poniedziałek, 03 września 2018

Po wakacjach z wnukiem i zderzeniu z remontem, padłam na odcinek lędźwiowy. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Okazało się, że nie mogę pływać żabką - nigdy nie lubiłam, ale czułam, że dla zdrowia powinnam. A teraz bez najmniejszego poczucia winy, jeno bicze wodne. Zdecydowanie taka wersja basenu bardziej mi się podoba.

Najważniejszy realizowany przeze mnie teraz projekt to nie kręgosłup, a dieta - nie przypominam sobie bym z taką konsekwencją, tak długo dietowała. Za mną 5 dni 800 kcal diety Dąbrowskiej, 2 dni po 1200 kcal i 3 dni 1200 kcal. I to nie koniec. Chwilowo tak mi się poprzestawiało w głowie, że nawet jak mam okazję, zamiast łasuchować, sięgam po kolejne pudełko. A dużo w nich nie ma. Pod tym względem łatwiej jest na diecie Dąbrowskiej jeść same warzywa niż skubać okruszki, a do tego sprowadza się dieta 1200 kcal. 

Plan mam taki, by raz zdobytej wagi nie oddać.


Ułożyłam  autorski plan: pięć dni w tygodniu 1200-1400 kcal. Jeden dzień warzywnego postu. Jeden dzień ok. 2000 kcal. W tym ostatnim dniu jest miejsce na ser pleśniowy czy nawet bezę w Nero. Kupiłam też mini piekarnik i w weekendy, kiedy nie przywożą mi pudełek, mam zamiar pichcić. 

Z tym, że zdecydowanie wolę dni robocze i pudełka. Przede wszystkim łatwo o kaloryczny rygor, bo ktoś "myśli" za nas. Ponadto, w warunkach domowych nie ma też szans na aż taką różnorodność posiłków. A jak się policzy czas potrzebny by to kupić, zrobić i posprzątać, gaz prąd i inne tego typu koszty, to nie jest to aż tak drogie, jak się na starcie wydaje. Ale tanie, nawet z Grouponem,  też nie jest. 

Remont powoli (zdecydowanie za wolno) wchodzi w fazę wykończenia.  Dom nabiera kolorów: 

Najbardziej zniszczone sztachety poszły do wymiany: 

Pozostałe też nie były zdrowe i miały podgniłe stopki, wszystko przez to, że przylegając do kamiennej podmurówki, nie były wcześniej odpowiednio zabezpieczone, Wpadłam na pomysł by je "podciąć".

W domu, na podłodze w kuchni i wiatrołapie pojawiły się już płytki. Producent to nie żaden no name: Tubądzin, a różnice pomiędzy płytkami dochodziły 3 mm. Może rzeczywiście rzucają do supermarketów mniej uważnie sprawdzane partie? 

Płytki pod kuchenne szafki wybrałam mało oryginalne, wszyscy teraz takie kładą takie mozaiki. Poza urodą, są praktyczne - nie będzie na nich  widać kuchennych brudów. Mają mieć zeszlifowane boki, by fug nie było widać. 

Przez chwilę, przez błąd na Ceneo nakręciłam się na płytę "gaz pod szkłem". W takiej płycie, palniki gazowe znajdują się pod szkłem, dzięki czemu czyści się ją jak indukcyjną. Ale szybko zostałam sprowadzona na ziemię. Jest tylko jeden producent takich płyt i dyktuje bandyckie ceny. Wróciłam więc na ziemię i dalej będę skazana na czyszczenie palników.

Schody zostały wreszcie pomalowane i czekają już tylko na skręcenie.

Bardzo jestem ciekawa jak wypadną krużganki brwinowskie nad jadalnią i kuchnią.


Wszystko do łazienki i kuchni już przyjechało. O dostawcach mogłabym długo opowiadać, to oni ustalają reguły gry, odbiorca nie ma tu zbyt wiele do gadania. 

Dostawa kabiny prysznicowej. Ma ją dostarczyć firma Dascher. Rano dostaję mail:

Szanowni Państwo, przesyłka od nadawcy RADAWAY SP. Z O.O. będzie dostarczona do Państwa w dniu dzisiejszym. Proszę upewnić się, że mogą Państwo odebrać przesyłkę. Dziękujemy. Zespół DACHSER.

Na sms nie można odpowiedzieć, jest wysłany jest z kompa i taki numer nie istnieje. A jak dla mnie był wieloznaczny. Bo czy przywiozą, jak nie potwierdzę?

Nerwowo zaczęłam wydzwaniać pod kolejne telefony na stronie www.

W końcu udało się. Dodzwoniłam się do przemiłej dziewczyny, która wytłumaczyła mi, że oni wiedzą że te sms wprowadzają klientów w błąd, ale dopiero pracują nad systemem. Pytam, czy do nie mogliby przynajmniej zmienić treści wysyłanego przez robota sms-a. A ona na to, że to nie jest takie proste.

Człowiek, który zabił Don Kichota


Ciekawe, jaki byłby ten film, gdyby udało się go nakręcić 18 lat temu, gdy Terry Gilliam po raz pierwszy przystępował do jego nakręcenia.  Jeszcze nie obejrzałam dostępnego w sieci dokumentu Zagubiony w La Manczy o trwających wiele lat staraniach by wznowić produkcje tego filmu, po tym jak zaraz po ropoczeciu została przerwana. Może wtedy, te kilkanaście lat temu, mając przed sobą "dłuższą" perspektywę Gilliam nie usiłowałby wpakować w ten film "wszystko i jeszcze trochę". 

Bo w filmie, który ostatecznie ujrzał światło dzienne tak dużo się dzieje, że momentami trudno nadążyć. A szkoda, bo dialogi, niektóre sceny warte są kontemplacji. Pewnie mają i drugie do, ale przy tak zawrotnym tempie, nie byłam w stanie nawet części tego wyłapać.  

dobry serial

Rozczarowani

Pełna świetnych dialogów opowieść o przygodach zbuntowanej księżniczki i jej dwóch przyjaciół: elfa i demona. Penie sa lepsze kreskówki, ale i tę fajnie się ogląda. 

Z pamiętnika wk ... konsumentki

Mam taką refleksję. Dawniej, tj. przed pamiętną jesienią, aspirowaliśmy do "Europy". Usługodawcy, biura obsługi klienta, byli mili i starali się być profesjonalni. Oczywiście z tym ostatnim bardzo różnie bywało, ale było do kogo, a przede wszystkim do czego, się odwoływać, reklamować itp. Ale to już było. Jeżeli chodzi o obsługę, cofamy się w czasie. Bronią się jeszcze trochę małe prywatne firmy.

Zapisałam się na fejsie do bardzo fajnej grupy Wyzwanie: urządzam swoje mieszkanie. Można tam sobie poczytać o różnych ciekawych sprawach. Do działania skłoniła mnie dyskusja że rachunki prognozowane za prąd są wyższe od tych płaconych z dołu, bo przy rozliczaniu "przepadają" wszystkie opłaty dystrybucyjne.

Wielu dostawców prądu bezpłatnie udostępnia comiesięczne powiadamianie o realnym zużyciu prądu. Ale nie PGIGE, a to to przedsiębiorstwo dystrubuuje prąd w Brwi (mogę zmienić sprzedawcę, dystrybutora prądu nie). PGIGE za bierze za to 5 zł o licznik, mam dwa to bym płaciła 10 zł miesięcznie. W teorii to opłata za pracę inkasenta. Tyle, że ponieważ licznik jest przy domu, inkasent nie zostawia jedynie karteczkę przypominającą o konieczności podania stanu licznika. I tak jako klient PGIGE mam dwa wyjścia, albo płacić wyższe "prognozowane" faktury, albo 10 zł haracz.

Słowem: Adamie wybierz sobie Ewę. 

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wakacje z wnukiem już za mną i pomysłów powakacyjnych mam cały wór. 

Na początek zamówiłam dietę pudełkową - poszłam po bandzie i wybrałam dietę dr. Dąbrowskiej.

Czuję się paskudnie. Myślę, że nie tyle z powodu tej diety ile z powodu odstawienia teiny. Według mnie jestem na normalnym detoxie. W dodatku połamały mnie korzonki. I teraz cierpię, bo na tej diecie nie mogę leków. Na razie się trzymam.

Wracając do wakacji z wnukiem. Na koniec pojechaliśmy na południe. Gdy pociąg stanął w w polu, dopiero po chwili zorientowałam się, że to słynna stacja Włoszczowa.


W Krakowie zupełnie przez przypadek trafiłam na Kazimierzu na fantastyczny hotel: The Secret Garden Hostel

Pokoje pomalowane na pastelowe kolory (każdy inaczej), przytulne pełne poduch i obrazów korytarze, uroczy ogródek przed hotelem.  

Wcześniej idąc przez Planty, wnuk wyhaczył na gablotach niepodległościowych zdjęcia ludzi wiszących na szubienicy i zaczął mnie wypytywać dlaczego, kto itp. Zrobiło to na nim wrażenie. Kilka dni wcześniej na Zamku w Olsztynie widział Wyliczankę Dwurnika. Ale o ile o obrazie łatwo było mówić, o tych zdjęciach nie. Świat zwariował. Kraków pożegnaliśmy idąc na wystawę Historyland - interaktywne, zbudowane z klocków Lego makiety, opowiadające dzieciom o  najważniejszych wydarzeniach z historii Polski. I tak obok makiet najważniejszych krakowskich budowli, makieta Jasnej Góry, Biskupin (polski?), fajnie pokazana bitwa od Grunwaldem


bitwa pod Oliwą, obrona Westerplatte, bitwa pod Monte Cassino - tu uznałam, ze zrobienie z Lego makiety cmentarza, to jednak hardcore.


Na koniec stocznia Gdańska. Jeszcze ze zdjęciem LW.

Podkład tekstowy mocno "dyskusyjny", na szczęście mój wnuk nawet nie próbował zrozumieć. Niedawno czytałam, ze jakaś kobieta porównała obecne współczesne nagłówki gazet z tymi z lat 30-tych. I wyszło jej, że są zaskakująco do siebie podobne. Na tej wystawie miałam wrażenie, że jakbym wzięła do ręki Płomyczek mojej mamy z 1938 roku, też bym znalazła zadziwiająco dużo analogii.

Wawel wnuka nie powalił, chyba inaczej go sobie wyobrażał. W dodatku - czego on już nie zarejestrował - nie mają żadnego pomysłu na turystów. Założenie że zbiory się same obronią jest moim zdaniem błędne, a widoczne na każdym kroku zarządzanie przez chaos, nie ma prawa się dobrze skończyć.

Ale zdobył Wawel i to jest najważniejsze.

Przynajmniej podobała mu się Wieliczka.

Mnie mniej. Też nie mają pomysłu. Nie wzruszają mnie patriotyczno-religijne rzeźby. JPII już jest, ciekawe kiedy LK. Te nowe ostro kontrastują ze starymi, np. z przestrzenną, przedwojenną płaskorzeźbą Ostatniej wieczerzy. 

Do zobaczenia w zaświatach

Wyjątkowo nieudany film

Podobno Do zobaczenia w zaświatach to bardzo dobra książka. Ale pomysł by dużą, wielowątkową powieść "upchać" w dwugodzinny film był trudny do realizacji i reżyser tego nie uniósł.

Francja po pierwszej wojnie światowej. Dwójka żołnierzy, jeden z nich to inwalida wojenny, stara się znaleźć swoje miejsce w powojennym świecie i wpadają na pomysł "złotego" interesu. Dodatkowo motywuje ich możliwość zniszczenia ich dawnego, znienawidzonego dowódcy.

W tym filmie za dużo jest wszystkiego, za wyjątkiem zakończenia. Jest tak beznadziejnie melodramatyczne, że mogłoby go nie być.

W ramach pieniaczenia

W Carefourze na Dworcu Zachodnim przy kasie leżało takie coś:

Zapytałam, czy to oznacza, że Carefour nie tylko opowiedział się po jednej ze stron w warszawskiej kampanii, ale również rozprowadzą tę gadzinówkę? Pani się speszyła, szybko zabrała gazetkę i powiedziała, że to ktoś bez jej wiedzy zostawił.

Może i tak było.

piątek, 24 sierpnia 2018
Przeczytane

Komeda Magdalena Grzebałkowska



To nie jest najlepsza książka Grzebałkowskiej.
Trudno winić Grzebałkowską o to, że nie dotarła to zbyt wielu materiałów o Komedzie. Był mrukiem, nie udzielał wywiadów, nie pisał pamiętników. To co o nim wiemy, opiera się głównie na wspomnieniach innych. A te są od dawna znane.
Z kolei nie przemówił do mnie pomysł zapełnienia tej pustki opisem miejsc, utworów i składów zespołów. Z wywiadów z Grzebałkowską wynikała, że sprawiło jej dużo frajdy odkrycie wielu archiwalnych materiałów, dzięki niektórym z nich mogła wypełnić białe plamy historii polskiego jazzu. Mogę słuchać jazzu, ale jego historia mało mnie interesuje.
Słowem dobrze jest to napisane, ale niczego nowego o Komedzie się nie dowiedziałam.


Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem Małgorzata Czyńska  



Bardzo ciekawa opowieść o życiu uczuciowym Witkacego. Bo o ile historia jego małżeństwa i ostatniej kochanki jest dobrze znana, o innych wiemy mniej.
Jak ktoś lubi „plotkarskie’ klimaty polecam.
Warto też zobaczyć zamieszczone w książce zdjęcia jego kobiet – Witkacy był zapalonym fotografem. Ale i na tym polu nie postępował szablonowo i robiąc zdjęcia swoim aktualnym miłością, nie dbał by „dobrze” na nich wyszły.


Człowiek o twardym karku Dariusz Rosiak




Książka z gatunku tych, w których cały czas jak się je czyta,  ma się wrażenie że autor dzieli się z czytelnikiem jedynie ułamkiem swoich przemyśleń.
Historia uratowanego przez polską rodzinę żydowskiego chłopca, Romualda Waszkinela, który o tym że jest Żydem, Jakubem Wekslerem,  dowiedział się w wieku 35 lat. Historia byłaby podobna do wielu innych, gdyby nie to, że  Romuald Waszkinel jest katolickim księdzem. I został nim jako Jakub Romuald Weksler Waszkinel.
Dalsze swoje życie poświęcił próbie połączenia judaizmu z katolicyzmem. Dobrze się nie skończyło. Ani na poziomie zawodowym, ani towarzyskim. Przy czym wiele z jego porażek wynikało nie tylko z samej straceńczej misji ale i z bardzo trudnego charakteru.
Z tym, że są i tacy, którzy kiedyś uważali go za przewrażliwionego, a dziś przyznają mu rację.

Jedziemy autobusem na cmentarz żydowski, a ksiądz Waszkinel cały roztrzęsiony. „Antysemici – mruczy pod nosem – wszędzie antysemici…”. „Gdzie antysemici, proszę księdza, jacy antysemici?”. „Napisy na murach, zobacz, na murach wszędzie napisy. »Jude raus!« i inne takie”. Jedziemy tym samym autobusem, ja siedzę obok niego i nie widzę żadnych napisów. Myślę sobie: „Odjechał kompletnie”. Ale wie pan co? Miał rację. Napisy były. Nie zauważyłem ich. My nie zauważamy, on zauważa. Ja nie zauważam, bo mnie nie dotyczą. Mnie się fajnie jedzie, a on widzi tysiąc zagrożeń w jednej chwili. I u niego to było postępujące. Można by mu pewnie mówić: „Zwariowałeś, stary, wyluzuj, wpadasz w obsesję, jakaś mania cię ogarnia”, ale nie o to chodzi. Te napisy to jest jego prawda. Moja prawda jest taka, że na tych murach żadnych napisów nie było.– No, ale jak w końcu: były czy ich nie było?- Były. Jeździłem potem tą trasą i widziałem antysemickie napisy na murach. Ale on nie umiał zamknąć oczu tak jak my.

Dziennik córki Francois Mitteranda. Mały dobry żołnierzyk Mazarine Pingeot





Mazarine Pingeot to nieślubna córka Francois Mitteranda.
Dorastała w czasach, gdy nawet ci którzy wiedzieli o tym, że małżeństwo prezydenta to fikcja i na co dzień żyje z inną kobietą, niż z tą z którą występuje na czerwonym dywanie, milczeli.
Świat dowiedział się o niej dopiero, gdy miał 19 lat.
Przedtem wiedzieli tylko nieliczni:

Matka zwycięża dzięki swemu uporowi i uzasadnionej wściekłości. A jak było z dziadkiem? Tego nie wiecie. (Zauważcie, że trzeba będzie o to zapytać matkę). Kiedy A., przyjaciel, o którym mowa, wchodzi do ogrodu, trafia na ojca, chodzącego tam i z powrotem z rękami założonymi do tyłu. Jak tam? Parę banalnych słów dowodzących, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. I potem ojciec, w pułapce, rzuca: „Powinieneś wiedzieć, że mam córkę, którą ci zresztą przedstawię”. Otwiera drzwi pokoju, w którym bawicie się z kuzynami. A. odpowiada: „To nie córka. To całe przedszkole”.

Ojciec w jej wspomnieniach jest kimś wielkim. I trzeba przyznać, że taką miał śmierć:

Wasz ojciec stawił czoła wszystkim swoim lekarzom (i swym rodzinom), aby pojechać do Egiptu na tydzień przed śmiercią. Było to zagranie na nosie, którego nie zrozumieli. Jeśli czytają te zdania, będą wiedzieli, że dali się zrobić na szaro. Hotel Old Cataract, pokój z widokiem na Nil: kładł się na szezlongu, aby pożegnać się ze swym krajobrazem i być może przedstawić w królestwie sił ducha. Ciało go już częściowo opuściło, czego jedynym świadkiem była wasza matka, pielęgniarka w dzień i w nocy.

Wspomnienia z dzieciństwa, w tle kampania wyborcza Francois Hollande’a. Historia bajecznie ciekawa. Ale książka jest napisana źle. I chyba nie można zwalić całej winy na tłumacza. Denerwująca jest pisanie w trzeciej osobie, a tego tłumacz nie wymyślił.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli