sobota, 06 sierpnia 2005

Tornado

W piątek Kaliningrad znalazł się w epicentrum burzy w naszym regionie. Szkody były znaczne, również w moim ogrodzie.

W niektórych domach prąd włączyli dopiero w środę, ja miałam więcej szczęścia - u mnie prąd już był już w sobotę. Korzyści z awarii elektryczności odniósł tylko Cezar, który skonsumował całe mięso z zamrażarki, nadające się w sobotę już wyłącznie do hodowania białych robaków.

Czekając na włączenie prądu, cały czas bałam się, że wcześniej zabraknie w rurach wody i będę musiała korzystać z ręcznej pompy. Radość gdy go włączyli trwała tylko chwilę - szybko okazało się, że nie działa komputer (prawdopodobnie spaliła się w nim płyta główna). Ponieważ Moniek ze złamaną nogą musi być cały czas on-line, konieczne było szybkie znalezienie innego komputera. W poniedziałek, dumna z siebie, że tak szybko poradziłam sobie z tym problemem, przywiozłam do domu stary grat Leona. Tymczasem po włączeniu do gniazdka, sprawny jeszcze godzinę wcześniej komputer, zaświecił lampkami i zaraz potem zrezygnował z nawiązywania dalszego kontaktu. W tej sytuacji wpadłam na pomysł, że to wina monitora i szybko pożyczyłam na kilka dni nowy.

Niestety, podłączenie nowego monitora niewiele pomogło - komputer dalej nie chciał z nami rozmawiać. W akcie desperacji podłączyłam go do innego gniazdka i uzyskałam przynajmniej tyle, że podniósł się monitor a komputer wprawdzie szeptem, ale jednak wydawał z siebie jakieś dźwięki. Następnego dnia w południe przyjechał wezwany przez Mońka na pomoc zaprzyjaźniony informatyk Franc (jak sama nazwa wskazuje pochodzenia francuskiego) i późnym wieczorem, korzystając z tego, że w komórce jest jeszcze sporo komputerowego złomu, osiągnął sukces (okazało się, że za drugim razem „agresywne gniazdko” spaliło karty pamięci i dysk). Świadkami elektronicznego triumfu stało się dwóch uroczych, choć niespodziewanych gości Kaliningradu - oficerów ABW, którzy do Kaliningradu z Warszawy jechali dwie godziny i to w dodatku przez Kutno. Wobec tego nabyłam kolejną porcję cennej wiedzy o funkcjonowaniu polskiego aparatu defensywnego i teraz już wiem, że na wypadek ataku terrorystycznego mieszkańcy Polski powinni jednak liczyć raczej na siebie.

To nie koniec chaosu. Wieczorem po burzy tylko Cezar beztrosko bawił przyniesionymi przez wiatr patyczkami, bo nie wiedział, że od soboty nie wiadomo co się dzieje z jego tatą, który płynie na jachcie, z którym stracono łączność.

Na szczęście wszystko dobrze się skończyło i już w niedzielę koty kończą przymusowe wczasy w Toyocie i wracają do domu. O ile oczywiście tata Cezara załapie się na jakiś samolot z Oslo, bo jak wiadomo, stamtąd dość ciężko wraca się autobusem.

Próbowało się też ze mną skontaktować złe Mzimu tego domu i zamiast kończyć przed zbliżającym się urlopem rozpoczęte prace, wolny czas spędzałam przede wszystkim na telekonferencjach z ciotkami. Moniek chodził lekko poirytowany, ponieważ po pierwsze niekoniecznie akceptował wypalane przeze mnie przy tej okazji trzy paczki fajek dziennie, a po drugie - zatroskanej jego zdrowiem Matce niezwykle ciężko było znaleźć "dziurę telefoniczną", w którą mogłaby się wstrzelić ze stacjonarnego z Krakowa.

Z kolei Moniek pokazał, że poza organizowaniem konferencji 26 godzin na dobę coś jeszcze potrafi. W nawale obowiązków tak intensywnie kicał na drugiej, nie-złamanej nodze, że ją sobie skutecznie skręcił w kostce. Wobec tego, że obecnie obie ma nieczynne, dzielnie postanowił, że od jutra zaczyna chodzić na rękach.

Do zasług Moniek w czasie turnusu rehabilitacyjnego należy niewątpliwie odkrycie nowej funkcji ogromnej domowej patelni - okazało się bowiem, że poza zadaniem dekoracyjno-prewencyjnym może ona służyć m.in. do smażenia naleśników. Zdjęcie produktu końcowego zostanie dołączone później, ponieważ okres tzw. półtrwania naleśników w Kaliningradzie jest krótszy niż działanie migawki aparatu cyfrowego. Na pocieszenie zawsze pozostają mirabelki sąsiada, które w chwilach kryzysu głodowego dzielnie wcina nawet Cezar.


niedziela, 24 lipca 2005

Wizyty u cioteczek

W ramach akcji zrób coś ze sobą, zanim podejdziesz do lustra, w tym tygodniu poszłam do fryzjera. Za każdym razem jest to dla mnie traumatyczne przeżycie. Tym razem aby to jakoś przeżyć, Joanna zaprowadziła mnie do salonu koło swojego domu, w którym było coś z klimatu Stalowych magnolii.

Przy okazji popodziwiałam nową terakotę na jej tarasie (bo lato to nie czas wyjazdów ale remontów):




Na podstawie tego co zapłaciła, wstępnie oszacowałam koszt położenia płytek u siebie. Wyszła taka suma, że chyba najrozsądniejszym wyjściem byłoby zdobycie do przyszłego roku sprawności glazurnika.

Niedawno obliczyłam, że ostatni raz mieszkałam w mieszkaniu, w którym można było spokojnie mieszkać bez natychmiastowego remontu 17 lat temu. I jedno co w tej sytuacji mnie dziwi to, że jak dotąd nie uodporniłam się na towarzyszący temu bałagan. Nie pomaga nawet świadomość, że nie tylko ja chciałabym mieć tyle, by móc wszystko zrobić za jednym zamachem, a potem spędzać czas na błogim lenistwie.

Pojechałam pooglądać remont Kaśki, za wcześnie jeszcze na zdjęcia, ale zmiany są rzeczywiście rewolucyjne - nie ma jaskrawych ścian, wielkich szaf i ogromnej kanapy Bilba (w lewym rogu widać psie posłanie którym, sprowadzony do parteru, musi się teraz zadowolić):


Zrobiłam też zdjęcie Kolifina, kota, który urodził się tylko z czarnym ogonem i plamką na głowie, a chciałby być cały czarny. By zrealizować to marzenie nigdy się nie myje, zimą tarza się w popielniku a latem w błocie i tak jak z ludzkimi marzeniami za bardzo (co widać na zdjęciu) mu to nie wychodzi:



Tomek w Kurdystanie, Anka na festiwalu w Cieszynie i w ich zastępstwie w weekend przyjechały zaprzyjaźnione z nimi dzieci. Siedziały na kanapie i oglądały filmy ale znalazły też czas na ugotowanie pysznego obiadu a Łoś pomalował jeszcze klosz od lampy (lampa cała jest "hand-made", podstawę wytoczyła z gliny Sylwia):




Tak jak było w planach, w ten weekend rozpoczęły się prace łazienkowe. Łazienka wyglądała jeszcze gorzej niż na tych zdjęciach, bo swoistego uroku (tak jak i wszystkim pozostałym pomieszczeniom) dodaje brak sufitu:





Lucy przyjechała już w piątek, gadałyśmy do trzeciej rano i nie wiem skąd ona wzięła siłę by zrobić mi o ósmej rano pobudkę. Całą sobotę dzielnie tapetowałyśmy:



Łoś pozawieszał wszystkie metalowe gadżety i teraz jeszcze muszę dokończyć malowanie ścian, pomalować spód wanny i podłogę a następnie zawołać hydraulika aby zamontował nową umywalkę. W dalszych planach jest kupienie lustra, lampek i wymyślenie jakiś szafek (to co oferują w sklepach jest nie tylko drogie ale i brzydkie).

Na dwa tygodnie zamieszkał w Kaliningradzie 12-letni Cezar. Nie jest kłopotliwy, ale ma jedną wadę - nie lubi kotów i Sralcia z Heniutkiem musieli przenieść się na ten czas do Toyoty:


Razem z Cezarem zamieszkał Moniek, warte odnotowanie jest jej ostatnie osiągnięcie - latanie przez trzy miesiące ze złamaną nogą. Teraz ma ją w gipsie i nie może załatwiać multi-niezbędnych tysięcy rzeczy dziennie - m.in. nie nadaje się do roli tymczasowej opiekunki Cezara (jego tatuś żegluje spokojnie po północnych morzach i o niczym nie wie).

niedziela, 17 lipca 2005
Mnie bardziej należy się status osoby pokrzywdzonej

Żyję na tyle długo, że nie wiele jest już w stanie mnie zadziwić, ale w tym tygodniu miałam nieodparte wrażenie, że status osoby pokrzywdzonej na pewno należy się mi bardziej się niż tym, którzy go dostali go dostali w świetle kamer.

Rozmiar krzywd jaki wyrządził mi poprzedni ustrój uświadomiłam sobie zupełnie przez przypadek.

A zaczęło się całkiem niewinnie. Kaśka wzięła pożyczkę z pracy, a że w swojej przeżywanej od roku cyklofrenii była na etapie poszoł won, zaproponowała mi wspólny wypad do Ikei. Sporo dzięki mnie zaoszczędziła - przed podejściem do kasy sama poprosiła bym wywaliła z wózka wszystko to, co wg mnie nie koniecznie jest jej najbardziej potrzebne. Ja też, pod wpływem jej heroicznej postawy, wypakowałam część wcześniej włożonych do wózka rzeczy. Nie potrafiłam jednak zrezygnować ze stojaczka na szczoteczki do zębów:



i dokupionej do niego reszty łazienkowej galanterii (jeszcze w tym miesiącu mam z Lucy malować i tapetować łazienkę, więc niedługo to wszystko się przyda).

Dumna z siebie, że z tylu rzeczy potrafiłam sama zrezygnować, ulegając magii promocji, kupiłam w sąsiednim sklepie wózek na wąż ogrodowy:



I gdy przystąpiłam do jego składania, uświadomiłam sobie cały ogrom wyrządzonych mi krzywd - to przez to, że w mrocznych czasach drewnianych klocków pozbawiono mnie możliwości bawienia się klockami Lego, nie umiem sobie poradzić w nowej rzeczywistości.
Już po godzinie składania tego cholernego wózka, było dla mnie jasne, że źle spasowałam jego elementy. Ale o ile składanie szło mi całkiem szybko, to w żaden sposób nie umiałam go z powrotem rozłożyć. Trzeciego popołudnia jakoś mi się to w końcu udało (nie obyło się oczywiście bez strat i niektóre plastikowe części uległy nieodwracalnym uszkodzeniom). Wózek złożyłam z powrotem, patrząc nie na instrukcję, tylko na zdjęcie na pudełku:



W następnym tygodniu mam zamiar rozwiązać następny problem: dlaczego po odkręceniu wody, pod wpływem jej ciśnienia odpada przytwierdzony do kranu wąż (wcześniej tak się nie działo).

Nie wiem czy to upały, czy początek alzheimera, ale gdy byłam w Ikei zapomniałam o karniszu do firanek (tylko tam mają takie stylizowane retro druty). Bo wprawdzie powoli, ale stopniowo przybywa koronkowej zasłonki - zakończyłam etap "dolnej koronki" i robię górę:



Nie zapominam za to, o tworzeniu kolejnych "ujutnych kącików'". Wracając z pracy, czasami zachodzę do kwiaciarni i trochę się już tego nazbierało:




Nie wiem tylko czy te kwiaty będą potrafiły zrozumieć, że ogrzewanie jest zbyt drogie i zimą musi być zimno.

A tak na marginesie, rok temu (dokładnie 13 lipca) podpisaliśmy akt notarialny i stałam się jedyną właścicielką Kaliningradu.
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli