czwartek, 09 czerwca 2005
Jak dla mnie to trochę za dużo się dzieje

Zrobiłam pamiątkowe zdjęcie mojego płotu - już niedługo nie będzie się wchodziło na moją działkę odchylając zardzewiałą bramę:


Będzie domofon i zamknięta na rygiel brama:




W zeszłym tygodniu pojechałam z Hanką do Gośki i Jurka na ich działkę - wracaliśmy małym samochodem Hanki w taki sposób, że z przodu siedział duży Jurek ze swoim dużym psem a z tyłu ja, Gośka i Patrycja z dużą piłą. Wszystko to po to, by zrobić porządek z leżącą w ponurym zakątku ogrodu hałdą drewna:



Jurek zrobił sobie stanowisko drwala:




I pomiędzy płotem sąsiada i komórką zaczął rosnąć stos szczapek (początkowo układałam drewno z tyłu domu, pod przeznaczonym na to dużym okapem dachu, ale Jurek słusznie zauważył, że spora część drewna ze starego domu jest w kiepskim stanie i znudzone jedzeniem próchna robaki będą wolały przejść na mój zdrowy dom):



W wolnych chwilach (tzn. wtedy, gdy piła musi odpocząć), Jurek walczył z korzeniem ściętej leszczyny:


Wszystko to działo się w rytm młotków panów od dachu:


A mnie od dwóch dni boli głowa i to w jakiś dziwny, nie znany mi dotąd sposób. Tak sobie myślę, że nawet jeżeli jestem dzielna to nie dlatego że chcę, tylko dlatego że zostałam do tego zmuszona przez tzw. okoliczności zewnętrzne. Nie widzę nic fajnego w tym, że gdy biorę (tak jak teraz), kilka dni urlopu, nie mam czasu na nic, nawet na czytanie - arcyciekawego Kysia przeczytam dopiero po urlopie, gdy znów dojeżdżając pociągiem, będę miała godzinę dziennie "dla siebie". Wczoraj, gdy odkryłam że stara skrzynka od bezpieczników została przykręcona do ściany czterema rodzajami śrubek, zadzwoniłam do Jolki z pytaniem, czy naprawdę moim przeznaczeniem jest wykorzystywanie mojego nie najniższego ilorazu IQ do definiowania, które śrubki można odkręcić, a które - zamiast kupować kolejny śrubokręt - bardziej opłaca się odpiłować. Zamiast mnie pocieszyć, Joluśka zdziwiła się, że potrafię zapomnieć o tym, że jedyne co oni potrafią, to przykręcić jedną rzecz do ściany czterema rodzajami śrubek i dlatego nie wiele to zmienia to czy jest się samą, czy nie - odkręcić śrubki i tak musi kobieta. Dinozaury też nie umarły od razu i tylko dlatego jednej z nas, Gośce, udało się spotkać wymierający gatunek faceta.


środa, 01 czerwca 2005

Zaczęło się ...

Pamiętając o danym słowie, postanowiłam wreszcie kupić porządne drabinki do powojników. Tak naprawdę zmobilizowały mnie do tego służące im za "podpórki" sumaki, które mimo że mocno owinęłam folią wsadzane do ziemi końce, zaczęły puszczać pąki. Oczami wyobraźni widziałam, jak przebiły się przez gruby celofan i drażą jeden z nielicznych, wolny od plątaniny ich korzeni, kawałek ogrodu. Pojechałam z tatą do OBI i wykorzystując to, że tak rzadko jestem tam samochodem, kupiłam bardzo dużo rzeczy. Samo kupowanie było przyjemne, płacenie kartą kredytową też za bardzo nie bolało ale na parkingu okazało się, że zrobione przeze mnie zakupy w żaden sposób nie chcą się zmieścić do ojca samochodu. W końcu udało mi się to wszystko jakoś zapakować i wykorzystując to, że za duża nie urosłam, skulona i zgarbiona wcisnęłam się na miejsce kierowcy (siadłam za kierownicą po dwóch latach przerwy). Tata był tak zdenerwowany całą sytuacją, że zapomniał o tym, że już wcześniej się paliła rezerwa - dotarliśmy do domu późno wieczorem, bo po drodze musieliśmy jeszcze iść 4 km do najbliższej stacji a następnie wracać w ten upał do pozostawionego na poboczu szosy samochodu. Powojniki nie doceniły mojego poświęcenia i od dnia, kiedy dostały nowe drabinki nie wypuściły ani jednego nowego listka (przeczytałam, że powojniki nie lubią gdy dolne gałęzie wystawione są na słońce, więc zasłoniłam je lawendą):

Zdecydowanie mądrzejszy okazał się Heniutek, który przez całe upały kursował tylko pomiędzy fotelem a miską do żarcia:


Upały nie przeszkodziły chwastom, które mimo tygodniowej suszy dalej, w imponujący sposób, zarastają mój ogród. Wprawdzie Staśka ma malutki przydomowy ogródek, i siłą rzeczy łatwiej jej nad nim zapanować, nie wiem kiedy w moim ogrodzie powstaną tak przytulne zakątki jak u niej:



Już jakiś czas temu, gdy kupiłam aparat i usiłowałam zrobić dokumentację spotkań "grona ciotek" zrozumiałam, dlaczego wszyscy którzy mnie odwiedzają współczują mi, że mieszkam w takich warunkach - zdjęcia do niczego się nie nadawały, bo "scenografia" mojego domu była zbyt przytłaczająca a ja nie miałam pomysłu jak ją wykadrować. Postanowiłam coś z tą "scenografią" zrobić, z tym że nie mam zbyt dużego pola manewru, bo prawie na wszystko musiałabym mieć pieniądze. Na razie w pokoju, który i tak najlepiej wygląda powstało kilka "ujutnych" kącików:

W oknie ładnie wyglądają małe witrażyki (w tym roku, mimo, że co wtorek chodziłam do witrażowni nie przybył ani jeden, ale obiecałam sobie, że od września się poprawię):


A na szafie powstał zaczątek przyszłej kolekcji słojów z wełnami:

Przyszli też panowie od dachu i rozpoczęli robotę od zrobienia tzw. obróbek:


wtorek, 24 maja 2005
Zbieram siły

Wszyscy zaganiani (ja też) więc chwasty spokojnie rosną. Z tym że to cisza przed burzą, już niedługo - na początku czerwca - zacznie być robiony dach. Będzie zrobiony z takiego gontu bitumicznego, którego wcześniej ze względu na znacznie wyższą cenę, zupełnie nie brałam pod uwagę. Ale ponieważ na ostateczne uzgodnienia pojechałam z Gośką, okazało się, że za pieniądze które miałam na to przeznaczone, można zrobić i taki dach:



Tego dnia, dzięki posiadanej przez Gośkę umiejętności "negocjowania ceny", zdecydowałam się też na ogrodzenie - z tyłu wprawdzie siatka ale za to z przodu sztachety.

Następnego dnia spotkałam w pociągu Joannę. Pewnie to nie był przypadek, że po tym spotkaniu dostałam od niej mail z "rewelacyjną" dietą. Dzięki tegorocznym planom inwestycyjnym, łatwo sobie wszystko zracjonalizowałam - nie mogę się teraz odchudzać, bo i tak nie było by mnie stać mnie na żadną wymianę garderoby.

W komentarzach zapytano mnie jak się hoduje rododendrona - szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia. Posadziłam go tak jak wszystkie inne rośliny - tzn. w wykopany dołek nasypałam dobrej ziemi i mocno podlałam. Tyle tylko, że w tym przypadku dodałam do ziemi specjalny nawóz (dostałam go od Beaty w "pakiecie" razem z rododendronem). Źle mu chyba u mnie nie jest, skoro zakwitł:



Mogę mieć tylko nadzieję, że nie podzieli losu mahonii, która wprawdzie się przyjęła i nawet zakwitła, ale albo toczy ją jakiś grzyb, albo "zrasza" ją Killer. Mam nadzieję, że coś mi poradzą w sklepie ogrodniczym, do którego się jutro wybieram:



Czasami przypominam sobie (bo to raczej zajęcie na długie zimowe wieczory) o tym, że miałam robić różne rzeczy do domu. Aktualnie robię koronkę, do której potem chcę dorobić (też na drutach) firankę. Plany mam ambitne - chciałabym zrobić takie firanki do wszystkich okien. Nie muszę się z tym spieszyć, bo nie zawieszę ich wcześniej niż zbiorę fundusze na wykończenie tego domu w środku (biorąc pod uwagę tempo w jakim to robię, chyba nie starczy mi życia):


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli