni miał podobno wiedzę o tym, że był konfidentem gestapo.

Odpowiedzią autora książki było suche przytaczanie świadectw historycznych, tyle że jak dla mnie zbyt  „suche”. Trochę tak, jakby autor nie mógł się zdecydować, jaki ma mieć stosunek do swojego bohatera. Bo wprawdzie w czasie wojny przyjaźnił się z tymi co trzeba, nawet odbił z więzienia Karskiego, ale czy bycie więźniem Auschwitz usprawiedliwia to co robił dalej? Pilecki to prawicowa wydmuszka, ale to, że nie wstawił się za Pużakiem już nie. Oczekiwano, że z takim życiorysem, po 1945 roku będzie Wallenrodem, tymczasem on co najwyżej paru osobom załatwił paszport, czy pomógł sprowadzić leki z zagranicy.

Autor tłumaczy: poobozowy cynik i hedonista. Ale to chyba zbyt duże uproszczenie.

 

Bezsenność w czasie karnawału Janusz Głowacki


Gdyby Janusz Głowacki miał jeszcze czas może z pomysłu jaki w sobie nosił, wykluło by się coś przypominającego jego rewelacyjne rozważania "Z głowy". Teraz miało być o tym, co widział i myślał gdy wychodząc ze swojego mieszkania na Bednarskiej, szedł do góry i zderzał się z Polską smoleńską i tą "drugą" siedząca nieopodal tej pierwszej, w kawiarnianych ogródkach.  Ale pozostał po nim tylko szkic tej książki, wydany po zredagowaniu przez żonę i córkę.

Szkic to nie książka, w dodatku by nabrał odpowiedniej "objętości", został wypełniony luźnymi, często dość bełkotliwymi dywagacjami, których prawdopodobnie, w tej postaci Głowacki nigdy by do druku nie dał. 

Jest i kilka soczystych kawałków. Tyle, że w takiej ilości, że bardziej nadawały się na artykuł (może dwa?),  nie na książkę. 

I jak zawsze u Głowackiego, są i perełki:

W Nowym Jorku na drzwiach niedużego żydowskiego teatru na samym dole Manhattanu zobaczyłem plakat: Hamlet Williama Szekspira - przetłumaczył i poprawił Izaak Lichtenbaum

 

Dodaj do znajomych Zuzanna Łapicka

Taki "lepsiejszy" i miły w czytaniu Pudelek. Tyle, że trochę z gatunku: Znacie? Znamy! No to posłuchajcie! Bo prawie wszytko co było do opowiedzenia, zostało już opowiedziane, a tego co ma pozostać tajemnicą, Zuzanna Łapicka nie zdradziła.  

 

poniedziałek, 29 października 2018

W Brwi "dzieje się": są już wstawione drzwi, za chwilę w łazienkach będzie tylko brakować białego montażu i ruszy malowanie, pan stolarz wreszcie ogacił listwą występ sypialni na górze i pan szklarz może wziąć miarę na szybę, a pan kominkarz zaakceptował kompatybilność wystającej ze ściany rury z kupioną kozą.


Ja też nie próżnowałam i posegregowałam śmieci na dedykowane sterty:  "gabaryty"  i "kontener".


Mam coś dobrego do powiedzenia o naszym narodowym przewoźniku - LOT, jako jedyna linie obsługująca połączenie Wwa-Londyn, przyjmuje na pokład dzieci bez opieki już od 5 lat bez konieczności opłacenia opiekuna. Obawiam się, by szukając możliwości pokrycia kosztów obecnego strajku, zlikwiduje tę możliwość i tak jak inni, każe sobie płacić za opiekę. A wtedy spędzanie przerw szkolnych u dziadków przestanie być takie atrakcyjne.

Póki co wnuk znów przyleciał i wybrałam się z nim do Centrum Kopernika. Byłam tam kilka lat temu i niestety, ale nie zauważyłam by się rozwijali, jeżeli już to się zwijają, bo kilka urządzeń nie działało. Jeszcze chwila i przykryje ich kurz i podzielą los Muzeum Techniki.

Nie tylko w tym punkcie  mi się nie podobało: dzieci, za pełną aprobatą rodziców, wpychały się do kolejki i mój wnuk był wobec takich sytuacji bezradny. Tak samo gdy ustawiał sobie coś na planszy i dwa razy podszedł ledwie odrośnięty podlotek  bezceremonialnie "przejął" jego zabawki. Nie spotkałam się z taką sytuacja w Kidzanii, a w angielskim parku tylko raz i były to ... polskie dzieci. 

Bilety na Warlikowskiego kupiłam w ramach przerażenia, że a nuż, a jednak wygrają - nie miałam wątpliwości, że na ich liście proskrypcyjnej Teatr Powszechny był na pierwszym miejscu, Nowy na drugim.  

Wyjeżdżamy to luźna adaptacja sztuki Hanocha Levina Pakujemy manatki. Kiedy poprzednio Warlikowski wziął się za Levina i wystawił Kruma, było bardzo intelektualnie, teraz przez ponad trzy godziny, spokojnie nadążałam za akcją i nawet rozumiałam o czym reżyser chciał mi opowiedzieć.

Wyjeżdżamy, przeprowadzając się do innej dzielnicy tego samego miasta, przenoszą się do innego kraju, umierając ... a zanim sami nie wyjedziemy, żegnamy innych. W spektaklu w kolejnych, luźno związanych ze sobą scenkach, patrzymy jak "wyjeżdżają" bohaterowie sztuki. Nie stanowią zwartej grupy, spotykają się głownie na pogrzebach, ale każdy z nich zapada w pamięć, bo nie jest postacią tuzinkową i ma w sztuce swoje pięć minut (czyli zapadający w pamięć monolog).

Jak zawsze u Warlikowskiego, pokaz aktorskiej gry. A Agata Buzek wymiata.

Pierwsze po wakacjach spotkanie w Czytelni Polin. 

O istnieniu Józefa Rotblata wiem od niedawna. O ilu jeszcze takich osobach nie wiem?

A książka zapowiada się arcyciekawie, bo wszystko wskazuje na to, ze jego życiorys to nie materiał na film, ale na serial.

Dowiedziałam się o istnieniu mody na bullet journal. Z jednej strony idea mi bliska. Sama robię dziesiątki list, notatek,  których potem jak są potrzebne, nie mogę znaleźć. Więc na pewno warto je mieć w jednym miejscu. Z drugiej strony nie przekonuje mnie papier, a w bullet journal o to właśnie chodzi, by było analogowo, nie cyfrowo.  Przyświeca temu idea porządkowania całego swojego życia, tymczasem  ja systematycznie zapisuję jedynie terminy w kalendarzu Google  i przeczytane książki w Goodreads, a o Onenote, które idealnie nadaje się do digital bullet journal (znacznie lepiej niż polecany do tego Keeper Googla) przypominam sobie jedynie od czasu do czasu - ostatnio, po przyjeździe z Portugalii zrobiłam listę kosmetyków, o których muszę pamiętać pakując walizkę na wyjazd.  

Z pamiętnika wk ... konsumentki 

W tym tygodniu toczyłam boje z...

1. UPC - przedłużyli z mamą umowę na tych samych warunkach, ale potem się okazało, ze dodali jeden pakiet, za jedyne 5 zł. Nie są to wielkie pieniądze, ale poszło nie tylko o nie i o tzw. "zasady": nie uprzedzili, że każda, nawet najmniejsza zmiana warunków umowy przy jej przedłużaniu oznacza ponowne poniesienie opłaty aktywacyjnej

2. Solid Security - nie działał alarm, wezwałam technika, który stwierdził, że przyczyną było jedynie przypadkowe odłączenie zasilania sieciowego przez ekipę remontową i ponownie uruchomił znajdującą się na piętrze centralę podłączając za pomocą wypożyczonego od ekipy remontowej przedłużacza do kontaktu na parterze. Prowadzą z nimi korespondencję w tej sprawie, bo chcę się dowiedzieć, dlaczego po prostu nie przywrócił poprzednich ustawień. Jak zawsze z Solid, łatwo nie jest. 

3.  Amazon.it. - formularz wysyłki w firmie kurierskiej "nie przechodzi" bez podania osoby do kontaktu i numeru jej telefonu. A polityka Amazonu jest taka, ze tych danych nie udostępnia. I tak sobie o tym o włosku korespondujemy ....

poniedziałek, 22 października 2018
Google translate e fantastico!

Stacja Brwinów. Mazowieckie Przewozy Regionalne ogłosiły terminowe  zakończenie remontu, co w tłumaczeniu na "nasze" oznacza, że remont trwa dalej. Jak wszędzie, tak i tu zmieniają rzeczywistość na lepsze. Nie będzie już podjazdów na schodach i rowery, wózki, walizki trzeba będzie wnosić (zgodnie z projektem obok zamontują windę i będzie działała tak jak całe Mazowieckie Przewozy Regionalne, czyli "umownie").

Ale przynajmniej lud ułożył schodki i z peronu nie skacze się pod tory, a schodzi.


Za każdym razem Brwi wygląda coraz lepiej. Na dole są już panele. Na zdjęciu moja część, którą nazwałam Hobbiton:

Z pamiętnika wk ... konsumentki wersja international

Kindle zaniemówił, zero reakcji na prąd, na PC, na guzik restartu. Angielskojęzyczny Amazon.com odesłał mnie na Amazon.it gdzie kupiłam swojego ostatniego Kundla. A tam wszystko po włosku. Nie tylko strona, obsługa też. W dodatku reklamacji  nie można zgłosić mailem i do wyboru jest tylko chat albo telefon. Wybrałam chat i wszystko udało mi się załatwić. Bo wprawdzie słowa nie umiem po włosku, ale Google translate e fantastico!

Z tym że gdy po załatwieniu sprawy standardowo zapytali o ocenę, napisałam co myślę o zmuszaniu do składania reklamacji w języku którego się nie zna.

Zapiski z Wygnania Teatr Polonia

 

Bałam się tego spektaklu. Dwa dni wcześniej Kasia.Eire pojechała do Łodzi na Białą Bluzkę i wróciła zniesmaczona. Janda było nie w formie. Zapominała tekstu, śpiewała tak, że u widz czuł się zażenowany.

Zapiski z wygnania to też monodram. Ale tym razem Janda dała radę. Chociaż tak porywająca jak w Danucie W nie była. W każdym słowie widać było zmęczenie. I to nie grane, ale takie prawdziwe, prywatne. Sam spektakl to wierna adaptacja świetnej książki. Marzec 1968 oczami młodej dziewczyny z Wrocławia, która razem z rodzicami, przez Wiedeń i Rzym, osiedliła się na koniec w USA.

Myślę że Krystyna Janda powinna sobie dać już spokój ze śpiewaniem. Słucham teraz koncertu Joan Baez, rocznik 1941,  z czerwca tego roku z  paryskiej Olimpii. Więc są wyjątki. Ale Janda do nich nie należy

Po teatrze poszłam z Kasią.Eire i Mileną na kolację do Manekina. Przez cały dzień stoją przed tym lokalem kolejki, godzinę przed zamknięciem można dostać wolny stolik bez czekania. Nie wiem skąd aż taka popularność. Kultowy lokal w środku miasta w którym serwują jedynie piwo i wino bezalkoholowe.

Drugi i ostatni tydzień Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Wreszcie udało mi się trafić i obejrzeć film, który dostał główną nagrodę - albański film Delegacja


Rok 1990. Do Tirany przybywa europejska delegacja, która ma sprawdzić przestrzeganie praw człowieka. Na jej czele stoi szkolny kolega przetrzymywanego od 15 lat w więzieniu albańskiego opozycjonisty. Chce się spotkać ze swoim kolegą i władza, nie mając wyjścia postanawia mu to umożliwić. Wiezień ma zostać przywieziony do Tirany i przyjąć przewodniczącego europejskiej delegacji jak gdyby nigdy nic, w swoim domu. Ale realizacja tego planu napotyka na szereg trudności.

Dobry film, dobrze zagrany. Ale nagrodę Prezydenta Warszawy dostał moim zdaniem w dużym stopniu za właściwą "wymowę".  Ciekawe, czy jeżeli nastąpiłaby zasadnicza zmiana ekipy rządzącej Wwą, w przyszłym roku byłby WFF. A jeżeli nawet, to jakie film zdobyłby nagrodę Prezydenta. 

 

Dwa kolejne filmy to biografie. W obu przypadkach, opowiadają o wielkich karierach samouków, którzy w II połowie ubiegłego wieku przybyli w poszukiwaniu sławy do NY z amerykańskiej prowincji .  

 

Więcej od życia: Kevyn Aucoin

Film dokumentalny. Zanim go obejrzałam, nie wiedziałam się, że był ktoś taki jak Kevyn Aucoin. Był genialnym makijażystą, jedną z najważniejszych postaci świata mody lat 80-tych i 90-tych XX wieku. Gej i ćpun. Ale to ostanie trochę nie ze swojej winy. Cierpiał na uporczywe bóle kości, bo cały czas rósł - przez kilkanaście lat dorosłego życia urósł 20 cm. Odpowiadał za to guz przysadki, mimo że go usunięto, z nałogiem już sobie nie poradził i  jeszcze przed śmiercią znalazł się na bocznym torze.  

Ciekawa postać to i bardzo ciekawy dokument

 

Mapplethorpe

Fabularyzowana biografia. O Robercie Mapplethorpe trochę wcześniej już wiedziałam z książki Patty Smith Poniedziałkowe dzieci. Potem byłam na wystawie jego zdjęć w Tate Gallery.  Film uzupełnił tę wiedzę. Odtworzono wystawę, która musiała być mega ciekawa: do jego ostrych, przedstawiających homoseksualne sadomacho zdjęć dobrano do pary zdjęcia kwiatów. Sparowano tak celnie, że na jakimś poziomie metafory, oba przedstawiały to samo. 

Miałam z tym problem swój własny, prywatny problem: przeszkadzał mi grający Mapplethorpe  Matt Smith. Cały czas widziałam księcia Filipa z serialu Netflixa Królowa.  

Chyba nie ma już dzisiaj szans na takie, obrazoburcze kariery.

 

Euforia

Kolejny film o umieraniu na raka. Dwóch braci. Jeden, to świetnie urządzony rzymski król życia. Drugi, prowincjonalny nauczyciel Wszystko ich dzieli. Ale pewnego dnia, jeden musi zaopiekować się drugim. Nie na długo, bo diagnoza nie pozwala mieć nadziei. 

Większość tych filmów o odchodzeniu jest za ładnych. ten też. Jak na razie zapytana o to, który był "prawdziwy" przychodzi mi od razu na myśl 33 sceny z życia Małgorzaty Szumowskiej.

 

Zanim przypłynie prom


Film o współczesnej Kubie. Tak samo jak w Tramwaju w Jerozolimie sekwencja luźnych, nie związanych ze sobą  scenek, z tym że tu co jakiś czas reżyser wraca do bohatera, by pokazać co dalej zadziało  w jego życiu. Jak dla mnie  za dużo chaosu. W dodatku nie przemówiły o mnie komiksowe przerywniki

Po obejrzeniu ostatniego filmu na tegorocznym WFF, zameldowałam się pod Pałacem Kultury

Policja ostentacyjnie filmowała uczestników. Deja vu ...

niedziela, 14 października 2018
Zarządzanie przez chaos

Umawianie ekip jedna po drugiej cosik nie wychodziło: ci co mieli kończyć, robili sobie niezapowiedzianą przerwę, ci co mieli przyjść po nich, nie chcieli czekać a pomiędzy nimi ja w roli rozdartej wierzby, nie potrafiąca tego wszystkiego ze sobą pospinać. 

W tej sytuacji, zmieniłam strategię i realizuję autorski projekt zarządzania przez chaos.

I tak. zanim dogadam się z budowlańcami czy to co trzeba poprawić zrobione w ramach umowy, czy będą chcieli by za to dodatkowo zapłacić, równolegle do powolnej dłubaniny w łazienkach:


na górze położone zostały deski (po zrobieniu zdjęć, zostały przykryte papierem):

w najbliższy poniedziałek ma być ogarnięty chaos na parterze

i od wtorku będą układane panele. W tym tygodniu może zostaną też wstawione drzwi. 

Wszędzie zmiany, nawet i w ogrodzie. Poza pomalowaniem domu i płotu, sukcesywnie podcinane są sosny (jedna uschnięta została wycięta).

Niedługo minie rok, jak mieszkam kątem u mamy i tęsknie, zwłaszcza w weekendy,  do tego by znów zamieszkać w swoim domu. Z drugiej strony przeraża mnie myśl o dojazdach, z trudem wyobrażam sobie jak to można godzić z pracą.

Zwłaszcza, że tak jak można było przewidzieć, kolejarze remontu nie skończyli. Wejście na peron wygląda tak, że aby nie nadkładać sporej drogi, skacze się  - tak jak ledwo widoczny na zdjęciu po prawej stronie pan w brązowej kurtce - z murku (z wdrapywaniem gorzej)


Ale nie samym remontem człowiek żyje. 

Przyjechała Kasia.Eire. Wieczór w knajpie. Niedzielne śniadanie we Wrzeniu Świata


Lubię patrzeć na Wwę oczami Kaśki - od razu jest piękniejsza, zauważam rzeczy, które dla mnie są normalne, dawno mnie nie cieszą a powinny.

Są Szarotki

Wróciła do nas Ewa. Tym razem fascynuje ją nie wiklina, tylko ludowe, wypchane kaszą, laleczki. Podobno na przednówku często traciły życie 


A ja zakochałam się w tej chuście z Enterlacku

No i tradycyjnie moje filmowe święto


 

Wybieram te filmy długo, ale jakoś na wszystkie wybrane przeze mnie filmy bilety są do ostatnich minut przed seansem. Nie wiem dlaczego nigdy mi się nie udało "wstrzelić" w te filmy, na które polują inni

Film otwarcia Tramwaj w Jerozolimie



Ludzie wychodzili - nie wiem rozumiem dlaczego, może przeszkadzało im to że film nie ma akcji? Kilkanaście scenek z pasażerami jerozolimskiego tramwaju. Kobieta sobie nuci pod nosem, ktoś interpretuje zdanie z Tory, jakaś para się kłoci, ojciec zwiedza z synem miasto. Pełny misz-masz. Słowem przesympatyczna ballada filmowa

Zanurzeni

Kolejny film izraelski. Kibuc blisko toczących się działań wojennych. Czasy świetności ma za sobą, młodzi wyjechali, starzy żyją w rytm ogłaszanych nalotów.

Do tego kibucu przyjeżdżają bracia, by pochować ojca. Dwóch już brało udział w walkach, najmłodszy właśnie dostał kartę powołania. Gorzki film o traumie wojny, w cieniu której żyją mieszkańcy tego kraju. Gorzki film, bardzo w poprzek obecnym hurra patriotycznym pokrzykiwaniom.

W kinach pewnie tego filmu nie będzie. Z jedne strony szkoda. Z drugiej, gdybym była dystrybutorem też pewnie bym go nie kupiła.

Królowa strachu

Buenos Aires. Główna bohaterka, znana aktorka  przygotowuje swój monodram w teatrze. Z tym, że ze wszystkich osób zaangażowanych w przygotowanie tego spektaklu, ona jest najmniej w to wkręcona. W zamian przeżywa separację z mężem, lęk przed samotnym mieszkaniem w dużym domu, umieranie przyjaciela ...  

Kolejny film, który sprowadza się to obserwacji przez chwilę cudzego życia. Bez zakończenia: taśma się kończy i na widowni zapala się światło. Osoby przyzwyczajone do tego, że film jakoś się kończy - a do nich się zaliczam - odczuwają pewien niedosyt.  

piątek, 12 października 2018
Przeczytane

Wakacyjne czytanie, czyli cztery książki, których przeczytanie można sobie spokojnie darować

Ekomąż i Ekożona Michał Vieweght

 

Do Michała Vieweght mam sentyment, bo kilka dobrych scenariuszy napisał. Zelence do pięt nie dorastał, ale poniżej pewnego poziomu nie spadał.

Jak widać do czasu. O ile Ekomąż ma jeszcze chwilami przebłyski humoru, to w Ekożonie jest już tylko odgłos heblowanych desek. Tyle, że ponieważ zaczęłam czytanie od Ekomęża, przekonałam się o tym na koniec.

Miało być satyra na współczesne kobiety, które niczym wampiry energetyczne wypijają z biednych samczyków ostatnie soki, a wyszła żenua.

Księżniczka z lodu Camilla Läckberg



Nie jestem w stanie zrozumieć popularności skandynawskiej powieści kryminalnej. Jak w każdym kryminale jest trup. W tym przypadku młodej, dobrze ustawionej życiowo kobiety. Jej ciało znajduje w jej letnim domu na zabitej dechami wsi, z której pochodzi i w którym spędza jedynie weekendy.

Ani dochodzenie do tego kto zabił nie jest intrygujące, Ani cała otoczka obyczajowa nie wciąga. Nudy na pudy. A ludzie czytają, dają gwiazdki. Może tylko ja nic w tym ciekawego nie widzę.

 

Ostatni ślad Charlotte Link



Kolejny "skandynawski" kryminał był jeszcze gorszy. Bo do wszystkich zastrzeżeń jakie miałam do poprzedniej książki, doszedł jeszcze jeden: nasuwające się już od połowy książki jedyne słuszne rozwiązanie, które na ostatnich stronach nikogo (może z wyjątkiem samej autorki) nie zaskakuje.

niedziela, 07 października 2018

Coś mnie gryzie. Może nie mogę sobie dać rady z jakimś bardzo wrednym wirusem, może uciekam w chorobę od przytłaczającej mnie rzeczywistości.

Bo tu nic nie może iść tak, jak jest umówione. Pan Adwokat powiedział, że jak wrócę z Portugalii będzie miał napisany wniosek, bo bardzo ważne jest bym natychmiast po przyjeździe zaniosła go do sądu. Ale tak było przed wyjazdem. Po przyjeździe ma wyłączony telefon,  nie odpowiada na maile ... 

Solid Security wzięło jak za zboże za reinstalację systemu. Jak po raz pierwszy system przestał działać, naprawili w ramach gwarancji. Za drugim razem nie zerwałam się z pracy, przyszedł monter, otworzył mu wykonawca ale za nim nie łaził, wiec niepokojony niczym monter podłączył przedłużaczem centralkę do innego gniazdka i sobie poszedł. Po dwóch tygodniach Solid Security przysłało fakturę na 160 zł.  Czyli zaczynam kolejną zabawę z pt. reklamuję fakturę w Solid Security ...

Więc jak pomyślę o zbliżającym się etapie odbiorów, wyłańczania, urządzania ... W tym tygodniu jak była w Brwi to nawet zdjęć nie zrobiłam ..

Sobotę spędziłam u Joanny. Po raz pierwszy miałam na sobie moje enterlackowe getry. Na targu kupiłyśmy gruzińskie pierogi, wypiłyśmy sporo wina

I dowiedziałam się, że trzeba kupować jogurt nadbużański. Rzeczywiście pyszny.

Kler

Rację mają ci, co mówią że to nie jest dobry film, tylko dobra, warta obejrzenia publicystyka.

Nic nowego, ani odkrywczego w tym filmie nie ma. Jak dla mnie, to kościół ma tam w kilku miejscach wystawioną laurkę - księża są może i grzeszni, ale "jacyś". Jak się posłucha tego co mówią występujący w necie, nie jest to obowiązująca norma. 

Film jest za gęsty, może lepszy byłby serial? Przy takim nagromadzeniu wątków, w dodatku gdy w zasadzie w każdej scenie ważne jest co wisi na ścianie, co leży na stole, itp., nie ma możliwości by to wszystko "wyłapać". Zwłaszcza, że jak w każdym polskim filmie, dźwięk jest do bani. Mnie bardzo pomogło to, ze poszłam do Muranowa na projekcję english friendly i niejednokrotnie mogłam się wesprzeć angielskimi napisami. 

Nie zachwycam się też Joanną Kulig. Natomiast Janusz Gajos jak zawsze wymiata ....

piątek, 05 października 2018
Backpackers 60+

Pierwszą i najmocniejszą wpadkę zaliczyłyśmy jeszcze przed wyjazdem. Wszystko przez to, ze że bilety kupowałam na komputerze Ańćki: ponieważ nie pamiętałam hasła do swojego gmaila, podałam jej adres internetowy, ale nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że Ańćka nie sprawdza spamu.

W dodatku, gdy po kilku miesiącach dwa dni przed wyjazdem Ańćka napomknęła, że nie udało jej się nas odprawić on-line, puściłam to mimo uszu.

Bomba wybuchła dopiero gdy późnym wieczorem jechałyśmy do jej wiejskiej chaty (łatwiej stamtąd dojechać do lotniska w Modlinie) i jej będący prawie cały czas w podróży brat, zwrócił nam uwagę, że jeżeli nie odprawimy się na stronie, to za odprawę na lotnisku zapłacimy więcej niż za sam bilet. I jak już zaczął wszystko sprawdzać, okazało się,  że takiego lotu jak jest na naszym bilecie w rozkładzie nie ma. Jedyne co nam potrafił poradzić, to byśmy były grubo przed czasem na lotnisku, bo dopiero na dwie godziny przed odlotem nie ma już możliwości dokonania odprawy on-line.

Następnego dnia na stoisku Ryanair’a dowiedziałyśmy się, że:

  • "nasz" samolot do Brukseli wylatuje ponad godzinę później i przestał być kompatybilny z samolotem biletem do Porto. To dlatego kiwi.com, za pośrednictwem którego kupowałyśmy bilety, nie przekazało kodów do odprawy on-line;

  • jedyne w czym nam Raynair może pomóc to dać hasła do odprawy on-line na lot do Brukseli (z czego skwapliwie skorzystałyśmy);

  • szansa, że zdążymy się przesiąść na samolot do Porto jest bardzo mała, bo zwyczajowo potrzeba na to więcej niż 20 minut;

  • ponieważ bilet kupowałyśmy na stronie kiwi.com, Raynair nie ponosi odpowiedzialności za to, że po przesunięciu godziny lotu, nie zdążymy na kolejny samolot.

Kiwi.com też umyło ręce, już trzy miesiące wcześniej informowało o zmianie godziny odlotu i proponowało inne połączenia. To, że Ańćka nie zaglądała do spamu i dowiedziałyśmy się o wszystkim w dniu odlotu nie było ich winą.

Zaproponowano nam inne połączenia, ceny były dość porażające, na szczęście synek w dalekiej Azji znalazł wylatujący następnego dnia o świcie samolot z Brukseli do Porto za jedyne 70$ od osoby.

W samolocie do Brukseli pomyślałam sobie, że nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i już widziałam siebie spacerującą uliczkami Gandawy. Po przylocie znalazłyśmy się w niewielkiej hali lotniska Charleroi, gdzie właśnie w drugim rogu rozpoczęto boarding samolotu do Porto. Stanęłyśmy na końcu kolejki, Ańćka podeszła do pracownika obsługi, opowiedziała mu o naszej sytuacji i ten wypisał nam "modern boarding card":

 

Z tym, że byłam już tak przywiązana do spacerowania uliczkami Gandawy, że nie do końca wiedziałam czy się z tego cieszyć.

Następną wpadkę zaliczyłyśmy po trzech dniach. Ten dzień w Porto spędziłyśmy nad Atlantykiem. Gdy wieczorem wróciłyśmy do miasta, wypoczęte i szczęśliwe na deptaku Rebeira raczyłyśmy się porto i do hostelu wróciłyśmy w bardzo dobrym humorze, bardzo późnym wieczorem. I jakież było nasz zdziwienie, kiedy okazało się, że w Porto zabukowałyśmy dwie noce, nie trzy, w hostelu nie ma wolnych pokoi i  jedyne w czym mogą nam pomóc do skierować nas do innego, znajdującego się daleko od centrum, hostelu.

I tak wylądowałyśmy w nocy, z walizkami na bruku. Tyle, że na tyle szybko udało nam się znaleźć inny pokój, że ilość wypitego wina nie pozwoliła nam w pełni uświadomić sobie, że mamy kłopot.

Następnego dnia. po zwiedzeniu Coimbry, poszłyśmy kupić bilety do Tomaru - marzył nam się dzień w klasztorze templariuszy, a  potem wieczorny przejazd do Lizbony. A tu brzdęk: okazało się, że z Coimbry do Tomaru jedzie jeden pociąg dziennie i to popołudniu. W Portugalii – czego wcześniej nie sprawdziłyśmy - trzeba ulokować się w dużym mieście i z niego „gwiaździście” zwiedzać okolicę.  Pomysł by skakać ruchami konika z miasta do miasta szachowego jest do zrealizowania jedynie samochodem.
Ponieważ nie udało nam się pojechać do Tomaru, tym bardziej zależało nam na zobaczeniu Sintry. Nauczone doświadczeniem, dzień przed zaplanowanym zwiedzaniem tego oddalonego o 30 kim od Lizbony miasteczka, poszłyśmy wieczorem dowiedzieć się o godziny odjazdów pociągów. Zamiast tego dowiedziałyśmy, że następnego dnia jest ogólnokrajowy strajk i żadnych pociągów nie będzie. W informacji turystycznej podano nam godziny odjazdów autobusów, gdy poszłyśmy sprawdzić z którego przystanku odchodzą nikt tam o takich autobusach nie słyszał, ale uznałyśmy, że kierowcy autobusów miejskich nie muszą mieć żadnej wiedzy o autobusach podmiejskich.
Jak łatwo można się domyśleć, rano okazało się, że żadnych autobusów do Sintry nie ma. Musiałyśmy wyglądać naprawdę żałośnie i kolejna, zaczepiona przez nas osoba, postanowiła nam pomóc. Był to młody, gorąco popierający strajk mężczyzna, który jednocześnie zapewnił, że wg niego należy minimalizować koszty jakie ponoszą zwykli ludzie w słusznej walce z okropnym rządem. Przedstawił się jako komunista, co zupełnie mnie nie zdziwiło ponieważ poza ujmującym uśmiechem, wyglądał jak rasowy hipster i trzymał w ręku Iphona. Okazało się, że strajk strajkiem ale z różnych lizbońskich dworców, zgodnie ze stworzonym tylko na ten dzień rozkładem, odchodzą pociągi do Sintry. Tyle że jest to informacja „dla wtajemniczonych”. I tak, dwie godziny później, ale wylądowaliśmy w tym cudownym, pełnym zabytków miasteczku.
 

Co zrobiło na mnie największe wrażenie:

Biblioteka Joachimów w Coimbrze. Klimat z Imienia Róży do n-tej potęgi
 

Podobno jedna z najpiękniejszych księgarni świata, Livraria Lello,  też zrobiła wrażenie, ale już nie takie

Średniowieczny miejski cmentarz w podziemiach kościoła Trzeciego Zakonu św. Franciszka.

W średniowieczu nie było miejskich cmentarzy, tylko prywatne i pod kościołem znajdował się jeden z nich. Idzie się po drewnianych włazach do grobów, na ścianach napisy nagrobne, widać że niejednokrotnie nadpisywano jedne na drugie, w jednym miejscu, przez szybę w podłodze można popatrzeć na stos kości.
 Luz i atmosfera, spacer uliczkami Rebeira do Porto, a potem picie wina w knajpach na brzegu Duarte.
 

Co mi się nie podobało:

Jedzenie

Mało urozmaicone i mało smaczne

Na obiad dwa rodzaje zup do wybory: jarzynowy krem, albo bardzo tłusta, oleista rybna zawiesina. Na drugie głównie smażone w oleju tłuste ryby (przede wszystkim dorsz, lub sardynki). Warzyw brak. W wersji dla turystów serwują surówki, które okazują się kilkoma listkami sałaty udekorowanymi tartą marchewką (w wersji bardziej wykwintnej z kawałkami pomidora).

Słodycze, w tym słynne ciastko „nata” są przeraźliwie słodkie i wcale nie aż tak smaczne. A z kawą też różnie bywa, kilka razy zamiast zamówionego  cappucino, dostałam latte, w wersji mleko o smaku kawy. 

 

Sztuczne kwiaty.

To że stroją nimi ołtarze to pikuś. Gorzej, że takie „wiązanki” leża pod pomnikami, czy nawet „rosną” w okiennych donicach.

Kolaże tradycji i nowoczesności

Kuły w oczy: np. nowoczesne organy w przepięknym kościele w klasztorze Hieronimitów

Albo śmieszyły, z tym że z lekkim smaczkiem irytacji, jak te urządzenie do zapalania wotywnych świeczek na odległość:


poniedziałek, 24 września 2018

Plan mam taki:

  • pomiędzy 8 a 12 października: podłoga na górze
  • pomiędzy 15 a 19 października: podłoga na dole, a może i drzwi?
  • 21 października zwiezienie rzeczy
  • potem malowanie
  • oświetlenie, koza

i mogę się sprowadzać

Wprawdzie Gabrysia jak obejrzała stan robót:


wyraziła wątpliwość, czy święta spędzę w domu. Ale ona jest małej wiary.

Schody mają już wszystkie barierki


W kuchni są płytki


W mojej łazience też

Rozpoczął się sezon spotkań. Gościem Filozofii w ogrodzie był Arkadiusz Stempin, historyk i politolog z Uniwersytetu we Fryburgu.

Było o tym, czy historia naprawdę się powtarza, czy zdąża do jakiegoś celu i czy da się w niej wykryć jakieś szczególne prawidłowości. Słowem, czy w dziejach tkwi jakaś logika i czy historiozofia jest możliwa.

Ciekawe.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

W tym tygodniu m.in. walczyłam z:

Kurierami

Dzwonię do nich rano, chce by towar był dostarczony dopiero następnego dnia  i dowiaduję się, że nie mogę ustalić terminu dostawy, bo towar nie został jeszcze wydany z magazynu. Dwie godziny później kurier jest pod domem. Dzwonię i  pytam dlaczego nikt nie uprzedził. Pani nie rozumie i tłumaczy mi, że po to by uniknąć takich sytuacji jest opcja zmiany  terminu dostawy. Nie jest w stanie zrozumieć, dlaczego tego nie zrobiłam.

PayPalem

Ja do nich, ze musiałam zrezygnować z Netflixa, bo nie opłacili mi abonamentu za wrzesień. A oni do mnie, że gdzie jest problem, przecież za  sierpień opłacili ...

OleOle

Nie mogłam opłacić zamówienia na ich stronie. Na infolinii nie wiedzieli dlaczego, trenowaliśmy różne rozwiązania, z mojego konta nie można było przejść na stronę płatności. Wszyscy bezradni. Nie tylko konsultanci, dział techniczny również. Ponieważ było u nich 200 zl taniej, się uparłam i na koniec sama wpadłam o co chodzi. Jak usunęłam w ustawieniach mojego konta, wygenerowany na podstawie poprzednich płatności "preferowany sposób zapłaty, poszło. Napisałam im, gdzie i jak maja błąd na stronie. A co zrobiło OleOle? Napisało opryskliwy list-instruktaż jak należy płacić przez Internet.

ZUS

Byłam u adwokata. Lekko nie będzie. Jeżeli jest szansa na wygranie z Zus-em to tylko w sądzie. Ale i tak wszystko zależy od tego, czy pracownikowi archiwum będzie się chciało poszukać. Bo papiery są. I to pewnie nie w jednym miejscu. Tyle, że najłatwiej powiedzieć że ich nie ma. 

Solid Security

Zakończyłam z nimi jedną wojnę - w końcu przesłali mi zestawienie obrotów na moim koncie. Ale kolejną naprawę wykonali nie w ramach gwarancji, co uznałam za hucpę 

Żona


Na ten film poszłam dla Glen Close. Oczekiwałam więcej niż dostałam. Amerykański pisarz dostaje Nobla  razem z żoną i synem jadą do Oslo na uroczystość wręczenia nagrody. Powoli odkrywamy kolejne rodzinne tajemnice, które coraz bardziej nie przystają do odgrywanej publicznie roli czcigodnego laureata.

Tyle, że jak na na amerykański film, wyjątkowo drewniane dialogi. I mało prawdopodobne, zupełnie do mnie nie przemawiające chłodne i godne zachowanie uczestników dramatu. Gdyby nie Glen Close, nie dał by się tego oglądać. 

 

Zama

Zamorska kolonia Portugalii. Urzędnik chce się zasłużyć i wrócić do kraju. Swój pobyt w kolonii traktuje jako dopust boży. Ale tak się składa, że na tym czekaniu mija mu życie.

Bardzo ładny fresk historyczny. Ale taki trochę film o niczym

Kamerdyner

Przepięknie sfilmowana opowieść o Kaszubach. Poza główną bohaterką, która drażniła mnie swoimi wyłupiastymi oczami - dla mnie wyglądało to tak, jakby nie mieściły się jej w oczodołach zbyt grube szkła kontaktowe, świetnie zagrane (Radwan, Gajos, Szyc, Olbrychski itd.).

Ale ... film  rozpoczyna się w 1900 roku i kończy w 1945. I ten moment, w którym ten film się urywa podważa całą jego wiarygodność i robi się z tego piękna bajka na 100-lecie niepodległości. Dopiero pokazanie tego, co doświadczyli Kaszubi po wojnie dopełniło by opowieść. 

niedziela, 16 września 2018
Moje walki

ZUS

Dostałam w pismo z Sądu, z Wydziału Ubezpieczeń Społecznych. Okazało się, że Sąd wysyłał polecone, o których nic nie wiedziałam bo poczta w Brwi rzadko kiedy powiadamia o przesyłkach.  I ponieważ się nie zgłosiłam, Sąd wydał wyrok beze mnie. We wszystkim przyznał rację Zus-owi, który jedno Rp-7 uznał za kopię i za trzy lata policzył emeryturę od pensji minimalnej, a tam gdzie miałam tylko świadectwa pracy, bo zakład pracy już nie istnieje, uznał, że nie pracowałam.

Wynajęłam adwokata, ale niewykluczone, że zostanę ze swoją racją. Bo skoro sąd nie widział nic zdrożnego w tym, że ZUS uznał z Rp-7 za trochę oryginał (bo zgodził się, że pracowałam), ale nie końca (nie uznano podanych zarobków) to wszystkie chwyty są dozwolone. 

 Rehabilitant pokazuje swoje niezadowolenie

Moja mama, która za chwilę skończy 84 lata, poszła na rehabilitację i została pobita przez pracownika przychodni. Namówiłam ją by złożyła skargę: 

I dostała odpowiedź.


Znam moja mamę na tyle, by wiedzieć, że to co o czym napisali, nie miało miejsca. Ale nie to mnie poraziło.  Jak się uważnie w to pismo wczytać widać, że wg. nich ponieważ mama się źle zachowywała, mieli prawo wyrazić swoje niezadowolenie.  

 Remont

Miało już być pięknie.

3 października miały przyjechać deski, a razem z nimi pan, który ma je kłaść na górze (potrzebuje na to, trzy dni). 8 października miał przyjść pan po to, by przez trzy dni położyć na dole panele. Chwilę później Michał miał zacząć wstawiać meble i pomagać w rozkładaniu rzeczy … Skoro byłyby już podłogi mogłabym przestać opłacać przechowywanie rzeczy … Po zrobieniu podłóg na górze zawołałabym pana od szklanej szyby … Po położeniu paneli przyszedłby pan od kozy …

Tymczasem okazało się, że aby można było położyć panele, trzeba włączyć tryb grzania podłogi. Następnie wszyscy musimy uzbroić się w cierpliwość bo a moim piecu ten program skończy się dopiero po trzech tygodniach.  Wprawdzie nic nie stało na przeszkodzie, by już w sierpniu uruchomić program suszenia podłogi, ale ja nie wiedziałam o tym, że jest to konieczne!

Niezależnie od tego, od ponad dwóch tygodni prosiłam by przyjechał hydraulik i wyjął kocioł, tak by można było zrobić w kotłowni podłogę. Ale hydraulik jest w Mińsku Mazowieckim i na razie w okolicy "nie bywał". 

Dopiero jak powiedziałam, że skoro tak to jednak policzę kary umowne za przeciągający się remont, hydraulik "znalazł" się w przeciągu kilku godzin. 

To nie jedyny mój sukces. Poradziłam sobie z zadaniem z  rodzaju "kwadratury koła: jaki brodzik o wymiarach 100 x 80 do waszej łazienki mam kupić którego wysokość (syfon + to co wystaje nad podłogę) ma mieć max 10 cm jeżeli najcieńszy brodzik dostępny na rynku ma wysokość 11 cm? w pewnym momencie byłam już tak zdeterminowana, że mówiłam, że cena nie gra roli, tylko niech ma te 10 cm A na koniec chyba znalazłam rozwiązanie: podobno syfon McAlpina 2730 LCPN-PB (6,5 cm) można spasować z górą brodzika SanPlastu B-M 645-290-0330 (3 cm) Jeszcze tylko mój wykonawca ma to potwierdzić

Pomijając to,  wszystkie terminy wzięły w łeb i będę musiała opłacić kolejny miesiąc przechowywania rzeczy

 Solid Security

23 sierpnia złożyłam reklamację, w której poprosiłam o przesłanie mi obrotów na koncie od stycznia tego roku. Od tego czasu kilka razy rozmawiałam przez telefon, dostałam maile z fakturami korygującymi ... Ale doprosić się tego wykazu nie mogę. Są mili, grzeczni, ale tak jakby nie rozumieli o co proszę.  

 Netflix

Netflix skasował możliwość opłacania abonamentu bezpośrednio z konta bankowego, zmuszając do korzystania z płatności PayPalem. Dziwię się im, bo powoli klienci będą się im wykruszać. Nie znam bardziej zawodnego sposobu płatności. W sumie nie zdziwiło mnie to, że mimo mimo wielokrotnych prób, Netflix nie otrzymał zapłaty. Nie podoba mi się to, że to PayPal, a nie ja zadecydował o tym, co mam oglądać: płatność za HBO GO "przeszła". Ale co robić, kopać się z koniem? Skasowałam konto. Zatęsknię  jak będzie kolejny sezon Królowej.  

Po tym wszystkim uznałam, że należy mi się reset:

Udało mi się skończyć pierwsze robótki w tym roku:

Poszłam na grzyby i nawet jednego przyniosłam:

A od jutra kolejny tydzień i kolejne walki ...

niedziela, 09 września 2018

W Brwi nareszcie pojawiły się schody

18081003

No i krużganki brwinowskie. Mam spore zastrzeżenia do ich wykończenia, będę reklamować, ale są!

18081002

Ogród zniszczony, nie tylko remontem, również i suszą. Najbardziej zielony jest w nim bukszpan - mojemu koledze zżarła bukszpan ćma bukszpanowa, mój jeszcze nie został zaatakowany. Ale papuga aleksandretta w Brwi już jest, na zdjęciu na orzechu Łady.

180810011

Kolejne Szarotki. Patrząc na mój tegorocznym "udzierg" mogę się jedynie załamać. I to nawet nie patrząc na niedostępne dla mnie szczyty, czyli hafty Łady.


Może rzeczywiście powinnam się z sobą umówić, że będę poświęcać na to godzinę dziennie? 

Pean na cześć diety pudełkowej

 Do napisania tego peanu, skłonił mnie krytyczny komentarz Milagros, która oceniła pudełka od strony kosztów "materiału". 

Patrząc od tej strony, rzeczywiście przebicie jest spore. Średnia cena pudełka to 50-60 zł (na Grouponie 10 zł mniej). Tymczasem składniki to mniej niż 10 zł, do tego trzeba doliczyć robociznę + dowóz.

Czyli bezdyskusyjnie w domu samemu można taniej.

Ale czy rzeczywiście?

Przede wszystkim takiej różnorodności – a w przypadku diety, jest to podstawa - w domu (zwłaszcza singla) zapewnić się nie da. Nawet jeżeli kupi się ladę chłodniczą (standardowe trzy szuflady nie wystarczą) i będzie się do niej odkładać niewykorzystane składniki, czy ponad nadmiarowe porcje.

A łasuchowanie? Ci co nie mają tego problemu, zazwyczaj nie potrzebują i diety. Jak wykorzystać do przepisu trzy orzechy, nie zjadając tego samego dnia pozostałych orzechów z paczki? Jedyne dostępne dla mnie rozwiązanie, to nie kupowanie przykładowych orzechów (co jest równoznaczne z brakiem różnorodności …)

Po drugie odbierając z wycieraczki jedzenie na cały dzień, przestaje się myśleć o zakupach, gotowaniu, zawartości lodówki. A to, że kupujemy więcej niż nam jest potrzeba, a potem skoro „już to kupiliśmy” to to pochłaniamy, jest powszechnym zachowaniem. Ja przynajmniej tak miałam, zwłaszcza jak kupiłam coś „dobrego”.

Po trzecie – i chyba najważniejsze – mało kto pracując ma czas na zdrowe żywienie. Zazwyczaj oszczędzając czas, albo jemy za dużo mięsa (bo najszybciej się je przyrządza), albo tzw. żywność przetworzoną. Alternatywą jest jedzenie na mieście, co z kolei jest dość masakryczne cenowo.

Nie zdawałam też sobie sprawy, do jakiego stopnia tak szybko pojawiają się pierwsze oznaki zmiany nawyków żywieniowych. Coś mi się poprzestawiało w głowie i nie ciągnie mnie do słodyczy, spokojnie przechodzę koło witryn z lodami. W pierwszy "wolny weekend (nie mam wtedy pudełek), kupiłam połowę tego co kiedyś, a i tak sporo zamroziłam, bo uznałam, że tego nie przejem.

Całe te moje dietowanie to element przygotowań do wejścia na „ostatnią prostą”. Polisy na zdrowie nie kupię, bo takich nie ma, ale mogę przynajmniej zwiększyć prawdopodobieństwo zachowania sprawności na starość. A nie ukrywam, że chciałabym jak najdłużej być sprawnym hipsterem 60+.  

Znając siebie, łatwiej mi przyjdzie utrzymać dietę, niż chodzić trzy razy w tygodniu na jogę/basen. Chociaż na razie z tym ostatnim postanowieniem, też się twardo trzymam. 

 

Skorzystałam z zaproszenia na fejsie i poszłam na bezpłatną wizytę do trychologa w Hair Medica.

Pani, która mnie przyjmowała miała tak napompowane i pomalowane usta, że trudno mi było słuchać tego co mówi – wymagało to patrzenia jej prosto w oczy, a ja zamiast oczu widziałam monstrualne usta.

Poza tym, mimo najszczerszych chęci nie dałam sobie wmówić, że starzenie da się powstrzymać mezoterapią igłową.

Znam reguły gry, więc się  nie zdziwiłam, gdy po bezpłatnej wizycie zaproponowano mi odżywkę za 250 zł i peeling do skóry głowy za 240 zł. Ale nie żałuję, ze poszłam. Zobaczyłam skórę swojej głowy w mega powiększeniu i zostałam przekonana, że co jakiś czas należy ją peelingować: pozostałości odżywek tworzą na niej coś w postaci niewidocznej gołym okiem, skutecznie zalepiającej cebulki, rafy koralowej.

Więc po wyjściu z Hair Medica  poszłam do Super Pharmy:


Kupiłam też Sufrin - podobno w moim wieku włosom potrzeba właśnie tej bio-siarki.


Z pamiętnika wk ... konsumentki

Dostałam od lekarza Lux-med skierowanie na rtg kręgosłupa. Skierowanie jest widoczne na portalu pacjenta i na tej podstawie można sobie na nim zarezerwować termin badania. Dzień przed badaniem coś mnie tknęło, zadzwoniłam na infolinię i zaytałam, czy mnie też obowiązuje konieczność posiadania papierowego skierowania (swoje włożyłam do książki, którą oddałam Bojarowi). I okazało się, że jak najbardziej! Wymusza to rozporządzenie Ministra Zdrowia. I tak: kierownik jednej przychodni Lux-medu musiał się wejść na moje konto i na tej podstawie wystawić duplikat skierowania. Ja z kole musiałam pójść do tej przychodni, odebrać skierowanie, tylko o to by pokazać je w drugiej przychodni Lux-medu. Czy ktoś tu chociaż czasami myśli?

 

Nie dotarłam jeszcze na wieczorki kryminalne w Worku Kości. Na razie "zaliczam" tam koncerty. Tym razem posłuchałam folkowego zespołu z Białorusi, Vuraj!

18081004

Ze wszystkim mi się ta muzyka kojarzyła, tylko nie z białoruskim folkiem. Ale miło się słuchało. Tylko wino w tym Worku Kości drogie - 16 zł/kieliszek (dieta zezwala na to, by od czasu do czasu umilić sobie wieczór jednym kieliszkiem, tyle że białego, a ja zdecydowanie wolę czerwone).

 dobry film

Lato


 

Dla koneserów. Czarno-biały. Nostalgiczny. 

Leningrad, początek lat 80-tych. O początkach kariery, późniejszej wielkiej gwiazdy rosyjskiego punka Wiktora Coja (jak dla mnie balladzisty, ale niech im będzie). W stawianiu pierwszych kroków pomaga mu lider leningradzkiego undergroundu muzycznego lat 80 - Majk Naumienko.

Paradokumentalny zapis życia młodych muzyków rockowych, którzy w oparciu o strzępki informacji z mitycznego "Zachodu" rozpaczliwie próbują być na czasie. Dla tamtych co pamiętają tamte czasy wzruszający.

I tylko nie wiadomo, jaki by był ostateczny kształt tego filmu, gdyby Putin nie wsadził reżysera, Kiryłła Sieriebriennikowa do więzienia. Pewnie dużo lepszy. 

 

McQueen


 

Rozczarował mnie ten film. Równie dobrze można go obejrzeć na ekranie TV. W kinie można było wyeksponować bajeczność jego pokazów, tymczasem są z nich tylko migawki, gdy trwa chwilę dłużej, stanowi tylko tło dla gadającej głowy. Niewiele też dowiadujemy się o samym McQueenie - po obejrzeniu dwugodzinnego dokumentu nie wiem, co spowodowało, że tak szybko zaistniał na rynku mody. O nim jako człowieku dowiedziałam się jedynie, że był trudny i skomplikowany wewnętrznie.

Ale najbardziej było mi brak tych pokazów.

Byłam na jeszcze jednym dokumencie. Z cyklu malarstwo na ekranie, tym razem o Hokusai.

Ten obraz znam, ale bardziej jako pop-ikonę, niż dzieło wielkiego malarza.

Film zamalował sporą białą plamę w mojej głowie.

Bardzo ciekawa postać. Że też ja nic o nim nie wiedziałam.

Ze swoją filozofią, czyli im człowiek starszy, tym lepszy powinien stać się symbolem pokolenia powojennego wyżu.  

poniedziałek, 03 września 2018

Po wakacjach z wnukiem i zderzeniu z remontem, padłam na odcinek lędźwiowy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Okazało się, że nie mogę pływać żabką - nigdy nie lubiłam, ale czułam, że dla zdrowia powinnam. A teraz bez najmniejszego poczucia winy, jeno bicze wodne. Zdecydowanie taka wersja basenu bardziej mi się podoba.

Najważniejszy realizowany przeze mnie teraz projekt to nie kręgosłup, a dieta - nie przypominam sobie bym z taką konsekwencją, tak długo dietowała. Za mną 5 dni 800 kcal diety Dąbrowskiej, 2 dni po 1200 kcal i 3 dni 1200 kcal. I to nie koniec. Chwilowo tak mi się poprzestawiało w głowie, że nawet jak mam okazję, zamiast łasuchować, sięgam po kolejne pudełko. A dużo w nich nie ma. Pod tym względem łatwiej jest na diecie Dąbrowskiej jeść same warzywa niż skubać okruszki, a do tego sprowadza się dieta 1200 kcal. 

Plan mam taki, by raz zdobytej wagi nie oddać.


Ułożyłam  autorski plan: pięć dni w tygodniu 1200-1400 kcal. Jeden dzień warzywnego postu. Jeden dzień ok. 2000 kcal. W tym ostatnim dniu jest miejsce na ser pleśniowy czy nawet bezę w Nero. Kupiłam też mini piekarnik i w weekendy, kiedy nie przywożą mi pudełek, mam zamiar pichcić. 

Z tym, że zdecydowanie wolę dni robocze i pudełka. Przede wszystkim łatwo o kaloryczny rygor, bo ktoś "myśli" za nas. Ponadto, w warunkach domowych nie ma też szans na aż taką różnorodność posiłków. A jak się policzy czas potrzebny by to kupić, zrobić i posprzątać, gaz prąd i inne tego typu koszty, to nie jest to aż tak drogie, jak się na starcie wydaje. Ale tanie, nawet z Grouponem,  też nie jest. 

Remont powoli (zdecydowanie za wolno) wchodzi w fazę wykończenia.  Dom nabiera kolorów: 

Najbardziej zniszczone sztachety poszły do wymiany: 

Pozostałe też nie były zdrowe i miały podgniłe stopki, wszystko przez to, że przylegając do kamiennej podmurówki, nie były wcześniej odpowiednio zabezpieczone, Wpadłam na pomysł by je "podciąć".

W domu, na podłodze w kuchni i wiatrołapie pojawiły się już płytki. Producent to nie żaden no name: Tubądzin, a różnice pomiędzy płytkami dochodziły 3 mm. Może rzeczywiście rzucają do supermarketów mniej uważnie sprawdzane partie? 

Płytki pod kuchenne szafki wybrałam mało oryginalne, wszyscy teraz takie kładą takie mozaiki. Poza urodą, są praktyczne - nie będzie na nich  widać kuchennych brudów. Mają mieć zeszlifowane boki, by fug nie było widać. 

Przez chwilę, przez błąd na Ceneo nakręciłam się na płytę "gaz pod szkłem". W takiej płycie, palniki gazowe znajdują się pod szkłem, dzięki czemu czyści się ją jak indukcyjną. Ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Jest tylko jeden producent takich płyt i dyktuje bandyckie ceny. Wróciłam więc na ziemię i dalej będę skazana na czyszczenie palników.

Schody zostały wreszcie pomalowane i czekają już tylko na skręcenie.

Bardzo jestem ciekawa jak wypadną krużganki brwinowskie nad jadalnią i kuchnią.


Wszystko do łazienki i kuchni już przyjechało. O dostawcach mogłabym długo opowiadać, to oni ustalają reguły gry, odbiorca nie ma tu zbyt wiele do gadania. 

Dostawa kabiny prysznicowej. Ma ją dostarczyć firma Dascher. Rano dostaję mail:

Szanowni Państwo, przesyłka od nadawcy RADAWAY SP. Z O.O. będzie dostarczona do Państwa w dniu dzisiejszym. Proszę upewnić się, że mogą Państwo odebrać przesyłkę. Dziękujemy. Zespół DACHSER.

Na sms nie można odpowiedzieć, jest wysłany jest z kompa i taki numer nie istnieje. A jak dla mnie był wieloznaczny. Bo czy przywiozą, jak nie potwierdzę?

Nerwowo zaczęłam wydzwaniać pod kolejne telefony na stronie www.

W końcu udało się. Dodzwoniłam się do przemiłej dziewczyny, która wytłumaczyła mi, że oni wiedzą że te sms wprowadzają klientów w błąd, ale dopiero pracują nad systemem. Pytam, czy do nie mogliby przynajmniej zmienić treści wysyłanego przez robota sms-a. A ona na to, że to nie jest takie proste.

Człowiek, który zabił Don Kichota


Ciekawe, jaki byłby ten film, gdyby udało się go nakręcić 18 lat temu, gdy Terry Gilliam po raz pierwszy przystępował do jego nakręcenia.  Jeszcze nie obejrzałam dostępnego w sieci dokumentu Zagubiony w La Manczy o trwających wiele lat staraniach by wznowić produkcje tego filmu, po tym jak zaraz po ropoczeciu została przerwana. Może wtedy, te kilkanaście lat temu, mając przed sobą "dłuższą" perspektywę Gilliam nie usiłowałby wpakować w ten film "wszystko i jeszcze trochę". 

Bo w filmie, który ostatecznie ujrzał światło dzienne tak dużo się dzieje, że momentami trudno nadążyć. A szkoda, bo dialogi, niektóre sceny warte są kontemplacji. Pewnie mają i drugie do, ale przy tak zawrotnym tempie, nie byłam w stanie nawet części tego wyłapać.  

dobry serial

Rozczarowani

Pełna świetnych dialogów opowieść o przygodach zbuntowanej księżniczki i jej dwóch przyjaciół: elfa i demona. Penie sa lepsze kreskówki, ale i tę fajnie się ogląda. 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Mam taką refleksję. Dawniej, tj. przed pamiętną jesienią, aspirowaliśmy do "Europy". Usługodawcy, biura obsługi klienta, byli mili i starali się być profesjonalni. Oczywiście z tym ostatnim bardzo różnie bywało, ale było do kogo, a przede wszystkim do czego, się odwoływać, reklamować itp. Ale to już było. Jeżeli chodzi o obsługę, cofamy się w czasie. Bronią się jeszcze trochę małe prywatne firmy.

Zapisałam się na fejsie do bardzo fajnej grupy Wyzwanie: urządzam swoje mieszkanie. Można tam sobie poczytać o różnych ciekawych sprawach. Do działania skłoniła mnie dyskusja że rachunki prognozowane za prąd są wyższe od tych płaconych z dołu, bo przy rozliczaniu "przepadają" wszystkie opłaty dystrybucyjne.

Wielu dostawców prądu bezpłatnie udostępnia comiesięczne powiadamianie o realnym zużyciu prądu. Ale nie PGIGE, a to to przedsiębiorstwo dystrubuuje prąd w Brwi (mogę zmienić sprzedawcę, dystrybutora prądu nie). PGIGE za bierze za to 5 zł o licznik, mam dwa to bym płaciła 10 zł miesięcznie. W teorii to opłata za pracę inkasenta. Tyle, że ponieważ licznik jest przy domu, inkasent nie zostawia jedynie karteczkę przypominającą o konieczności podania stanu licznika. I tak jako klient PGIGE mam dwa wyjścia, albo płacić wyższe "prognozowane" faktury, albo 10 zł haracz.

Słowem: Adamie wybierz sobie Ewę. 

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wakacje z wnukiem już za mną i pomysłów powakacyjnych mam cały wór. 

Na początek zamówiłam dietę pudełkową - poszłam po bandzie i wybrałam dietę dr. Dąbrowskiej.

Czuję się paskudnie. Myślę, że nie tyle z powodu tej diety ile z powodu odstawienia teiny. Według mnie jestem na normalnym detoxie. W dodatku połamały mnie korzonki. I teraz cierpię, bo na tej diecie nie mogę leków. Na razie się trzymam.

Wracając do wakacji z wnukiem. Na koniec pojechaliśmy na południe. Gdy pociąg stanął w w polu, dopiero po chwili zorientowałam się, że to słynna stacja Włoszczowa.


W Krakowie zupełnie przez przypadek trafiłam na Kazimierzu na fantastyczny hotel: The Secret Garden Hostel

Pokoje pomalowane na pastelowe kolory (każdy inaczej), przytulne pełne poduch i obrazów korytarze, uroczy ogródek przed hotelem.  

Wcześniej idąc przez Planty, wnuk wyhaczył na gablotach niepodległościowych zdjęcia ludzi wiszących na szubienicy i zaczął mnie wypytywać dlaczego, kto itp. Zrobiło to na nim wrażenie. Kilka dni wcześniej na Zamku w Olsztynie widział Wyliczankę Dwurnika. Ale o ile o obrazie łatwo było mówić, o tych zdjęciach nie. Świat zwariował. Kraków pożegnaliśmy idąc na wystawę Historyland - interaktywne, zbudowane z klocków Lego makiety, opowiadające dzieciom o  najważniejszych wydarzeniach z historii Polski. I tak obok makiet najważniejszych krakowskich budowli, makieta Jasnej Góry, Biskupin (polski?), fajnie pokazana bitwa od Grunwaldem


bitwa pod Oliwą, obrona Westerplatte, bitwa pod Monte Cassino - tu uznałam, ze zrobienie z Lego makiety cmentarza, to jednak hardcore.


Na koniec stocznia Gdańska. Jeszcze ze zdjęciem LW.

Podkład tekstowy mocno "dyskusyjny", na szczęście mój wnuk nawet nie próbował zrozumieć. Niedawno czytałam, ze jakaś kobieta porównała obecne współczesne nagłówki gazet z tymi z lat 30-tych. I wyszło jej, że są zaskakująco do siebie podobne. Na tej wystawie miałam wrażenie, że jakbym wzięła do ręki Płomyczek mojej mamy z 1938 roku, też bym znalazła zadziwiająco dużo analogii.

Wawel wnuka nie powalił, chyba inaczej go sobie wyobrażał. W dodatku - czego on już nie zarejestrował - nie mają żadnego pomysłu na turystów. Założenie że zbiory się same obronią jest moim zdaniem błędne, a widoczne na każdym kroku zarządzanie przez chaos, nie ma prawa się dobrze skończyć.

Ale zdobył Wawel i to jest najważniejsze.

Przynajmniej podobała mu się Wieliczka.

Mnie mniej. Też nie mają pomysłu. Nie wzruszają mnie patriotyczno-religijne rzeźby. JPII już jest, ciekawe kiedy LK. Te nowe ostro kontrastują ze starymi, np. z przestrzenną, przedwojenną płaskorzeźbą Ostatniej wieczerzy. 

Do zobaczenia w zaświatach

Wyjątkowo nieudany film

Podobno Do zobaczenia w zaświatach to bardzo dobra książka. Ale pomysł by dużą, wielowątkową powieść "upchać" w dwugodzinny film był trudny do realizacji i reżyser tego nie uniósł.

Francja po pierwszej wojnie światowej. Dwójka żołnierzy, jeden z nich to inwalida wojenny, stara się znaleźć swoje miejsce w powojennym świecie i wpadają na pomysł "złotego" interesu. Dodatkowo motywuje ich możliwość zniszczenia ich dawnego, znienawidzonego dowódcy.

W tym filmie za dużo jest wszystkiego, za wyjątkiem zakończenia. Jest tak beznadziejnie melodramatyczne, że mogłoby go nie być.

W ramach pieniaczenia

W Carefourze na Dworcu Zachodnim przy kasie leżało takie coś:

Zapytałam, czy to oznacza, że Carefour nie tylko opowiedział się po jednej ze stron w warszawskiej kampanii, ale również rozprowadzą tę gadzinówkę? Pani się speszyła, szybko zabrała gazetkę i powiedziała, że to ktoś bez jej wiedzy zostawił.

Może i tak było.

piątek, 24 sierpnia 2018
Przeczytane

Komeda Magdalena Grzebałkowska



To nie jest najlepsza książka Grzebałkowskiej.
Trudno winić Grzebałkowską o to, że nie dotarła to zbyt wielu materiałów o Komedzie. Był mrukiem, nie udzielał wywiadów, nie pisał pamiętników. To co o nim wiemy, opiera się głównie na wspomnieniach innych. A te są od dawna znane.
Z kolei nie przemówił do mnie pomysł zapełnienia tej pustki opisem miejsc, utworów i składów zespołów. Z wywiadów z Grzebałkowską wynikała, że sprawiło jej dużo frajdy odkrycie wielu archiwalnych materiałów, dzięki niektórym z nich mogła wypełnić białe plamy historii polskiego jazzu. Mogę słuchać jazzu, ale jego historia mało mnie interesuje.
Słowem dobrze jest to napisane, ale niczego nowego o Komedzie się nie dowiedziałam.


Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem Małgorzata Czyńska  



Bardzo ciekawa opowieść o życiu uczuciowym Witkacego. Bo o ile historia jego małżeństwa i ostatniej kochanki jest dobrze znana, o innych wiemy mniej.
Jak ktoś lubi „plotkarskie’ klimaty polecam.
Warto też zobaczyć zamieszczone w książce zdjęcia jego kobiet – Witkacy był zapalonym fotografem. Ale i na tym polu nie postępował szablonowo i robiąc zdjęcia swoim aktualnym miłością, nie dbał by „dobrze” na nich wyszły.


Człowiek o twardym karku Dariusz Rosiak




Książka z gatunku tych, w których cały czas jak się je czyta,  ma się wrażenie że autor dzieli się z czytelnikiem jedynie ułamkiem swoich przemyśleń.
Historia uratowanego przez polską rodzinę żydowskiego chłopca, Romualda Waszkinela, który o tym że jest Żydem, Jakubem Wekslerem,  dowiedział się w wieku 35 lat. Historia byłaby podobna do wielu innych, gdyby nie to, że  Romuald Waszkinel jest katolickim księdzem. I został nim jako Jakub Romuald Weksler Waszkinel.
Dalsze swoje życie poświęcił próbie połączenia judaizmu z katolicyzmem. Dobrze się nie skończyło. Ani na poziomie zawodowym, ani towarzyskim. Przy czym wiele z jego porażek wynikało nie tylko z samej straceńczej misji ale i z bardzo trudnego charakteru.
Z tym, że są i tacy, którzy kiedyś uważali go za przewrażliwionego, a dziś przyznają mu rację.

Jedziemy autobusem na cmentarz żydowski, a ksiądz Waszkinel cały roztrzęsiony. „Antysemici – mruczy pod nosem – wszędzie antysemici…”. „Gdzie antysemici, proszę księdza, jacy antysemici?”. „Napisy na murach, zobacz, na murach wszędzie napisy. »Jude raus!« i inne takie”. Jedziemy tym samym autobusem, ja siedzę obok niego i nie widzę żadnych napisów. Myślę sobie: „Odjechał kompletnie”. Ale wie pan co? Miał rację. Napisy były. Nie zauważyłem ich. My nie zauważamy, on zauważa. Ja nie zauważam, bo mnie nie dotyczą. Mnie się fajnie jedzie, a on widzi tysiąc zagrożeń w jednej chwili. I u niego to było postępujące. Można by mu pewnie mówić: „Zwariowałeś, stary, wyluzuj, wpadasz w obsesję, jakaś mania cię ogarnia”, ale nie o to chodzi. Te napisy to jest jego prawda. Moja prawda jest taka, że na tych murach żadnych napisów nie było.– No, ale jak w końcu: były czy ich nie było?- Były. Jeździłem potem tą trasą i widziałem antysemickie napisy na murach. Ale on nie umiał zamknąć oczu tak jak my.

Dziennik córki Francois Mitteranda. Mały dobry żołnierzyk Mazarine Pingeot





Mazarine Pingeot to nieślubna córka Francois Mitteranda.
Dorastała w czasach, gdy nawet ci którzy wiedzieli o tym, że małżeństwo prezydenta to fikcja i na co dzień żyje z inną kobietą, niż z tą z którą występuje na czerwonym dywanie, milczeli.
Świat dowiedział się o niej dopiero, gdy miał 19 lat.
Przedtem wiedzieli tylko nieliczni:

Matka zwycięża dzięki swemu uporowi i uzasadnionej wściekłości. A jak było z dziadkiem? Tego nie wiecie. (Zauważcie, że trzeba będzie o to zapytać matkę). Kiedy A., przyjaciel, o którym mowa, wchodzi do ogrodu, trafia na ojca, chodzącego tam i z powrotem z rękami założonymi do tyłu. Jak tam? Parę banalnych słów dowodzących, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. I potem ojciec, w pułapce, rzuca: „Powinieneś wiedzieć, że mam córkę, którą ci zresztą przedstawię”. Otwiera drzwi pokoju, w którym bawicie się z kuzynami. A. odpowiada: „To nie córka. To całe przedszkole”.

Ojciec w jej wspomnieniach jest kimś wielkim. I trzeba przyznać, że taką miał śmierć:

Wasz ojciec stawił czoła wszystkim swoim lekarzom (i swym rodzinom), aby pojechać do Egiptu na tydzień przed śmiercią. Było to zagranie na nosie, którego nie zrozumieli. Jeśli czytają te zdania, będą wiedzieli, że dali się zrobić na szaro. Hotel Old Cataract, pokój z widokiem na Nil: kładł się na szezlongu, aby pożegnać się ze swym krajobrazem i być może przedstawić w królestwie sił ducha. Ciało go już częściowo opuściło, czego jedynym świadkiem była wasza matka, pielęgniarka w dzień i w nocy.

Wspomnienia z dzieciństwa, w tle kampania wyborcza Francois Hollande’a. Historia bajecznie ciekawa. Ale książka jest napisana źle. I chyba nie można zwalić całej winy na tłumacza. Denerwująca jest pisanie w trzeciej osobie, a tego tłumacz nie wymyślił.

niedziela, 19 sierpnia 2018

Przerwa od remontu. Pełny reset.


Dzięki Gumisiowi, który powiedział mi o tym miejscu spędziłam tydzień w Zakątku Mazurskim GIM.  Bardzo fajne miejsce. W pierwszej chwili miejsce nie rzuca na kolana, zwykłe zatopione w lesie domki.

Ale nie tylko dlatego, że cieszą oko takie dyskretne "znaki", jest to miejsce w którym można się dobrze poczuć. 

W lecie są nastawieni na rodziny z dziećmi, innych tam nie było. Sporo fajnych zajęć dla dzieci, dobrze wyposażone boiska place zabaw, siłownia itp. Nie miałam najmniejszego problemu czym zająć wnukowi czas. 

Tylko jeden dzień spędziliśmy poza ośrodkiem - poszliśmy do oddalonego o 5 km Parku rozrywki Bartbo. Mnie zaciekawił labirynt w kukurydzy. 

Na miejscu okazało się, park linowy, to jest coś co mój wnuk lubi najbardziej. Zero lęku wysokości. Tam gdzie nie dosięgał do karabińczyków szedł z instruktorem, ale o tym by zrezygnować, nie było nawet mowy.

Z tym, że nie ma róży bez kolców. Utyłam i to nie mało. Trzy posiłki dziennie w formie szwedzkiego stołu. Wybór porażał. Samo skosztowanie tego co najsmaczniejsze było równoznaczne z ostrym przekroczeniem dziennej normy kalorii. I tak przez tydzień, dzień w dzień ...
Przed nami zwiedzanie Krakowa i Wieliczki. Na razie "zaliczyliśmy zamek w Olsztynie".

Zanim wyjechałam, byłam na wernisażu.

Poszłam, bo kuratorem wystawy jest Tess. Zaskoczyła mnie liczba osób. Może nie tłum, ale naprawdę sporo ludzi. Zdjęcia z lat 60-tych i sprzed kilku lat. Te pierwsze zrobiły na mnie spore wrażenie, te współczesne już nie.

Z jednym wyjątkiem:

Ale to też pewnie i dlatego, że przypomniał mi się pogrzeb Zosi.  I wiem jakie to robi wrażenie w realu.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Na konsumenckim polu odniosłam dwa zwycięstwa. 

W jednym przypadku o mały włos otarłam się o przegraną. Zapomniałam, że w sklepach naziemnych, jeżeli sami z własnej woli nie podarują klientom takiej możliwości, nie przysługuje prawo do zwrotu towarów. A ja kupiłam szczoteczkę do zębów Panasonica, która miała ładowarkę nie sygnalizującą stanu "naładowania". Zorientowałam się o tym po powrocie do domu i jak jeszcze przeczytałam, że jeżeli sprzęt będzie właściwie użytkowany ładowarka "powinna" wystarczyć na trzy lata". poczułam do tej szczoteczki autentyczna wrogość. Na moje szczęście jej nie rozpakowałam i w drodze wyjątku uznano moją reklamację.  

W drugim przypadku, wieczorem napisałam taki mail:  


W tym tygodniu dostałam dwie faktury (mam w Orange komórkę, telefon stacjonarny, Neostradę i kartę). Ale wcześniej ktoś  udzielając przez telefon nie do końca prawdziwych informacji namówił mnie na taryfę Love. Gdy zorientowałam się, że dałam się oszukać i że nie o wszystkim zostałam poinformowana, skorzystałam z prawa do odstąpienia od warunków umowy. Wszystko miało wrócić do poprzedniego stanu, uspokoił mnie powrót Spotify i w tym błogim - i jak się okazało błędnym przeświadczeniu - trwałam do momentu otrzymania faktur. Za lipiec za komórkę policzono mi dwa razy: w fakturze Love i w fakturze za komórkę, ale to podobno zostanie skorygowane w następnej fakturze. Reklamuję, że niejako za karę za to, że nie dałam się skutecznie oszukać przez kogoś kto działał w imieniu firmy Orange i zdążyłam w porę odstąpić od umowy Love, przywrócono mi wprawdzie wszystkie usługi, ale pozbawiano przypisanych do umowy promocji. Ten manewr pozwolił na istotne podwyższenie wysokości abonamentu (o 50%). Na infolinii dowiedziałam się, że to dlatego, że dziś już tych promocji nie ma. Nie przemawia do mnie ta argumentacja:  w moim przypadku nie chodzi o zawarcie nowej umowy, tylko o kontynuowanie starej. W obecnych abonamentach nie ma też Spotify. Podwyższenie abonamentu jest jednostronną zmianą przez Orange zawartej na jesieni 2016 roku umowy. I dzieje się to miesiąc po tym, gdy na własnej skórze przekonałam się, że wielka firma telekomunikacyjna naciąga na usługi w stylu, który do tej pory kojarzył mi się ze sprzedawcami "cudownych garnków". Bardzo podważa to wizerunek firmy. Czy naprawdę za 100 zł, bo tyle więcej zarobi na mnie Orange do listopada 2018 roku, warto tracić wieloletniego klienta.

I z samego rana dostałam sms, że uznali moją reklamację!


A z ciekawostek. Mój synek zrobił właśnie azjatyckie prawo jazdy. Dał zdjęcie od paszportu i został, bez swojej wiedzy, "odpowiednio ubrany".




niedziela, 05 sierpnia 2018

Dzięki popołudniu z Bojarem w końcu skończyłam osiołkować i wybrałam płytki na podłogę do kuchni i wiatrołapu. 
A stało się to tak:
Pojechaliśmy do sklepu, gdzie są te drzwi co to je będę miała, położyłam obok nich wybraną przez Joluśkę podłogę i poprosiłam Bojara by się dokładnie przyjrzał i zapamiętał kolor.
Następnie pojechaliśmy do Leroy-Merlin i Bojar wybrał podłogowy gres. Ten szary kwadracik na zdjęciu to kolor blatu z korianu, jaki będę miała w kuchni. A te szaro-beżowe maziaki, to płytki w kuchni.Trochę to mdłe, ale do tego dojdą ciemne schody i w takim samym kolorze belki sufitowe.



Plan miałam taki, by wybrane w Leroy Merlin płytki kupić w necie. Ale gdy wieczorem weszłam na stronę sklepu zobaczyłam, że wybrana przez Bojara płytka ma zupełnie inny kolor. 
Pojechałam do Leroy Merlin w Arkadii, ale tam tej płytki nie było i musiałam znów jechać do Ursusa by upewnić się, że nie zaszła żadna pomyłka. 




Był to ostatni zakup w tej serii - mam już cała armaturę i wszystkie płytki. Niedługo kolejne zakupy: oświetlenie. Ale to już nie będą schody, raczej schodki.

Cały czas dopisuję kolejne pozycje, do listy rzeczy, za które jeszcze będę musiała dopłacić. Mam już przerobiony dolot, tak by pasował do kozy. Teraz trzeba jeszcze przerobić rurę od komina:  te do kóz wychodzą ze ściany pod kątem prostym 

180805111

To remontowe coś, co się pasie na Mazowieckich Kolejach regionalnych jest niezawodne. Tak wygląda dworzec w Ursusie na 1,5 miesiąc przed planowanym zakończeniem remontu. 

180805121

Na poprzednim spotkaniu z tego cyklu była paskudna pogoda i przyszły tylko trzy osoby. Teraz na Łące Leśmiana zebrało się sporo osób. Tematem było Dziedzictwo Philipa Rotha.

Książkę mam na Kindlu. Ale przez ten cały remont od 1,5 miesiąca nie przeczytałam ani jednej ksiażki, tej też. Musze się poprawić, bo przede mną wakacyjny czas  z mężczyzną mojego życia.  A on, tak jak to bywa w jego wieku, połyka jedną książkę za druga. Dawniej trzeba było książki ze sobą dźwigać, czy liczyć na lokalne biblioteki itp. Teraz mój wnuk ma do dyspozycji bibliotekę całego świata i tylko paluszkiem wskazuje w Amazonie co chce przeczytać.  

Na Bagateli obok Placu Unii jest bardzo klimatyczna knajpka Worek kości. Poszłam tam z Zulką na koncert balladowej kapeli WOWA Band. Takie granie w ogniskowym klimacie. Ale w knajpie, przy piwie też się ich miło słuchało. 

180805031


14 września jest kolejny koncert na który się wybieram. Tym razem ma grać Bolewski & Tubis. Nic mi te nazwiska nie mówią. Może i nie muszą?


Mamia Mia 2


Bosz ...

Nie wyszłam, bo mnie zamurowało. Chyba najgorszy film na jakim byłam w kinie.

Z pamiętnika wk ... konsumentki

No nazbierało się. Kurierzy ... książkę by można o nich pisać.

W czas bez remontu, większe sprzęty kupuję w Ole, Ole, czyli przybudówce Euro-Agd, gdzie z z góry się wybiera dzień i godzinę dostawy. Więc ciśnienie mi nie skacze. Tym razem musiałam zejść z utartych ścieżek.

Zamówiłam wannę, ponieważ miała jechać z Niemiec, uprzedzono mnie że będę czekać około trzech tygodni. Więc gdy kilka dni później w tym samym sklepie kupiłam umywalki, umówiłam się, że przyjadą już razem z wanną. Dwa dni później poranna niespodzianka: mail, że tego mam czekać na kuriera. Dzwonię i krzyczę, że nie tak byliśmy umówieni. W odpowiedzi słyszę, że gdy się umawialiśmy oni myśleli że na wannę trzeba będzie czekać trzy tygodnie. Ale wanna przyjechała wcześniej i chcieli mi zrobić przyjemność. Nawet nie poczekali aż przyjadą umywalki. Pierwszy raz spotykają się z sytuacją, że klient jest niezadowolony, bo coś przyjechało wcześniej. Na szczęście tego dnia był w Brwi hydraulik i odebrał.

W innym sklepie kupiłam zestaw WC. Kupując napisałam w uwagach, by odezwali się przed wysyłką, tak by uzgodnić warunki dostawy. Za kilka dni odbieram rano mail, że tego dnia mam czekać na kuriera. Dzwonię i przekładam na następny dzień z zastrzeżeniem, ze rano potwierdzę. Następnego dnia o siódmej rano nie zdążyłam odebrać telefonu, gdy chwilę później oddzwoniłam już nikt nie odebrał. Dodzwoniłam się dopiero koło 10 i dowiedziałam się, że skoro nie odebrałam telefonu, kurier tego nie zabrał. Tyle że tego dnia był w Brwi, ktoś kto mógł to odebrać, a następnego dnia dom miał stać pusty. Udało mi się wypertraktować dostawę jeszcze tego samego dnia.

Jeszcze kilka dostaw przede mną .... 

To nie koniec moich konsumenckich przygód. Po kupieniu płytek podłogowych w Leroy - Merlinie pojechałam do Factory w Ursusie i w jednym ze sklepów odeszłam od kasy, bez zabrania towaru. Zorientowałam się dopiero po powrocie do domu. Tego dnia byłam umówiona z Zulką na koncert, więc nie chciało mi się sprintem jechać jeszcze raz do Ursusa. Postanowiłam tam zadzwonić, ale nie działał żaden z telefonów na stronie. Trochę po to by "upuścić krwi"  napisałam co o tym myślę na ich Messengerze.  Odezwali się jak dojeżdżałam do Ursusa. Ale telefony dalej nie działają .... obiecali sprawdzić o co chodzi.  Jestem więcej niż pewna, ze telefon sklepu do którego dzwoniłam, nie został uaktualniony.

poniedziałek, 30 lipca 2018

Powrót do życia się przeciąga, ale z tygodnia na tydzień jest jaśniej. Słowem widać światełko w tunelu. W domu pojawił się zalążek dawno oczekiwanych schodów. 

Dzięki Joluśce, która poświęciła na to cały boży dzień, udało się znaleźć coś, co w ostateczności pasuje do wybranych wcześniej drzwi. Kolejna "mądrość po szkodzie" zanim powiesz "ok", zobacz to na co się zgadzasz w realu, nie na monitorze. Na zdjęciu, drzwi  mniej więcej w kolorze, w jakim występują w realu, obok to co jest na stronie producenta.

Zamówiłam już całą armaturę. Starałam się omijać najtańsze i najdroższe rozwiązania, ale prawie za każdym razem było tak, że to co uważałam, że być musi, już na stracie kosztowało więcej niż to, co z góry wykluczałam. Najdrożej było przy kabinie prysznicowej, gdzie za swoją niechęć do suwanych drzwi zapłaciłam prawie 1,5 tysiąca więcej. 

Musiałam też zmienić wcześniej przygotowaną listę zakupów, bo dowiedziałam się, że miska musi mieć kształt "kubełka".  

Po tym wszystkim uznałam, że należy mi się nagroda i pojechałam do mojej świątyni resetu.

Za każdym razem czeka tam na mnie coś nowego

Wprawdzie fajniej było kąpać się w rzece, ale zagrodzili i ostał się jeno basenik. W dodatku padał deszcz i dużo tego kąpania nie było. 

Jest tam też teraz dziki kot, który zachowuje się jak pies i rzucił się na mnie, gdy niczego nieświadoma przeszłam obok jego miski.

Dzięki temu, że nie ma tam sieci, przez te dwa dni nie myślałam o remoncie. 

Jak zawsze, tak i tu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Remont stanowi doskonałe wytłumaczenie, dlaczego nie mogę w tej chwili "zabrać się z siebie"  i bez napinki przypatrywałam się z boku, co wyprawia jedna z moich ciotek. 

O tej diecie, czytałam w książce "Zakonnice odchodzą po cichu" jedna z byłych sióstr wspominała, jak w klasztorze była zmuszana do jej stosowania i ta dieta była traktowana jako narzędzie umartwiania. Im więcej się na niej było, tym lepiej. 

Z drugiej strony, ta sama instytucja, a tak zupełnie inne podejście do tematu:

W poniedziałek rano czekało mnie twarde lądowanie. Dziesiątki telefonów i kołacząca się z tyłu głowy myśl: przestań wypierać kozo/kominek, zanim położy się podłogę, trzeba przerobić dolot. Brr...

niedziela, 22 lipca 2018

Przejaśnia się. Dogadałam się z nową ekipą wykończeniową. Robią dużo lepsze  wrażenie od poprzedników (i jak łatwo się można domyśleć, są dużo drożsi). Chyba nawet uwierzyłam, że kiedyś będzie ładnie. Nawet bardzo ładnie.


Ale to nie znaczy że nie mam problemów. mam i nie wiem czy te obecne nie są większe. Bo okazało się, że to co cieszyło moje oko, czyli równo położona na poddaszu płyta OSB i wylany na parterze beton,  to był błąd.

Stosunkowo mały problem jest na poddaszu - albo trzeba dodać na podłodze 6 mm płyty OSB, albo zerwać podłogę w łazience, coś tam poprzerabiać i obniżyć ją o te 6 mm.  W każdym razie nie trzeba zmieniać planów i na koniec będzie wcześniej wybrana podłoga i płytki. 


Ale na parterze wszystkie plany wzięły w łeb. Standardowe płytki podłogowe mają 9-10 mm + klej, kilka lat temu,kiedy panele miały po 14 mm, nie było problemu. Teraz panele 14 mm to rzadkość i w zasadzie nie ma w czym wybierać. Na rynku królują panele 8-10 mm grubości i o tyle podnosi się podłoga, bo przy ogrzewaniu podłogowym nie stosuje się podkładów (tłumią ciepło). Pasują do nich cieńsze płytki, ale dopiero zaczynają się pojawiać. 

 Co dziwne, większość internetowych sklepów nie zauważa problemu i nie podaje grubości płytek.

W pierwszej chwili byłam gotowa machnąć ręka, wszędzie położyć panele, tyle że w kuchni czy WC wodoodporne. Pod jednym warunkiem - oba typy paneli musiałyby być w identycznym kolorze -ale żaden producent paneli nie oferuje takiego zestawu. W tej wersji zakładałam, że w mojej łazience zeszlifowuje się wylewkę, tak by po obniżeniu lustra podłogi położyć coś bardziej "dla oka". 

Z kolei położenie wszędzie wodoodpornych paneli to kolejne kilka tysięcy wzwyż. Położenie gresu drewnopodobnego jeszcze więcej.  Kombinuję więc dalej jak koń pod górę. Wiadomo, że będzie drożej, ale staram się by jak najmniej. Z tym, że po obejrzeniu paneli winylowych do łazienki, nawet tych w wersji lux, doszłam do wniosku, że są gdzieś granice kompromisu.

Obecnie na stole jest wersja paneli 8-10 mm, w łazience szarego, w kuchni brązowego gresu 6 mm grubości. Kupuje się go na Bartyckiej, więc odpowiednio kosztuje, w dodatku ciągną te płytki z Hiszpanii i Włoch, gdzie w sierpniu jest przerwa techniczna. 


Za to w odgrodzonej drzwiami toalecie i wiatrołapie położyłabym płytki 8 mm i na progu wypoziomowała te 2-3 mm.  

Co ja zrobię z tą całą zdobytą wiedzą? Gdybym ja pół roku temu, wiedziała co wiem teraz ...

Z pamiętnika wk ... konsumentki

 

Fragmenty mojego pisma do Orange. Bardzo jestem dumna zwłaszcza z ostatniego akapitu.

 

Dość szybko, zorientowałam się, że nie o wszystkim zostałam poinformowana przy przedłużaniu umowy – uświadomił mi to komunikat o wyłączeniu Spotify. (…) Ale gdy zamiast oczekiwanych 75 zł, dostałam fakturę na ponad 120 zł, wzięłam do ręki umowę. I może nie dokładnie, ale ją przeczytałam (… ) Świadomie zastrzegłam, że nie życzę sobie udostępniania moich danych firmom zewnętrznym. Nie rozumiem dlaczego w umowie widnieje, ze wyraziłam na to zgodę (…)pomijając obowiązujący roaming, nie rozumiem tabeli z opłatami za połączenia międzynarodowe. Jeżeli są one płatne, a pytałam o to podczas przedłużania umowy przez telefon, w tym punkcie też zostałam wprowadzona w błąd).

 

Bardzo proszę o komunikowanie się ze mną za mailowo  lub  telefonicznie – zmuszanie do korzystania z usług Poczty Polskiej uważam za wyrafinowaną formę  nękania.

 

Fragmenty mojego pisma do Solid Security

 

Sytuacja po:

·  trzech miesiącach od zgłoszenia i telefonicznego uzgodnienia konieczności aneksowania umowy

·  tygodniu od zamontowania nowej instancji

·  trzech dniach dni po zgłoszeniu reklamacji

 Nie mam włączonego alarmu, bo nawet jeżeli dałoby się to ustalić ze stacją monitorowania. Wprawdzie jest to jeden z tych działów Solid Security, gdzie można się dodzwonić, ale  trudno bym korzystała z usługi, kiedy nie ma aneksu do umowy i nie znam warunków na jakich ma być świadczona.

 

Na koniec znalezione na TT zdjęcie które dobrze ilustruje panujący  klimat.


Na Marszu Pamięci nie ma takich klimatów. Ale rzeczywistość też skrzeczy. 

Zawsze Marsz kończył się przy szpitalu Szpitala Dziecięcego Bersohnów i Baumanów. Teraz Minister Kultury tworzy tam Muzeum Getta Warszawskiego. Więc tegoroczny Marsz skończył się przy ŻiH-u. W przyszłym roku ma się kończyć przy domy Władysława Szlengla.

niedziela, 15 lipca 2018

O remoncie mogłabym pisać codziennie długie epistoły. Prościej chyba skwitować całe to zamieszanie, w którym biorę udział, jednym soczystym słowem.

Ale myślę nad różnymi rozwiązaniami, tu np. pomysł buty


Niedługo przyjeżdża mężczyzna mojego życia. Tradycyjnie czeka na niego urodzinowy kostium.


W tym roku zamówił żółtą koszulkę, wysłałam zdjęcie i dostałam najsłodszą nagrodę, podobno jak zobaczył fotę zapytał, czy nie mogłabym mu tego wysłać pocztą?

W Muranowie kolejny film o malarstwie - tym razem Bosch, Ogród rozkoszy.


Pamiętam jak zaskoczył mnie w Prado jego rozmiar, wiedziałam, że nie jest duży, ale to, że jest tak niepozorny było dla mnie szokiem. Zastanawiam się, czy nie zamówić sobie tu fototapety - chętnie też bym ułożyła puzzle z tym obrazem, albo taka zabawka na pierwsze miesiące na emeryturze

dobry film

Obietnica poranka


Początek XX wieku. Samotna matka wychowuje kilkuletniego syna "ku wielkiej jego przyszłości", ulokowawszy w nim wszystkie swoje przeszłe ambicje i marzenia, a nie były one małe. Chłopcy na podwórku ubogiej lwowskiej kamienicy się z niego śmieją, ale czas pokaże że nie mieli racji. Tym chłopcem był Romain Gary. Film nie jest jego biografią, opowiada tylko o relacji z matką. Bardzo mi się podobał, ale jest taka możliwość, że nie dlatego, że był aż tak tak dobry, tylko że wzięła mnie tęsknota, że był kiedyś synek który tak bardzo kochał swoją mamusię. Przy okazji można posłuchać jak Charlotte Gainsbourg część swoich kwestii wypowiada po polsku, nawet sobie z tym nieźle radzi, ale nie wiem co reżyser chciał przez to powiedzieć.

dobry serial

Patrick Melrose (Netflix)

18071520

 

Ekranizacja powieści. Książka jest dużo lepsza, ale ponieważ jej siłą były celne i błyskotliwe dialogi, stosunkowo łatwo udało przenieść się to i do filmu Na motywach autobiograficznych opowieść o angielskiej arystokracji opowiedziana przez jednego z nich. Mało budujący obraz klasy próżniaczej.

Cormoran Strike (HBO)

18071507

 

Jeszcze jeden serial - adaptacja trzech kryminałów J.K. Rowling, które napisała pod pseudonimem z detektywem Cormoranem Strike'm w roli głównej. Te kryminały do najlepszych nie należą i serial nie podnosi tu poprzeczki. Ale bardzo fajna scenografia, miło patrzy się na Londyn.

W dodatku dość przewidywalna sekwencja wydarzeń, pozwala spokojnie spojrzeć uważnie na robótkę. Bo na tym polu wprawdzie wielkich sukcesów nie ma, ale skończyłam wreszcie kadłub Rowana.

18071508

niedziela, 08 lipca 2018

To co w poprzednim tygodniu wydawało mi się katastrofą, było tylko zapowiedzią tego co jeszcze może się zdarzyć. W czwartek szef ekipy co to tak rozpaczałam, że nie przyjdzie 15 lipca, tylko dopiero 15 sierpnia, zadzwonił i powiedział, że rezygnują z roboty. 

A ja tu już płytki zaczęłam oglądać - aktualnie na podłogę do łazienki podobają mi się tego typu gresy. 

18070806

Jak to wszystko będzie się dalej tak przeciągać, to nauczę się Painta3D - na razie nic mi w nim nie wychodzi. Brakuje prostego programu do projektowania, do którego można byłoby wklejać swoje pomysły, znalezione w sieci wzory płytek itp.
Marzy mi się program tak prosty w obsłudze jak ten do robienia albumów w empikfoto. 
18070803Aby zrobić ten album, przerwałam prace nad albumem o Indonezji. 40-rocznica ślubu to już coś. Też dostałam prezent.  
18070808
W ten weekend żal za Brwi głuszyłam siedząc na tarasie w Milanówku. 
18070802
Koty mają chyba wbudowane połączenie z robótkami i to dlatego występują na wielu tego typu zdjęciach. Odłożyłam na chwilę na bok, jak wróciłam, już leżał obok. 
18070807
dobry film

W cieniu drzewa


Bardzo czarna komedia. Tak czarna, że zahacza o dramat. Dom na przedmieściu, dwa dojrzale małżeństwa. Oni by się może i dogadali, ale są jeszcze i one. Wszystko zaczyna się od tytułowego drzewa. Jedna żona chce by zostało ścięte, druga, nie widzi takiej możliwości. 
Thelma
18070801
Mocno przeintelektualizowany Thier. Może to wina upałów, ale nie za bardzo łapałam o co w tej całej symbolice chodzi. Wyjściem byłyby napisy, w których reżyser wyjaśniłby co miał na myśli. Ale zdjęcia przepiękne.
Roman Empire
18070804
6-odcinkowy serial o Kommodusie. Jego ojciec, Marek Aureliusza, jak każdy wielki człowiek miał i swoje słabe strony: namaścił na następcę swojego syna, mimo że nic nie wskazywało na to, że się do tej roli nadaje. 
Dobry serial, o tym, jak ktoś kto ma dużą władzę, do której nie dorósł może bardzo przyspieszyć to co nieuniknione.  
 
poniedziałek, 02 lipca 2018

Na początku nic nie zapowiadało katastrofy.

Tydzień standardowo zaczęłam od spotkania, tym razem na Łące Leśmiana (ponieważ było zimno i paskudnie przenieśliśmy się do w klubokawiarni). W ramach Rozmów o Literaturze Piotr Paziński mówił o książce, którą przetłumaczył: "Przypowieści o skrybie i inne opowiadaniach". Szmuel Josefa Agnon to urodzony w Buczaczu w 1888 roku,  galicyjski Żyd, jedyny piszący po hebrajsku laureat literackiej Nagrody Nobla (1966 rok), uważany za jednego z ojców założycieli literatury izraelskiej. Paziński jest mądry, mądrze mówił i jakiś mały atom jego wiedzy i do mnie dotarł.
18070110_003
Następnego dnia nad Wisła były urodziny OKO.Press. Ponieważ znałam kilka osób nie czułam się beznadziejnie. gdybym nie znała nikogo, czułabym się źle. Były przemowy, a przed podaniem tortu wszyscy wyszli na taras, bo miała po Wiśle miała przepłynąć łódka z okolicznościowym żaglem. Oczekiwałam wielkiego spinakera, zobaczyłam malutką szmateczkę, przyczepioną do łódki na silnik. W dodatku padał deszcz. 18070110_004Przy okazji naocznie przekonałam się, że ta strona ma też swoją "Krystynę Pawłowicz". I tak samo jak tamta strona, też ją toleruje. Zapytałam dlaczego, dowiedziałam się, że jest bardzo oddana sprawie.  A potem się dziwią symetrystom...
W międzyczasie na horyzoncie zaczęły się zbierać remontowe chmury.
Zła passa zaczęła się gdy zabrałam się za kominek. Zdunowie (tak jak i wszyscy pozostali) mają zapchane terminy, więc coraz bardziej czułam potrzebę dogadania się z jednym z nich. Lokalizacja, wystrój wnętrza, funkcja ogniska domowego, wszystko przemawiało za kominkiem narożnym. Plan miałam taki, by był z zamkniętym obiegiem, bez wyrzutu powietrza na zewnątrz. Tymczasem po rozmowie ze zdunami (nie jednym) dowiedziałam się, że piec akumulacyjny, jak ma być sprawny nie może mieć szyby narożnej. Te co są na rynku w dostępnej wersji cenowej, szybko się zapychają i nie spełniają swojej funkcji. Generalnie, - jak zrozumiałam - aby była prawidłowa akumulacja, ciepło nie może "wychodzić" przez dużą szybę.
W tej sytuacji postanowiłam rozważyć kominek typu "hypokaustum" -  technologia naśladuje piec kaflowy, ciepło oddawane jest przez cała ścianę. Nie ma wydmuchu powietrza, a więc i kurzu. Grzeje jak i spełnia funkcję estetyczną, bo ma narożna szybę. Ale przestraszyłam się ceny i tego, że jest jeden wykonawca na cała Polskę, w dodatku w Katowicach, więc z naprawą może nie być tak łatwo, w dodatku firmy czasami plajtują.
W tej sytuacji, Mając pełną świadomość, że jest to jednoznaczne z wydmuchiwaniem kurzu, a jak będzie miał zły humor, to i ściany osmoli, powróciłam do wersji kominka tradycyjnego, czyli z wydmuchem powietrza. Tyle, że w ramach rekompensaty powiedziałam sobie, ze będzie ładny. 
Wersja z podnoszoną do góry szybą okazała się być tak droga jak kominek hypokaustum. Szukałam dalej, tracąc na na to czas i nerwy. Rozważałam kolejne pomysły na jego ustawienie, wertowałam katalogi, dzwoniłam do firm. Tak by na koniec, analizując dane techniczne uświadomić sobie, że żadnego kominka z duża szybą nie ustawię, bo wylot komina ma 14,5 cm, a nie 18 cm.
Teraz jestem na etapie kozy.
W międzyczasie był jeszcze jeden miły moment. Pojechałam z Bojarem do Brwi gadać szafkach, szafach, półkach i półeczkach. 
18070110
Katastrofa nastąpiła w sobotę. Firma, która miała przyjść w połowie lipca, nagle oświadczyła, ze przyjdzie w połowie sierpnia.
Po pierwsze zawaliły się jak domek z kart wszystkie następne poumawiane terminy
Po drugie, a jak tym razem też nawalą? 
 
 
poniedziałek, 25 czerwca 2018

Dotarłam na Big Book Festiwal, ale było zimno, nie miałam sweterka a oni siedzieli na dworze, więc po 5 minutach się wyniosłam.

Rozczarowała mnie dyskusja „Wokół marca 1968” z udziałem Barbary Labudy, Pauli Sawickiej, Seweryna Blumsztajna, Mariana Srebrnego i prof. Karola Modzelewskiego poprowadzi Kuba Janiszewski.


Kombatanckie ple-ple o niczym. Poszłam dla Karola Modzelewskiego, więc tak do końca powiedzieć, że nie było warto nie mogę. Ale jak już się organizuje takie spotkanie, warto mieć pomysł.

Nie dotarłam do Czytelni Polin na spotkanie z autorami książki: Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski, ale była powtórka, tym razem w Centrum Premier Gazety Wyborczej. I tu i tu tłum.


Ach łza się w oku kręci. Aż tak dobrze, by zablokować możliwość publikacji jeszcze nie jest. W tej sytuacji wybrano wariant pośredni, zamiast dyskutować o książce, dyskredytuje się autorów. Nie rozumiem, skąd oburzenie, że tezy stawiane na podstawie źródeł historycznych, nie są prawdziwe, przecież wystarczy poczytać Internet. Np. pod wypowiedzią Barbary Engelking, że nie trzeba było donosić na Żydów, pojawił się taki wpis:

Jak to nie trzeba było donosić? Niemieckie władze okupacyjne wydały takie prawo, ze trzeba zawiadamiać Niemców o ukrywających się żydach. Karą za zatajenie takiej informacji była śmierć. Istniało też niebezpieczeństwo, że ukrywający się żyd tylko udawał że się ukrywa, a tak naprawdę współpracował z Niemcami i donosił im za pieniądze, że ktoś wie o ukrywającym się żydzie i nie zgłosił tego władzom.

Swego czasu bardzo mi się spodobała książka Piękno to bolesna rana więc poszłam na promocję kolejnej książki Eki Kurniawana. 

18063013

Myślałam, że będzie autor. Nie było, ale i tak było ciekawie. Był jeden człowiek, który przeczytał książkę Piękno to bolesna rana po angielsku, po polsku (polski przekład jest tłumaczony z angielskiego) i 20 pierwszych stron po polsku tłumaczonych bezpośrednio z indonezyjskiego. I mówi że są to dwie różne książki. Tłumacza na spotkaniu nie było. A szkoda. 

dobry serial

Schody (Netflix)

 

Osiołkowałam, czy przerzucić się na HBO GO, czy zostać na Netflixie, gdy zupełnie przez przypadek trafiłam na perełkę. Dopieto po kilku odcinkach zorientowałam się, ze oglądam dokument. W 2001 roku, wieczorem Michael Peterson, autor książek i felietonów, dzwoni na pogotowie, bo jego żona Kathleen upadła ze schodów i nie daje znaków życia. W 2003 roku zostaje skazany za morderstwo pierwszego stopnia. Cały proces dokumentuje francuski reżyser Jean-Xavier de Lestrade i w 2004 roku widzowie dostają od niego 7-odcinkowy dokument. Następne 8 lat Michael Peterson siedzi w więzieniu. W 2012 roku wychodzą na jaw nowe fakty, nie tyle dowodzące jego niewinności, ile tego, ze niektóre z przedstawionych przez obronę dowodów były tworzone „na zamówienie”. Złożony zostaje wniosek o nowy proces i ten sam reżyser przystępuje do kręcenia kolejnych odcinków o sprawie Michaela Petersona. Ostatni 13- jest z 2016 roku. Niesamowity serial. Nawet nie tyle o dochodzeniu do prawdy – bo może i dlatego, że nie udało się wyjaśnić, co zdarzyło się pamiętnego wieczoru w domu Petersonów – ile o tym jak pracuje amerykański system sądowy, jak swoje strategie buduje obrona, że nie tylko wykluczony kolorowy z przedmieść, również biały przedstawiciel wyższej średniej klasy w zderzeniu z tym walcem nie ma żadnych szans.j

Czyściciele Internetu

O filmie napisała gazeta, więc jak przeczytałam, że będzie go można obejrzeć w TR, to poszłam. Dokument o zatrudnianych przez firmy outsourcingowe Filipińczykach, którzy na zlecenie Doliny Krzemowej „czyszczą” Internet. Każdego dnia przeglądają ok. 25 tys. zdjęć, wcześniej ‘wytypowanych” przez odpowiednie programy i podejmują jedną z dwóch decyzji „delete” lub „ignore”. Nikt nie wiem ilu ich jest, w oparciu o jakie wytyczne działają, bo wszystko jest tajne.

Autorzy filmu dotarli do kilku osób, które zdecydowały się mówić i cały film opiera się na tym, co im opowiedzieli (plus przebitki z przesłuchań w Kongresie USA). I jak łatwo się można domyślić, o ile w przypadku pornografii dziecięcej, samobójstw online, egzekucji istnieje coś takiego jak „globalny mianownik”, to tam gdzie wkracza polityka jest gorzej, a gdy dochodzi do tego element krytyki, czy satyry kody kulturowe utrudniają, a niejednokrotnie uniemożliwiają młodym Filipińczyków zrozumienie tego co cenzurują. Weryfikowane jest losowo wybrane 3% podjętych przez nich „decyzji”, mają prawo popełnić trzy błędy w miesiącu.

Wygląda na to, że nie zdają sobie sprawy z władzy jaką posiadają. Ale skoro świat dowiedział się o ich istnieniu, znajdzie też i sposób, by do nich dotrzeć.

Tully


O mały włos i bym nie poszła na ten film, bo zwrot „amerykańska komedia” nie brzmi dobrze. A tymczasem nie jest to komedia (dramat też nie), tylko taka spokojna ballad o trudach połogu.

Tytułowa Tully, to „nocna niania”, dziewczyna wynajęta do pomocy kobiecie, która właśnie urodziła trzecie dziecka, a już z posiadaną dwójką ledwo dawała sobie radę (to ją gra, będąca twarzą filmu Charlize Theron). Obie kobiety bardzo się od siebie różnią, ale kiedy się rozstają już nic nie jest takie same.

Niby banał, ale bardzo miło się ogląda. 

Generalnie remontowo nadążam, ale też nie tak, że nic  mnie nie zaskakuje. Bo kiblach bezrantowych, dowiedziałam się o istnieniu drzwi bezprzylgowych, czyli takich w których nie widać zawiasów. 


Z pamiętnika  konsumentki

W tym tygodniu odkryłam, że moje remontowe przygody przeżywam występując w roli konsumentki usług budowlanych. 

Kolor podłogi – drewniana podłoga drewniana na piętrze została wybrana przez dzieci, gdzieś daleko w świecie pogapili się w monitor i wybrali średnio ciemny dąb, robiący wrażenie podstarzałego, przez odcień lekko wpadający w zgniłą zieleń. Firma jest z Hajnówki, w Wwie salonu nie ma, potencjalnym klientom próbek nie przesyła. W tym samym kolorze mają być schody. Przyszedł czas złożenia zamówienia i z drugiej strony kabla słyszę: ale zdaję sobie pani sprawę, że wybrała pani bardzo, bardzo ciemny brąz. Robi wrażenie bardzo starego drewna i widać na nim najdrobniejszy kurz?

Drzwi – pomijam to, że przy składaniu zamówienia wyjściowa cena się podwoiła (ościeżnica, klamka itp.). Czas oczekiwania 7-8 tygodni. Łykam. Drzwi od wiatrołapu są nietypowe – trzeba zamówić. Czas oczekiwania 12 tygodni. Łykam. Ale ja jeszcze chcę by w drzwiach od wiatrołapu były szybki i to takie ze szprosami. W tym modelu i innych, które występują w tym kolorze takiego rozwiązania nie ma. Obniżam poprzeczkę: to niech będą tylko szybki (szprosy dorobi mi Bojar). Czekam na odpowiedź z fabryki już 5 dzień. Ale i tak wiem, że czas oczekiwania wydłuży się do 15 tygodni od dnia złożenia zamówienia i wpłacenia zaliczki.

A wieczorami ...


niedziela, 17 czerwca 2018

Przede wszystkim Szarotki. 


Udały się wyśmienicie, przyszło ponad 70 pozytywnie zakręconych bab, dobrze się złożyło, bo stosunkowo słabo dopisali "organizatorzy": stała załoga Szarotek stawiła się w mocno okrojonym składzie. 

Była nauka, wymiana doświadczeń,  konkursy

No i możliwość kupienia wełen. Po raz pierwszy miałam możliwość przyjrzenia się z bliska ofercie budzących powszechny zachwyt farbowanek Wełen Warmii (kupiłam).


Nie tylko z ich oferty coś skubnęłam. Z myślą o wakacyjnym wyjeździe z wnukiem, kupiłam też wełnę na letni szal (będzie się długo dłubać, bo to Haapsalu Merino, 100 gr. 1400 metrów)

To co teraz mam na drutach nie za bardzo nadaje się na podróżowanie. Zainspirowała mnie Gackowa i jej enterlackowe skarpetki i dziergam getry.


 No i zakochałam się. Tak jak nie lubię lnu, wyrobów z lnu, tak ta chusta to jest mistrzostwo świata.

Z myślą o zdrowiu doczłapałam się na jogę (o tyle jestem dzielna, że jestem w trakcie trzytygodniowego turnusu kriokomory). No i pozą mną i jeszcze jedną ofermą wszyscy sobie hopali w pokazany na zdjęciu (strzałka) sposób z łatwością zająca. Cuda, co też ludzie potrafią.

Za chwilę koniec cudownej, dotychczas mało przeze mnie docenianej fazy remontu, gdzie w zasadzie musiałam tylko płacić faktury, za kolejne etapy i od czasu do czasu popełnić jakiś mail, coś naszkicować. Teraz, po tym jak zgłębiłam wady i zalety ogrzewania podłogowego i nawet w części "babci" będą rurki w podłodze, czas na wybór kominka.  Generalnie ma być ładny i nie dymić. Ułożyłam na zdjęciu podług urody.

Jak łatwo się domyślić "najładniejszy 14 tys., najbrzydszy 4 tys. 

Pocieszające w tej mojej bezdomności jest jedno: Koleje Mazowieckie też mają ten sam problem.

Na wykładzie prof. Gabrielli Safran z Stanfordu, o humorze żydowskim nie wzięłam słuchawek i wszystko rozumiałam! 

 

Nic odkrywczego nie powiedziała. Ale sprawnie udowodniła, że pozornie proste pytanie: co charakteryzuje humor żydowski, na podstawie jakich cech go wyodrębniamy i określamy jako "żydowski", wcale nie jest takie proste.

Kochając Pabla, nienawidząc Escobara


Poszłam dla Penelopy Cruz. Do obejrzenia, ale nie powala. Oparta na faktach historia romansu Pablo Escobara i topową kolumbijską dziennikarką. W tle budząca przerażenie, nie tylko krajobrazem wysypisk śmieci, sytuacja Ameryki Południowej. 

Caravaggio - Dusza i krew

W Muranowie w ramach serii Exibition on screen obejrzałam film o Caravaggiu. Wolałam filmy z siostrą Wendy, tu przeszkadzał mi nadmiar komputerowych sztuczek, popisywania się tym co może zrobić Adobe Photoshop (czy jego następca). Zupełnie nie wiem po co. Ale wiedzę na temat Caravaggia poszerzyłam i o jeden centymetr dystans do Gumisia zmniejszyłam. 

czwartek, 14 czerwca 2018
Przeczytane 2018

dobra książka

Księga wyjścia Mikołaj Grynberg

Dwadzieścia kilka (z ponad 80 odbytych) rozmów z osobami pochodzenia żydowskiego, które w 1968 roku, zostały postawione w sytuacji „wyboru”, często ograniczonego do pytania brać to co dają, czyli Izrael, czy starać się o inną miejscówkę na mapie. Nie wszyscy mieli poczucie, że nawet gdyby mieli na to siły, mogą pozostać w Polsce. Pełne spektrum – z tymi co wyjechali, i z tymi co zostali. Ciekawi mnie klucz, jaki przyjął autor wybierając te, a nie inne wywiady. Ale to siłą rzeczy zachował dla siebie. Świetnie napisana gawęda o ludzkich losach. To, że potrafi zapisać wywiad tak, że potem czyta się z zaparty tchem Grynberg udowodnił w Oskarżam Auschwitz, tu jedynie potwierdza swoje mistrzostwo. Książkę zadedykował swojemu ojcu, który nie zdążył przeczytać tej książki. Pierwsze kilka stron to wywiad z nim. Wraca do niego na koniec tym dialogiem:

Tato, kiedy się skończył twój sześćdziesiąty ósmy rok?
Synku rok się kończy w grudniu, ale rozumiem, ze nie o to pytasz.
Dobrze wiesz o co pytam.
Kiedyś myślałem, że skończył się w połowie lat siedemdziesiątych.
A dzisiaj co myślisz?
Że się jeszcze nie skończył

 dobra książka

Młyny Boże Jacek Leociak

Kawał dobrej publicystyki.

Rzecz o stosunku polskiego kościoła katolickiego do Holocaustu. Od pierwszego zdania czuć, że autor ma bardzo emocjonalny stosunek do tego o czym pisze. Bo jak trafnie zauważa:

Mamy od wieków taką oto sytuację. Po upaństwowieniu Kościoła, po uczynieniu z chrześcijaństwa religii panującej, której - ortodoksyjne - wyznawanie było egzekwowane bezwzględnie, aż do kary śmierci, jesteśmy świadkami dwóch zjawisk. Po pierwsze - stałej kolizji między władzą świecką a władzą duchowną. Kościół nie może się wyrzec ani przywilejów doczesnych, ani majątku ziemskiego (mówi, że jest mu to niezbędne do sprawowania misji), ani wpływu na kształt prawnoustrojowy państwa, w którym działa. Po drugie - nieustannego kontredansu „błędów i wypaczeń". Od wieków są ci źli w Kościele, odchodzący od ducha Ewangelii, ci „nieprawdziwi" księża, biskupi, papieże - godni potępienia lub przynajmniej krytyki. I są ci „prawdziwi", działający w duchu Ewangelii. Najczęściej ci dopuszczający się „błędów i wypaczeń" trzymają całą instytucję w garści, rządzą. Z kolei ci „prawdziwi" są na obrzeżach tej instytucji, w najlepszym razie tolerowani jako dziwacy, w najgorszym - poddawani ostracyzmowi, piętnowani, pozbawiani wpływu na nauczanie, suspendowani, choć (w dzisiejszych czasach) przemocy fizycznej już się wobec nich nie stosuje.

Świetnie napisana, błyskotliwa polemika z tym co teraz głoszą strażnicy narodowej tradycji historycznej. Były dwie możliwe reakcje na tę książkę: frontalny atak lub przemilczenie. Ponieważ przed pierwszym autor się ubezpieczył, bardzo wnikliwie dbając o podanie źródeł historycznych, wybrano drugie (plus pozbawienie wydawnictwa „Zagłada Żydów" dotacji Ministerstwa Kultury).

W czytaniu przeszkadza jedynie to, że autor chciałby podzielić się z czytelnikiem całą swoją wiedzą, a wie tak ogromnie za dużo, że nie ma takiej możliwości by można było to upchnąć w jednej książce. Stąd trochę chaosu, sporo skrótów myślowych, zamkniętych w kilku zdaniach tematów, wartych osobnych rozdziałów. Mało wiem na ten temat, bo mało się o tym pisze. Ale i tak wystarczająco dużo, by wiedzieć, że z taką wiedza jak ma Leociak trudno spokojnie spać, patrzeć na to co się wokół dzieje

Dziecko w śniegu Włodek Goldkorn.

Książka Włodka Goldkorna to nie tylko kolejne rozliczenie z polskością, tym razem kogoś kto po tym jak został 50 lat temu wyrzucony z Polski dobrze żył i dziś nie dyszy zemstą.

W książce jest takie zdanie, że autor chciałby by jego krzyk o reakcję rodzący się w Europie faszyzm był potraktowany tak jak śpiew kanarka w kopalni, który ostrzegał w te sposób górników, że wyczuł gaz. Na spotkaniu autor przyznał, że świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy nadchodziła katastrofa, pierwsze ginęły na posterunku te kanarki. A nie napisał o tym, bo to by zbyt złowrogo zabrzmiało.

Ale jest i zaduma nad Zagładą, dyskretna polemika z powoływaniem się na Zagładę przez tzw. drugie czy trzecie pokolenie, zdaniem autora pomniejsza to dramat tych, którzy bezpośrednio żyli w tamtym czasie i zaburza pamięć o nim.

Jest też i trochę cudownych anegdot, np.:

Na innym piętrze mieszkała kobieta, której nazwiska nie pamiętam. Mówiono, że w czasie wojny znalazła się w Związku Radzieckim. Zesłali ją do Uzbekistanu, do zapadłej mieściny. Spytali, co potrafi robić. Powiedziała, że może uczyć niemieckiego. W rzeczywistości słabo mówiła po niemiecku. Za to bardzo dobrze w jidysz, który wywodzi się ze średniowiecznego dialektu średnio-wysoko-niemieckiego i jest zakorzeniony w etymologii hebrajskiej i słowiańskiej, a jego gramatyka nie ma z niemieckim nic wspólnego. W Katowicach mówiło się, że w Uzbekistanie żyje całe pokolenie przekonane, że mówi po niemiecku, podczas gdy mówią w jidysz.

Tytułowe dziecko w śniegu, to dziecko Chajtełe, ciotki autora, która upuściła je uciekając przed Niemcami i pobiegła dalej już bez dziecka. Wojnę przeżyła. 

niedziela, 10 czerwca 2018

Fazy budowy powoli dobiega końca. W tym tygodniu do Brwi wpadła Staśka i zrobiła kilka pamiątkowych fotek. Tyle zostało z kominka i niebieskiej łazienki:

18061116

Po mojej głowie krąży widmo osiołkowania nad mnogością wykończeniowych rozwiązań. Już wiem, że gres można wprawdzie kupić za 40 zł/metr, ale ten który ja potrzebuje, czyli o długości 120 cm, w tej cenie nie bywa. Skoro w supermarkecie, w promocji jest za 80, pewnie taniej nie znajdę. 

Dzięki temu, że poszłam do Liroy Merlin się o istnieniu muszli "bezrantowych" i teraz już nie wyobrażam sobie bym miała inny kibel.

W sobotę ubrałam się jaskrawy, przywieziony z Indonezji batikowy podkoszulek i poszłam zobaczyć Paradę. 

Było sporo ludzi, więc uznałam że nie muszę robić za tłum i uspokojona na duszy pojechałam za miasto. Bo lato w mieście to koszmar. Całe szczęście, że jeszcze są weekendy

Wszyscy narzekają na mega suszę. Na sąsiedniej działce był warzywny ogródek: 4 x 10 metrów. Podobno to im wystarcza i nie kupują warzyw. Coraz więcej osób  hoduje pomidory w doniczkach. Przynajmniej nie trzeba koło nich tak latać, jak koło ogródka.

Basen chwilowo odpuściłam (czekam, aż się noga zagoi), poza krioterapią - mam za sobą tydzień komory, przed sobą jeszcze dwa, poszłam na Jogę:

Fajne zajęcia. Może się skuszę, ale ... nie wiem czy to co sobą przedstawiam jest jeszcze do rozruszania. Podobno tak

W ramach Filozofii w ogrodzie poszłam na spotkanie Filozofia i jednostka wobec nowych technologii.

Gościem Tomasza Stawiszyńskiego była Aleksandra Przegalińską, filozofką z Akademii Koźmińskiego oraz Massachusetts Institute of Technology.

Nie zawsze do końca rozumiałam o czym mówili. Ale dzięki temu że poszłam wiem, że to jest coś czym warto się zainteresować. Czy nam się to podoba czy nie, roboty ante portas. Już dziś na wielu internetowych stronach gadamy z robotami, tylko o tym nie wiemy.

Zimna wojna 

Aż tak jak np. Tomasza Raczka ten film mnie z nóg nie zwalił. Ida zrobiła na mnie dużo większe wrażenie.

Film jest dobry, niektóre momenty i sceny ma rewelacyjne. Pewnie stąd te nagrody, ale moim zdaniem do arcydzieła mu daleko; :  

- wizualnie bardziej pasowała mi szara, pastelowa rozmyta Ida, niż kontrastowy, czarno-biały obraz Zimnej wojny.

- przeszkadzały mi "porwane" przejścia pomiędzy kolejnymi etapami relacji, między jednym a drugim ujęciem opowieść się nie kleiła, a do klasycznego melodramatu - a tym jest ten film - bardziej pasuje mi forma "snuja-ciągutki". 

- Joanna Kulig i jej gra, mnie nie powaliła. Jest rewelacyjna w kilku scenach, nie w całym filmie.

I może się czepiam, ale spotkanie w Paryżu w 1954 jest wg. mnie mało realne. 

Modnym tematem staje się nadciągający kryzys ekonomiczny. Znalazłam w sieci takie zestawienie:

Polska ma dług rządowy 300 mld USD. Tymczasem dług rządowy uznanej za bankruta Wenezueli wynosi 150 mld USD. Porównując Polskę do Wenezueli: podobna liczba ludności, podobny „dryf demokracji”, zbliżone PKB

Z kolei nieoficjalnie dług Polski wraz z tym ukrytym w samorządach, ZUS, funduszach celowych itd. wynosi jeden bilion dolarów, USA ma ok. 16 bln USD. 

Mam nadzieję że nie są to prawdziwe dane. Bo jak tak, biada nam.  

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli