środa, 16 listopada 2005
Meta witrażownia

W tym tygodniu ma spaść pierwszy śnieg, czyli zima tuż, tuż.
W witrażowni, która nie została jeszcze posprzątana po letnim remoncie, panuje już przedświąteczny rozgardiasz.
I jest bardziej niż swojsko:




Jedyną, która nad tym wszystkim panuje i wie gdzie co leży jest Gośka, która jak nie gada przez telefon:



to cały czas, nawet we wtorek gdy nie ma dzieciaków bo witrażownię okupują cioteczki, coś robi:



A cioteczki jak zwykle więcej gadają niż robią:



Z tym że nasze lenistwo jest usprawiedliwione - nie możemy robić witraży, bo jeszcze nie wszystko po remoncie zostało rozpakowane a decoupage to jednak jest tylko dla koneserów.
Gośka robi, bo obiecała pomóc dzieciakom zarobić na wycieczkę do Pragi, my mamy pomóc im tylko w taki sposób, że jako
akwizytorzy spróbujemy wcisnąć znajomym jak najwięcej ich wyrobów.
Czyli pachnące mydełka (technologia wyrobu została opracowana w zeszłym roku):

.

tegoroczne zabawy z decoupage:



w tym małe świece:



duże świece:







podstawki z korka (moim zdaniem najmniej udany wyrób):



mało praktyczne lusterka:



a ponadto domowe konfitury z cytryny:



i jak zostaną pomalowane, choinkowe zabawki z masy solnej:



Reasumując, do świat Gośka ma co robić:



niedziela, 13 listopada 2005

Uprzejmie donoszę, że ten świat oszalał

W ostatni wtoreczek - cioteczek, zamiast naklejać na świece kalkomanie (bo w sumie do tego sprowadza się ten cały decopauge), prowadziłam z Lucy kretyńską dyskusję. Lucy o wypowiedzi minister finansów, ja o globalizacji; Lucy o tym, że jeżeli nikt nie protestuje przeciwko temu, że system sądowniczy został zredukowany do wydawania poleceń zza biurka w Warszawie to co z tego, że dziś w ten sposób wypuszcza się tych co powinni być na wolności, skoro jutro w ten sam sposób będzie można ich zamykać, ja o niemożności przytkania strumienia informacji; Lucy o tym jak w Chinach cenzurują Internet ja o tym, że u nas się nie da .....

Ponieważ mecz nie został rozegrany do końca, szukając przygważdżającego argumentu Lucy zadzwoniła do mnie następnego dnia i z nieskrywaną satysfakcją oznajmiła, że właśnie w radiu mówią o metodach jakimi usiłuje się wymusić usunięcie zamieszczonych na internetowych stronach żartów z tych, którzy wygrali. I co ja na to?

A mnie już nie dziwi nic A jeżeli kogoś jeszcze dziwi to przestanie, gdy rozejrzy się wokół.

Mną tąpnęło, gdy na straganie z książkami zobaczyłam:


W pierwszej chwili pomyślałam, że to prowokacja i przypomniałam sobie szczenięce lata, gdy w podstawówce skretyniała polonistka z okazji 100-lecia urodzin Lenina czytała nam na lekcjach opowiadania Zoszczenki i do domu zadawała ich ilustrowanie. Ale to nie była prowokacja, tylko to co zawsze. I co z tego, że w spadku po tamtych czasach została mi alergia na takie hagiografie i poznaję ten język na kilometr, skoro inni nie widzą w tym nic niestosownego.

Jedyne co pozostaje to się tym wszystkim nie przejmować, przynajmniej do czasu gdy w tej samej księgarni można dostać i najnowszą książkę ks. St. Obirka. Bardzo dawno temu, Jacek Federowicz w jakimś wywiadzie tłumaczył, że on dlatego nie pije i nie pali bo chce żyć tak długo, by ich przeżyć. Wtedy wydawało mi się to śmieszne – dziś wiem, że co z tego, że nie piję i nie palę skoro oni urodzili się później ode mnie.

A w Kaliningradzie życie napisało swój komentarz do dyskusji o tym, czy należy grabić liście. U sąsiada za płotem rośnie wysoka (czyli też i z ogromną ilością małych listeczków) brzoza. Już drugi miesiąc zrzuca liście i końca nie widać. Po jednym dniu posprzątany ogród wygląda znów tak:



Na tym zdjęciu nie widać brzozy, bo zasłania ją przepięknie przebarwiony modrzew - wiosną, gdy znów będzie zielony, nie daleko od niego żółcić się będzie z kolei forsycja:



I nawet jak wszystko przykryje śnieg to oprócz wiecznie zielonych iglaków nie zwiędnie też oplatający sosnę zielony bluszcz - w sumie nie wiem dlaczego w tym roku nie zrobiłam rozsad tak by powoli oplatał wszystkie stające na mojej działce sosny:




Ci, którzy byli w Kaliningradzie
widząc na zdjęciu co zrobiłam mogą (a tam mogą - powinni!) mnie podziwiać (czyli kolejny odcinek pt. dlaczego jestem genialna)



Przy okazji wyjaśniło się dlaczego padły konwalie od Staśka i cała kolekcja wrzosów. Gdy "zły" sąsiad (ten z lewej strony) myje swój samochód, mydliny ściekają dokładnie tam gdzie były posadzone te rośliny. A taka odważna by zwrócić mu uwagę to ja nie jestem.

Na forum robótki na drutach dziewczyny zamieściły linki do bardzo pomysłowych prac:


Nigdy nie jadłam naleśników z jajkami na twardo i jakoś nie wierzę by było to smaczne:


Smaczne, czy nie i tak tu skończy:


(to zdjęcie ściągnęłam z http://www.strangebuttrewe.com).

Smacznego!

poniedziałek, 07 listopada 2005
Motel Kalinin-grad

Już drugi miesiąc nie mieszkam sama - ktoś znał kogoś komu nawaliła ekipa remontowa, ktoś inny kogoś kto musiał przyjechać parę razy do Warszawy, a nie stać go było na hotel. I jak to śpiewali poetkę: itede, itepe. I gdyby nie to doświadczenie, pewnie jeszcze długo nie zdawałabym sobie sprawy jak szybko oswoiłam swoją samotność hodując mnóstwo nawyków, które można trenować tylko siedząc samej w domu. A ponoć na starość człowiek już się tak łatwo nie zmienia.

Ale dzięki temu nie odczuwam tak braku ciotek, które gdy skończyło się lato, w zasadzie latają tylko blisko swoich domów i do mnie już im nie po drodze. Po części pewnie sama jestem sobie winna, bo nawet nie staram się zrozumieć sporej części moich równoleżnikowych sióstr, święcie wierzących w to, że żyją w tym zimnym kraju przez nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Bo gdyby tobołka z nimi nie włożono w dziób bociana - analfabety, co to był taki głupi, że nie umiał odczytać, że miejscem zrzutu miało być wybrzeże Morza Śródziemnego, nigdy by nie musiały nosić czapek, rękawiczek i węgla z piwnicy. I zawsze jest im zium-zium a ja jestem be, bo skoro mój przepiękny kominek tak jak piecyk z Teatrzyku Zielona Gęś:


potrafi wciąż tylko dymić i dymić, powinnam rozkręcić do oporu piec albo rozpalić na środku pokoju ognisko.

A mnie tak spodobało się sprzątanie ogrodu, że właśnie odkryłam, przyjemność ogrodowej krzątaniny i gonię w weekendy czas, póki jest jeszcze widno i można coś zrobić. Jest to o tyle bezpieczne, że zanim mi się znudzi, nadejdą jesienne słoty i moja nieobecność w ogrodzie będzie usprawiedliwiona.

Mój ogrodniczy zapał jest zaraźliwy i udzielił się nawet Mońkowi, który spędził u mnie weekend. Ach łza się w oku kręci. Moniek, który jeszcze nie tak dawno, napędzany jednym jogurtem dziennie, kicał o kulach z nogą w gipsie w takim tempie, że trudno było za nim nadążyć, teraz co kilka godzin zjada tyle co dawniej starczało mu na tydzień i dotleniwszy się w ogrodzie:


zasypia wczesnym wieczorem na kanapie. Podobno, jego maleństwo wygląda już jakoś tak i prawdopodobnie, jako 11-tygodniowy płód ssie kciuk i cichutko płacze:


Kapelutek czarownicy mi nie wyszedł - właśnie go sprułam i zaczynam od nowa. Ciasna czapka nie spadała wprawdzie z głowy ale się i nie układała a rondo, mimo że francuskim ściegiem, wyszło jakieś sflaczałe - nie będę przecież eksperymentować i krochmalić akrylowych czapek.

Na koniec, ponieważ w komentarzach dyskutują o zeschłych liściach, postanowiłam sama wprowadzić nowy wątek - czyli kilka zdań na temat dlaczego jestem genialna.

Przykład pierwszy:
Coś mi się zwaliło w blogu i komputer usiłował być mądrzejszy ode mnie, narzucając mi swoją ulubioną czcionkę Arial w wersji italic (zmienił nawet wygląd poprzednich wpisów). Ponieważ nie reagował na próby przywołania go do porządku w tzw. zaawansowanym edytorze, jedyną możliwością porozumienia się z nim, było pogadanie w HTML-u. Poprosiłam o pomoc na forum, ale mimo upływu godziny nikt nie odpowiedział na mój post. Zadzwoniłam do syna, a ten o dziwo
nie był on-line. W tej sytuacji zamiast pójść spać, kolejny raz udowodniłam sobie, że nie trzeba znać HTML by w nim gadać - wystarczy przeklejać metodą "prób i błędów" całe bloki i w końcu osiągnie się zamierzony cel. A strona cioteczki. pl czeka .....

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli