poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Zaliczyłam event, czyli zadymę ONR. Z tego co mówili, chcieli by spektakl został odwołany. Nie wyszło im, ale też i nie byli gotowi stracić w tej "walce" nawet jednego guzika i ani przez moment nie wyglądało to groźnie..

Z tym, że nie trzeba być jakoś szczególnie wyczulonym na wiatr historii by czuć, że już nie długo policja będzie interweniowała nie "za nami", ale "przeciw". To zdjęcie z białostockiej katedry mocno wryło mi się w pamięć.

Sama sztuka mocno nierówna, tak jak to często bywa z publicystyką, a jest jej tu sporo. Nie wiem czy fellatio z pomnikowa figurką JP II było konieczne. I nie dlatego, że mnie to jakoś ruszyło, tylko że sceny, które są dla wielu nie do przyjęcia, powinny być mega uzasadnione. Tymczasem dla mnie, ta scena jest trochę obok, wyraźnie obliczona na to, by zaszokować widza. Nikogo nie zdziwił więc tumult jaki wywołała.Tak duży, że o tym czym kończy się ta scena, czyli zawieszeniem na pomniku tabliczki "obrońca pedofilii" nikt już nie mówi. Może było lepiej by w tej scenie wystąpił jeszcze ksiądz Marcial Maciel i to jemu, w towarzystwie papieża, robiono by fellatio? Przez tą scenę z papieżem nikt nie mówi o innych a kilka z nich wbija się w pamięć.

Mnie powaliła scena gdy z krzyży i krzyżyków aktorzy skręcają karabin, z którego potem strzelają do tłumu.

Na długo też zapamiętam pewnie psa wyćwiczonego do "demaskowania" muzułmanów, I jak zawsze problemy z dykcją - aktorzy krzycząc tekst gubią słowa.

W międzyczasie, przez powoli przez ekrany przechodzi film, którego wymowa jest równie mocna co Klątwa, a może i mocniejsza, bo opowiadania historia oparta jest na twardych faktach.

Milczenie

XVII wiek Japonia. Jezuici i nawróceni przez nich wieśniacy kontra przedstawiciele lokalnych władz. Fajnie pokazane jak to w walce idei giną ludzie, przede wszystkim wyznawcy tych idei, nie ci co ją głoszą.

I tydzień z Netflixem był bardzo mało wyrafinowany. Skończyłam House of Cards. 

Jak serial jest dobry, to chce się jego kontynuacji. Jak już jest dalszy ciąg, to wtedy okazuje się że te kolejne sezony, tylko psują pierwsze wrażenie.I chyba wolę słuchać audiobooków - odzwyczaiłam się od ekranu.

Zimna wiosna to też wiosna i forsycje już przekwitają 

A mnie - zwłaszcza gdy w zeszłym tygodniu wzbogaciłam się o trzy worki z ciuchami - zainteresował poruszony na zaprzyjaźnionym blogu pomysł na capsule wardrobe.(czyli minimalizm ciuchowy) - nawet znalazłam w sieci planer. Mam autorski pomysł - zamiast wyrzucać rzeczy, wynosić je na strych, po uprzednim sfotografowaniu, Tak by kompletując następny zestaw, czerpać z własnych zasobów.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Święta spędzam w wersji wyciszającej - Netfix, książka, druty i audiobook. Z drutami się zawzięłam i postanowiłam wytrwać - całą sobą rzuciłabym kolejną robotę w kąt, ale będę twarda i to skończę. Chodzi o Color affection (po mojemu Buras affection - robiąc słucham katastroficznego Blackout'u, więc pasuje).

Problem w tym, że to co mi wychodzi nie do końca jest tym, co mnie urzekło na zamieszczanych na Raverly zdjęciach. Wychodzi mi długi i wąski rogal - w pierwszej chwili myślałam, że coś pomyliłam we wzorze, ale nie. W dodatku "krótszy" bok się nie rozciąga - więc za bardzo w to, że blokowanie wszystko załatwi nie wierzę. Jeszcze mi trochę do zrobienia zostało, ale co z tego, że na szerokość przybędzie, jak to za cenę tego, że się sporo wydłuży.

Córka zdjęciami wnuka nie rozpuszcza, ale przesłała mi jedno z ich wizyty w Kidzanii.


Weszłam do Internetu, poczytałam o tym i jeżeli jest tam tak, jak o tym piszą, jest to niesamowite. Dla takich maluchów chyba nawet lepsze niż interaktywne muzea w stylu Muzeum Kopernika. Mój wnuk podczas jednej wizyty był dentystą, dziennikarzem, mechanikiem samochodowym, pracował w kawiarni, i agencji reklamowej oraz w elektrowni. Przez cztery godziny zarobił tyle, że stać go było na breloczek do kluczy.

Nie poszłam do Domu Historii na spotkanie z Agatą Tuszyńską, która opowiadała o Irenie Krzywickiej - wybrałam spotkanie w Faktycznym Domu Kultury z Andrzejem Jagodzińskim, tłumaczem literatury czeskiej.

Okazją do spotkania było wznowienie przez wydawnictwo Szczygła powieści Josefa Škvoreckiego Przypadki inżyniera ludzkich dusz (mam w "stosiku"). Publiczność piła wino, główny bohater piwo. O literaturze czeskiej za dużo nie wiem, więc nie zawsze wiedziałam o czym mówią. Ale mówili tak ciekawie, że nie żałowałam, że nie poszłam na Tuszyńską. Nie wiedziałam też, że opowieść o byciu tłumaczem może być tak ciekawa.  

Tu można posłuchać podcastu z tego spotkania.

 Byłam w tym tygodniu jeszcze na jednym spotkaniu

Samo miejsce bardzo lubię, trzymam kciuki by przetrwali. Ale to spotkanie się nie udało - cały czas wrażenie, że odbywa się po "łepkach", prowadzący się gdzieś spieszą, pilnują by za dużo nie mówić, bo a nuż zaciekawią i rozpocznie się trudna do skontrolowania dyskusja. Nie minęło pół godziny, gdy padła prośba o pytania z sali. Jak zawsze nie było ich za dużo, wiec po godzinie było już "po wszystkim". 

A że temat mnie ciekawi - mam wrażenie, ze zawsze był mocno zamiatany pod dywan, więc kupiłam książkę i będę czytać. 

Ostatni będą pierwszymi


Nie wiem jakim cudem przeoczyłam ten film - nie dlatego, że jest tak dobry ale dlatego, że z mojej "alternatywnej" półki. Dwóch facetów dostaje zlecenie znalezienia skradzionego telefonu - jego właścicielowi zależy na jego odzyskaniu, bo są w nim nagrane kompromitujące go materiały. Gdzie mają go szukać wiedzą dzięki lokalizatorowi. Śledząc ich poszukiwania, poznajemy mieszkańców miasteczka, na którego terenie ktoś ma ten telefon w kieszeni. Francuska prowincja fotografowana jak trzeci świat, a nie jak przyciągający oko region turystyczny. Scenki robiące za metafory, sugerujące głębszy sens. Nie zawsze uchwytny, ale można obejrzeć.

Dalida

Jestem tak stara, że pamiętam czasy, gdy była sławna.

Nic nie wiedziałam o jej życiu prywatnym. Tymczasem miała je dość skomplikowane i jak najbardziej nadające się na film. Szczęścia w miłości nie miała. Była szczęśliwie zakochana, gdy jej wybranek popełnił samobójstwo, bo nie został dobrze przyjęty na festiwalu w San Remo. Dwóch następnych zabiło się, nie potrafiąc się pozbierać po rozstaniu. W upragnioną ciążę zaszła z chłopakiem, z którym bała się założyć rodzinę, bo był dużo od niej młodszy itd. ... Na koniec - przerażona samotną starością, popełniła samobójstwo.

Sprawnie opowiedziana historia pięknych, bogatych ludzi, ale i mega nieszczęśliwych bohaterów z pierwszych stron plotkarskich magazynów.   

Na Dalidę poszłam do Kinoteki, zrobiłam tam takie zdjęcie.

 

sobota, 15 kwietnia 2017
Przeczytane 2017

Odessa. Geniusz i śmierć w mieście snów Charles King

 

W pierwszej chwili było wow, już chciałam tam jechać. Potem ostudziła mnie zarówno cena biletów jak i sama książka.

Moim zdaniem autor nie umiał się zdecydować: sucha historia miasta czy przeplatana anegdotą opowieść o jej mieszkańcach. Niby jest i to i to, ale mniej więcej w połowie, ten brak określonej formuły mnie zmęczył.

Ale, o ile o wsiach potiomkinowskich wie każde dziecko, to o tym że Katarzyna podziwiała również Wezuwiusza nie wiedziałam: 

Zbudowana nad Dnieprem w pobliżu Krzemieńczuka imponująca makieta Wezuwiusza plunęła na cichy step deszczem ognia i siarki.

Na marginesie dyskusji o lepszym sorcie:

W 1892 roku ponad połowa z sześciuset siedmiu odeskich prostytutek zadeklarowała, ze należy do stanu mieszczańskiego.

Skąd my to znamy?

Ludność chłopska, napływająca do miasta nieprzerwanym strumieniem z dawnych majątków ziemiańskich, przyniosła ze sobą cały repertuar stadnych zachowań i niezachwianą wiarę w słowa prawosławnego duchowieństwa. Systematycznie malał odsetek mieszczan, odgrywających coraz mniejszą rolę w kształtowaniu kultury miasta. 

A polityka zawsze lubiła ingerować w religię:

Usiłując oddzielić żydowską praktykę religijną od żydowskich aspiracji narodowych, Sowieci nakazali usunąć z recytowanych podczas świąt Pesach i Jom Kippur modlitw słowa „w przyszłym roku w Jerozolimie”

Zakończenie to głuchy śmiech historii - żegnamy się z miastem w chwili, gdy powiewa nad nim ukraińska flaga i miasto sposobi się do spokojnych lat rozkwitu ...

 

Rzeczy Iwaszkiewicz intymnie Anna Król

 

Mieszkanie rzut beretem od Stawiska zobowiązuje. Ale o ile nie do końca mnie interesują poważne i opasłe opracowania dotyczące Iwaszkiewicza i jego twórczości, to plotki i ploteczki o mieszkańcach Stawiska jak najbardziej.

Rzeczy. Iwaszkiewicz intymnie wpisują się w ten nurt. Punktem wyjścia każdego z rozdziałów książki jest drobny przedmiot, który przykuł uwagę autorki podczas zwiedzania Stawiska (przypomniało mi się Trzynaście fajek Erenburga). Każdy z tych rozdziałów opowiada o  kolejnym węźle emocjonalnym Iwaszkiewicza. Z tym, że ogólnikowo, obszerniejsza jest jedynie opowieść o związku z Błeszyńskim (dalej czekam na odpowiedź na niezadane w tej książce pytanie, kto zniszczył wszystkie fotografie, po Jerzym Błeszyńskim zostało jedno niewyraźne zdjęcie legitymacyjne).

 

Miłość w ich życiu Lidia Olszewska-Wróblewska

 

Przesłodka książeczka.

Trochę pudelkowata, ale w taki „staroświecki” sposób. O miłościach bohaterów naszej historii. Po kilka stron o każdym, więc bez zagłębiania się w szczegóły. Kiedy poznali kolejne miłości swojego życia, potem jakaś anegdota, przywołanie opinii im współczesnych i jak to się wszystko – często w burzliwy sposób – kończyło.

Układa się to wszystko w ciekawą całość – gdyby to ode nie zależało, wykorzystałabym ją lekcji na temat „modelu polskiej rodziny”. 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli