piątek, 13 stycznia 2017
Przeczytane 2017

Limes inferior  Janusz Zajdel



Skoro wrzucono "całą wstecz" pomyślałam, że warto sięgnąć do starych lektur. I miałam rację. Limes inferior to nie tyle science, ile social fiction. Idealny świat Argolandu. Świat w którym żyją podzieleni na klasy, bezwolni, karmieni ogłupiaczami obywatele oraz czerpiąca pełnymi garściami klasa władzy. Czyta się to bez tamtych wzruszeń, odniesienia do PRL-u dziś nie bawią, tylko przerażają tym, jak z dnia na dzień są coraz bardziej aktualne. 

Ginekolodzy Jürgen Thornwald



To nie jest najlepsza książka Jürgena Thornwalda. Zasadne jest też pytanie, na ile to jest jego książka, bo w tej postaci nigdy się nie ukazała (Autor nie zdążył jej skończyć). To co dzisiaj możemy wziąć do ręki, to ułożone w całość artykuły ze Sterna i Los Angeles Times. Ale zgodnie z tym co zamierzał; opowiada o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeżeli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

Gorzej, bo chociaż świat się zmienił, a medycyna razem z nim - pogarda dla kobiet dalej trzyma się mocno. Zwłaszcza wśród ginekologów. Dawniej z oddaniem pracowali by zasłużyć na przydomek "rzeźnicy kobiet" 


Doktor Le Dran, Francuz, wynalazł inną metodę: wykonywał niewielkie otwory w ścianie jamy brzusznej i rozcinał cystę, następnie wprowadzał do środka ołowianą rurkę i kładł pacjentkę na brzuchu na dwa miesiące. Miał nadzieję, że rurka wrośnie – co nigdy nie nastąpiło. Jeszcze bardziej barbarzyńska była procedura wymyślona w 1848 roku przez Anglika, doktora Edwarda Tilla. Tak długo wcierał żrące pasty w brzuch, aż przegryzły się przez skórę, tkankę i ściankę torbieli. Także on chciał w ten sposób stworzyć stały odpływ dla cyst.

Lubili się popisywać "świętością" - początek XX wieku, Jena, prof. Krönig:

Operował je w niedziele, przy rzekomo świątecznie czystym powietrzem… 

Byli przeciwni antykoncepcji: 

Nigdy nie słyszał o francuskim teologu o nazwisku Bouvier, który w 1842 roku (kiedy on, Mensinga, miał sześć lat) donosił Stolicy Apostolskiej, iż coraz więcej Francuzek wyznaje w konfesjonałach, że uprawia stosunki przerywane. Francuskie społeczeństwo ogarnęła fala sprzeciwu wobec boskiego „mnóżcie się”. Bouvier chciał się dowiedzieć od Watykanu, jak mają się zachowywać księża wobec zaistniałej sytuacji. Otrzymał radę, aby odczekać. Być może kobiety podejmowały swoje działania z naiwności. Zbyt natrętne wypytywanie mogłoby się przyczynić do rozprzestrzeniania się grzechu.

Mieli słuszne poglądy na wszystko:

Nawet jeśli dla kobiety każda kolejna ciąża wiąże się z dużym zagrożeniem, a mąż nie chce się zgodzić na wyżej wspomnianą czasową abstynencję, to kobiecie i tak nie wolno sięgać po złą metodę (pesarium) zapobiegania ciąży. Oczywiście w wysokim stopniu można jej współczuć, nie pozostaje jej jednak nic innego, jak mężnie stawić czoło smutnym następstwom przyjętych wraz z małżeństwem obowiązków.

Brzmi znajomo.

 

Żywopłot Dorit Rabinyan


Dziwna książka.Z jednej strony typowe romansidło. Nowy Jork, początek XXI wieku, 23-letnia stypendystka Fulbrighta z Izraela zakochuje się w Palestyńczyku, który przyjechał do NY i usiłuje zaistnieć jako malarz. Niby stary i ograny temat miłości bez przyszłości, ale podany w ciekawy i boleśnie prawdziwy sposób. Łączy ich miłość do bliskowschodniego słońca (w NY jest tego roku wyjątkowo sroga zima). Dzieli coś dużo realniejszego niż spór Capulettich i Montekich: prawdziwa nienawiść.

Z drugiej strony, to wszystko zdarzyło się naprawdę. Już w 2003 roku Dorit Rabinyan "rozliczyła się" z tej miłości, publikując w Guardianie pożegnanie Hassana Houraniego (w książce występuje jako Hilmi). Porównując ten artykuł z napisaną 10 lat później książką widać, jak mało w niej fikcji.   

4/5 tej książki opowiada o tym co przeżyli w NY i tę część czyta się świetnie. Ostatnia część książki opowiada o tym, co dzieje się po powrocie bohaterów do domu i według mnie nie ma już tego uroku, co część "nowojorska".

niedziela, 08 stycznia 2017
W tym tygodniu, wykorzystując to, że synek jeszcze był w Warszawie, zaprosiłyśmy go na spotkanie "grupy wietnamskiej". Po pomyślnym zaliczeniu pierwszego etapu (szczepienia) przyszedł czas na podjęcie decyzji: wiza czy promesa i wybór ubezpieczenia. Zaczęłyśmy też opracowywać plan podróży.

Synek wskazał nam miejsca, gdzie można wykupić tanie ubezpieczenia, ale okazało się że są tam propozycje tylko dla osób do 59 r. ż, dla osób w naszym wieku nie było żadnej. Coraz częściej spotykam się z komunikatem: po co ty tutaj, jesteś dla nas za stara!
Opowiadając po kolei co mamy zrobić po przylocie do Sajgonu, dowiedziałyśmy się, że mamy sobie kupić karty telefoniczne. Bez uzgodnienia, wszystkie chórkiem na raz  powiedziałyśmy, że kupimy jedną, bo po co nam trzy.
Tomek zignorował naszą odpowiedź i dalej ciągnął swoją opowieść. Gdy z tego co mówił wynikło że według jego założeń wszystkie mamy w telefonach lokalne karty, poprawiłyśmy go, że nie wszystkie, tylko jedna.
Kiedy kolejny raz się to powtórzyło, synek spojrzał na nas wielkimi oczami i zapytał, dlaczego przy tych wszystkich kosztach, które gotowe jesteśmy ponieść, uparłyśmy się by oszczędzić akurat na zakupie karty.
Nie przyszło mu do głowy, że żadnej z nas nie chodziło o te 40 zł, tylko o to że wiąże się to z koniecznością wymieniania karty.
Zanim pojadę do Wietnamu, urodzinowy weekend spędziłam na zaprzyjaźnionej mazowieckiej wsi.

Pierwszego dnia przyjechała Agnieszka i upiekła udziec barani. Najlepsze z tego było takie coś do mięsa z czerwonych mirabelek, które udawało sos żurawinowy, ale nim nie było, tylko miało taki kolor. Bo baranina jest jednak bardzo specyficzna.

Drugiego dnia zmienił się zestaw gości, też było dużo jedzenia, ale ponieważ z tego kompletu gości nie udało się wykroić czwórki do brydża, podjęto próbę znalezienia czegoś co można by obejrzeć w telewizji. Mimo dobrych chęci, naprawdę nic nie udało się znaleźć. Jeżeli to ludziom nie przeszkadza, to ja już nic nie rozumiem.
Po Wietnamie chyba przymierzę się do Netfix'a - obejrzałam jeden odcinek Królowej i nabrałam apetytu.
 dobry film  
Tymczasem zaczęłam nowy rok od dobrej włoskiej tragikomedii (sic!)

Siedmioro przyjaciół (klasa średnia, kilka lat po 30-tce) siada do kolacji. Po części z nudów, po części bo do tego miejsca doprowadziła ich rozmowa postanawiają położyć swoje komórki na stół i tego wieczoru odbierać je razem.
Świetne dialogi, fajne obserwacje.
Do paru rzeczy można się doczepić - jest kilka niepotrzebnych uderzeń w wysokie "c". ale generalnie warto zobaczyć.
Jest w tym filmie coś z klimatu starego Woody Allena.

Na następny film poszłam, bo dostałam, jako prenumerator Gazety, darmowy bilet.

Bohaterowie są młodzi, bogaci (występujący w tym filmie nauczyciele wygrywają kumulację i też stają się bogaci) i żyją w pięknych wnętrzach.
Ale okazuje się, że to nie oznacza, ze nie mają problemów.
Nawet niektórzy chorują!
I nie da się tego wyleczyć.
Ale jest przyjaźń ..
I ona pomaga.
Jedyne co warto odnotować, to że nie wszystkie dialogi były drętwe. 
niedziela, 01 stycznia 2017

Sylwestra spędziłam w miłym gronie, na miłych rozmowach.

Budzącej tyle emocji szopki nie oglądałam (żadnej innej rzeczy w telewizji też nie), poszłam więc spać w miłym nastroju. Ale zgadzam się z tymi, co uważają, że kolejne granice zostały przekroczone i nie tyle mi przeszkadza przedstawienie JK jako penisa AR, ile drwina z tuszy żony byłego prezydenta, zwłaszcza w świetle urody (i kształtów) stojących na pierwszej linii dziewic prawicy. Ale generalnie przekaz jest jasny, a taki ch....

Plan mam jeden - zająć się sobą, swoimi sprawami, swoimi drutami, swoimi książkami, swoim domem .... podobno nie można być większą egocentryczką ode mnie - w tym roku zamierzam udowodnić, że na tym polu nie powiedziałam ostatniego słowa. 

W zeszłym tygodniu nie napisałam, ze był w Zimowym Ogrodzie Filozoficznym - tym razem gościem Tomasza Stawiszyńskiego był historyk Arkadiusz Stempin, a mówił o tym jak w historii i polityce działa nieświadomość.

A po raz ostatni w kinie w 2016 roku byłam na najnowszym filmie Jima Jarmuscha, Patersonie.

170101011

Dla tych co lubią jego filmy (ja się do nich zaliczam). Mają niepowtarzalny klimat. Ale te wszystkie urokliwe scenki cieszą, gdy ktoś nie oczekuje od kina opowiedzenie zwartej historii, która na ekranie co chwilę ma nieoczekiwanie zakręcać i wgniatać w fotel. Bohater filmu to młody kierowca autobusu, który pisze wiersze. Jego żona jest przekonana o swojej artystycznej duszy. Bardzo się kochają. I są równie uroczy, jak nieżyciowi (to ostatnie dotyczy głownie jego żony, gra ja prześliczna aktorka, o oryginalnej wschodniej urodzie). 

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli