piątek, 27 stycznia 2017
Przeczytane 2017

dobra książka  

 Mam na imię Lucy Elisabeth Strout


Przeurocze powieścidło. Z tym „cuś” co sprawia że nie jest to jeszcze jedne kobiece czytadełko.

Tytułowa Lucy z powodu powikłań po wycięciu wyrostka robaczkowego leży tygodniami w nowojorskim szpitalu. Mąż jej nie odwiedza, bo zajmuje się dwójką małych dzieci. Z innymi pacjentami nie ma kontaktu, bo jest w izolatce. Nie wie też do końca co jej jest i czy z tego wyjdzie. 

Na pięć dni przyjeżdża do niej z głębi kraju, z ubogiej amerykańskiej prowincji, dawno nie widziana matka. Zawsze ich kontakty opierały się na przerywających milczenie półsłówkach i niedopowiedzeniach., teraz też daleko poza tę linię nie wychodzą.

Ta pełna milczenia, chwilami sztuczna i wymuszona rozmowa oraz kłębiące się w głowie Lucy przemyślenia, składają się na opowieść o dzieciństwie. Nawet nie tyle opowieść, ile jej szkic, bo wszystko zamyka się na niewielu ponad 200 stronach.

Ale jak ktoś lubi nie przegadane książki, takie bez nadmiaru słów, polecam.

Gdyby nie doroczne zestawienia wskazujące najlepsze książki wydane w mijającym roku, nie wiedziałabym ani o tej książce ani o Elisabeth Strout. Tymczasem  za powieść Olive Kitteridge dostała w 2009 roku Pulitzera. W Polsce wydano cztery jej książki. Jedną nawet tak dawno, że nie ma ebooka.

 

Król Szczepan Twardoch

 


W podsumowaniu 2016 roku Kinga Dunin napisała: Twardoch kolejny raz udaje, ze napisał arcydzieło. Coś w tym jest.

Tak jak kryminały Krajewskiego śmierdzą piwem i golonka, tak u Twardocha występują te same postacie pokręconych facetów, tańczących w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku pełen przemocy i seksu chocholi taniec „mocnych mężczyzn”. Przedwojenna Warszawa przypomina w tej książce Chicago lat dwudziestych, a tytułowy król rządzi jej żydowską dzielnicą niczym Al Capone.

Jest to dobrze napisane, ale już nie miało już dla mnie tej świeżości co Morfina. Nie dlatego że Król jest od tamtej książki gorszy, ale na tyle podobny, że tak tą golonką u Krajewskiego: to co za pierwszym razem jest do zniesienia, za drugim zaczyna przeszkadzać.

Słodka przynęta Ian McEwan


Powieść z życia agencji angielskiego wywiadu

Londyn, początek lat 70-tych. W agencji M5 rozpoczyna pracę młoda piękna dziewczyna. Jej zadaniem jest „opieka” nad początkującym pisarzem - ona ma udawać przed nim pracownika zachwyconej jego talentem fundacji, gotowej płacić mu za to by cały czas przeznaczył na pisanie książek. On ma w tych książkach wychwalać zachodni świat i krytykować, ten po drugiej stronie muru. Tyle, że ona się zakochuje i wszystko się komplikuje.

Nie jest to najlepsza książka Iana McEwana. Tak jak i inne, dobrze się ją czyta, ale w porównaniu z nimi, w tej z intrygą aż tak bardzo się nie wysilił. Chociaż, co trzeba mu przyznać, zakończenie zaskakuje.

Skandalu nie będzie Krzysztof Piesiewicz


Smuta książka – wywiad.

Dzieciństwo, młodość  w socjalizmie. Proces Popiełuszki. Przywrócenie praw Kuklińskiemu. Przyjaźń z Kieślowskim.

Potem kilka zdań o tej ostatniej sprawie, która zmiotła go ze sceny.

Kawał historii. Ale w świecie narzuconych przez tabloidy standardów, powiedział za mało by zaciekawić. 

 

 

 

 

niedziela, 22 stycznia 2017

Co można zrobić, gdy się ledwo człek wyrabia: zapomnieć o asertywności!

I tak gdy zadzwonił Łoś i powiedział, ze chciałby podarować getry w "słowika", oczami duszy zobaczyłam getry robionych na piątkach, powiedziałam "tak".

Posłałam mu znalezionego w necie słowika:

Następnie spokojnie łyknęłam opracowany na tej podstawie wzór:


i dopiero gdy przyszło do kupowania wełny okazało się, że aby sikorka nie zdominowała całych getrów, muszą być robione na dużo cieńszych drutach (sikorka też musi być mniejsza).

No i teraz robię, a raczej dłubię na dwójkach. Wełna tak jak to z Dropsem bywa: kolory wspaniałe, za to nitka do kitu

Tak więc zamiast dziergać pussy hat,

 

dziergam Słowicze getry. A czasu mam mało, muszę zdążyć przed wyjazdem do Wietnamu.

Zobaczyłam w necie zdjęcia zatoki Ha Long, nogami przebieram i gromadzę rzeczy na wyjazd:

 

Niewiele się udzielam.

W tym tygodniu dwa wieczory spędziłam w Hali na Koszykach. Jak na razie lemingi trzymają się mocno.

Zapytałam Kasię.eire (bo to z okazji jej przyjazdu te spotkania) co rzuca się jej w oczy, gdy po pięciu miesiącach znów odwiedza nasz kraj. Powiedziała, że nie tyle że się podzieliliśmy - to jest widoczne i oczywiste już od dłuższego czasu. Według niej zaczynamy się na odległość wyczuwać - dzięki temu, poznając się po zapachu, unikamy nawet przypadkowych kontaktów z "tamtą" stroną".   Trochę tak jak geje, uczymy się obsługiwać wewnętrzny, intuicyjny "radar".

W kinie byłam raz, w  ramach Kina według Marii Janion

Posłuchałam dyskusji,  w programie nazwano to "debatą" Kino i fantazmaty (Małgorzata Szpakowska, Roman Gutek, Zbigniew Majchrowski i Tadeusz Sobociński) oraz obejrzałam jeden ze wskazanych przez Marię Janion filmów: Miłość Adeli H

Film piękny. Trochę wprawdzie trąci już myszką, ale w taki sposób, że tylko dodaje mu to uroku. Isabelle Adjani jeszcze piękniejsza niż ten film.

Po przyjściu do domu, poczytałam o córce Wiktora Hugo, o której opowiada ten film  - wniosek z tego taki, że każde, nawet tak powierzchniowe otarcie się o Marię Janion, wzbogaca.

Bezpośrednia interakcja z suwerenem

Koleje mazowieckie. Skłębiony, zmarznięty tłum usiłuje na pani w kasie wymóc by zadzwoniła i dowiedziała się, kiedy coś w końcu przyjedzie. Stojący przy kasie suweren awanturuje się, bo chce natychmiast kupić bilet. Pytamy po co, skoro nic nie jeździ?. Odpowiada: poczekam. Usiłujemy go przekonać, że spóźniamy się do pracy i chcemy wiedzieć czy nie przejść do WKD. Na to on lekko zdenerwowany: Trzeba było godzinę wcześniej wyjść. Wtedy byście się nie spóźnili.

niedziela, 15 stycznia 2017

Jeszcze nie zgłębiłam jak ja to robię, że nie mam czasu. ale wygląda na to, że im bardziej nic nie robię,  tym bardziej mi go brak. Strach pomyśleć co to będzie na emeryturze?

Trochę ugrzęzłam w nieudanym projekcie - dziś dopiero doszłam do wniosku,że nie podejmę kolejnej próby zrobienia na okrągło całej  listwy (chciałam powtórzyć myk z Sunrise Circle Jacket, jednego z  moich pierwszych kupionych na Raverly wzorów):


Najpierw zrobiłam listwę z szarego rowan tweed - nie wyszło, bo jest za mało sztywny. Teraz, w ten weekend zrobiłam dwukolorowo - miał być czarny spód, szary wierzch. Ale na koniec (byłam tak pewna swoich wyliczeń, że w trakcie nie sprawdzałam) okazało się, że wyliczenia dla czarnej wełny były wprawdzie ok, ale przy szarej szlag je trafił i to co wyszło, wygląda paskudnie.

 

Ale nic to. W  przerwach podczytuję otrzymaną od córy książkę i już wiem, że druty to medytacja. Tym samym godziny poświęcone na robienie czegoś, co chwilę później się spruje, w żadnym wypadku nie można uznać za stracone. 

Przygotowania do wietnamskiej wycieczki weszły w nową fazę. Opracowałam plan podróży:

Mamy ubezpieczenie, promesę wizy, bilet lotniczy z Da Nang do Hanoi. W tym tygodniu zaczniemy kompletować rzeczy.

Zaliczyłam w tym roku już pierwszy pogrzeb - fajnie by było gdyby był i ostatni, ale o to z roku na rok coraz trudniej.


Pogrzeb został zrealizowany w wersji "najtańsze z oferowanych rozwiązań", urnę złożono do rodzinnego grobu, a jednak kosztował ponad 8 tysięcy - jestem ciekawa co robią ci, którzy nie mają 4,5 tysiąca złotych na to, by dopłacić do zasiłku pogrzebowego? Do tej pory mogli się przynajmniej zadłużyć w Providencie, teraz mają te firmy zlikwidować. 

Wygląda na to, ze opcja bez pogrzebu też nie jest żadnym rozwiązaniem. Zasiłek dostaje się po przedstawieniu zaświadczenia o pogrzebie. Więc pewnie jak się zapłaci za wszystko do momentu kremacji z własnej kieszeni, wyjdzie na to samo. Teraz rozumiem dlaczego przymyka się oczy na dzikie rozsypywanie prochów - system jest tak zbudowany, że wszyscy co mają dostać pieniądze, mają zagwarantowane, że na pewno je dostaną.

I jak to często z pogrzebami bywa, najprzyjemniejsze są stypy (Miełżyński na Burakowskiej jest czynny już od 9).

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli