niedziela, 05 listopada 2006

Epitafium
(w siódmym tygodniu remontu)

Nie wiem kiedy, bo poza moją świadomością, ale zrobiłam hop! i mieszkam w całkiem nowej rzeczywistości.

Jak zadrę do góry głowę, widzę drobnomieszczański płaskowyż:



Tylko w "salonie" słupy zostały pomalowane na gołębi zomo-błękit, gdzie indziej króluje klasyka:



I coś zupełnie rewolucyjnego - po 10 latach znów mam szafę na ubrania:



Przez ten remont nie mam czasu na duże formy. W zasadzie robótki ręczne poszły w kąt - w tym tygodniu dorobiłam tylko do rękawiczek opaskę, robi się ją szybko i jest bardziej twarzowa od czapki:



Ale jak to ktoś kiedyś mądrze śpiewał co się polepszy, to sie popieprzy - w zeszłym tygodniu cudu nie było i definitywnie zakończył się projekt witrażownia:



Na posterunku w witrażowni została już tylko Gośka. Spędza tam każdą wolną chwilę - w kaplicy gdzie jest już zrobiony przez nia witraż, do świąt mają być do kompletu wstawione okna. Czasu zbyt wiele na to nie ma, okien w tej kaplicy sporo, a Gośka caly czas jest na etapie "kartonów":



Dzieci tak jak przed rokiem robią zabawki na choinkę:



A ciotki pochowały się po domach, gdzie hodują dzieci, własne świry albo po raz n-ty w życiu, w kolejnych rekonstruowanych związkach, trenują życie rodzinne. Wygląda na to, że czerpią przy tym z nowej świeckiej multi-kulti tradycji - na zdjęciu zrobiona przez Gumisia dynia, która nazywa się tak samo jak mój kot, czyli Heniek:



Najlepszym komentarzem do tego co myślę o końcu witrażowni, będzie zacytowanie ponad 80- letniej sąsiadki naszej koleżanki, z dalekich Niemiec. Owa pani, wyjechała z Polski jako ślązaczka ponad 40 lat temu, w zasadzie nie mówi już po polsku ale jej ulubionym powiedzeniem nadal jest:





niedziela, 29 października 2006

Remontu tydzień szósty

Robię co mogę by podtrzymać zainteresowanie projektem Kaliningrad. Ale idzie mi to jak po grudzie. W ostatni weekend brygada remontowa szybko przerwała pracę pod pretekstem wyczerpania się domowych zapasów silikonu:


I gdy kolejni goście mieli tylko pomysł na to, co warto zjeść:

To razem zamiast w remont, bawili się w czytelnię:


Ostatnio nawet, by zachować żółtą koszulkę lidera, próbowałam wziąć na litość i opracowałam nową wersję swojego życiorysu:

Budujący przykład życiowego heroizmu - sama samiusieńka, buduję z jednej pensji (nawet jeżeli trochę wyższej niż średnia krajowa, to nie jej wielokrotności) dom. I to nie dlatego, że tak chciałam tylko dlatego, że tak wyszło.

Ale to już też nie robi wrażenia (na marginesie, nie tylko sama buduję dom, z przywróceniem kompa do stanu używalności też musiałam sobie sama dać radę - dzięki temu w tym tygodniu zdjęcia są znów z aparatu, a nie z telefonu).

Uprzedzając kolejne komentarze - nie będe robiła wygibasów by ten blog " nie był nudny" - inni byli ostatnio bardziej wypoczęci i skomplikowali sobie życie z taką fantazją, że i tak w tym sezonie nie mam najmniejszych szans na bycie number one. Zreszto nawet jak mam inne, nie remontowe propozycje, to też pozostają bez echa. Ostatnio np. zaproponowałam jednej ciotce co to niby taka kulturalna, byśmy poszly do teatru, bo podobno w stolicy powstało sporo offowych scen - usłyszałam, że na małą scenę to może sobie chodzić ktoś taki jak ja, ona żyje na 40 m2 w takim off-ie, że jak już ma iść do teatru, to tylko tam gdzie teatr widać ogromny.

Pozostaje więc to co zawsze, czyli dom. Zwłaszcza, że zagrożony jest kolejny termin zakończenia tegorocznej edycji remontowej - we wrześniu myślałam, ze "do świąt" znaczy Święto Zmarłych, potem to jakoś płynnie przeszło w Święta Bożego Narodzenia i za chwilę może się okazać Wielkanocą.

W tym tygodniu np. zakończyłam remont stolarki okiennej (do zrobienia zostały jeszcze drzwi wejściowe):

I ponieważ nie daję sobie rady w tym bałaganie, nie czekając na zakończenie prac wykończeniowych, zaczęłam powoli układać wszystko na swoje miejsce:



A na koniec to co najważniejsze: w tym tygodniu, z dwumiesięcznym opóźnieniem, rusza projekt witrażownia. Czyli znów aktualne jest hasło: we wtoreczek zlot cioteczek.

niedziela, 22 października 2006

Remontu tydzień piąty

Po raz n-ty w życiu przekonałam się, że do wszystkiego, nie tylko do remontu ale nawet do robienia zdjęć telefonem, można się przyzwyczaić. A jak już nauczyłam się żyć w tym bałaganie, to wróciłam do niektórych moich stałych zajęć (do niektórych, bo w moim kompie dalej królują pozbawione Pająka mini windowsiki).

Zobaczyłam na drucianym forum śmieszne rękawiczki:

501

I jedno takie cuś już mam (tyle, że w realu moja rękawiczka jest w ciepłym brązie, a nie we wpadającym w czerń granacie):

502

Robiłabym więcej takich cusiów, ale wszystkie weekendy do świąt, mam remontowo zajęte. Bo takich miejsc gdzie "widać już jasność " jest jeszcze bardzo niewiele:

504

Układając książki, nie umiałam się oprzeć by nie zajrzeć do tych najbardziej ukochanych i z przerażeniem odkryłam, że nawet mruczanka Kubusia Puchatka kojarzy mi się z polityką:

Czemu tym jest zawsze ten,
A ów owym - tylko czasem?
(...)
Wasi naszym mogą też,
Lecz nie mogą twoje moim

(...)

Pomyślałem coś tu będzie ....
Bo choć dzisiaj tutaj on,
Ale oni zawsze wszędzie

W ramach jesiennych rozmyślań nad tym co jest, a zwłaszcza czego nie ma w mojej szafie, pozbyłam się moich ukochanych butów (niestety z każdym dniem dziura w podeszwie robiła się coraz większa). Miały zawisnąć na drutach, ale druty za wysoko, więc zamieszkały na sumaku:

503

A za tydzień kolejny odcinek - znam już jego tytuł: remontu tydzień szósty.
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli