niedziela, 09 września 2018

W Brwi nareszcie pojawiły się schody

18081003

No i krużganki brwinowskie. Mam spore zastrzeżenia do ich wykończenia, będę reklamować, ale są!

18081002

Ogród zniszczony, nie tylko remontem, również i suszą. Najbardziej zielony jest w nim bukszpan - mojemu koledze zżarła bukszpan ćma bukszpanowa, mój jeszcze nie został zaatakowany. Ale papuga aleksandretta w Brwi już jest, na zdjęciu na orzechu Łady.

180810011

Kolejne Szarotki. Patrząc na mój tegorocznym "udzierg" mogę się jedynie załamać. I to nawet nie patrząc na niedostępne dla mnie szczyty, czyli hafty Łady.


Może rzeczywiście powinnam się z sobą umówić, że będę poświęcać na to godzinę dziennie? 

Pean na cześć diety pudełkowej

 Do napisania tego peanu, skłonił mnie krytyczny komentarz Milagros, która oceniła pudełka od strony kosztów "materiału". 

Patrząc od tej strony, rzeczywiście przebicie jest spore. Średnia cena pudełka to 50-60 zł (na Grouponie 10 zł mniej). Tymczasem składniki to mniej niż 10 zł, do tego trzeba doliczyć robociznę + dowóz.

Czyli bezdyskusyjnie w domu samemu można taniej.

Ale czy rzeczywiście?

Przede wszystkim takiej różnorodności – a w przypadku diety, jest to podstawa - w domu (zwłaszcza singla) zapewnić się nie da. Nawet jeżeli kupi się ladę chłodniczą (standardowe trzy szuflady nie wystarczą) i będzie się do niej odkładać niewykorzystane składniki, czy ponad nadmiarowe porcje.

A łasuchowanie? Ci co nie mają tego problemu, zazwyczaj nie potrzebują i diety. Jak wykorzystać do przepisu trzy orzechy, nie zjadając tego samego dnia pozostałych orzechów z paczki? Jedyne dostępne dla mnie rozwiązanie, to nie kupowanie przykładowych orzechów (co jest równoznaczne z brakiem różnorodności …)

Po drugie odbierając z wycieraczki jedzenie na cały dzień, przestaje się myśleć o zakupach, gotowaniu, zawartości lodówki. A to, że kupujemy więcej niż nam jest potrzeba, a potem skoro „już to kupiliśmy” to to pochłaniamy, jest powszechnym zachowaniem. Ja przynajmniej tak miałam, zwłaszcza jak kupiłam coś „dobrego”.

Po trzecie – i chyba najważniejsze – mało kto pracując ma czas na zdrowe żywienie. Zazwyczaj oszczędzając czas, albo jemy za dużo mięsa (bo najszybciej się je przyrządza), albo tzw. żywność przetworzoną. Alternatywą jest jedzenie na mieście, co z kolei jest dość masakryczne cenowo.

Nie zdawałam też sobie sprawy, do jakiego stopnia tak szybko pojawiają się pierwsze oznaki zmiany nawyków żywieniowych. Coś mi się poprzestawiało w głowie i nie ciągnie mnie do słodyczy, spokojnie przechodzę koło witryn z lodami. W pierwszy "wolny weekend (nie mam wtedy pudełek), kupiłam połowę tego co kiedyś, a i tak sporo zamroziłam, bo uznałam, że tego nie przejem.

Całe te moje dietowanie to element przygotowań do wejścia na „ostatnią prostą”. Polisy na zdrowie nie kupię, bo takich nie ma, ale mogę przynajmniej zwiększyć prawdopodobieństwo zachowania sprawności na starość. A nie ukrywam, że chciałabym jak najdłużej być sprawnym hipsterem 60+.  

Znając siebie, łatwiej mi przyjdzie utrzymać dietę, niż chodzić trzy razy w tygodniu na jogę/basen. Chociaż na razie z tym ostatnim postanowieniem, też się twardo trzymam. 

 

Skorzystałam z zaproszenia na fejsie i poszłam na bezpłatną wizytę do trychologa w Hair Medica.

Pani, która mnie przyjmowała miała tak napompowane i pomalowane usta, że trudno mi było słuchać tego co mówi – wymagało to patrzenia jej prosto w oczy, a ja zamiast oczu widziałam monstrualne usta.

Poza tym, mimo najszczerszych chęci nie dałam sobie wmówić, że starzenie da się powstrzymać mezoterapią igłową.

Znam reguły gry, więc się  nie zdziwiłam, gdy po bezpłatnej wizycie zaproponowano mi odżywkę za 250 zł i peeling do skóry głowy za 240 zł. Ale nie żałuję, ze poszłam. Zobaczyłam skórę swojej głowy w mega powiększeniu i zostałam przekonana, że co jakiś czas należy ją peelingować: pozostałości odżywek tworzą na niej coś w postaci niewidocznej gołym okiem, skutecznie zalepiającej cebulki, rafy koralowej.

Więc po wyjściu z Hair Medica  poszłam do Super Pharmy:


Kupiłam też Sufrin - podobno w moim wieku włosom potrzeba właśnie tej bio-siarki.


Z pamiętnika wk ... konsumentki

Dostałam od lekarza Lux-med skierowanie na rtg kręgosłupa. Skierowanie jest widoczne na portalu pacjenta i na tej podstawie można sobie na nim zarezerwować termin badania. Dzień przed badaniem coś mnie tknęło, zadzwoniłam na infolinię i zaytałam, czy mnie też obowiązuje konieczność posiadania papierowego skierowania (swoje włożyłam do książki, którą oddałam Bojarowi). I okazało się, że jak najbardziej! Wymusza to rozporządzenie Ministra Zdrowia. I tak: kierownik jednej przychodni Lux-medu musiał się wejść na moje konto i na tej podstawie wystawić duplikat skierowania. Ja z kole musiałam pójść do tej przychodni, odebrać skierowanie, tylko o to by pokazać je w drugiej przychodni Lux-medu. Czy ktoś tu chociaż czasami myśli?

 

Nie dotarłam jeszcze na wieczorki kryminalne w Worku Kości. Na razie "zaliczam" tam koncerty. Tym razem posłuchałam folkowego zespołu z Białorusi, Vuraj!

18081004

Ze wszystkim mi się ta muzyka kojarzyła, tylko nie z białoruskim folkiem. Ale miło się słuchało. Tylko wino w tym Worku Kości drogie - 16 zł/kieliszek (dieta zezwala na to, by od czasu do czasu umilić sobie wieczór jednym kieliszkiem, tyle że białego, a ja zdecydowanie wolę czerwone).

 dobry film

Lato


 

Dla koneserów. Czarno-biały. Nostalgiczny. 

Leningrad, początek lat 80-tych. O początkach kariery, późniejszej wielkiej gwiazdy rosyjskiego punka Wiktora Coja (jak dla mnie balladzisty, ale niech im będzie). W stawianiu pierwszych kroków pomaga mu lider leningradzkiego undergroundu muzycznego lat 80 - Majk Naumienko.

Paradokumentalny zapis życia młodych muzyków rockowych, którzy w oparciu o strzępki informacji z mitycznego "Zachodu" rozpaczliwie próbują być na czasie. Dla tamtych co pamiętają tamte czasy wzruszający.

I tylko nie wiadomo, jaki by był ostateczny kształt tego filmu, gdyby Putin nie wsadził reżysera, Kiryłła Sieriebriennikowa do więzienia. Pewnie dużo lepszy. 

 

McQueen


 

Rozczarował mnie ten film. Równie dobrze można go obejrzeć na ekranie TV. W kinie można było wyeksponować bajeczność jego pokazów, tymczasem są z nich tylko migawki, gdy trwa chwilę dłużej, stanowi tylko tło dla gadającej głowy. Niewiele też dowiadujemy się o samym McQueenie - po obejrzeniu dwugodzinnego dokumentu nie wiem, co spowodowało, że tak szybko zaistniał na rynku mody. O nim jako człowieku dowiedziałam się jedynie, że był trudny i skomplikowany wewnętrznie.

Ale najbardziej było mi brak tych pokazów.

Byłam na jeszcze jednym dokumencie. Z cyklu malarstwo na ekranie, tym razem o Hokusai.

Ten obraz znam, ale bardziej jako pop-ikonę, niż dzieło wielkiego malarza.

Film zamalował sporą białą plamę w mojej głowie.

Bardzo ciekawa postać. Że też ja nic o nim nie wiedziałam.

Ze swoją filozofią, czyli im człowiek starszy, tym lepszy powinien stać się symbolem pokolenia powojennego wyżu.  

poniedziałek, 03 września 2018

Po wakacjach z wnukiem i zderzeniu z remontem, padłam na odcinek lędźwiowy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Okazało się, że nie mogę pływać żabką - nigdy nie lubiłam, ale czułam, że dla zdrowia powinnam. A teraz bez najmniejszego poczucia winy, jeno bicze wodne. Zdecydowanie taka wersja basenu bardziej mi się podoba.

Najważniejszy realizowany przeze mnie teraz projekt to nie kręgosłup, a dieta - nie przypominam sobie bym z taką konsekwencją, tak długo dietowała. Za mną 5 dni 800 kcal diety Dąbrowskiej, 2 dni po 1200 kcal i 3 dni 1200 kcal. I to nie koniec. Chwilowo tak mi się poprzestawiało w głowie, że nawet jak mam okazję, zamiast łasuchować, sięgam po kolejne pudełko. A dużo w nich nie ma. Pod tym względem łatwiej jest na diecie Dąbrowskiej jeść same warzywa niż skubać okruszki, a do tego sprowadza się dieta 1200 kcal. 

Plan mam taki, by raz zdobytej wagi nie oddać.


Ułożyłam  autorski plan: pięć dni w tygodniu 1200-1400 kcal. Jeden dzień warzywnego postu. Jeden dzień ok. 2000 kcal. W tym ostatnim dniu jest miejsce na ser pleśniowy czy nawet bezę w Nero. Kupiłam też mini piekarnik i w weekendy, kiedy nie przywożą mi pudełek, mam zamiar pichcić. 

Z tym, że zdecydowanie wolę dni robocze i pudełka. Przede wszystkim łatwo o kaloryczny rygor, bo ktoś "myśli" za nas. Ponadto, w warunkach domowych nie ma też szans na aż taką różnorodność posiłków. A jak się policzy czas potrzebny by to kupić, zrobić i posprzątać, gaz prąd i inne tego typu koszty, to nie jest to aż tak drogie, jak się na starcie wydaje. Ale tanie, nawet z Grouponem,  też nie jest. 

Remont powoli (zdecydowanie za wolno) wchodzi w fazę wykończenia.  Dom nabiera kolorów: 

Najbardziej zniszczone sztachety poszły do wymiany: 

Pozostałe też nie były zdrowe i miały podgniłe stopki, wszystko przez to, że przylegając do kamiennej podmurówki, nie były wcześniej odpowiednio zabezpieczone, Wpadłam na pomysł by je "podciąć".

W domu, na podłodze w kuchni i wiatrołapie pojawiły się już płytki. Producent to nie żaden no name: Tubądzin, a różnice pomiędzy płytkami dochodziły 3 mm. Może rzeczywiście rzucają do supermarketów mniej uważnie sprawdzane partie? 

Płytki pod kuchenne szafki wybrałam mało oryginalne, wszyscy teraz takie kładą takie mozaiki. Poza urodą, są praktyczne - nie będzie na nich  widać kuchennych brudów. Mają mieć zeszlifowane boki, by fug nie było widać. 

Przez chwilę, przez błąd na Ceneo nakręciłam się na płytę "gaz pod szkłem". W takiej płycie, palniki gazowe znajdują się pod szkłem, dzięki czemu czyści się ją jak indukcyjną. Ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Jest tylko jeden producent takich płyt i dyktuje bandyckie ceny. Wróciłam więc na ziemię i dalej będę skazana na czyszczenie palników.

Schody zostały wreszcie pomalowane i czekają już tylko na skręcenie.

Bardzo jestem ciekawa jak wypadną krużganki brwinowskie nad jadalnią i kuchnią.


Wszystko do łazienki i kuchni już przyjechało. O dostawcach mogłabym długo opowiadać, to oni ustalają reguły gry, odbiorca nie ma tu zbyt wiele do gadania. 

Dostawa kabiny prysznicowej. Ma ją dostarczyć firma Dascher. Rano dostaję mail:

Szanowni Państwo, przesyłka od nadawcy RADAWAY SP. Z O.O. będzie dostarczona do Państwa w dniu dzisiejszym. Proszę upewnić się, że mogą Państwo odebrać przesyłkę. Dziękujemy. Zespół DACHSER.

Na sms nie można odpowiedzieć, jest wysłany jest z kompa i taki numer nie istnieje. A jak dla mnie był wieloznaczny. Bo czy przywiozą, jak nie potwierdzę?

Nerwowo zaczęłam wydzwaniać pod kolejne telefony na stronie www.

W końcu udało się. Dodzwoniłam się do przemiłej dziewczyny, która wytłumaczyła mi, że oni wiedzą że te sms wprowadzają klientów w błąd, ale dopiero pracują nad systemem. Pytam, czy do nie mogliby przynajmniej zmienić treści wysyłanego przez robota sms-a. A ona na to, że to nie jest takie proste.

Człowiek, który zabił Don Kichota


Ciekawe, jaki byłby ten film, gdyby udało się go nakręcić 18 lat temu, gdy Terry Gilliam po raz pierwszy przystępował do jego nakręcenia.  Jeszcze nie obejrzałam dostępnego w sieci dokumentu Zagubiony w La Manczy o trwających wiele lat staraniach by wznowić produkcje tego filmu, po tym jak zaraz po ropoczeciu została przerwana. Może wtedy, te kilkanaście lat temu, mając przed sobą "dłuższą" perspektywę Gilliam nie usiłowałby wpakować w ten film "wszystko i jeszcze trochę". 

Bo w filmie, który ostatecznie ujrzał światło dzienne tak dużo się dzieje, że momentami trudno nadążyć. A szkoda, bo dialogi, niektóre sceny warte są kontemplacji. Pewnie mają i drugie do, ale przy tak zawrotnym tempie, nie byłam w stanie nawet części tego wyłapać.  

dobry serial

Rozczarowani

Pełna świetnych dialogów opowieść o przygodach zbuntowanej księżniczki i jej dwóch przyjaciół: elfa i demona. Penie sa lepsze kreskówki, ale i tę fajnie się ogląda. 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Mam taką refleksję. Dawniej, tj. przed pamiętną jesienią, aspirowaliśmy do "Europy". Usługodawcy, biura obsługi klienta, byli mili i starali się być profesjonalni. Oczywiście z tym ostatnim bardzo różnie bywało, ale było do kogo, a przede wszystkim do czego, się odwoływać, reklamować itp. Ale to już było. Jeżeli chodzi o obsługę, cofamy się w czasie. Bronią się jeszcze trochę małe prywatne firmy.

Zapisałam się na fejsie do bardzo fajnej grupy Wyzwanie: urządzam swoje mieszkanie. Można tam sobie poczytać o różnych ciekawych sprawach. Do działania skłoniła mnie dyskusja że rachunki prognozowane za prąd są wyższe od tych płaconych z dołu, bo przy rozliczaniu "przepadają" wszystkie opłaty dystrybucyjne.

Wielu dostawców prądu bezpłatnie udostępnia comiesięczne powiadamianie o realnym zużyciu prądu. Ale nie PGIGE, a to to przedsiębiorstwo dystrubuuje prąd w Brwi (mogę zmienić sprzedawcę, dystrybutora prądu nie). PGIGE za bierze za to 5 zł o licznik, mam dwa to bym płaciła 10 zł miesięcznie. W teorii to opłata za pracę inkasenta. Tyle, że ponieważ licznik jest przy domu, inkasent nie zostawia jedynie karteczkę przypominającą o konieczności podania stanu licznika. I tak jako klient PGIGE mam dwa wyjścia, albo płacić wyższe "prognozowane" faktury, albo 10 zł haracz.

Słowem: Adamie wybierz sobie Ewę. 

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wakacje z wnukiem już za mną i pomysłów powakacyjnych mam cały wór. 

Na początek zamówiłam dietę pudełkową - poszłam po bandzie i wybrałam dietę dr. Dąbrowskiej.

Czuję się paskudnie. Myślę, że nie tyle z powodu tej diety ile z powodu odstawienia teiny. Według mnie jestem na normalnym detoxie. W dodatku połamały mnie korzonki. I teraz cierpię, bo na tej diecie nie mogę leków. Na razie się trzymam.

Wracając do wakacji z wnukiem. Na koniec pojechaliśmy na południe. Gdy pociąg stanął w w polu, dopiero po chwili zorientowałam się, że to słynna stacja Włoszczowa.


W Krakowie zupełnie przez przypadek trafiłam na Kazimierzu na fantastyczny hotel: The Secret Garden Hostel

Pokoje pomalowane na pastelowe kolory (każdy inaczej), przytulne pełne poduch i obrazów korytarze, uroczy ogródek przed hotelem.  

Wcześniej idąc przez Planty, wnuk wyhaczył na gablotach niepodległościowych zdjęcia ludzi wiszących na szubienicy i zaczął mnie wypytywać dlaczego, kto itp. Zrobiło to na nim wrażenie. Kilka dni wcześniej na Zamku w Olsztynie widział Wyliczankę Dwurnika. Ale o ile o obrazie łatwo było mówić, o tych zdjęciach nie. Świat zwariował. Kraków pożegnaliśmy idąc na wystawę Historyland - interaktywne, zbudowane z klocków Lego makiety, opowiadające dzieciom o  najważniejszych wydarzeniach z historii Polski. I tak obok makiet najważniejszych krakowskich budowli, makieta Jasnej Góry, Biskupin (polski?), fajnie pokazana bitwa od Grunwaldem


bitwa pod Oliwą, obrona Westerplatte, bitwa pod Monte Cassino - tu uznałam, ze zrobienie z Lego makiety cmentarza, to jednak hardcore.


Na koniec stocznia Gdańska. Jeszcze ze zdjęciem LW.

Podkład tekstowy mocno "dyskusyjny", na szczęście mój wnuk nawet nie próbował zrozumieć. Niedawno czytałam, ze jakaś kobieta porównała obecne współczesne nagłówki gazet z tymi z lat 30-tych. I wyszło jej, że są zaskakująco do siebie podobne. Na tej wystawie miałam wrażenie, że jakbym wzięła do ręki Płomyczek mojej mamy z 1938 roku, też bym znalazła zadziwiająco dużo analogii.

Wawel wnuka nie powalił, chyba inaczej go sobie wyobrażał. W dodatku - czego on już nie zarejestrował - nie mają żadnego pomysłu na turystów. Założenie że zbiory się same obronią jest moim zdaniem błędne, a widoczne na każdym kroku zarządzanie przez chaos, nie ma prawa się dobrze skończyć.

Ale zdobył Wawel i to jest najważniejsze.

Przynajmniej podobała mu się Wieliczka.

Mnie mniej. Też nie mają pomysłu. Nie wzruszają mnie patriotyczno-religijne rzeźby. JPII już jest, ciekawe kiedy LK. Te nowe ostro kontrastują ze starymi, np. z przestrzenną, przedwojenną płaskorzeźbą Ostatniej wieczerzy. 

Do zobaczenia w zaświatach

Wyjątkowo nieudany film

Podobno Do zobaczenia w zaświatach to bardzo dobra książka. Ale pomysł by dużą, wielowątkową powieść "upchać" w dwugodzinny film był trudny do realizacji i reżyser tego nie uniósł.

Francja po pierwszej wojnie światowej. Dwójka żołnierzy, jeden z nich to inwalida wojenny, stara się znaleźć swoje miejsce w powojennym świecie i wpadają na pomysł "złotego" interesu. Dodatkowo motywuje ich możliwość zniszczenia ich dawnego, znienawidzonego dowódcy.

W tym filmie za dużo jest wszystkiego, za wyjątkiem zakończenia. Jest tak beznadziejnie melodramatyczne, że mogłoby go nie być.

W ramach pieniaczenia

W Carefourze na Dworcu Zachodnim przy kasie leżało takie coś:

Zapytałam, czy to oznacza, że Carefour nie tylko opowiedział się po jednej ze stron w warszawskiej kampanii, ale również rozprowadzą tę gadzinówkę? Pani się speszyła, szybko zabrała gazetkę i powiedziała, że to ktoś bez jej wiedzy zostawił.

Może i tak było.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli