niedziela, 02 kwietnia 2006

Optymistyczny trendsetter

Oki, postaram się już więcej narzekać i doceniać to co mam.

Mam nadzieję, że skończyły się moje kłopoty z tym blogiem - od jakiegoś czasu nie potrafiłam sobie dać rady ze zbyt dużą samodzielnością czcionek, które bez mojej wiedzy zmieniały krój i rozmiar. Bezskutecznie usiłowałam zainteresować tym administratorów serwera gazety i w końcu zamiast nich, odezwała się dobra dusza - Magda (czyli madika_mk) i mi pomogła. Podobno wszystkie moje kłopoty ze zwalaniem się formatu brały się stąd, że już w edytorze usiłowałam odpowiednio sformatować tekst. Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego jeżeli chcę by tekst mojego bloga wyświetlał się w czcionce Times New Roman 14, to mam go pisać w Arial 12 (w dodatku tak, by z okienek edytora wynikało, że jest to Arial 8). Ale skoro tak musi być - ja bym nigdy na to nie wpadła - to trudno. Przy okazji ta cała historia utwierdziła mnie w tym, że html i jego pochodne są nie dla mnie - nie tylko rażą moje poczucie estetyki, ale i logiki.

Zupełnie przez przypadek zostałam trendsetterem jogurtu bałkańskiego Maluty. Rano idąc do pracy kupuję w moim sklepiku dwie reklamówki tego specjału i wiozę go do miasta. Tam jeszcze go nie ma i dopóki nie zamówią go warszawskie sklepy, polecam. Z tym, że trzeba się spieszyć, bo pewnie za chwilę Maluta zdobędzie pierwsze większe zamówienie i stoczy się, tak jak wszystkie poprzednie firmy i zacznie dodawać do jogurtu żelatynę.




I film na którym byłam w tym tygodniu mi się spodobał:

Piekło - które nie ma co prawda wdzięku uroku najlepszych filmów Kieślowskiego, ale zachowało tyle z nastroju tamtych filmów, że naprawdę może być. Poza grą aktorską, spodobała mi się też bardzo sama opowieść (jest to chyba najmocniejsza strona tego filmu i mogła by stanowić kanwę niesamowitej książki). A dodatkowo pojawiła mi się taka refleksja - tej historii nie opowiadają walczące feministki, a faceci w tym filmie to takie dwunożne postacie, które bezrefleksyjnie czynią bardzo dużo krzywdy i za cholerę nie są w stanie wziąć odpowiedzialności za swoje życie - co najwyżej w porywie rozpaczy, są się w stanie zabić.

Cały czas chudnę - może nie tyle ile bym chciała ale zawsze (jak na razie ważę 6,5 kg mniej). Przy okazji czegoś też się nauczyłam – zawsze byłam przekonana, że Wielki Post trwa 40 dni, ale gdy po raz pierwszy czas trwania postu stał się dla mnie ważny - nic mi się nie zgadzało. Początkowo kombinowałam, że może Wielki Tydzień liczy się osobno, ale ponieważ wydawało mi się to mało prawdopodobne postanowiłam zapytać eksperta. Janka wyjaśniła mi, że w niedzielę się nie pości. A ja poszczę - taka jestem dzielna!

Weekend spędziłam po drugiej stronie stolicy, w Otwocku. M.in odwiedziłam Lucy i sfotografowałam wreszcie lampę z Ikei ozdobioną cmentarnym wiankiem. W zeszłym roku, gdy wianek nie był jeszcze zakurzony, ten susz był jeszcze bardziej kolorowy, ale i teraz ze wszystkim mi się kojarzy, tylko nie z cmentarzem:


Lucy mieszka w bloku na czwartym piętrze i o jej balkonie wiedzą wszystkie otwockie wiewiórki:



A po jej domu chodzi szczur:



Przez chwilę zasępił mnie mail od synka, który zapisał się do pokolenia La Madame. Bo to nie tak miało być i jego smuga cienia miała być zupełnie inna od mojej:

Pod kaczką też nie działo się tylko źle. Przecież wszyscy żyliście w tym kraju, pracowaliście, płaciliście podatki; budowano statki i samochody, ludzie kochali się i rodzili dzieci. Każdy jakoś uczestniczył w systemie. Kaczyzm nie był bez wad, ale tylko pierwsze dziesięć lat to był prawdziwy kaczyzm. W epoce postkaczyzmu, kiedy system się skorumpował - tak naprawdę tylko nie można było mówić źle o papieżu, ale ludzie w swoich domach byli wolni. Bardziej wolni niż w demokracji liberalnej bo wiedzieli, że nie można wierzyć temu co piszą w gazetach. Nic nie zastąpi klimatu antykaczystowskiej opozycji, rozkwitu intelektualnego jaki się wtedy dokonał, zniesienia różnic między robotnikami a intelektualistami...

Ale potem sobie przypomniałam sobie, że miałam być optymistką i pomyślałam, że chyba nie tylko ja, ale większość mojego pokolenia, słysząc hasło nigdy więcej wojny ma przed oczami ten plakat:


A w ich świecie:


niedziela, 26 marca 2006

Na urlopie ...

Ostatnio siedząc w knajpie z Kaśką i Izą sama siebie zapytałam, na co zmarnowałam zimowy czas (nie czytałam więcej książek niż zazwyczaj, ani nie oglądałam wieczorami filmów). Może bym i doszła do jakiś - niewykluczone nawet, że odkrywczych - wniosków, gdyby nie natychmiastowa riposta Kaśki: jak to co robiłaś, grałaś w Pająka!

Ale w tym tygodniu (mimo że miałam urlop) tak dużo się działo, że nie miałam czasu nawet na Pająka (to szare to nie brudny obiektyw, tylko kurz):


i gdy w pierwszy wiosenny poranek otworzyłam oczy, daleko mi było do zaśpiewania jak dobrze wstać skoro świt ...


Ale chyba było warto:


Nie wiem kiedy skończę kuchnię - m.in. muszę jeszcze kupić blat i półki, zamontować pod szafką reflektorki, zakryć zmywarkę i piec epoksydowaną blachą oraz pogodzić się z tym, że ponieważ na ładny okap mnie nie stać, nie mam innego wyjścia niż kupienie brzydkiego:


Jeszcze przed świętami chciałabym przynajmniej postawić pod tą ścianą jakiś fajny, duży prostokątny stół:


Gdy ja zamiast na miotle, latałam na ścierce, Gośka kleiła obiecaną w prezencie lampę (na zdjęciu w stanie surowym, tuż po zlutowaniu):


W planach miała wisieć żarówkami do góry, ale wyszło na to że do dołu jest ładniej:


Niepostrzeżenie zakończył się kolejny etap - w ścianach Kaliningradu nie ma już dziur z wystającymi kablami. Do ostatniego zamontowanego w takim miejscu gniazdka, podłączyłam kupioną w Ikei lampę (przy okazji zaoszczędziłam na przedłużaczu - kosztowałby prawie drugie tyle co lampa):


Po spędzonym w witrażowni popołudniu, wiem też już jakie będzie moje przedświąteczne zadanie - tym razem będę akwizytorem kartek (dzieciaki zarabiają w ten sposób na wycieczkę do Pragi):

Mój ulubiony recenzent filmowy poszedł tym razem na film Bessona Angel - a. Nie wybierałam się na ten film, a jego w miarę ciepła recenzja jeszcze mnie w tym utwierdziła. Z tym że to nie tak, że nie znalazł czegoś co mu się nie spodobało: Co razi w scenariuszu i co według mnie jest niedopuszczalne, a z całą pewnością kontrowersyjne, to, że tytułowy anioł występuje w filmie w przebraniu kobiety lekkich obyczajów (...). I choć okazuje się później, że Angela bawi się jedynie w sprawianie takiego wrażenia, to jednak samo porównanie anioła w filmie Bessona do upadłej niewiasty stanowi obrazę uczuć religijnych wierzących ludzi. Za mocna w teologii nie jestem - ale co w takim razie z Marią Magdaleną?

Postanowiłam nie być od niego gorsza i też recenzować oglądane filmy. Do tej pory tylko sporadycznie umieszczałam swoje recenzje na forum, teraz postaram się robić to w miarę regularnie. W tym tygodniu był to Modigliani, pasja tworzenia:

Ci, o których jest ten film żyli tak ciekawe, że trudno opowiedzieć o tym w nudny sposób, a reżyserowi prawie się to udało. Są w tym filmie, świetne sceny ale już trudno to powiedzieć o którymś z wątków. Nic nie jest opowiedziane do końca dobrze, pomieszanie z poplątaniem: schematyczny melodramat + elementy filmu historyczno-biograficznego + kretyńskie bełkoty rodem z psychoanalizy.

W tzw. międzyczasie zdobyłam kolejny dowód na to, że w porównaniu z psami, koty są bezdennie głupie, tylko mają dobry PR. Porządkując kuchnię wymyśliłam, że wszystkie miski kotów będą stały w jednym miejscu. Dla moich kotów oznaczało to przesunięcie miski z żarciem pod przeciwległą ścianę (w linii prostej niecałe 2 metry), tam gdzie zawsze stała (i nadal stoi) miska z wodą. Po dwóch dniach dzikich wrzasków poddałam się - nic nie dało nawet przenoszenie na rękach i wsadzanie rzekomo głodnej mordy w pełną kociego żarcia miskę. Postawiona na nogi Sralucha natychmiast wracała w stare miejsce i dalej piłowała mordę. Ale jak zauważył, p. J. Kurski ciemny naród wszystko kupi, nie tylko brednie o rzekomej mądrości kotów. A ja od niej oczekiwałam, że zrozumie do czego służy kuweta .....

Wiadomość z ostatniej chwili - niedziela nie była dniem odpoczynku, ale dzięki temu mam już pod szafką reflektorki:


A na koniec chciałabym podzielić się tęsknotą, za życiem spokojnym, gdzie pijąc herbatę będę robiła tak jak te ciotki, tylko to co lubię:





niedziela, 19 marca 2006

 

Niektóre ciotki twierdzą, że już znalazły wiosnę

i należy im się medal za wyobraźnię.

 

Ciocia Gosia powiedziała, że powinnam napisać o burzliwych wydarzeniach z tego tygodnia, ale ponieważ nie mam zamiaru łamać konwencji, odcinek będzie krótki i niezbyt ciekawy.

 

Dalej poszczę i już tylko 2 centymetry dzielą mnie od wciśnięcia się w dżinsy. Zostało mi 21 dni na to by zastanowić się jak uniknąć efektu jo-jo (mam już wagę, ale to za mało). Pewnie rację ma Joanna strasząc mnie (i siebie przy okazji też) koniecznością całkowitej zmiany nawyków żywieniowych. Czyli amputacja kolejnej, po rzuceniu palenia, przyjemności. Przy okazji kupowania w Ikei wagi, kupiłam też (jak zawsze w tym sklepie) wiele innych, mało potrzebnych, ale cieszących oczy rzeczy - m.in. ponieważ nie mogłam się zdecydować, który dywanik lepiej pasuje do mojej łazienki, kupiłam dwa:

 

Podczas niedzielnej zabawy z moim synem w konsumersów, stojąc w bardzo długiej kolejce do kasy poczułam złość - skoro ci ludzie za chwilę zagłosują tak jak wskazują sondaże, to mogli by przynajmniej w Wielki post, nie tłoczyć się w supermarkecie. A tak - jak zaczyna być nerwowo, kupują mąkę i cukier, jak mają w niedzielę zamknąć sklepy, szturmują je by jeszcze się nacieszyć tym dobrem. A refleksji, że tak nie musi być, zero.

Coś się stało z tujami przed domem. Był wprawdzie w zimie spory mróz ale jakiś kosmicznych opadów śniegu sobie nie przypominam. I nie za bardzo rozumiem dlaczego wyłaniające się spod topniejącego śniegu tuje przedstawiają sobą obraz nędzy i połamanej rozpaczy:

 

 

Skończyłam wrapka - wyszedł taki sobie - ma zbyt trójkątny kształt i żeby jakoś się układał, trzeba go zaszyć, tak że będzie wkładany przez głowę:



Córka Iwony, weterynarz Ewa powiedziała, że nie powinno się wypuszczać kotów na dwór i Iwona (o tyle, na ile jest to możliwe) stara się do tego zakazu stosować. Ja nie dam się sterroryzować - nie wyobrażam sobie nie wypuszczania (a raczej wyrzucania) z domu moich nie uznających kuwety kotów. Nie wiem dlaczego nikt jeszcze nie wpadł na pomysł kocich kagańców - z czymś takim na pysku żadnego ptaka nie upolują.

 


Ja w każdym razie nie dam się już nabrać - wszystkie zwierzęta jak są małe, są milusie. Jeżeli jeszcze kiedyś ... to już na wstępie podpiszę z takim zwierzakiem kontrakt i potem będę miała się na co powoływać. W pierwszym odruchu (a należy się ich strzec, bo jak mawiał Talleyrand, zwykle bywają szlachetne), też bym chętnie przytuliła takiego miśka (dla zainteresowanych: ogłoszenie o ich sprzedaży na stronie animalia). Ale za chwile przychodzi otrzeźwienie - Heniutek jak był mały też, podobnie je te czerwone akita inu, był uroczy:

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli