niedziela, 08 stycznia 2006

W tym tygodniu miałam urodziny

 

Staram się nie myśleć o upływie czasu, ale nie zawsze się to udaje - najbardziej nieprzyjemnie jest wtedy gdy wcale tego nie chcąc, doświadczam wizualizacji tego zjawiska.

Na początku każdego roku muszę (bo przecież ja dojeżdżam), wyrobić ważną na dany rok legitymację kolejową - do tej pory wybierałam najmniej zniszczone zdjęcie i było po problemie. W tym roku dowiedziałam się, że wydadzą mi taką legitymację dopiero jak dostarczę nie zniszczone zdjęcie (od niedawna mamy nową kadrową, jeszcze jej nie widziałam ale podejrzewam, że jest dużo młodsza ode mnie i pewnie dlatego zarządziła, że nie można dawać zdjęć wyrwanych z innych dokumentów). Z kolei kolega Leon odmówił zeskanowania "bardzo nieaktualnego" jego zdaniem zdjęcia, które miałam w zeszłorocznej legitymacji (nie chciał mi uwierzyć, że zdjęcie jest mniej więcej sprzed 2 lat) i zaproponował zrobienie "bardziej aktualnych" zdjęć. Ponieważ w ten sposób mogłam przynajmniej uniknąć wizyty u fryzjera (zdecydowanie przyjemniej czesze się w Photoshopie niż w realu) i u fotografa, co miałam zrobić - zgodziłam się.

 

W przeddzień moich urodzin kolega Leon popstrykał trochę zdjęć i dał mi je na płytce. Jak zapytałam, dlaczego tak strasznie na nich wyglądam, odpowiedział (cytuję z pamięci): "was to baby nie można zrozumieć, nie przeszkadza wam to jak wyglądacie tylko to, że ktoś to uwiecznił na zdjęciu".

Nie jest dobrze, pierwszy raz w życiu przyszła mi taka fantazja do głowy w zeszłym roku na plaży w Bułgarii, nie minął rok i znowu coś takiego zatruło mi mózg:



W sobotę odbył się w Kaliningradzie doroczny sabat urodzinowy. Menu - ponieważ poza małymi wyjątkami, wszystkie od nowego roku jesteśmy na diecie - składało się tylko z ciast i ciasteczek. Nie udało nam się też uzgodnić zasad wg których mają być zorganizowane "fikołki czwartkowe". Dostałam za to mnóstwo fajnych prezentów - m.in. od Staśki łopatę do odgarniania śniegu i tak generalnie to było bardzo miło:



Na sobotnim sabacie nie było Lucy, która jak co roku
spędzała Sylwestra w Bieszczadach. Ponieważ zlikwidowali "rzeźnię", wsadziła szczura do kieszeni i pojechała w te swoje góry autobusem. Dla niezorientowanych, Lucy w samochodzie zachowuje się zdecydowanie gorzej niż ten pies (to zdjęcie jest rozsyłane w sieci pod tytułem: jak poznać, że za szybko jedziesz samochodem):


O Lucy nie ma się co bać - zawsze, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, jakoś te podróże przeżywa. Gorzej ze szczurem - gorszego towarzystwa na pierwszą jazdę samochodem nie mógł znaleźć. A jak dojedzie, jego klatką na pewno zainteresuje się gromada schroniskowych kotów. I ponieważ prawdopodobnie w życiu nie widziały szczura, wezmą go za warszawską - a więc żyjącą blisko żłobu i dlatego tak odpasioną - mysz.

Wątek z choinkami tak bardzo poruszył wyobraźnię Gumisia, że zaczął marudzić jeszcze więcej niż zwykle. Wypomniałyśmy jej, że aparat cyfrowy ma najdłużej z nas, więc przyparta do muru zmusiła syna do zrobienia zdjęcia ich choinki i wysłania go pocztą, tak byśmy wszystkie mogły ją popodziwiać.

Z otrzymanym od niej zdjęciem nic, poza zmniejszeniem, bo w wersji oryginalnej ważyło ponad 1 MB, nie zrobiłam. I jest kolejny problem - Kaśka na swoim komputerze widzi choinkę w całej jej krasie, a ja na swoim nie widzę nic. Oto przedmiot sporu:

Nie wszyscy słuchacze opowieści Gośki o Niusi, zdają sobie sprawę z tego, że u Gośki dlatego rośnie duża choinka bo u niej wszystko jest duże i dotyczy to również psa. Nieświadomi, na podstawie tego co mówi Gośka wyobrażają sobie, że Niusia to jakiś mały Yorczek, no ewentualnie jamniczka. A to jest ktoś taki:


Czytam teraz otrzymane od Anki Życie Pi - bohater samotnie dryfuje na tratwie ratunkowej razem z tygrysem bengalskim (nadal żadnych skojarzeń?):


Duże zainteresowanie wzbudziła bohaterka jednego z poprzednich odcinków - Loretta.
W rzeczywistości Lorcia jest jeszcze większa niż na tym zdjęciu, tylko podczas sesji z pudełkiem zapałek nie chciała uśmiechnąć
się do kamery i wolała kulić się w swojej skorupie.


Nie zostało jeszcze ustalone, czy to o tym gatunku ślimaka mówiła przeszła pani wicepremier proponując bezrobotnym jego hodowlę. Ponieważ z oczywistych względów nie wchodzi w grę organoleptyczne sprawdzenie czy Loretta smakuje jak winniczek, śledztwo musi jednak trochę potrwać.

poniedziałek, 02 stycznia 2006

Na razie nie myślę o rachunku za ogrzewanie

i cieszę się tym, że nie mieszkam w bloku:



i jak spadnie trochę śniegu, mam taki widok z okna sypialni:



Ponieważ dalsze obniżanie temperatury odpada (poniżej 13oC to nawet i ja marznę), jeżeli rachunek za gaz będzie za wysoki, to jeszcze tej zimy popsuję design artystycznego kominka i zamontuję w nim kozę, podobną do tej jaką ma Staśka:



Mam też mały problem z opuszczaniem domu - nie mam niczego do odgarniania śniegu i wychodząc muszę przedzierać się przez takie zaspy:


Z tym, że zamiast sprzętu do odgarniania śniegu zamierzam kupić ochraniacze na buty (brakowało mi już ich w zeszłym roku, jak sylwestrowałam z Lucy w Bieszczadach):



Z czymś takim żadna mazowiecka zaspa nie będzie mi straszna. Gorzej z gośćmi - teraz np. mieszka u mnie Anka z Alkiem, który przeistaczanie w angielskiego
gentlemana zaczął od stóp i zaspy Kaliningradu pokonuje w eleganckich półbutach.

W ramach noworocznych postanowień zaczęłam ćwiczyć tzw. "szóstkę Weidera"  ale szansa, że wytrwam do końca jest prawie żadna - cały cykl trwa 6 tygodni. W grupie jednak jest raźniej a nawet jeżeli dotrzymamy podjętych zobowiązań to
i tak zajęcia na sali gimnastycznej zaczniemy dopiero w drugiej połowie stycznia (dojrzałyśmy do tego po ponad dwóch latach cotygodniowych spotkań w sąsiadującej z salą gimnastyczną witrażowni).
A potem kto wie - może będziemy miały takie sukcesy, że opowiemy o nich wykorzystując do tego blog: http://brzuszki.moblog.pl na którym, dziewczyny nie tylko młodsze od nas ale i od naszych córek, umieszczają zdjęcia swoich brzuszków.

Z Nowym Rokiem z nowym krokiem, ale nie z nową drutową dzierganiną - mimo podjętych wcześniej zobowiązań, p
oza czarnym kapelutkiem, nie skończyłam żadnych z zaczętych w zeszłym roku prac. Podejrzewam, że to wszystko przez to, że dalej nie potrafię się otrząsnąć z traumy, jaką było dzierganie najbardziej nieudanej ze wszystkich moich robótek, czyli nieszczęsnej firanki.

Na razie wróciłam do swetra, który w planach ma zastąpić mój ukochany 12-letni sweter, stanowiący namacalny dowód na to, że takich wełen jak dawniej to już dzisiaj nie ma:



Sklep na Świerczewskiego (dziś: Solidarności) zlikwidowano pewnie dlatego, że badziewiem to można handlować wszędzie. Cały czas (mimo skończonego tyłu i rozpoczętego drugiego rękawa) zastanawiam się, czy jednak nie zrobić tego swetra z pojedynczej nitki. Bo pewnie ostatni raz robię sweter z ręcznie równo uprzędzonej wełny:



Święta wprawdzie już minęły ale u ciotek stoją jeszcze stoją choinki.


U Joanny bardzo gęsta, dziwnie zielona (tego akurat na zdjęciu nie widać) - w każdym razie dawniej takich odmian nie było:



A u Staśki choinka strojna, jak nigdzie indziej. Szkoda, że słabo widać na tym zdjęciu przecudnej urody rozmaite anioły i aniołeczki


A ciocia Gosia jest duża, i Jurek jest duży, i dużo ich razem mieszka, to i choinka duża u nich urosła:


środa, 28 grudnia 2005

Teraz ....

to nie czas na pisanie bloga.

Zainstalowałam w domu nie tylko choinkę:

ale i jemiołę:

i jak co roku, czas od wigilii do moich urodzin spędzam na snuciu przyszłorocznych planów. A mam ich tak dużo, że ho, ho !

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli