sobota, 07 kwietnia 2018
Indonezja cz. III

Na Jawie już nie było takiego obozu przetrwania (przynajmniej do czasu). Zatrzymałyśmy się Yogyakarcie, w znajdującym się niedaleko centrum hostelu prowadzonym przez autorkę tego bloga

Pierwszy wieczór po przyjeździe spędziliśmy na pobliskim placu Alun-Alun Kidul. Atmosfera festynu. Dzieci naciągały rodziców na przejażdżkę rowerem, który był tak obwieszony ledowymi lampkami, że udawał święcące się autko.

Na środku placu rosły dwa drzewa. Zabawa polegała na tym, by startując z obrzeża placu, z zawiązanymi oczami przejść pomiędzy tymi drzewami. Do pokonania był dystans ok. 100 metrów. Wydawało się to dziecinnie proste, ale nie było.

W Yogyakarcie zwiedziłyśmy pałac sułtana, w którym poza murami, nie było nic ciekawego do zobaczenia.

Potem Pałac Wodny. Sułtan miał tam do dyspozycji dwa baseny, jeden mniejszy dla siebie, drugi, dwa większe, dla swoich żon. Podczas gdy one się kąpały, on obserwował je ze znajdującej się obok wieżyczki (na poniższym zdjęciu, baseny dla żon)

 Podziemny meczet

Znajdująca się obok naziemna świątynia, została zniszczona podczas trzęsienia ziemi

Cmentarz rodziny sułtana, na którym niestety nie wolno było robić zdjęć. A szkoda, bo był tam niezły myk. Jednemu z krewnych, z racji urodzenia, należało się miejsce w kaplicy. Ale umarł pokłócony z rodziną. Więc umyślili tak, że wpasowali sarkofag w ścianę tak by tylko połowa była w kaplicy, pozostała część wystaje na zewnątrz.

Teatr cieni

Fabrykę batiku

W okolicach Yogyokarty zobaczyłyśmy Borobudur, największą świątynię buddyjską na świecie.



Zespół świątyń Prambanan - są z IX wieku, ale zważywszy na to ile "przeżyły" trzęsień ziemi, podziw budzi pieczołowitość z jaką je ponownie składają, niczym z klocków lego

Muzeum historii płd Jawy (a tak naprawdę rodziny sułtana), w którym też nie wiedzieć czemu, nie wolno robić zdjęć. Nieopodal znajdowało się miejsce upamiętniające ostatni wybuch znajdującego się niedaleko Yogyakarty wulkanu Merapi..

Cudowną plażę, dającą wyobrażenie jak piękne jest wybrzeże wulkanicznych wysp

Kulminacyjnym punktem wyprawy była wycieczka w głąb Jawy. Wyjechaliśmy o 12 w nocy, tak by o 4.30 rano być na miejscu. Po ciemku wdrapałyśmy się na górę i trzęsąc się z zimna, czekałyśmy na wschód słońca. Otaczał nas tłum, tyle że on w przeciwieństwie do nas wykazywał entuzjazm przypominający reakcje kibiców sportowych.

W drodze powrotnej obserwowałyśmy dymiące stoki gór, na których na tarasach uprawiają nie ryż, tylko kartofle i wulkaniczne jeziora.

Po raz pierwszy w życiu zobaczyłam bulgoczące wulkaniczne jeziorko i stojąc obok wdychałam obrzydliwy smród siarki.

Ostatnie trzy dni spędziłyśmy na wyspie Lembongan, bycząc się i nabierając sił na powrót.


 

Cała wyspa to wygrodzone i starannie utrzymane ośrodki i otaczający je jeden wielki śmietnik. Płynąc na wyspę, nie wzięłyśmy pod uwagę tego, że sytuacja odcięcia wykorzystywana jest do skubania klientów. I tak bandycki kurs wymiany w miejscowym kantorze sprawił, że bardziej dla zasady niż ze skąpstwa, zredukowałyśmy plan zaplanowanych wcześniej masaży. Dobrze, że jadąc z lotniska do portu poprosiłyśmy taksówkarza by zatrzymał się przy supermarkecie, w którym zakupiłyśmy spory zapas wina. 

 

Indonezja cz.II

Przejechałyśmy przez Bali na skuterach. Ja z synkiem

Joluśka z Łosiem

Momentami boleśnie przekonywałyśmy się, że życie backpakersa 60+ łatwe nie jest. Czasami zacinał deszcz, ale nawet jak nie padało, to aplikowana nam dawka kilkudziesięciu kilometrów dziennie mocno dawała w kość. Na osłodę pozostawały nam, wynalezione przez synka na booking.com noclegi w bajecznie pięknych miejscach. na przykład w takim (do dyspozycji miałyśmy cała posiadłość).

Jadąc przez Bali, co chwilę mijałyśmy jakąś świątynie, ale po obejrzeniu kilku, kolejne nie budziły aż takiego zachwytu, były zbyt podobne do poprzednich.

Z kolei taka, która wyróżniała się się na tle innych - np. Tirta Empul, pełna była zachodnich ludzików grających role nawiedzonych buddystów.

W folderów w roli symbolu Bali występuje zazwyczaj świątynia Urun Danu Beratan. Jest rzeczywiście śliczna, ale ma w sobie coś, co przypomina cukierkową makietkę.

Powala zieleń przyrody. Zwłaszcza gdy wjedzie się w głąb wyspy, gdzie nie ma tak dużo turystów i nie przysłania ją turystyczna infrastruktura.

Wulkanom bliżej przyjrzałam się później na Jawie. Na Bali jedynie z daleka popatrzyłam na wulkan, który według sejsmologów ma w najbliższym czasie wybuchnąć. Nie wyglądał groźnie, nie unosił się z niego żaden dym, ot taka góra jak każda inna.

Największe wrażenie zrobiły na mnie wodospady.

Aby do nich dojść musiałyśmy udowodnić, że również w naszym wieku możliwa jest realizacja wyzwań godnych Indiany Jones. Było to jednak tego warte. Zdjęć z tej przeprawy nie mamy, bo im bliżej wodospadów, tym w powietrzu więcej było unoszącej się wody i wszystko co elektroniczne trzeba było zostawić. Ale zeszłyśmy na sam dól i stałyśmy tuz obok.

A sama przeprawa była tak emocjonująca, że nawet Alzheimer nie zabierze nam tych wspomnień.

Zanim wróciłyśmy do Canggu, chwilę zatrzymałyśmy się w Ubud, nastawionym na obsługę zagranicznych turystów zagłębiu przemysłu pamiątkarskiego. Ale z cudownym Monkey Forest.

Na terenie Monkey Forest znajduje się tymczasowy cmentarz - raz na kilka lat wykopują pochowanych tu zmarłych i urządzają im wspólny wielki pogrzeb, po którym kremują zwłoki.

Ponieważ Balijczycy uwielbiają świętować, nie starcza mi wyobraźni, jaka to musi być obłędna ceremonia.

W Ubud zachwyciłam się balijskim baletem.


Gdybym była młodsza, spróbowałabym ich naśladować ...

Miałyśmy wreszcie trochę czasu by delektować się soczystością tamtejszej zieleni.


Następny etapem naszej podróży, była Jawa. Na lotnisku uchwyciłam na zdjęciu zmęczenie naszych młodych cicerone - my byłyśmy bardziej, ale nikt tego nie uwiecznił.

piątek, 06 kwietnia 2018
Indonezja - cz.I

Na Bali poleciałyśmy Qatar Airlines. Polecam: jedzenie w samolocie dają takie samo jak wszędzie, czyli paskudne, ale za to wino jest bez ograniczeń.

Na lotnisku w Doha przylatujących wita ogromny, ruchomy bilboard. Można na nim obserwować grupę poruszających się ludzi - każdy z nich po kolei  zbliża się do pierwszej linii, staje i po pewnym czasie zawraca, ustępując miejsca kolejnej postaci. W tym jak się poruszają jest coś, co robi wrażenie.  

Już pierwsze chwile po przylocie do Denpasaru dały nam przedsmak tego co będzie. Przyjechał po nas synek z kolegą i na tylnich siedzeniach ich skuterów musiałyśmy zmieścić nie tylko nasze pupy w "Kim Kardashian size", ale i jeszcze większe od nich plecaki. Nagrodą był cudowny hotel w oddalonej o kilkanaście kilometrów od lotniska nadmorskiej miejscowości Canggu. 


Spędziłyśmy w nim trzy dni, chłonąc atmosferę hipsterskiego miasteczka (poszłyśmy nawet na jogę) i obserwując przygotowania rdzennych mieszkańców do najważniejszego święta Bali, Nyepi. 


W ramach tych przygotowań przez miasteczko przechodziły kolejne procesje. Obrzędy odprawiano też na plaży, dokąd przyniesiono posągi bóstw, przypominało mi to trochę zaślubiny z morzem; kolejne posągi zanoszono na sam brzeg morza i po odprawieniu rytuałów z powrotem odnoszono w głąb plaży. W trakcie tych ceremonii niektórzy z uczestników nagle wpadali w trans, z boku wyglądało to tak, jakby opętał ich zły duch. Potem okazało się, że byłyśmy w błędzie, to nie zły duch w nich wstępował, ale dobry, a ludzie wokół nie wyrażali współczucia tylko podziw (prawdopodobnie i zazdrość, że to nie ich, a innych spotkał taki zaszczyt). Gdy dowiedziałam się o co w tym wszystkim chodzi, pomyślałam, że może być i tak, że co bardziej bezczelni udają że wstąpił w nich dobry duch, zdobywają w ten sposób uznanie w swojej grupie. 

W dzień święta Nyepi Bali zamiera, tego dnia na ziemię schodzą złe duchy i gdy zobaczą wyspę pogrążoną w kompletnej ciszy i ciemności, pomyślą że jest wymarła i na kolejny rok zostawią ją w spokoju. Bezwględny wymóg zachowania ciszy dotyczy też turystów, dlatego razem ze znajomymi mojego synka, zamknęłyśmy się w wynajętej willi nieopodal Canggu.

Tak jak i w poprzednim hotelu, tak i tu łazienka nie miała sufitu i kąpiąc się można było obserwować niebo. Miłe to, ale niestety nie wykonalne w naszym klimacie. A szkoda. 

Wymóg ciszy w dzień święta Nyepi jest bardzo skrupulatnie przestrzegany. Tyle, że byliśmy przygotowani na to, że nie będzie netu, łączności ze światem, mamy być cicho i nie możemy wyjść poza ogrodzenie domu. Ale na to, że zapuka policja religijna i wymusi zgaszenie światła, już nie. 

W wigilię święta Nyepi, w pobliskim miasteczku odbyła się parada Ogoh-Ogoh. Młodzi z każdej z okolicznych wiosek przygotowali swojego potwora i demonstrowali swoje dzieło, niosąc je na bambusowych platformach stając do rywalizacji, który z nich jest straszniejszy. 

Podobno na koniec potwory powinny zostać spalone, ale kiedy kilka dni później jechałam przez Bali, co krok widziałam potwory które przeżyły święto Nyepi w dobrym zdrowiu.

W następnym odcinku - co jeszcze zobaczyłyśmy na Bali (przewidziany jest jeszcze odcinek o Jawie). 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli