niedziela, 12 lutego 2006

Środek profilaktyki udrażniania

Zaproponowane przez Małgośkę z Ameryki (ksywa Mjermark) knit-alongs miało polegać na tym, że wybierzemy (my, czyli uczestniczki forum robótki na drutach) jeżeli nie jeden, to najwyżej kilka wzorów - i gdy w tle będą rozgrywane zawody olimpijskie - będziemy dzielnie dziergać, wymieniając się na blogu uwagami i doświadczeniami. Jeszcze przed rozpoczęciem olimpiady było jasne, że nie znalazły się nawet dwie osoby, które by zdecydowały się na równoległe robienie tej samej robótki. A na koniec, dokładnie w dniu kiedy miałam zacząć zgłoszony wcześniej zielony wrapek olimpijski, zdążyłam go skończyć:


Ale oprócz opisanych wyżej zachowań stanowiących dowód niskiego poziomu moich umiejętności współdziałania w grupie, nawet ja czasami staram się iść razem ze wszystkimi i np. po raz pierwszy od dość dawna, dzięki akcji olimpijskie robótkowanie, postanowiłam zasiąść przed telewizorem. Niestety dyscyplina obywatele globalnej wioski razem oglądają transmisję z otwarcia igrzysk olimpijskich mnie przerosła. Nie da się spokojnie wrapkować przy akompaniamencie takiej kakofonii sportowej (ale nie tylko, bo też i tzw. humanistyczno - podniosłej) nowostaromowy. Z kolei jak wyłączałam głos, to natychmiast zapominałam o olimpiadzie.
Za to urzekła mnie telewizyjna reklama "
środka profilaktyki udrażniania" (dla niezorientowanych tak teraz nazywa się dawny Kret).

Pewnie nie jedno jeszcze usłyszę, bo mimo olimpijskiego falstartu dziergam dalej - tym razem warpek żakardowy, rozpinany, z kołnierzykiem typu "bebe":


Czasami uda mi się przeczytać coś, od czego czuję że stałam się mądrzejsza. I tak po przeczytaniu wywiadu z prof. Peterem Kramerem Prozac niepotrzebny  wiem, że mam wszystkie niezbędne cechy, charakteryzujące człowieka szczęśliwego. Teraz muszę sobie jeszcze uświadomić bezmiar mego szczęścia i mam z grzywki.

Z kolei z zamieszczonej w Splocik-blogu tabeli wiem, że w ciągu godziny uprawiania dyscypliny robienie na drutach spalam 116 kalorii (co ja poradzę, że wolę to niż np. włażenie po schodach - 1100 kalorii). Ale gdybym robiąc na drutach, jednocześnie oglądała telewizję (25 kalorii), w pozycji leżącej (77 kalorii) i sobie przy tym pośpiewała (122 kalorie), to spalałabym 340 kalorii/godzinę. Dla porównania: uprawianie ćwiczeń fizycznych daje tylko 290 kalorii/godzinę

W tej sytuacji brakowało mi było tylko tickera i nie mogąc wybrać czegoś dla mnie odpowiedniego z tego co oferują na http://www.ticker-factory.com, stworzyłam ticker- mój size:


Bo niech sobie Zalewski i inni meteo-mędrcy mówią co chcą - ja wierzę Heniutkowi, a wg niego idzie wiosna. Determinacja by wreszcie przekazać swoje geny następnym pokoleniom jest u niego tak wielka, że przestał wracać na noc do domu - wpada do niego tylko po to by się najeść i przespać kilka godzin na kanapie. Życzę mu jak najlepiej, ale niezbyt wierzę w jego sukces - nigdy nie miał szans na to, by uwieść jakąś koteczkę swoim intelektem, ale przynajmniej jako tako wyglądał. Teraz w żadnym wypadku nie przypomina tamtego kociego dandysa - jest kłębkiem brudnego, zmierzwionego futra, spod którego wystają blizny po toczonych nocami walkach (na tym zdjęciu widać bliznę na łapie):



Nie tylko kotom odbija i logiki w tym brak. Heniutek jest tak bardzo zajęty myśleniem o tym, że musi spodobać się jakiejś koteczce, że nie ma zupełnie czasu na to, by zadbać o swój wygląd. Z kolei coraz bardziej zakochana Anka, na gościnnych występach w Londynie, poczuła taką wiosnę w duszy, że za wszystko co miała kupiła sobie na Oxford Street kobiecy płaszczyk wiosenny. I zadzwoniła do mnie, bo ma już nowy problem - do płaszcza brakuje jej torebki, pantofelków i całej reszty typowo kobiecej garderoby.

niedziela, 05 lutego 2006

Powrót do przeszłości

Jest całkiem fajnie, nowe wraca w takim tempie że jak dla mnie, to brakuje tylko przymiotnika po słowie "demokracja" i wielogodzinnych przemówień transmitowanych na wszystkich kanałach telewizyjnych.

W każdym razie, tańcząc najmodniejszy w tym karnawale taniec tup-tup do tyłu, kupiłam czajnik z wieczkiem zdejmowanym, rączką ruchomą i gwizdkiem, postawiłam na nim czajniczek i parzę herbatę tak jak to drzewiej bywało:




Ta podróż sentymentalna z czajniczkiem w tle, ma doprowadzić do zasadniczej redukcji wysokości rachunków za prąd (zainspirowała mnie sąsiadka Joanny, która ma dwójkę małych dzieci, a płaci za prąd tylko 70 zł miesięcznie). Na razie, poza zlikwidowaniem czajnika elektrycznego, wyłączam z prądu wszystko co się da (nie wiedziałam, że jak zostawiam sprzęt w stanie stand by ze święcącą się diodą, to dalej trwa pobór prądu) i czasowo zrezygnowałam z lodówki.

Na wtorkowych zajęciach praktyczno-technicznych:


Kaśka wykończyła sweterek dla dwuletniego mężczyzny - Gugusia i przekazała go uszczęśliwionej babci Izie:


a ja poniosłam kolejną porażkę - nie mam pomysłu jak przy tak kiepskim oświetleniu fotografować dekupażową galanterię:




Za to już wiem jak z dowolnego zdjęcia zrobić coś, co można później wykorzystać do dekupażu. Dzięki temu możemy zrealizować pomysł na "sezonowo aktualne polityczne obrazki święte" i "drewniane odstresowujące wieszadełka na papier toaletowy" (zdjęć naszych prac nie będzie, bo adres bloga ma końcówkę "pl", a nie "com").

 
Dogoniły mnie też zimowe wyprzedaże. Pojechałam do rajskiej świątyni konsumpcji (czyli Arkadii) po środek do mycia piekarnika, ale jak już się tam znalazłam to weszłam do kilku sklepów i jeżeli prawdę mówią, że zainstalowane są tam wyszczuplające lustra to ja .....
Następnego dnia w pracy przypomniałam sobie, że w ramach noworocznych postanowień Beata pożyczyła mi:

I mam pierwszy sukces, położyłam na biurku, nie przykryłam papierami i cały czas na to patrzę - 10 lat mniej w 10 godzin (czyli jak doliczyć i czas dojazdu, to w sumie tylko jeden dzień urlopu) - brzmi kusząco.

Po raz pierwszy znam też dokładną datę rozpoczęcia olimpiady. Do wspólnego knit-alongs zgłosiło się kilka chętnych i – co przynajmniej dla mnie nie jest żadnym zaskoczeniem - każda z nas będzie dziergać coś innego.
Ja już zaczęłam swój zielony wrapek i jeżeli wszystko dobrze pójdzie (czyli, nie zdarzy się to co zwykle i go nie spruję) jak zacznie się olimpiada to będę go właśnie kończyła:


Jeszcze nie wiem, czy zabiorę się wtedy za kolejny olimpijski wrapek czy za słynny sweter w kolorze fuksji. Dziewczyny z forum znalazły w necie jego opis i może to wina trochę zmienionej wersji, może modelka nie ta, ale już mnie ten sweter tak nie urzeka:

 


Zgodnie z opisem na tę wersję swetra potrzeba 90 dkg - czyli robiąc konieczną w takich sytuacjach poprawkę, kupiony jeszcze w zeszłym roku kilogram granatowej, grubej i nie wydajnej wełny na ten sweter nie starczy.
A z tym kinem to chyba jednak prawda. Godz. 17 (czyli akurat po pracy) centrum W-wy, film który niedawno miał premierę i ma dość dobre recenzje (Trzy pogrzeby Melquiadesa Estrady) - siedem osób na widowni.

 


niedziela, 29 stycznia 2006


Zimno


Zima mnie nie rozpieszcza. Nie wymagam by w mieszkaniu było 20o, ale jak temperatura w Kaliningradzie spadła poniżej 8o stwierdziłam, że gorzej być nie może, wysypałam kotom pół torby Kitekata i wyniosłam się na trzy dni do Warszawy. Jak wróciłam okazało się, że zawsze może być gorzej. Sralucha - prawdopodobnie dlatego, że obżarła się suchą karmą na zapas - dostała rozstroju żołądka, co na dzień dobry wprawiło mnie w dobry humor (bo jak wiadomo kuwety to ona z założenia nie używa). Z kolei Heniutek przekonany o tym, że za drzwiami, których nie potrafi otworzyć, jest już upragniona wiosna a on - zamiast mizdrzyć się do wygrzewających się w słońcu młodych koteczek - musi siedzieć w strasznym smrodzie ze starą kocią babą, dokładnie spryskał wszystkie ściany. Wietrzenie domu nie wchodziło w grę, bo było w nim jeszcze zimniej niż przed wyjazdem (z powodu chwilowego spadku napięcia gazu wyłączył się piec i prawdopodobnie tylko godziny dzieliły mnie od katastrofy, czyli pęknięcia rury). Wiem - zwierzęta trzeba kochać i szanować - ale są chwile, gdy mam serdecznie dosyć tej całej poprawności politycznej i snuję bardziej hardcorowe fantazje, niż opatentowanie pampersów dla moich żabusiek:



Z tym, że wygląda na to, że dla moich kotów tyle mojego, co sobie ponarzekam i gdy im mówię, że zrobię z nimi to, co Chińczycy robią z psami uważają, że przesadzam, bo nie wymagają ode mnie bym im nakrywała do stołu, tak jak tym psom świętującym w chińskiej restauracji nowy rok księżycowy:



Obawiam się, że kwiaty to nie koty i mogą tej fali mrozów nie przeżyć. W tej sytuacji, prawdopodobnie będę musiała odtwarzać stan posiadania biorąc sadzonki od bardziej zimowo dogrzanych ciotek. Przydadzą się wtedy zdekupażowane osłonki na doniczki z Ikei:



O doniczce z prawej strony, którą zrobiłam we "wtorek decoupagu ubogaconego" już pisałam. Doniczka po prawej stronie to efekt moich prób z tzw. "decoupagem totalnym" (w tym ostatnim nurcie moich samotnych poszukiwań, zafascynowała mnie możliwość ominięcia - poprzez przyklejenie całej serwetki - żmudnego etapu wycinania).

W tym tygodniu na forum robótki na drutach Mjermak (czyli mieszkająca w Ameryce Gośka) zaproponowała, by z okazji zbliżającej się olimpiady zorganizować i u nas tzw. knit-alongs (polega to robienie tego samego sweterka w mniej więcej tym samym czasie, wspieranie się, rozwiązywanie problemów z wzorem itd.). Więcej na ten temat tej akcji ma stronie:

http://www.yarnharlot.ca/blog/olympics2006.html.
O tym, że Amerykanki mają hopla na punkcie robienia na drutach i pisania o tym blogów wie każdy, kto szukając stron o robótkach, trochę pobuszował w sieci - pierwszym blogiem, przy którym ja się zatrzymałam się na dłużej był blog Wendy http://wendyknits.net. Zawdzięczam jej poznanie wzorów Alice i Jade Starmore - prawie wszystkie można zobaczyć w galerii Wendy:

http://wendyknits.net/wendy/knitting.htm. Moim faworytem jest Henry VIII (w galerii Wendy jest jego znacznie lepsze zdjęcie)



Jeżeli chodzi o blog Wendy, to im dłużej go czytam, tym bardziej wydaje się mi nieprawdopodobne, by to wszystko robiła jedna osoba (która w dodatku chodzi do pracy, pisze bloga, ma kota i odwiedza koleżanki). Z kolei w przypadku większości innych blogów, nie rozumiem skąd u tych Amerykanek taki pęd do robienia skarpetek i to w takiej kosmicznej ilości.

Jak na razie zjawisko knitting-blogs się u nas nie przyjęło.
Może przełomem będzie
nasz (czyli forumowy) olimpijski blog http://turyn06robotki.blox.pl/html/1310721.html założony przez Mjermak? Na tym blogu zaproponowałam wersję mini (zielony wrapek) i maxi (sweter w kolorze fuksji) i czekając na to, że zgłosi się ktoś kto ma pomysł na maxi, zabrałam się za mini.

Ale mam też i poważniejsze zmartwienia:

Generator chomików na mojej ulubionej stronie http://www.chomiks.com będzie dopiero za miesiąc, a tu każda godzina przynosi następne, nadające się do natychmiastowego przetworzenia mądrości naszych złotoustych. A co będzie jak oni się do tego czasu wyprztykają i zamilkną?

Martwi mnie też przyszłość tak lubianego przeze mnie kina. Na portalu Gazety przeczytałam, że według wyników tak zwanego box office, w roku 2005 do kin w naszym kraju poszło o 10 milionów mniej naszych rodaków, niż w rok wcześniej, czyli w 2004. Polacy nie są wyjątkowi. Zjawisko zauważono także w innych krajach: W Stanach Zjednoczonych widzów było o 9 procent mniej, we Francji o 10 procent. Jednak najbardziej wymowne są dane właśnie z Polski: spadek frekwencji wyniósł aż 30 procent. Jedyna nadzieja, że to tylko 2005 rok był taki - w zeszłym roku po raz pierwszy w życiu zdarzyło się tak, że byłam jedyną osobą na widowni, a w tym tygodniu, jak poszłam na Hotel Ruanda, nawet biorąc pod uwagę to, że był to tzw. "poniedziałek w Lunie", czyli bilety po 5 złotych, minutę przed seansem wolne miejsca były tylko w pierwszych rzędach.


Popisałabym jeszcze bo mam o czym, ale co coś dopiszę, to wyskakuje komunikat o przekroczeniu limitu jednorazowego wpisu. Więc idę na obiad do Staśki (właśnie przeczytałam w komentarzach, że mnie zaprasza). A na zakończenie milczące przesłanie do Gośki - zdjęcie francuskich cioteczek ze strony http://patch77.free.fr.





Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli