niedziela, 23 kwietnia 2006
Przeczytane gdzieś na forum:

Całe szczęście, że PiS traci władzę, bo już mi się pluszaki w lodówce nie mieszczą" - podatnik

A tak w ogóle jest dobrze.

Święta trwały krótko - dzięki temu hasałam "żywieniowo" tylko dwa dni i teraz nie tracę nadziei, że uda mi się "opanować" sytuację. Coraz bardziej podoba mi się też wypracowana przeze mnie tradycja obchodzenia świąt z jednodniowym opóźnieniem - resztki z innych świątecznych stołów są na pewno smaczniejsze niż to, co zrobiłabym sama. A tak zupełnie bez czegoś dobrego w święta, byłoby jednak trochę smutno:




Dopiero teraz (czyli pod koniec tygodnia), kończą mi się przywiezione przez nich smakołyki. Razem z całym transportem żarcia, dostałam też zdjęcia kwitnących w gumisiowym ogrodzie krokusów (w moim ogrodzie prawie nic nie przeżyło zimy - najbardziej mi żal trójklapkowych winobluszczy).




W piątek rano, ze Sralcią było już tak źle, że gdy wieczorem wracałam do domu sprawdziłam, czy na niebie są gwiazdy, bo tak sobie kabotyńsko pomyślałam że gdy się nocą samotnie kopie grób, gwiazdy na niebie być muszą. Na szczęście było jeszcze do kogo wołać weterynarza, dał kolejne ileś tam zastrzyków i z kotem zrobiło się lepiej. Ponieważ przywykłam do swojej karmy, nie protestowałam gdy okazało się, że nawet za to czy kot przeżyje czy nie, też jestem odpowiedzialna. Bo kot będzie żył, jak będzie jadł. A Sralucha właśnie załapała anoreksję (mówię już do niej pieszczotliwie: Anorka) i z obrzydzeniem odwraca pysk nawet od mielonej wołowiny (takiej bez tłuszczu, na tatar). Zamiast tego, cały czas chce być lulana na rączkach w taki sposób, że jedną ręką mam ją trzymać, a drugą głaskać:



Przy okazji weterynarz powtórzył mi taką swoją rozmowę:

- Proszę o przyjechanie i zaszczepienie mojego psa na ptasią grypę.
- Dlaczego ?
- Bo gania po podwórku koty.
- Przecież on je tylko gania, nie zjada.
- No tak, ale koty polują na ptaki.
- I co z tego, w naszej okolicy nie ma ptasiej grypy.
- To pan nie wie? - na bazarze w Pruszkowie powiedzieli, że już jest.

Weterynarza do domu raczej nie wołają przedstawiciele underclass, ale mnie już dawno nie dziwi nic. Za to ciągle jeszcze coś dziwi mojego synka i na swoim "blogasku" zamieścił takie coś:

Uchwała o zakazie wchodzenia w jakiekolwiek koalicje z Samoobroną i SLD została podjęta 13 kwietnia 2002 roku z myślą o wyborach samorządowych. Mimo iż na stronie internetowej partii znajdują się wszystkie dokumenty - tego akurat próżno szukać. Ktoś go usunął. "Przepraszamy, strona o podanym adresie nie istnieje" - taki komunikat pojawia się w miejscu, gdzie jeszcze do niedawna można było zapoznać się z uchwałą nr 2. Co stało się z dokumentem, nie wiedzą w biurze partii. Gdzieś "zapodział się" nawet oryginał. - Niestety nasze archiwum nie sięga tak daleko, stopuje chęci "Super Expressu" do zapoznania się z pismem Anna Ostrowska z biura prasowego PiS.

A teraz ja Uchwały owszem nie ma: ale jest kopia google: eh, chyba pisiory będą musiały podpisać podobne porozumienie z googlem, co rząd chiński :)

A tak serio to żenujące, zamiast wydać nową uchwalę, to się usuwa starą, to już mi jedzie nieco pracą Winstona w Ministerstwie Prawdy.


Wygląda na to, że mój synek jeszcze nie zrozumiał, że to tylko w piosenkach to już było i nie wróci więcej. Zaczynam podejrzewać, że powiedzenie o tym, że to co wraca to tylko farsa tego co było, nie do końca jest prawdziwe. Farsą to jest dla tych co pamiętają poprzednią wersję. Ci co przeżywają to po raz pierwszy, chyba nie odbierają tego w ten sposób. Mnie w każdym razie, do tego by poczuć że jest już tak jak dawniej, brakuje wielogodzinnych przemówień transmitowanych w obu kanałach telewizji. Pamiętam jak kiedyś szłam przez miasto, był upał, z otwartych okien dochodził monotonny bełkot, a ja nadziwić się nie mogłam, że ludzie tego słuchają i w dodatku, po to by nie uronić ani słowa, tak głośno.


Za ogród zabiorę się dopiero po powrocie z Siedmiogrodu. Na razie dopieszczając odperzony kawałek ogrodu, przytargałam od Staśki wapno i zgodnie z zasadą lepiej późno niż wcale, zrobiłam coś, co gdyby było zrobione o czasie, pewnie zapobiegło by mszycom:



W tym tygodniu miałam i swój mały sukces - metodą prób i błędów rozpracowałam "butki" (ciąg dalszy w Siedmiogrodzie):




Przypomniałam sobie za to o fuksji. Do sprawy podeszłam profesjonalnie - na początek przeanalizowałam dostępne wzory. I tak wzór w rosyjskiej gazetce to kombinacja warkoczy, czyli nie to:



Wzoru z chińskiej gazetki nie rozumiem:



Uważnie przeanalizowałam schemat, jaki zamieściły dziewczyny na moim ulubionym forum, ale i to było "nie to". Potem próbowałam bazować na własnej inwencji - też mi nie wyszło. Na koniec wysłałam wszystko Gośce.

W tym tygodniu zakręciła mnie nowa elektroniczna zabawka (jestem nawet dla niej gotowa przejść do Plusa, tyle tylko, że dopiero za trzy miesiące kończy mi się umowa w Orange).



Zobaczyłam ten telefon u mojego synka trzy dni temu i od tego momentu jestem absolutnie przekonana o tym, że posiadanie takiej zabawki jest w moim przypadku niezbędne. Np. gdybym miała ją w tym tygodniu, mogłabym zamieścić zdjęcie trzech starych ciotek (średnią wieku w naszej grupie zaniżał dwuletni facet) podrygujących wśród morza gówniarzy na ulicznym koncercie T.Love (aparat w mojej komórce nie nadawał się nawet do zrobienia zdjęć wielkanocnych koszyczków).

Łyknęłam też kultury w kinie - poszłam z córką na Salto, a następnie zamieściłam na forum następującą recenzję:

Można iść, można nie iść. Przydługie to okrutnie, ale momentami urocze. Kolejny film o dojrzewaniu, o tym, że w dzisiejszych czasach łatwiej pójść do z kimś łóżka, niż z nim pogadać, że ludzie chcą, a nie potrafią itp. W dodatku nie dość, że temat oklepany, to i nie ma w nim nic, czego by nie było w poprzednich filmach. Słowem 100% przewidywalność.

sobota, 15 kwietnia 2006

Konkurs na wielkanocny koszyczek


Gosia:



Gumiś:



Moniek:



Joanna:



Już w poniedziałek było nie tak


Bo chociaż nie poszłam do pracy, to się nie wyspałam się, tylko - jak każdy stary człowiek - zwlokłam się wcześnie rano z łóżka. Wszystko przez to, że tydzień postanowiłam zacząć od wycieczki do Żyrardowa - mama Gośki powiedziała, że w komisie meblowym jest duży wybór pięknych stołów i krzeseł, w dodatku znacznie tańszych niż w Warszawie.

Komis znajdował się na terenie dawnej fabryki i to co było w nim tego dnia do kupienia bardzo dobrze komponowało się z jego otoczeniem:


Czekając na powrotny pociąg, znalazłam niedaleko dworca magiczne miejsce - z tym, że niestety moje zdjęcie nie w pełni oddaje brzydotę betonowego domu z lewej strony, nowobogackiego wystroju klinkierowej willi z prawej strony i stojącej pomiędzy nimi, uroku drewnianej przedwojennej "miejskiej" chałupy:


Wracając, wpadłam do Joanny, zobaczyć na własne oczy kupione przez nią na Allegro biurko:


I poprosiłam ją, by utrwaliła moje dotychczasowe osiągnięcia (czyli 8 kg mniej):


W drodze powrotnej do domu zaliczyłam ćwiczenia siłowe, bo dwa dni wcześniej niż to było ustalone, przywieźli mi okap i chociaż kurier zostawił pakunek najbliżej domu jak tylko mógł, to i tak było to ponad 100 metrów.

Słowem, tydzień zapowiadał się podejrzanie uroczo i gdy dostałam sms od niezidentyfikowanego numeru obcego, dopiero po chwili (ślepota) zdałam sobie sprawę, że znów znalazłam się w Matrix-ie.

W następnych dniach m.in.:

- we wtorek obeszłam warszawskie komisy meblowe i ponieważ nie znalazłam w nich nic sensownego, pogodziłam się z tym, że kolejne święta spędzę bez stołu,

- w środę przyjechał pełen zapału i dobrych chęci Marcin, ale okazało się, że odperzenie działki to zajęcie żmudne - w te dwa dni, które na to przeznaczył, udało mu się odchwaścić tylko 1/3 terenu (z kolei po świętach Marcin musi się uczyć do matury):


- w czwartek Sralucha zaczęła zachowywać się tak, jakby jej się spieszyło do krainy wiecznych łowów. Musiałam zawołać weterynarza, trudno powiedzieć jak się to skończy - póki co, dobrze to nie wygląda:


W piątek utwierdziłam się w przekonaniu, że nie tylko Srala, ale ja też jestem chora i użalając się na swój los, z temperaturą i katarem, od którego każdy by umarł tylko nie ja, zrobiłam świąteczne zakupy. Zafundowałam sobie taki hardcore po to, by w sobotę nie wstawać z łożka ("obróciłam" trzy razy, a do najbliższego sklepu idę 10 minut). Na koniec okazało się, że zapomniałam kupić ... jajek.

W dodatku nawet nie mogę sobie pomarudzić. Nie tylko dlatego, że kończąc (radykalny, bo wersji light będę kontynuować) post, mam 9 cm w pupie mniej. Głupio użalać się nad sobą, gdy:

- to, że w święta siedzę sama jest moim wyborem, w tym roku miałam nawet wyjątkowo dużo zaproszeń,
- brakujące zakupy zrobi mi Joanna i przywiezie jadąc na wielkanocne śniadanie,
- spotkałam na ryneczku Ankę zza torów i umówiłyśmy się, że kawałek świąt posiedzimy razem,
- w poniedziałek przyjeżdża Gumiś z ciocią Izą - poza swoimi przyległościami, przywiozą też świąteczne żarcie, więc jak zwykle w święta, nie narobię się a zjem.

Odwiedzą mnie też dzieci.

A najważniejsze, że już za dwa tygodnie jadę z Gośką do Siedmiogrodu. Plan wycieczki wygląda tak:

1 dzień

Ipolyság (Sahy); Vác; Nagyvárad (Oradea); Kalotaszentkirály (Zam Sincraiu)

2 dzień

Magyarvalkó (Valeni); Magyargyerőmonostor (Manastireni); Bánffyhunyad (Huedin); Kolozsvár (Cluj Napoca,Klausenburg); Torda (Turda); Torockó (Rimetea)

3 dzień

Radnót (Iernut); Medgyes (Medias, Mediasch); Berethalom (Biertan.Birthalm); Segesvár (Sigisoara,Sassburg); Medgyes; Nagyszeben (Sibiu, Hermanstadt); Kisdisznód (Cisnadoara)

4 dzień

Kisdisznód (Csinadoara); Nagyszeben ( Sibiu,Hermanstadt); Brassó (Brasow, Kronstadt); Sepsiszentgyörgy (Sfintu Gheorghe); Csíkszereda (Miercurea Ciuc); Csíkkozmás (Cozmeni); Gyimesközéplok (Lunca de Jos); Borospataka (Boros)

5 dzień

Palánai (Palanca); Csíkszereda-Székelyudvarhely (Odorhei Secuiesc); Korond (Corund); Szováta (Sovata); Marosvásárhely (Tirgu Mures); Makkfalva (Ghindari); Erdőszentgyörgy (Singeorgeni de Padure)

6 dzień

Marasvásárhely (Titgu Mures); Kolozsvár (Cluj Napoca, Klausenburg); Szilágysomlyó (Simluel-Silvaniei); Nagyvárad (Oradea)

Noclegi w chłopskich chatach - tam też tylko jest przewidziane karmienie, czyli śniadania i kolacje. Żadnych postoi na kawę czy herbatę - jedynym dozwolonym w ciągu dnia zajęciem (poza jazdą autokarem) będzie zachwycanie się kościelnym witrażami. Słowem jedziemy z Gośką na pewną odmianę szkoły przetrwania.

Przypominam ciotkom o konkursie na wielkanocny stroik.
Jak by komuś się nie chciało za bardzo analizować szczegółów - w moim stroiku multi-kulti, wielkanocny króliczek z kurczaczkiem zaprosili do świątecznego stołu Mikołaja, Żyd znalazł się tam się gdzie jego miejsce, czyli za polską burtą, a za koła ratunkowe robią małe kolorowe jajeczka (dwuznaczność zamierzona...).




Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli