sobota, 15 kwietnia 2006

Już w poniedziałek było nie tak


Bo chociaż nie poszłam do pracy, to się nie wyspałam się, tylko - jak każdy stary człowiek - zwlokłam się wcześnie rano z łóżka. Wszystko przez to, że tydzień postanowiłam zacząć od wycieczki do Żyrardowa - mama Gośki powiedziała, że w komisie meblowym jest duży wybór pięknych stołów i krzeseł, w dodatku znacznie tańszych niż w Warszawie.

Komis znajdował się na terenie dawnej fabryki i to co było w nim tego dnia do kupienia bardzo dobrze komponowało się z jego otoczeniem:


Czekając na powrotny pociąg, znalazłam niedaleko dworca magiczne miejsce - z tym, że niestety moje zdjęcie nie w pełni oddaje brzydotę betonowego domu z lewej strony, nowobogackiego wystroju klinkierowej willi z prawej strony i stojącej pomiędzy nimi, uroku drewnianej przedwojennej "miejskiej" chałupy:


Wracając, wpadłam do Joanny, zobaczyć na własne oczy kupione przez nią na Allegro biurko:


I poprosiłam ją, by utrwaliła moje dotychczasowe osiągnięcia (czyli 8 kg mniej):


W drodze powrotnej do domu zaliczyłam ćwiczenia siłowe, bo dwa dni wcześniej niż to było ustalone, przywieźli mi okap i chociaż kurier zostawił pakunek najbliżej domu jak tylko mógł, to i tak było to ponad 100 metrów.

Słowem, tydzień zapowiadał się podejrzanie uroczo i gdy dostałam sms od niezidentyfikowanego numeru obcego, dopiero po chwili (ślepota) zdałam sobie sprawę, że znów znalazłam się w Matrix-ie.

W następnych dniach m.in.:

- we wtorek obeszłam warszawskie komisy meblowe i ponieważ nie znalazłam w nich nic sensownego, pogodziłam się z tym, że kolejne święta spędzę bez stołu,

- w środę przyjechał pełen zapału i dobrych chęci Marcin, ale okazało się, że odperzenie działki to zajęcie żmudne - w te dwa dni, które na to przeznaczył, udało mu się odchwaścić tylko 1/3 terenu (z kolei po świętach Marcin musi się uczyć do matury):


- w czwartek Sralucha zaczęła zachowywać się tak, jakby jej się spieszyło do krainy wiecznych łowów. Musiałam zawołać weterynarza, trudno powiedzieć jak się to skończy - póki co, dobrze to nie wygląda:


W piątek utwierdziłam się w przekonaniu, że nie tylko Srala, ale ja też jestem chora i użalając się na swój los, z temperaturą i katarem, od którego każdy by umarł tylko nie ja, zrobiłam świąteczne zakupy. Zafundowałam sobie taki hardcore po to, by w sobotę nie wstawać z łożka ("obróciłam" trzy razy, a do najbliższego sklepu idę 10 minut). Na koniec okazało się, że zapomniałam kupić ... jajek.

W dodatku nawet nie mogę sobie pomarudzić. Nie tylko dlatego, że kończąc (radykalny, bo wersji light będę kontynuować) post, mam 9 cm w pupie mniej. Głupio użalać się nad sobą, gdy:

- to, że w święta siedzę sama jest moim wyborem, w tym roku miałam nawet wyjątkowo dużo zaproszeń,
- brakujące zakupy zrobi mi Joanna i przywiezie jadąc na wielkanocne śniadanie,
- spotkałam na ryneczku Ankę zza torów i umówiłyśmy się, że kawałek świąt posiedzimy razem,
- w poniedziałek przyjeżdża Gumiś z ciocią Izą - poza swoimi przyległościami, przywiozą też świąteczne żarcie, więc jak zwykle w święta, nie narobię się a zjem.

Odwiedzą mnie też dzieci.

A najważniejsze, że już za dwa tygodnie jadę z Gośką do Siedmiogrodu. Plan wycieczki wygląda tak:

1 dzień

Ipolyság (Sahy); Vác; Nagyvárad (Oradea); Kalotaszentkirály (Zam Sincraiu)

2 dzień

Magyarvalkó (Valeni); Magyargyerőmonostor (Manastireni); Bánffyhunyad (Huedin); Kolozsvár (Cluj Napoca,Klausenburg); Torda (Turda); Torockó (Rimetea)

3 dzień

Radnót (Iernut); Medgyes (Medias, Mediasch); Berethalom (Biertan.Birthalm); Segesvár (Sigisoara,Sassburg); Medgyes; Nagyszeben (Sibiu, Hermanstadt); Kisdisznód (Cisnadoara)

4 dzień

Kisdisznód (Csinadoara); Nagyszeben ( Sibiu,Hermanstadt); Brassó (Brasow, Kronstadt); Sepsiszentgyörgy (Sfintu Gheorghe); Csíkszereda (Miercurea Ciuc); Csíkkozmás (Cozmeni); Gyimesközéplok (Lunca de Jos); Borospataka (Boros)

5 dzień

Palánai (Palanca); Csíkszereda-Székelyudvarhely (Odorhei Secuiesc); Korond (Corund); Szováta (Sovata); Marosvásárhely (Tirgu Mures); Makkfalva (Ghindari); Erdőszentgyörgy (Singeorgeni de Padure)

6 dzień

Marasvásárhely (Titgu Mures); Kolozsvár (Cluj Napoca, Klausenburg); Szilágysomlyó (Simluel-Silvaniei); Nagyvárad (Oradea)

Noclegi w chłopskich chatach - tam też tylko jest przewidziane karmienie, czyli śniadania i kolacje. Żadnych postoi na kawę czy herbatę - jedynym dozwolonym w ciągu dnia zajęciem (poza jazdą autokarem) będzie zachwycanie się kościelnym witrażami. Słowem jedziemy z Gośką na pewną odmianę szkoły przetrwania.

Przypominam ciotkom o konkursie na wielkanocny stroik.
Jak by komuś się nie chciało za bardzo analizować szczegółów - w moim stroiku multi-kulti, wielkanocny króliczek z kurczaczkiem zaprosili do świątecznego stołu Mikołaja, Żyd znalazł się tam się gdzie jego miejsce, czyli za polską burtą, a za koła ratunkowe robią małe kolorowe jajeczka (dwuznaczność zamierzona...).




niedziela, 09 kwietnia 2006
W tym tygodniu

po raz pierwszy w życiu jadłam sushi. Przy okazji trochę nadszarpnęłam przyjęte reguły postu (ryż), ale było warto. W przeciwieństwie do mnie, mój synek potrafi gotować (inna sprawa, że jego "kulinarny rozwój" jest ściśle sprzężony ze stale powiększającym się obwodem brzucha).

Moje dzieci są ode mnie "lepsze" nie tylko w gotowaniu - np. poza tytułem, nic nie zrozumiałam z napisanej przez moją córkę pracy licencjackiej z matematyki. To nie problem. Gorzej, że mam też problemy tam gdzie ich mieć nie powinnam, np. ze zrozumieniem przepisu na zrobienie takich butków niemowlęcych:




Brzmi tak (zachowałam oryginalną interpunkcję):

Zacząć od środka podeszwy. Nabrać 59 o. i przerabiać ściegiem francuskim, po obu stronach o. środkowego dodawać w co 2 rz. 3x 1 o. Na wysokości 10 rz. od początku na brzeg podeszwy przerobić 8 rz. ściegiem gładkim prawym, w 8 rz. o. przerabiając razem z o. 1. rz. Dalej przerabiać ściegiem gładkim prawym, w 4 rz. z obu stron środkowego o. odejmując po 1 o. Odejmowanie powtarzać w co 4 rz. 2x i w każdym rz. 3x, jednocześnie w ostatnim rz. równomiernie zdejmując 16 o (...).

Ratunku !!!

A bez przepisu ruszać nie chcę, bo po ostatnim niepowodzeniu mam dosyć tych wiecznych improwizacji. Kołnierz typu bebe we wrapku w olimpijski żakard okazał się wielkim niewypałem i teraz już wiem, że trzeba było robić tego wrapka tak jak we wzorze - czyli bez szwu, na okrągłych drutach i z golfem. Tak jest wprawdzie lepiej, ale to nie tak miało być:



Oj, porobiłabym na drutach, tylko czasu brak. Zwłaszcza, że podjęłam heroiczną decyzję, że w tym roku równiny Kaliningradu zarosną trawą - jeszcze przed świętami ma być przekopana jeżeli nie cała, to większa część działki:




W domu dalej trwa remont. Właśnie przywiozłam dębową, pięciodrzwiową, przedwojenną szafę, którą dostałam od Sowy Przemądrzałej:


I tak w kółko, cały czas się coś dzieje. Zastanawiająca jest tylko powtarzalność niektórych elementów - np. choćbym nie wiem jak uważała przy myciu okien, zawsze zerwie mi się żaluzja:


W tym tygodniu najbardziej nieoczekiwanym zdarzeniem był mój nastrój po wyjściu z kina:

Bo filmy Woody Allena lubię za wszystko, co w poprzednich było, a czego w filmie Wszystko gra nie ma. M.in. po raz pierwszy nie ma nawet jednego iskrzącego dialogu, a sama akcja się tak ślimaczy, że chwilami trudno wytrzymać. Film jest adresowany do takiego odbiorcy, który nawet jak nie skuma o co chodzi w scenie gdy bohater czyta książkę, a operator uparcie pokazuje nam jej tytuł (Zbrodnia i Kara) to jednak zrozumie, że skoro scena trwa tak długo, to musi zawierać w sobie jakiś ukryty przekaz. Mam wrażenie, że Woody Allen nakręcił film o kolejnej swojej fobii - fascynacji seksapilem Scarlett Johansson, ale ponieważ ja tego zachwytu nie podzielam, wyszłam rozczarowana.

niedziela, 02 kwietnia 2006

Optymistyczny trendsetter

Oki, postaram się już więcej narzekać i doceniać to co mam.

Mam nadzieję, że skończyły się moje kłopoty z tym blogiem - od jakiegoś czasu nie potrafiłam sobie dać rady ze zbyt dużą samodzielnością czcionek, które bez mojej wiedzy zmieniały krój i rozmiar. Bezskutecznie usiłowałam zainteresować tym administratorów serwera gazety i w końcu zamiast nich, odezwała się dobra dusza - Magda (czyli madika_mk) i mi pomogła. Podobno wszystkie moje kłopoty ze zwalaniem się formatu brały się stąd, że już w edytorze usiłowałam odpowiednio sformatować tekst. Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego jeżeli chcę by tekst mojego bloga wyświetlał się w czcionce Times New Roman 14, to mam go pisać w Arial 12 (w dodatku tak, by z okienek edytora wynikało, że jest to Arial 8). Ale skoro tak musi być - ja bym nigdy na to nie wpadła - to trudno. Przy okazji ta cała historia utwierdziła mnie w tym, że html i jego pochodne są nie dla mnie - nie tylko rażą moje poczucie estetyki, ale i logiki.

Zupełnie przez przypadek zostałam trendsetterem jogurtu bałkańskiego Maluty. Rano idąc do pracy kupuję w moim sklepiku dwie reklamówki tego specjału i wiozę go do miasta. Tam jeszcze go nie ma i dopóki nie zamówią go warszawskie sklepy, polecam. Z tym, że trzeba się spieszyć, bo pewnie za chwilę Maluta zdobędzie pierwsze większe zamówienie i stoczy się, tak jak wszystkie poprzednie firmy i zacznie dodawać do jogurtu żelatynę.




I film na którym byłam w tym tygodniu mi się spodobał:

Piekło - które nie ma co prawda wdzięku uroku najlepszych filmów Kieślowskiego, ale zachowało tyle z nastroju tamtych filmów, że naprawdę może być. Poza grą aktorską, spodobała mi się też bardzo sama opowieść (jest to chyba najmocniejsza strona tego filmu i mogła by stanowić kanwę niesamowitej książki). A dodatkowo pojawiła mi się taka refleksja - tej historii nie opowiadają walczące feministki, a faceci w tym filmie to takie dwunożne postacie, które bezrefleksyjnie czynią bardzo dużo krzywdy i za cholerę nie są w stanie wziąć odpowiedzialności za swoje życie - co najwyżej w porywie rozpaczy, są się w stanie zabić.

Cały czas chudnę - może nie tyle ile bym chciała ale zawsze (jak na razie ważę 6,5 kg mniej). Przy okazji czegoś też się nauczyłam – zawsze byłam przekonana, że Wielki Post trwa 40 dni, ale gdy po raz pierwszy czas trwania postu stał się dla mnie ważny - nic mi się nie zgadzało. Początkowo kombinowałam, że może Wielki Tydzień liczy się osobno, ale ponieważ wydawało mi się to mało prawdopodobne postanowiłam zapytać eksperta. Janka wyjaśniła mi, że w niedzielę się nie pości. A ja poszczę - taka jestem dzielna!

Weekend spędziłam po drugiej stronie stolicy, w Otwocku. M.in odwiedziłam Lucy i sfotografowałam wreszcie lampę z Ikei ozdobioną cmentarnym wiankiem. W zeszłym roku, gdy wianek nie był jeszcze zakurzony, ten susz był jeszcze bardziej kolorowy, ale i teraz ze wszystkim mi się kojarzy, tylko nie z cmentarzem:


Lucy mieszka w bloku na czwartym piętrze i o jej balkonie wiedzą wszystkie otwockie wiewiórki:



A po jej domu chodzi szczur:



Przez chwilę zasępił mnie mail od synka, który zapisał się do pokolenia La Madame. Bo to nie tak miało być i jego smuga cienia miała być zupełnie inna od mojej:

Pod kaczką też nie działo się tylko źle. Przecież wszyscy żyliście w tym kraju, pracowaliście, płaciliście podatki; budowano statki i samochody, ludzie kochali się i rodzili dzieci. Każdy jakoś uczestniczył w systemie. Kaczyzm nie był bez wad, ale tylko pierwsze dziesięć lat to był prawdziwy kaczyzm. W epoce postkaczyzmu, kiedy system się skorumpował - tak naprawdę tylko nie można było mówić źle o papieżu, ale ludzie w swoich domach byli wolni. Bardziej wolni niż w demokracji liberalnej bo wiedzieli, że nie można wierzyć temu co piszą w gazetach. Nic nie zastąpi klimatu antykaczystowskiej opozycji, rozkwitu intelektualnego jaki się wtedy dokonał, zniesienia różnic między robotnikami a intelektualistami...

Ale potem sobie przypomniałam sobie, że miałam być optymistką i pomyślałam, że chyba nie tylko ja, ale większość mojego pokolenia, słysząc hasło nigdy więcej wojny ma przed oczami ten plakat:


A w ich świecie:


Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli