poniedziałek, 18 grudnia 2017

Idą święta. Kolejny raz nic nie wyszło ze wcześniej składanych obietnic i zamiast kupić wszystko wcześniej w necie, latam po sklepach. 
Zupełnie przez przypadek dowiedziałam się o  nieprawdopodobne użytecznym rozwiązaniu.   Kiedyś, kiedy zimą było zimno, bigos można było wstawić do komórki. Teraz, wstawiany do lodówki zajmuje sporo miejsca, a i bez tego, w ten jeden, świąteczny tydzień w roku, ledwo się w niej mieszczę. Problem rozwiązały plastikowe torebki - bigos zapakowany do pudełeczek zajął by w zamrażalniku dużo więcej miejsca. 



Poza rytuałem świątecznych przygotowań,  byłam na kolejnym Allenie.




Coney Island, lata 50. ubiegłego wieku. Cudowny jazzowy podkład. Kate Winslet marzy o lepszym życiu, nie o takim w którym jest kelnerką, żoną operatora karuzeli (Jim Belushi). Jej wyobraźnię rozpala młody ratownik (Justin Timberlake). Wszystko zaczyna się mocno komplikować gdy pojawia się, uciekająca przed mężem gangsterem, córka Belushiego z pierwszego małżeństwa.

Film ratują aktorzy. Ale trudno zrozumieć, dlaczego Allen narzucił sobie takie tempo - kręcąc film raz do roku, nie ma najmniejszych szans na dopracowanie dialogów, a to zawsze było głównym atutem jego filmów.
Szkoda, bo jednak Blue Jasmine sprzed kilku lat stanowi dowód, że ciągle jeszcze stać go na więcej.


Dalej dokumentuje kolejowy remont -  koparki odjechały, nie wiem czy to czasem nie oznacza zimowej przerwy. Mam  nadzieję, że UE nie wstrzyma wypłaty środków na ten projekt.




Jeżeli chodzi o jutrzejsze nominacje, mam takie historyczne skojarzenie: 

Kaligula może i był szalony, ale to że mianował konia senatorem, było prawdopodobnie racjonalnym działaniem - chciał upokorzyć senatorów i pokazać im co o nich myśli. Z kolei oni, biorąc udział w tej paradzie, dobrze się z tym nie czuli. 

W tym tygodniu z przyjemnością też odnotowałam, że Agnieszka Graff w rozmowie z Tomaszem Stawiszyńskim w TokFm zauważyła to samo co ja, tzn, to że akcja #metoo może łatwo zostać wykorzystana jako powrotna furtka do purytanizmu. W sobotnim Plusie Minusie Michał Szułdzrzyński popełnił tekst, w którym usiłuje dowieść, że akcja  #metoo pokazała, że feminizm jest dla kobiet ślepą uliczką - prawdziwe wyzwolenie oferuje kościół katolicki. Szybko idą.

Zrobiłam w końcu zdjęcie skończonego Kilimka 11 Noro. 

Jeszcze nigdy tak nie było, bym miała w szafie cztery czapki - w tym jedną jeszcze z zeszłego roku. 

czwartek, 14 grudnia 2017
Przeczytane 2017

dobra ksiażka

 Sendlerowa Anna Bikont


2018 rok to rok Sendlerowej, ale wątpię by nawet jeżeli zorganizują akademię ku czci, ktoś powołał się na niej na tę książkę. Nie wiedziałam, że aż tak Irena Sendlerowa nie nadaje się na dzisiaj stawiane pomniki. Ciekawa, nietuzinkowa, trudna do zaszufladkowania postać. Ateistka (z lekkim antyklerykalnym rysem). Całe życie lewicująca: PPS, potem PPR, do końca w PZPR. Bardzo gorzko patrząca na wyznaczoną jej rolę "narodowego alibi".  

Do napisania jej biografii przymierzała się Teresa Torańska, ale gdy zorientowała się, że Sendlerowa nie nadaje się na ołtarzyk który jeszcze przed przystąpieniem do pisania dla niej zbudowała, zrezygnowała. Annie Bikont całe te jej poplątanie świetni udało się uchwycić.

A to, warta przytoczenia, opinia Sendlerowej o mężczyznach:

Tchórzostwo. Brak odpowiedzialności. Wprost trudno uwierzyć, że mężczyźni i kobiety to ten sam gatunek. „Powierzchowne relacje bardzo dobre. I brak kontaktu, gdy chciałam czegoś więcej. Brak kontaktu i brak możliwości kontaktu. To nie było jednostkowe. Zastanawiam się, czy mężczyźni to w ogóle ludzie. Nigdy nie warto poświęcać się dla mężczyzny. „Niech pani sobie uzmysłowi kondycję kobiety. Na trzech etatach. W domu. W pracy zawodowej. W pracy społecznej. Ewentualnie politycznej. I oczywiście musi pięknie wyglądać. Elegancko się ubierać. Uśmiechać się. Być wypoczęta. Bezgranicznie podziwiałam wiele kobiet. Ale nie trafił się mężczyzna, który by mi zaimponował. „Może źle pani trafiła, nie można uogólniać” – oponowała Janicka. „Na pewno są wyjątki. I tego pani życzę. Z całego serca. Ale ja na wyjątki jakoś nie trafiłam

Miłośnica Maria Nurowska


Bardzo dziwna biografia Zainteresowałam się tą książką, gdy przeczytałam, że Maria Nurowska zaapelowała do Kożuchowskiej, by zrezygnowała z grania Krystyny Skarbek, bo prawdziwa Skarbek "nie znosiła kobiet takich jak ona"! Kożuchowska z rady nie skorzystała i gdy Nurowska obejrzała ja w teatrze TVP tak skomentowała: … mało nie dostałam apopleksji. Na dywanie pręży się w szlafroku kurwiszon, który ma wymalowane pazury na czerwono, pali, pije. I telefonuje. Podobno Nurowska pracuje nad scenariuszem, w filmie Skarbek ma zagrać „prawdziwa” aktorka.

Na razie przeczytałam książkę, która stanowi podobno podstawę tego scenariusza. Szału nie ma, ale może dlatego, że nie lubię zbeletryzowanych biografii?

W książce postać Krystynie Skarbek odkrywa przed nami zwolniona w noc stanu wojennego dziennikarka, która z braku innych zajęć zgadza się zgromadzić materiały do książki o Skarbek. Po jakimś czasie sama podejmuje ten temat.

Nie jest to klasyczna biografia – więcej to o życiu emocjonalnym, niż o jej dokonaniach. Z drugiej strony, chyba za mało jest materiałów na solidną biografię - niedostępne akta wywiadu, zbyt kontrowersyjne jak na owe czasy życie miłosne, by móc znaleźć odpowiedzi na pytania we wspomnieniach jej współczesnych. Więc może jednak Nurowska wybrała jedyne dobre rozwiązanie? Bo samą postać Skarbek maluje bardzo ciekawie, przeszkadzał mi przyklejony do niej wątek dziennikarki i jej miłosnych rozdrapów.

Bądź moim bogiem Remigiusz Grzela


Jeszcze jedna sfabularyzowana biografia. Ale jak na Remigiusza Grzelę cieniutko … A może inaczej – gdyby w tej książce nie było Remigiusz Grzeli, może byłoby i OK. Ale jest jako narrator prawie na każdej karcie tej książki: egzaltowany, uduchowiony i tak słodki, że przyprawia o mdłości.

Warszawa-Paryż. W obu tych miastach żyją spłatani różnymi powiązaniami bohaterowie tej opowieści. Jej centralnym punktem, jest paryska kamienica, gdzie na jednym z pięter mieszka Wera Gran. To dla niej sięgnęłam po tę książkę. Mogłam poprzestać na książce Agaty Tuszyńskiej Oskarżona Wera Gran, nic bym nie straciła.

Żołnierz i filozof. Tadeusz Kościuszko przeciw królom, carom i Kościołom  Piotr Marek Napierała

 

Niestety ale bardzo źle napisana książka. Autor ma wiedzę na temat epoki, ale nie umie jej przekazać. Rwący potok luźno ze sobą związanych akapitów. Osoby z branży wiedza pewnie tyle samo co autor (albo i więcej), więc w żadnym wypadku nie są adresatem tego autorskiego zestawienia faktów i wydarzeń. Z kolei ktoś taki jak ja, gubi się w skrótach myślowych , ugina pod kanonadą nazwisk, faktów i dat, tęskniąc za przyjazną, lekką w czytaniu narracją.

Ale gdy tak wszyscy się zastanawiają, czy mamy dopiero rok 1933, czy może już 1938 (skoro niektórzy chcą powtórzyć akcję Zaolzie, tym razem z Rosją uszczknąć kawałek Ukrainy), ja optuję za tym by cofnąć się do końca XVIII wieku.

 

1754 – wrażenia Stanisława Poniatowskiego z pobytu w Paryżu

 Stanisława zaskoczyła lekkomyślność paryżan, gdyż nikt z jego znajomych nie przejął się specjalnie rozwiązaniem paryskiego parlamentu w styczniu 1754 r. Jako liberał myślał, że ktoś zareaguje na to wydarzenie tak jak on. Podobne zaskoczenie przeżył, gdy w salonie madame Geoffr in spotkał Montesquieu, a ten, zamiast mówić coś mądrego, zabawiał towarzystwa plotkami.

 Opinia o Polsce

 Przywódca jakobinów Robespierre nie ufał polskim generałom. W Paryżu pamiętano warcholstwo i głupotę konfederacji barskiej. Czy była szansa na uzyskanie pomocy od Francji? Jak postrzegano Polaków w osiemnastowiecznym Paryżu? Mit Jana III Sobieskiego - pogromcy Turków - na który władca ów pracował całe życie, często wbrew zdrowemu rozsądkowi, we Francji nie miał szansy się rozwinąć, gdyż Turcja była sprzymierzeńcem Francji. W XVIII w. Polska, jako kraj pogrążony w anarchii oraz naród krnąbrnej i ciemnej szlachty, która uniemożliwiała królom saskim przeprowadzenie jakichkolwiek potrzebnych reform, była darzona pogardą przez całą europejską opinię publiczną, zarówno tę konserwatywno-absolutystyczną, jak i tę oświeconą i liberalną. Tym należy wyjaśnić uwagę Voltaire'a dotyczącą prowadzenia przez Fryderyka Wielkiego negocjacji w sprawie Śląska z Augustem III, wyłącznie jako z elektorem saskim: „z Polakami bowiem w ogóle się nie dyskutuje".

 

Kiedyś tam chciałam by mój kolega zrobił mi na szybko zdjęcie, miałam zamiar je obrobić i wysłać jako legitymacyjne. Na zdjęciach, które mi zrobił wyszłam koszmarnie. Gdy głośno wyraziłam swoje niezadowolenie, powiedział: Dlaczego kobietom przeszkadza to jak wyszły na zdjęciu, a nie to jak wyglądają w realu.

 Kościuszko miał podobną przygodę:

 Gen. Greene wspominał, jak Kościuszko został obity miotłami przez kilka niezbyt urodziwych dam, bo nieopacznie powiedział, że nie jest tak dobrym portrecistą, by dodać im urody. 

niedziela, 10 grudnia 2017

Świat oszalał na punkcie akcji #metoo. Im dłużej ona trwa, tym bardziej poszerzany jest zasięg "niewłaściwych" zachowań - z jednej strony jest to bardzo wygodny sposób, przykrycia i zrelatywizowania tych naprawdę "złych". Z drugiej, prowadzi do  uprzedmiotowienia ofiar. Odmawia się kobietom zdolności do samodzielnego stawiania granic. Jeszcze krok i się okaże, ze skoro my jesteśmy takie słabe, a mężczyźni tacy zwierzęcy, jedynym rozwiązaniem jest ścisła segregacja. 

W sumie to takie rozwiązanie się samo nasuwa - czekam kto pierwszy z nim wyjdzie.

W ramach przygotowań do świat, zamiast pójść na Szarotki, latałam na miotle. Ale ponieważ w przeciwieństwie do mojego wnuka, nie wierzę już w Mikołaja, sama sobie kupiłam kilka gadżetów:


Lampka nie tylko do robótek, ale i w podróżach będzie nieoceniona. Słuchawki bezprzewodowe pokochałam miłością wielką - kabelek przy sprzątaniu przeszkadza, a warto wtedy mieć głowę w audiobooku, jakoś mniej się ma wtedy poczucia totalnego marnowania czasu. Głośniczek Sony jest w tym wszystkim najmniej praktyczny - potrzebowałam głośników, ale tu akurat urzekł mnie design. Tyle że jak na razie się nie polubiliśmy - ma jakiś pokręcony interfejs, trudno się z nim dogadać, mam go od kilku dni i cały czas udaję mi się go włączyć po całej chaotycznej sekwencji prób i błędów.

A głośniczek do Netflixa niezbędny. Zwłaszcza gdy jest już drugi sezon Królowej.


 

Tego dnia było w Wwie kilka wieczorów autorskich - wybrałam ten bo był o 19 - w bonusie był Marcin Meller.


Tyle, że było na nim bardzo mało ludzi - zaczęło się ze sporym opóźnieniem, najwyraźniej liczyli, ze ktoś może jeszcze przyjdzie i po pół godzinie było po wszystkim. Szkoda, bo książka zapowiada się bardzo interesująco.

 

Wieczór autorski kolegi. Nie wypadało nie być. Ale też było nie tylko ciepło, ale i ciekawie.

 

W dyskusji zabrała głos młoda dziewczyna, którą rodzice "wypychają" na studia za granicę. A ona z jednej strony ma do nich bezgraniczne zaufanie - ojciec, dziennikarz w jednej z gazet gorszego sortu, mówi "uciekaj póki czas", sama też ma oczy i widzi. Z drugiej strony, ma tu przyjaciół, chłopaka i boi się że te relacje nie wytrzymają próby czasu. Będzie trochę tu, trochę tam. Potem tylko tam. I chciałaby wiedzieć, czy nie będzie żałować. Mają chyba gorzej niż my - bo uciekają przed czymś co ma nadejść, ale nikt im nie potrafi powiedzieć kiedy to nadejdzie i jaki ostatecznie przybierze kształt. 

A po spotkaniu, cynk z Fejsa, że Kasia.Eire zauważyła mnie na zdjęciu. Świat jest mały, na pierwszym planie kobieta z którą chodziłam przez rok do liceum.

 

Crazy castle - Film otwarcia Festiwalu Filmów Irańskich.

Grupa młodych ludzi (ale już nie nastolatków), która znała się dotąd jedynie w sieci spotyka się w realu. Jeden przed drugim się popisuje i zdarza się coś, czego nikt nie chciał, co scala ich grupę we wspólnym poczuciu, że uczestniczyli w czymś, co nigdy nie powinno się zdarzyć. Tyle, że za jakiś czas dowiadujemy się czegoś, co zmienia nasz sposób patrzenia. Jak już poukładamy klocki tej układanki, znów dowiadujemy się czegoś co wywraca nasz sposób patrzenia na to co się stało. I tak do ostatnich minut filmów. Powiedzieć, że film zaskakuje to mało.

To co trochę przeszkadza to na każdym kroku dająca po oczach „niskobudżetowość” Pomysł jaki miał reżyser na ten film zasługiwał na większe wsparcie finansowe.


Dom przy 41 uliczce

Hamid Reza Ghorbani asystował Farhadiemu jaki drugi reżyser przy jego najlepszym filmie Co wiesz o Elly i przy Rozstaniu. Jego pierwszy film, Dom przy 41 uliczce jest w podobnym klimacie jak filmy Farhadiego – nie jest tak dobry jak te dwa, wyżej wymienione, ale od jego czwartego pokazywanego u nas filmu Klient, już tak.

W pierwszych minutach filmu w kłótni o pieniądze, jeden brat zabija drugiego. Bracia mieszkali ze swoimi rodzinami w domu swojej matki, każda rodzina na osobnym piętrze. Teraz te trzy samotne kobiety muszą ułożyć swoje relacje na nowo, ale jak się można domyślić, łatwo im to nie wychodzi.

Ciężkie, cudownie nie przegadane kino. Jaka szkoda, że tego typu filmu są teraz jedynie na festiwalach – a i to nie wiadomo jak długo jeszcze, bilety były po 12 złotych, a sala Luny była zapełniona mniej więcej w 10%.

Przy okazji można zobaczyć ciekawe jak działa w praktyce, bardzo odmienne od prawa europejskiego – i nie da się ukryć mocno preferującego ludzi majętnych – rozwiązanie, pozwalające poszkodowanemu decydować, czy chce dla zabójcy kary, czy dla siebie odszkodowania.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli