niedziela, 12 marca 2006
Przedwiośnie

Po bolesnym rozliczeniu się z realizacji noworocznych postanowień rozpoczęłam pozimowe porządkowanie.

Przede wszystkim konsekwentnie poszczę i już 12 dzień jem tylko warzywa, jabłka oraz - w ramach profilaktyki osteoporozy - kubek jogurtu bałkańskiego dziennie. Sama się za to podziwiam, bo jak na razie los mnie za to nie nagradza - powoli oswajam się z myślą, że dobrze będzie jak po tych 40 dniach zmieszczę się w spodniach, w których chodziłam gdy byłam nikotynistką. Początkowo chciałam się głodzić aż do skutku (rozmiar 36, nie na wcisk), ale zgodnie z sugestią Leona, po przeczytaniu artykułu w Przekroju, postanowiłam być trendy i skoro wybór należy do mnie, będę sobą i zamiast pepsi wybieram ciało Wenus z Willendorfu:

  • idealna kobieta z paleolitu z dumą nosi gigantyczne piersi oraz fałdy tłuszczu na biodrach i udach. Identyczny efekt można osiągnąć, żywiąc się fast foodem, o czym świadczą setki kobiet przechadzających się z głośnym sapaniem po ulicach amerykańskich miast. Wenus z Willendorfu nie była ideałem piękna stworzonym przez gejowskich projektantów mody, lecz raczej, jak zgadzają się historycy, ucieleśniała ideę płodności. W tamtych czasach mąż grubej kobiety miał ten komfort, że jego kobieta przeżyje, nawet jeśli nieudacznik parę razy wróci z polowania z pustymi rękoma.

I jak już wejdę w te spodnie, kupię sobie dużo żółtego sera i poczekam. Bo skoro idziemy w stronę matriarchatu, to chociaż nie mam szans doczekać czasów gdy wzorem piękna znów będzie Wenus z Willendorfu, już każde drgnięcie w tym kierunku jest czymś pozytywnym.

Wykorzystując okazję (tzn. to, że w Kaliningardzie mieszka teraz ze mną Artur), postanowiłam zrobić z coś najbardziej depresyjnym miejscem mojego domu - tzn. kuchnią:


Dziś już nie jestem taka pewna, czy dobrze zrobiłam. Z taką kuchnią też dawało się żyć - ułatwiał to miły dla oczu mrok, który zapanował w tym uroczym pomieszczeniu, gdy na jesieni odpadł prowizorycznie przyczepiony do żarówki kabel. Bo jak zaczyna się coś robić, to końca wydatków nie widać i jakoś tak dziwnie się składa, że chociaż jest dużo wszystkiego, to co ja chcę, jak na złość nie jest najtańsze. Np. co z tego, że na ceneo można porównać ceny 1018 lodówek, jeżeli dwudrzwiowych, o wzroście 120-140 i kolorze obudowy Inox, są tylko dwie?
A muszę kupić nową lodówkę, bo kuchenną rewolucję rozpoczęłam od pozbycia się starej:


a oto przyjęty kierunek zmian:


Ile to będzie kosztować wolę nie myśleć, zwłaszcza, że wszystkiego nie da się przewidzieć. Nie byłam jeszcze na Czeskim śnie, ale za to byłam z Kaśką w dwóch marketach budowlanych i tam nie tylko ona, ale ja też byłam gumiś. Zatrudnieni tam faceci są tak zblazowani tabunami zawracających im głowy kobiet, że jak się nie wygląda jak Naomi Campbell, to jest się z góry na odstrzał. Jakimś wyjściem z tej sytuacji jest poszukanie pomocy u ludzi takich jak my, czyli klientów, tyle że rodzaju męskiego. Jest to jednak obarczone dużym ryzykiem błędu - po pierwsze opiera się na założeniu, że oni wiedzą więcej od nas, a po drugie w tym wypadku wyboru miałyśmy dokonać my, a naszym życiem zdążyłyśmy już dowieść, że nie za bardzo nam to wychodzi. I tym sposobem kupiłyśmy może połowę tego co było na liście, a na pocieszenie Kaśka wyszła z kwiatkiem, a ja z mydelniczką (cena adekwatna do przeżytej traumy - 40 zł):



Jak to bywa z rewolucją, przeniosła się i na ościenne tereny - z dużego pokoju usunęłam kolejną pamiątkę - metalowego raka. Też w sumie tylko dlatego, że pojawiła się taka okazja - w grupie, która w zeszłym tygodniu poszukiwała Artura, był m.in. Paweł - pierwszy człowiek, którego po zainteresowaniu się sprzętem, nie przeraziła plątanina schowanych ze nim kabli. Przeniósł mi sprzęt na przeciwległą ścianę - miał stanąć w szafce od telewizora ale zapomniałam, że w szafce w skos nie zmieści się prostokątny sprzęt i póki co stoi na podłodze:


W komórce mam wprawdzie stoliczek (ładny, przedwojenny mebelek), ale jak postawię na nim sprzęt, będę miała znów problem ze schowaniem kabli - manewr z przeniesieniem sprzętu spowodował, że okablowanie 8 kolumn nie jest już tak widoczne, ale z tyłu sprzętu jest tego tyle co było.

A jak już zrobię tak, że będzie bardzo ślicznie, kupię do kuchni drewniany okrągły stół i zawieszę nad nim witrażową lampę (Gośka obiecała, że może jeszcze w tym tygodniu zabierze się za jej lutowanie - ma ją już od dawna w poowijanych kawałkach). Wtedy zaproszę wszystkie ciotki na nadzwyczajny sabat - bo miało być wspaniale, a poszło w tym kierunku co zawsze. Jedna ciotka nie ma czasu bo pracuje, inna bo się zakochała szczęśliwie, inna bo nieszczęśliwie, tamta ma do tamtej złość, a tamta pretensję i to uzasadnioną że hej! - itd. itp. Jednym słowem - grupy odniesienia to można mi pozazdrościć.

Mimo, że w domu panuje niewyobrażalny rozgardiasz (taki jaki występuje tylko w trakcie robót budowlano - adaptacyjnych), nie zapominam o moim wrapku w wielkanocny żakard, z którym weszłam w fazę wykańczania szyi i na razie nie mam pomysłu jak wykombinować coś na kształt kołnierza bebe:



Zaczynam być uzależniona od komentarzy Pana Piotra Czartoryskiego-Szilera. Niestety w tym tygodniu nic nie obejrzał. A szkoda - bo ciekawi mnie, nie tyle jego zdanie na temat filmów: JP2 i JP2 nie lękajcie się (bo tego nie trudno się domyśleć) ile to, co myśli na temat tej akcji z pojawieniem się tych dwóch filmów na raz. Ja w każdym razie chcę wiedzieć - który jest ten dobry, a który zły?

Komentując komentarze:

Nie jestem feministką, ani żadną inną -istką też nie (i gdyby dano mi taką szansę, w Dniu Kobiet, nie marudziłabym tak jak Staśka i jak nie dawali rajtuzków, wzięłabym i tulipa). Wprawdzie był taki moment, że ponieważ wszyscy wokół wmawiali mi, że jestem feministką to nawet przez chwilę w to uwierzyłam, ale szybko mi przeszło - wystarczyło kilka zajęć na tzw. gender studies. Bezpieczniej jest nazywać się ciotką - na szczęście nikt nie wpadł jeszcze na pomysł manifestu ciotkoizmu.

niedziela, 05 marca 2006

Sięgając do tradycji ...

w środę rano wysłałam do Joanny sms, który podpisałam "siostra w poście" i jak na razie się trzymam. Skserowałam fragmenty książki Callanetics, kupiłam magazyn Shape z kasetą:



i jak doczekam dnia, gdy będzie mi przeszkadzał tylko nadmiar skóry (a nie tak jak dzisiaj nadmiar wszystkiego) to obiecałam sobie, że nawet zacznę ćwiczyć.


Mój start w Olimpijskim Robótkowaniu zakończył się totalną porażką. Moim zdaniem złoty olimpijski medal bezapelacyjnie należy się pomysłodawczyni - Małgośce z Ameryki. To dzięki niej, powoli bo powoli, ale powstają kolejne robótkowe blogi. Teraz ogłosiła kolejną akcję - Wielkanocne robótki. Nie zrażając się olimpijską porażką, zgłosiłam się z wrapkiem, który do tej pory był wrapkiem w olimpijski żakard, a teraz robi za wrapek w wielkanocny żakard:


Ale jak tak dalej pójdzie, to zanim go skończę, znów zmieni swoją nazwę. Bo jakoś tak jest, że plany stają mi ostatnio dęba. Np. w czwartek wieczorem miałam z Tomkiem załatwić bardzo ważną sprawę, a przedtem zamierzałam iść do kina. Tymczasem tego dnia po pracy (czyli po 10 godzinach od wstania z łóżka):

  1. Na dzień dobry zdenerwowałam się tym, że telefon Tomka nie odpowiada. Pokrzyczałam do przyszłej synowej co ja myślę o wyładowujących się komórkach i pojechałam do niego do pracy. Bezpośrednio ode mnie jedzie tam tylko tramwaj - jeden mi uciekł, a następny już nie odjechał, bo drogę zatarasowały mu dwa samochody, które akurat w tym momencie zapragnęły dać sobie buzi.
  2. Jak szłam do synka odebrałam telefon od zdenerwowanej Anki. Uspokoiłam ją zapewniając, że w weekend poopiekuję się (zamiast niej) byłą teściową a przy okazji - ponieważ u teściowej wymieniający rury robotnicy zrobili straszny burdel - polatam też za nią i na miotle.
  3. Pełna zrozumienia dla zakochanej studentki, którą narzeczony odwiedził akurat wtedy, gdy ma sesję poprawkową, a babcia czuje się źle, odebrałam kolejny telefon. Tym razem okazało się, że moim znajomym zniknął z pola widzenia Artur (czyli chłopak, który na ich prośbę - do czasu aż czegoś dla niego nie wymyślą - zamieszkał na chwilę w Kaliningradzie i który na pewno nie powinien znikać z ich pola widzenia).
  4. Zniknięciem Artura też się zaniepokoiłam, więc jak doszłam do Tomka pracy, wytłumaczyłam mu, że jest duży i świetnie da sobie radę bez mamusi i razem z moimi znajomymi udałam się na poszukiwanie Artura. Trochę czasu zajęło ustalenie, że Arturowi też padła komórka, a za bardzo mu to nie przeszkadzało, bo był z dziewczyną.
  5. Jak już byłam w domu, uświadomiłam sobie że od rana nic nie jadłam, a w domu nie ma nic - nawet jabłka (czyli zamiast planowanego postu, wyszła głodówka).
Wrapek w wielkanocny żakard też miał być inny: miał mieć guziki (jak przypomniałam sobie o dziurkach, było już za późno), miał nie być taki duży (u podstawy ma 148 cm - wiec zanim to "wygubię", powstanie z tego pelerynka Sherlocka Holmsa), ale na zdjęciach wygląda coraz lepiej:




Tak jak i wszędzie tak i w Kaliningradzie coraz częściej wieje wiosennym optymizmem (
kotów w domu z dnia na dzień coraz mniej i już np. spokojnie przechodzę obok nieużywanej kuwety). Wygląda na to, że kocia wróżka wywróżyła Heńkowi, że karoca z jego narzeczoną zaparkuje z tyłu domu, bo zajął tam miejscówkę na parapecie i czeka. A w ogrodzie tłok - Stralcia stara się wszystkich obsłużyć przyjmując swoich gości w Toyocie:



Następni
czekają w kolejce drąc mordę pod oknem:



albo na studni:





a jak Sralcia wpadnie do domu trochę się odświeżyć, wrzucić coś na ząb i chwilę się zdrzemnąć, siedzą z nosem przy szybie, nie mogąc się doczekać aż do nich wyjdzie:




Z kolei Moniek i jego brzuch, zamiast śledzić recenzje filmowe, pojechał w góry i musiałam sama sprawdzić co ostatnio obejrzał mój ukochany recenzent. Gorąco polecam jego recenzję Tajemnicy Brokeback Mountain.
A dla leniwych kolejna perełka (najbardziej przemawia mi do wyobraźni ten wykrzyknik): Te wydarzenia niewątpliwie zbliżyły obydwu mężczyzn. Nadal jednak byli dla siebie tylko kolegami... Do czasu! Pewnej mroźnej nocy po wieczornym pijaństwie zaczęli ze sobą obcować cieleśnie.

niedziela, 26 lutego 2006
Ostro pod górkę:

Właśnie uświadomiłam sobie, że juz za kilka dni minie 1/6 tego roku. To chyba najgorszy okres - jeszcze pamiętam noworoczne postanowienia a już wiem, że zostaną odłożone na półkę pobożnych życzeń.

Wrapek w olimpijski żakard nawet nie zmienił od zeszłego tygodnia pozycji i leży zwinięty na stoliku:



Wirowało za to gdzie indziej i wygląda na to, że wirować będzie dalej.
I im dłużej to trwa, tym bardziej odczuwam brak w swoim życiu kogoś, kto pełniłby w nim taką rolę, do jakiej w życiu tego Narodu aspiruje Minister Dorn. Kogoś, kto tak jak on wie czego inni nie wiedzą i np. potrafi zapewnić, że w Polsce ptasiej grypy nie będzie i już. Ja chcę dużo mniej - potrzebuję tylko by ktoś zapewnił mnie, że ta wojna nigdy nie wyjdzie poza pozycyjną pyskówkę.

Ale może to brak zgody na bezczynne czekanie na dalszy rozwój wypadków, może tylko efekt zbliżającej się wiosny, w każdym razie na furtce Kaliningradu znów jest skrzynka na listy:



W łazience, tam gdzie straszyły wystające ze ściany kable:



wiszą lampki (a jak starczy mi zapału, to niedługo zawiśnie też i lustro):



I choć nadal podstawowym oświetleniem górnym w Kaliningradzie są przyczepione do za długich, zwisających z sufitu kabli, żarówki (co najwyżej przykryte papierową kulą z Ikei):


to pojawił się pierwszy żyrandol:



Byłam przekonana, że po wyjeździe z Kaliningradu córki Sralci - Kurweczki, prowadzona w moim ogrodzie agencja towarzyska upadnie. Tymczasem Sralucha chyba nie pełniła w niej tylko roli burdel mamy, bo klientów nie ubyło. W tej sytuacji postanowiłam zrobić Sralci prezent i uwiecznić na zdjęciach jej amantów. Początkowo, jak tylko któryś zaczynał drzeć mordę, wylatywałam na dwór usiłując mu zrobić zdjęcie z bliska. Ale chociaż inni robią zdjęcia znacznie większym dzikusom - klienci Sralci na mój widok natychmiast uciekali (na policję obyczajową nie wyglądam, może chodzi o to, że traktują mnie jak teściową?). W każdym razie, po kolejnej porażce zmieniłam taktykę i będę robiła im zdjęcia przez szybę:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli