niedziela, 22 stycznia 2006


Propozycja

Wszystko się może zdarzyć - również dostanie propozycji, o której nawet nie wiadomo, czy jest propozycją. W każdym razie, po raz pierwszy od 1,5 roku, delikatnie rozważam możliwość wyniesienia się z Kaliningradu.

Jak na razie, jedyny skutek to morze słów - był to główny temat omawiany na wtorkowym spotkaniu w witrażowni i dodzwonienie się do mnie po godzinie 20.00 (czyli w czasie darmowych weekendów i wieczorów) było w tym tygodniu jeszcze trudniejsze niż zwykle - ale jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, mądrzejsza od tego się nie stałam.

Bo reasumując:
rację ma Kaśka, gdy powołując się na przykład swoich rodziców, mówi że ta codzienna krzątanina wokół domu konserwuje. Ale rację ma też i Gośka, że jak się ma taki dom, to cały czas trzeba coś w nim robić, a tu robić nie ma komu. Ja raczej już silniejsza nie będę, a na dzieci nie ma co liczyć - poszły swoją drogą i nawet jak coś może i potrafią, to są na tyle sprytne że się do tego nigdy nie przyznają. Nie widzę też siebie za bardzo w roli mamy Kaśki (czyli słynnej Pani Basi). W tym roku nie wyczyściłam wszystkich rynien, bo z duszą na ramieniu potrafiłam się co najwyżej wdrapać na pierwszą część składanej drabiny. W tym czasie, trzydzieści lat starsza ode mnie Pani Basia, której ruchliwość jest dla mnie dowodem, że istnieje też i starcza odmiana ADHD, dziarsko łatała papą dach na dwupiętrowej kamienicy
.

Nie tylko dach jest dla mnie za wysoki. Może i marudzę, ale nie czuję się najlepiej z tym, że jak zawsze o tej porze roku, pierwsze noworoczno-urodzinowe postanowienia zdążyły już pójść na tzw. frytki. Najlepszym komentarzem do tej sytuacji są słowa kota Garfielda - nie pamiętam tego dokładnie, ale brzmiało to mniej więcej tak: jedyne co straciłem na tej diecie, to dwa tygodnie. I co z tego, że na blogu http://www.nienawidze-gotowac.blog.pl przeczytałam, że: "od ilości kilogramów, którą wskazuje wam waga, odejmijcie jedną dziesiątą. Ta jedna dziesiąta nie jest waszym ciałem. To mikroby, które zamieszkują na i w waszym ciele. Podobno gdyby nie one, raz dwa wyciągnęlibyśmy kopyta. Ale co je szkodzi odliczyć, no nie". Tak naprawdę to ja powinnam być autorką jednego z zamieszczonych pod tym wpisem komentarzy: a nie może być jedna piąta? Jedna dziesiąta mnie nie zbawi!

O tym "jak jest naprawdę" powinnam przynajmniej pamiętać przy robieniu swetrów. Cały czas jak z doskoku dłubałam sweter z owczej wełny czułam, że coś jest z nim nie tak. A co jest nie tak, odkryłam dopiero po zrobieniu tyłu, dwóch rękawów i 1/2 połówki przodu:



Ten sweter jest po prostu za wąski i jak się w nim dopnę-opnę, to do kompletu będzie mi brakować tylko garsonki z krempliny.

 

Dzięki temu, że ostatnio kupiłam wagę w kolorze fluorescencyjnej seledynowości (miała być ładniejsza - na pudełku była w kolorze dystyngowanej szarości):



- wiem, że wełny starczy i na sweter w rozmiarze XXL - tylko mi się chwilowo odechciało. Obok wagi widać umierającą difenbachię (pewnie to już jej ostatnie zdjęcie).

O mały włos, a z zimna umarłaby i Sralucha. Wszystko przez to, że chociaż przestałam już liczyć na to, że jeszcze kiedykolwiek skorzysta z kuwety, nie mam zamiaru zrezygnować z działań odwetowych i w ramach retorsji wywalam ją na dwór. Tym razem, ponieważ był spory mróz, na pozałatwianie swoich spraw dałam jej pięć minut. Potem do wieczora wychodziłam co pół godziny przed dom i ją wołałam - bez skutku, za to coraz bardziej nerwowo, bo w nocy zapowiadali spadek temperatury poniżej 20 stopni, a starszej pani (Srala ma ponad 10 lat) w taki mróz, to żadne futerko nie pomoże. Było już naprawdę późno, gdy Heniutek zaczął domagać się wypuszczenia na dwór. Ale im bardziej starałam się temu kretynowi wytłumaczyć, że jest za zimno na to, by wychodzić na spacer, tym bardziej się upierał. W końcu się poddałam i otworzyłam drzwi - okazało się, że Heniek nigdzie się nie wybierał, tylko za drzwiami siedziała zziębnięta Sralucha, która nawet nie miała siły miauczeć.
Teraz odsypia na parapecie śniąc o zielonej wiośnie:



Dostałam od Balbiny taki obrazek:



Fajnie byłoby w ten sposób zilustrować proces stawania się cioteczką. Nawet się za to zabrałam, ale taki dziwny czas, że za cokolwiek się nie zabiorę, to porażka - jak puściłam sobie kretyński film Wspaniali bracia Baker, śledząc ckliwą, miłosną historyjkę, nie umiałam sobie poradzić z przeszywającą całe moje ciało wielką tęsknotą, bo oni na tym filmie odpalali jednego papierosa za drugim ...
niedziela, 15 stycznia 2006

Coraz trudniej wymyślić coś nowego


Na moim ulubionym forum robótki na drutach dziewczyny zamieściły link do strony, gdzie są zdjęcia pięknych rzeczy

( http://www.onceuponanheirloom.com/bank/1Current/Wrapstyle/):




By łatwiej o tym dyskutować, widząc oczyma duszy siebie w czymś takim:



to "coś" nazwałam (od nazwy strony) pieszczotliwie - wrapka. Przez moment miałam na forum mały neologiczny sukces, ale chwilę potem okazało się, że nie wymyśliłam nowego słowa, bo w słowniku języka polskiego etola (wrapka) to "rodzaj szerokiego szala lub krótkiej pelerynki z futra o krótkim miękkim włosie, noszonej przez kobiety do sukni wizytowej lub wieczorowej".

W tej sytuacji za swój sukces mogę co najwyżej uznać zarażenie moim wrapkowym entuzjazmem:

  • Muńki, która kupiła już nawet druty i we wtorek mam jej pomóc zacząć wrapkowanie,
  • Izy, z tym że ona posługuje się babciną logiką i ponieważ bardzo spodobały jej się wrapki, postanowiła zrobić sweterek dla Gugusia,
  • a nawet Gośki.

Wrapka z pierwszego zdjęcia też jest urokliwa. Dawno nie robiłam żakardów i chodzi za mną coś, w czym wykorzystałabym norweskie wzory zamieszczone na stronie:

(http://www.jessica-tromp.nl/noorse_patronen_norwegian_knitting_patterns_fair_isle.htm).

Cały czas śledzę też wątki na temat swetra w kolorze fuksji (wzbudził zachwyt nie tylko na moim forum, dziewczyny na grupie robótki ręczne też o nim dyskutują). Niedługo wiosna, a wtedy biały sweter byłby jak znalazł. Anka zgubiła kolejną czapkę, marzną jej uszy i chce opaskę. Nie zapomniałam też o firance do łazienki.

Na innych frontach nie jest lepiej. Cały czas rośnie sterta filmów do obejrzenia:


Z kolei w wysokiej na 36 cm stercie książek do przeczytania, od początku roku ubyło tylko 2 cm, a już w tym tygodniu przyjdzie zamówienie z Merlina.

Słowem przydałby się Kiciuś (Kiciuś to był mój bardzo uczynny kolega z podstawówki, który - kiedy na dwa dni przed klasówką z rosyjskiego moja przyjaciółka złamała prawą rękę - za dwie tabliczki czekolady zrobił tak, że jeszcze tego samego dnia na pogotowiu też założono mi gips). Takie małe klap! (koniecznie w pracy, by było 100% zwolnienia) i na kilka tygodni, póki śnieg w ogrodzie, skręcona nóżka ...

niedziela, 08 stycznia 2006

W tym tygodniu miałam urodziny

 

Staram się nie myśleć o upływie czasu, ale nie zawsze się to udaje - najbardziej nieprzyjemnie jest wtedy gdy wcale tego nie chcąc, doświadczam wizualizacji tego zjawiska.

Na początku każdego roku muszę (bo przecież ja dojeżdżam), wyrobić ważną na dany rok legitymację kolejową - do tej pory wybierałam najmniej zniszczone zdjęcie i było po problemie. W tym roku dowiedziałam się, że wydadzą mi taką legitymację dopiero jak dostarczę nie zniszczone zdjęcie (od niedawna mamy nową kadrową, jeszcze jej nie widziałam ale podejrzewam, że jest dużo młodsza ode mnie i pewnie dlatego zarządziła, że nie można dawać zdjęć wyrwanych z innych dokumentów). Z kolei kolega Leon odmówił zeskanowania "bardzo nieaktualnego" jego zdaniem zdjęcia, które miałam w zeszłorocznej legitymacji (nie chciał mi uwierzyć, że zdjęcie jest mniej więcej sprzed 2 lat) i zaproponował zrobienie "bardziej aktualnych" zdjęć. Ponieważ w ten sposób mogłam przynajmniej uniknąć wizyty u fryzjera (zdecydowanie przyjemniej czesze się w Photoshopie niż w realu) i u fotografa, co miałam zrobić - zgodziłam się.

 

W przeddzień moich urodzin kolega Leon popstrykał trochę zdjęć i dał mi je na płytce. Jak zapytałam, dlaczego tak strasznie na nich wyglądam, odpowiedział (cytuję z pamięci): "was to baby nie można zrozumieć, nie przeszkadza wam to jak wyglądacie tylko to, że ktoś to uwiecznił na zdjęciu".

Nie jest dobrze, pierwszy raz w życiu przyszła mi taka fantazja do głowy w zeszłym roku na plaży w Bułgarii, nie minął rok i znowu coś takiego zatruło mi mózg:



W sobotę odbył się w Kaliningradzie doroczny sabat urodzinowy. Menu - ponieważ poza małymi wyjątkami, wszystkie od nowego roku jesteśmy na diecie - składało się tylko z ciast i ciasteczek. Nie udało nam się też uzgodnić zasad wg których mają być zorganizowane "fikołki czwartkowe". Dostałam za to mnóstwo fajnych prezentów - m.in. od Staśki łopatę do odgarniania śniegu i tak generalnie to było bardzo miło:



Na sobotnim sabacie nie było Lucy, która jak co roku
spędzała Sylwestra w Bieszczadach. Ponieważ zlikwidowali "rzeźnię", wsadziła szczura do kieszeni i pojechała w te swoje góry autobusem. Dla niezorientowanych, Lucy w samochodzie zachowuje się zdecydowanie gorzej niż ten pies (to zdjęcie jest rozsyłane w sieci pod tytułem: jak poznać, że za szybko jedziesz samochodem):


O Lucy nie ma się co bać - zawsze, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu, jakoś te podróże przeżywa. Gorzej ze szczurem - gorszego towarzystwa na pierwszą jazdę samochodem nie mógł znaleźć. A jak dojedzie, jego klatką na pewno zainteresuje się gromada schroniskowych kotów. I ponieważ prawdopodobnie w życiu nie widziały szczura, wezmą go za warszawską - a więc żyjącą blisko żłobu i dlatego tak odpasioną - mysz.

Wątek z choinkami tak bardzo poruszył wyobraźnię Gumisia, że zaczął marudzić jeszcze więcej niż zwykle. Wypomniałyśmy jej, że aparat cyfrowy ma najdłużej z nas, więc przyparta do muru zmusiła syna do zrobienia zdjęcia ich choinki i wysłania go pocztą, tak byśmy wszystkie mogły ją popodziwiać.

Z otrzymanym od niej zdjęciem nic, poza zmniejszeniem, bo w wersji oryginalnej ważyło ponad 1 MB, nie zrobiłam. I jest kolejny problem - Kaśka na swoim komputerze widzi choinkę w całej jej krasie, a ja na swoim nie widzę nic. Oto przedmiot sporu:

Nie wszyscy słuchacze opowieści Gośki o Niusi, zdają sobie sprawę z tego, że u Gośki dlatego rośnie duża choinka bo u niej wszystko jest duże i dotyczy to również psa. Nieświadomi, na podstawie tego co mówi Gośka wyobrażają sobie, że Niusia to jakiś mały Yorczek, no ewentualnie jamniczka. A to jest ktoś taki:


Czytam teraz otrzymane od Anki Życie Pi - bohater samotnie dryfuje na tratwie ratunkowej razem z tygrysem bengalskim (nadal żadnych skojarzeń?):


Duże zainteresowanie wzbudziła bohaterka jednego z poprzednich odcinków - Loretta.
W rzeczywistości Lorcia jest jeszcze większa niż na tym zdjęciu, tylko podczas sesji z pudełkiem zapałek nie chciała uśmiechnąć
się do kamery i wolała kulić się w swojej skorupie.


Nie zostało jeszcze ustalone, czy to o tym gatunku ślimaka mówiła przeszła pani wicepremier proponując bezrobotnym jego hodowlę. Ponieważ z oczywistych względów nie wchodzi w grę organoleptyczne sprawdzenie czy Loretta smakuje jak winniczek, śledztwo musi jednak trochę potrwać.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli