poniedziałek, 02 stycznia 2006

Na razie nie myślę o rachunku za ogrzewanie

i cieszę się tym, że nie mieszkam w bloku:



i jak spadnie trochę śniegu, mam taki widok z okna sypialni:



Ponieważ dalsze obniżanie temperatury odpada (poniżej 13oC to nawet i ja marznę), jeżeli rachunek za gaz będzie za wysoki, to jeszcze tej zimy popsuję design artystycznego kominka i zamontuję w nim kozę, podobną do tej jaką ma Staśka:



Mam też mały problem z opuszczaniem domu - nie mam niczego do odgarniania śniegu i wychodząc muszę przedzierać się przez takie zaspy:


Z tym, że zamiast sprzętu do odgarniania śniegu zamierzam kupić ochraniacze na buty (brakowało mi już ich w zeszłym roku, jak sylwestrowałam z Lucy w Bieszczadach):



Z czymś takim żadna mazowiecka zaspa nie będzie mi straszna. Gorzej z gośćmi - teraz np. mieszka u mnie Anka z Alkiem, który przeistaczanie w angielskiego
gentlemana zaczął od stóp i zaspy Kaliningradu pokonuje w eleganckich półbutach.

W ramach noworocznych postanowień zaczęłam ćwiczyć tzw. "szóstkę Weidera"  ale szansa, że wytrwam do końca jest prawie żadna - cały cykl trwa 6 tygodni. W grupie jednak jest raźniej a nawet jeżeli dotrzymamy podjętych zobowiązań to
i tak zajęcia na sali gimnastycznej zaczniemy dopiero w drugiej połowie stycznia (dojrzałyśmy do tego po ponad dwóch latach cotygodniowych spotkań w sąsiadującej z salą gimnastyczną witrażowni).
A potem kto wie - może będziemy miały takie sukcesy, że opowiemy o nich wykorzystując do tego blog: http://brzuszki.moblog.pl na którym, dziewczyny nie tylko młodsze od nas ale i od naszych córek, umieszczają zdjęcia swoich brzuszków.

Z Nowym Rokiem z nowym krokiem, ale nie z nową drutową dzierganiną - mimo podjętych wcześniej zobowiązań, p
oza czarnym kapelutkiem, nie skończyłam żadnych z zaczętych w zeszłym roku prac. Podejrzewam, że to wszystko przez to, że dalej nie potrafię się otrząsnąć z traumy, jaką było dzierganie najbardziej nieudanej ze wszystkich moich robótek, czyli nieszczęsnej firanki.

Na razie wróciłam do swetra, który w planach ma zastąpić mój ukochany 12-letni sweter, stanowiący namacalny dowód na to, że takich wełen jak dawniej to już dzisiaj nie ma:



Sklep na Świerczewskiego (dziś: Solidarności) zlikwidowano pewnie dlatego, że badziewiem to można handlować wszędzie. Cały czas (mimo skończonego tyłu i rozpoczętego drugiego rękawa) zastanawiam się, czy jednak nie zrobić tego swetra z pojedynczej nitki. Bo pewnie ostatni raz robię sweter z ręcznie równo uprzędzonej wełny:



Święta wprawdzie już minęły ale u ciotek stoją jeszcze stoją choinki.


U Joanny bardzo gęsta, dziwnie zielona (tego akurat na zdjęciu nie widać) - w każdym razie dawniej takich odmian nie było:



A u Staśki choinka strojna, jak nigdzie indziej. Szkoda, że słabo widać na tym zdjęciu przecudnej urody rozmaite anioły i aniołeczki


A ciocia Gosia jest duża, i Jurek jest duży, i dużo ich razem mieszka, to i choinka duża u nich urosła:


środa, 28 grudnia 2005

Teraz ....

to nie czas na pisanie bloga.

Zainstalowałam w domu nie tylko choinkę:

ale i jemiołę:

i jak co roku, czas od wigilii do moich urodzin spędzam na snuciu przyszłorocznych planów. A mam ich tak dużo, że ho, ho !

środa, 21 grudnia 2005

Przedświąteczny, wtorkowy zlot cioteczek

Konieczność obdarowania najbliższych w połączeniu z głębokim przekonaniem, że istnieje sensowniejszy sposób na wydawanie ostatnich zaskórniaków niż kupowanie prezentów sprawiła, że zamiast wymawiać się przedświątecznym natłokiem obowiązków, w ostatni wtorek cioteczki siedziały w witrażowni do późnych godzin wieczornych:



Prawie każda ciotka uważała, że nie wypada przyjść bez ciasta. Dzięki temu "urosłam" (z tym, że biorąc pod uwagę jak mało ciasta zostało po wyjściu ciotek, nie tylko ja) o kolejny kilogram. Nie dotyczy to tylko Kaśki, bo ta konsekwentnie postanowiła naśladować dojrzewające dziewczynki i już od dłuższego czasu stara się być wzorcową anorektyczką.

Nie tylko my zajmujemy coraz więcej miejsca - powstawaniu naszych dzieł towarzyszy coraz większy bałagan i w tym tempie może nam zabraknąć wolnej powierzchni jeszcze zanim zostanie ogłoszony czas wiosennych porządków. A do tego czasu dekupażownia może tak wrosnąć w to miejsce, że uniemożliwi to reaktywację naszej starej przytulnej witrażowni.



Tej zimy najbardziej popularnym wyrobem stały się wariacje na temat lusterka z Ikei:



Znajdujące się w środku lusterko (o wymiarach 10 x 10 cm) zostanie odsłonięte dopiero na końcu ale i tak będzie w nim widać co najwyżej koniec nosa:



Innym bardzo popularnym wyrobem są osłonki do doniczek. Moje dzieło to doniczka na samej górze. Nie jestem z niej zadowolona - wycinając zostawiłam kwiaty lawendy razem z tłem, które po polakierowaniu odznacza się w widoczny i niezbyt estetyczny sposób. Ale nawet takie niepowodzenie nie powstrzyma mnie przed raz obranym kierunkiem, którym co warte podkreślenia, podążam samotnie - dekupażem ubogaconym.



Z kolei dzieciaki porobiły sporo świec. Mimo moich wcześniejszych wątpliwości, szły jak woda i w tym roku nie musiałam robić w pracy za akwizytora:



Mnie najbardziej podobają się imitacje ikon - miesiąc temu Gośka zrobiła jedną na próbę, a te co schną są jeszcze ładniejsze. Aż żal będzie je dawać na prezenty.



W pracy również panuje przedświąteczny nastrój.

W swoim pokoju, obok stałego elementu tzn. wielofunkcyjnego stroiku świątecznego postawiłam świąteczną pomarańczowo - goździkową bombę aromatyczną i kupioną, w ramach pomocy pensjonariuszom domu opieki, krepinową lalkę.





Jakiś czas temu pożyczyłam od Mońka Trio z Belleville ale ponieważ to było VCD a nie DVD, nie potrafiłam tego filmu włączyć. Dopiero jak przyjechała Gośka ze swoją córką Balbinką, tej ostatniej udało się włączyć moje DVD w kilka sekund. Z wdzięczności ściągnęłam Balbinie muzykę z tego filmu i teraz codziennie w poczcie dostaję od niej coś ciekawego.

Np. coś takiego:



Może w tym roku ruszę się z domu na wigilię. Jeżeli się na to zdecyduję, nie uda mi się w wigilijną noc pogadać z moimi kotami. Serce mi z tego powodu nie krwawi bo pewnie i tak nie chciałyby pogadać ze mną na jedyny interesujący mnie temat, tzn. dlaczego, w przeciwieństwie do innych kotów, nie uznają kuwety i robią gdzie popadnie.

Już chyba lepiej mieć, tak jak Balbina ślimaczycę Lorettę:



Nie sądzę by mój Heniutek był od takiej Loretty mądrzejszy.



W każdym razie córki to
się nam wszystkim udały.
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli