niedziela, 03 lipca 2005
No więc to tak

Jak się robi na drutach to na półce rośnie sterta filmów do obejrzenia. Jak się ogląda filmy, to nie czyta się książek. A jak się ma ogród to nie ma się takich problemów, bo na nic się nie ma czasu. Próbowałam się zbuntować - przeczytałam parę książek, obejrzałam kilka zaległych filmów, trochę nadrobiłam zaległości kinowych. Ale na długo nie udało mi się uciec, wróciłam do ogrodu, w którym póki co nie mam zbyt wiele sukcesów.

Mahonia ma grzyba - usunęłam wszystkie chore liście, nowe na razie wyglądają na zdrowe. Jeżeli i je zaatakuje ten cholerny grzyb to już nic z niej nie zostanie:



Śliwy zostały opanowane przez mszyce.
Biorąc pod uwagę ilość tego robactwa oraz wysokość drzew, opryskanie bez samolotu nie wchodzi w grę. Ponieważ stojąca w ogrodzie Toyota nie potrafi fruwać, nie pozostaje nic innego niż poczekać na mroźną zimę:


Mszyce zaatakowały już róże, powojniki i rododendron (ten ostatni ma oprócz mszyc jeszcze coś, bo mu czerwienieją liście).
W obliczu tych wszystkich klęsk zamarzył mi się trawnik, co to go trzeba tylko kosić i podlewać. W ramach realizacji tego marzenia, odperzyłam nawet kawałek ogrodu. Chwilę później dowiedziałam się, że to dosyć męczące zajęcie, jest najłatwiejsze z tego wszystkiego co muszę zrobić. Na tym piachu trawa nie wyrośnie i trzeba kupić ziemię (co oznacza kolejny wydatek). Potem trzeba wywalcować, a nie mam wałka (wprawdzie coraz bardziej przypominam wałek, ale nie nadaję do tej roli - ciągle jeszcze nie osiągnęłam pełnej krągłości i moje poświęcenie może pójść na marne, bo powstaną doły).
Jest więc piach i szczęśliwy Heniutek, bo tak dużej kuwety to on jeszcze nie miał:


Powoli wszyscy wyjeżdzają  na wakacje, a te ciotki które jeszcze nie wyjechały, odwiedzają mnie w nastroju wakacyjnego lenistwa. Już drugi weekend z rzędu, biesiadują sobie przy stole, sprytnie ustawionym w takim miejscu, że nawet z przyjemnością patrzy się na ogród:


Zgodnie z zasadą zachowania energii, gdy energiczne do tej pory ciotki osłabły, szwungu dostał płot i ostro sobie "zatańcował". W tym tygodniu, w ramach reklamacji pokręcone deski mają być wymienione, ale na razie wygląda to tak sobie:


środa, 22 czerwca 2005

Niby nie powinnam narzekać, ale ......

nie mam już pieniędzy !

Dom, gdy stoi się przy płocie, wygląda tak:


z bliższej perspektywy tak:


a na tym zdjęciu najlepiej widać fakturę gontu:

Kupiłam jeszcze kosiarkę:


I nie został mi na koncie nawet ślad po ciułanych przez ostatni rok pieniądzach. Przez następny rok (bo tyle będę spłacać zaciągniętą w pracy pożyczkę) na pewno będę pamiętała o tegorocznych inwestycjach.

Chciałabym
w tym roku jeszcze pomalować dom - po zrobieniu dachu znacznie bardziej rzuca w oczy to, jak niestarannie jest pomalowany. Póki co nie wiem co zwycięży - niechęć do debetowania konta, czy potrzeba wrażeń estetycznych.

Ponieważ padały deszcze i nawet nie trzeba było podlewać ogródka przeniosłam się z "frontem robót" do domu. Na pierwszy ogień poszedł kąt przy drzwiach wejściowych:



Plany miałam bardzo ambitne - przed pomalowaniem chciałam wyrównać ścianę. Po dwóch godzinach prób (nie pomógł nawet komentarz Iwony, że "skoro pan murarz potrafi, to ja powinnam tym bardziej"), zrezygnowałam z packi i usiłowałam osiągnąć zamierzony efekt przy pomocy pędzla. Na koniec, widząc efekty mojej pracy, poddałam się i położyłam tzw. gipsową fakturę. Byle jak pomalowałam rozpadające się szafki (i tak cud że przeżyły ruszenie ich z miejsca) i powiesiłam zdjęcia Łodzi Kaliskiej. To ostanie było możliwe dzięki temu, że anty-ramę kupił i przywiózł mi kolega Leon, któremu publicznie dziękując muszę przyznać rację - Murphy (chociaż z tego co wiem, tak jak i Kopernik nie był kobietą) miał rację - jak się coś kupuje na wymiar to na pewno będzie za małe. Ta anty-rama mogłaby być jeszcze większa. W sumie kąt przy drzwiach wejściowych wygląda lepiej, a ładnie to z tym sufitem i podłogą i tak nie będzie:


poniedziałek, 13 czerwca 2005
Widać zmiany

Tak spędziłam trzy dni urlopu (razem z weekendem 5 dni):



Niestety, po pięciu dniach takiej pracy, moja waga nawet nie drgnęła. A wszystko przez to, że po pracy przyjeżdżała Gośka i gotowała - dużo i smacznie.

Spiłowaliśmy tyle drewna, że nie zmieściło się za komórką i resztę trzeba było ułożyć za domem:

53

Nagrodą za nasz wysiłek było "odzyskanie" po czterech latach 6 metrów ogrodu:




Zupełnie inaczej wygląda też ponury zakątek ogrodu:



Te dwa (ledwo widoczne) krzaczki na ścianie komórki, to winobluszcz trójklapkowy. Jakiś czas temu pokazała mi go Gośka w Internecie i postanowiłam, że to ta roślina zarośnie moją komórkę. I jak to zwykle w takich przypadkach bywa, im bardziej go szukałam tym bardziej go nie było - wszędzie królował winobluszcz pięcioklapkowy. Na szczęście Staśka lubi jeździć w dalekie trasy na rowerze i znalazła go w jednym z okolicznych sklepów ogrodniczych.

To nie koniec zmian. Mam już płot - kosztował tyle, że zbrodnią byłoby o niego nie dbać (czyli jeden weekend w roku muszę poświęcić na jego odmalowanie):



Pierwsze zamieszczone w moim blogu zdjęcie (jest na stronie tytułowej), tylko przypomina jak wyglądał mój ogród gdy w połowie kwietnia podjęta została decyzja by wreszcie coś z nim zrobić. Teraz "widok na drogę" wygląda zupełnie inaczej:



Porządki w ogrodzie bardzo nie spodobały się moim kotom. Heniutek stracił na stosie drewna za komórką swoje ulubione miejsce do wylegiwania się. Z kolei Sralucha głośno wyrażała swoje obawy, że przez brak dziur w płocie znacznie spadnie ruch w prowadzonej przez nią agencji towarzyskiej. Ale na szczęście jej przeszło, gdy po dwóch dniach, przeciskając się pod płotem, odwiedziło ją dwóch stałych klientów. I już spokojnie czeka w ogrodzie na ich wizyty:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli