poniedziałek, 16 października 2017

Skończyłam mój pierwszy szal techniką robiony techniką mosaic knitting. Wzór to Laurielle. Robiłam z szetlandu BC Yarn.

 

Co bym zmieniła?

 Niepotrzebnie wiernie poszłam w narzuconym we wzorze kierunku – lepiej by wyglądało odwrócenie kolorów, tzn. na górze biały ścieg francuski, na dole zielony ażur. Ale kolorystycznie idealnie pasuje mi do zielonego prochowca, więc jak najbardziej może być.

 W Muzeum Azji i Pacyfiku byłam na czymś, o czym nawet w polskiej Wikipedii nie ma - przedstawieniu tradycyjnego teatru irańskiej. W materiałach Muzeum ten teatr nazywał się t'azie i głupi Pan Gugiel usuwał apostrof i wychodziła mu wspólnota taize. Ale tak poprawna nazwa to Ta'zieh (Tazieh).

 

Generalnie chodzi o to, ze islam w Iranie wchłonął starą perską tradycje i wyjątkowo jak na niego toleruje teatr. Wg. angielskiej Wikipedii wspólnym tematem jest perski epos narodowy Shahname. Zapowiadający przedstawienie powiedział, że opowieści krążą wokół losów wnuk Mahometa, Alego i jego krewnych (znak czasu?).

 Pod wieloma względami przypomina to operę. Ale tam w Iranie gdzie jest wielka scena, wspaniałe dekoracje, dziesiątki (czasami i tysiące) aktorów. Tu było trzech mężczyzn mówiących i zawodzących w nieznanym dla mnie, obco brzmiącym języku. I tak naprawdę najlepszy z tego był poczęstunek.

 A i tak nie przebił tego, który był dostępny w niedzielę pod Muzeum Polin – na konferencji karmili „konferencyjnie” więc razem z Anitą zerwałyśmy się na przepyszny poczęstunek serwowany przez chasydów z okazji Święta Szałasów.

 

 Z butami w kwiatki dalej czekam. Karzę się w ten sposób za mój trudny do opanowania apetyt. Zamiast chudnąć, jesiennie się zaokrąglam i przestałam dobrze wyglądać w kupionych w TXK markowych dżinsach Ralp Laurenta (to pierwszy przypadek w moim życiu by mi się coś takiego udało). Ostatnia przyjemność jaką sobie w tym tygodniu zrobiłam to pierścionek kupiony na Giełdzie Minerałów. Poszłam tam, bo pozazdrościłam jednej z moich ciotek „artystycznego pierścionka” - srebro, kamień i prostota (zdjęcie nie do końca oddaje jego urodę). Niestety na giełdzie były głównie imitacje pierścionków zaręczynowych księżnej Diany i z ponieważ bardzo nie chciałam wychodzić z pustymi rękami, kupiłam ten z niebieskim oczkiem:

 

W tym roku musiałam zredukować liczbę dni festiwalowych do pięciu.

 

Pierwsze dwa filmy celnie ustrzelone

Nie wracaj z księżyca to opowieść o miasteczku na amerykańskim południu. Lata pięćdziesiąte, właśnie upadła tam fabryka, będąca głównym pracodawcą dla tamtejszych mężczyzn. Ci, nie mogąc sobie znaleźć pracy, opuszczają swoje rodziny, często potajemnie i z zaskoczenia – co jest nazywane tytułowym „wyjazdem na księżyc”. Opowiedziane jest to z perspektywy nastolatków, których ojcowie porzucili ich i ich matki. Gdyby nie brak komórek i mediów społecznościowych, opowieść jak najbardziej współczesna.

 

Nie przegadana, ładnie sfilmowana, dobrze zagrana. Ale nawet jak ktoś ją kupi, to będzie chyba klapa. Patrząc na sukces botoksu, kino artystyczne chyba tez zejdzie u nas do festiwalowego podziemia.

dobry film

Podobnie z kolejnym filmem, Wyznanie.

 

Do malowniczo położonej, jak to w Gruzji leżącej na uboczu wsi, przyjeżdża nowy batiuszka, razem (trochę tak jak u Cervantesa) z jowialnym, w typie „chłopek-roztropek”, służącym.

Od początku jest jasne, że nowy pop nie szedł prosta drogą do seminarium, ma za sobą studia reżyserskie, potem dowiadujemy się na czym polegało, wyczuwalne już od pierwszych kadrów jego poplątane, poprzednie życie.

By nawiązać kontakt z nieufnie do niego nastawionymi mieszkańcami zaczyna wyświetlać filmy. Zaczyna od „Pół żartem, pół serio”. Wieś łatwo podchwytuje, ze jedna z mieszkanek jest bardzo podobna do Marlin Monrore. Przecudowny snuj, na tle przecudownej gruzińskiej przyrody.

 

Jestem Rosa

 

Jeszcze przed rozpoczęciem WFF byłam na rodzinnym snuju, mającym coś z telenoweli, ale dużo lepiej zagranym. Moim zdaniem zarówno tytuł, jak i oryginalny plakat dużo lepiej oddawał charakter filmu i zachęcał do pójścia do kina.

Tytułowa Rosa, to trzydziestokilkulatka na zakręcie. Niby wszystko w życiu płynie spokojnym, leniwym przewidywalnym torem, Gdy nagle dowiaduje się od matki, że jest owocem pozamałżeńskiego romansu jej matki. Ta informacja siła rzeczy robi na niej wrażenie, ale powoli zaczyna się też chwiać piramidka stabilnych do tej pory jej życiowych klocków.

piątek, 13 października 2017

dobra książka

Prześniona rewolucja Andrzej Leder


Książka, którą pewnie wszyscy powinni przeczytać, ale nie przeczytają i też nie ma im się co za bardzo dziwić. Bo niestety nie jest dobrze napisana. A szkoda, bo nawet jeżeli w wielu miejscach nie jest aż tak odkrywcza, za jaką uchodzi, ma wiele bardzo cennych spostrzeżeń.

Już na pierwszych stronach czytelnik konfrontuje się z dość hermetycznym językiem rodem z Marii Janion, jak „imaginarium”, „fantazmaty”. Potem jest tylko gorzej – co jakiś czas za pomocą cytatu, nazwiska przywoływane są teorie i terminy w sposób, który nawet dla mnie - osoby wprawdzie z wypłowiałym, ale jednak jakimś backgroundem do czytania tego typu lektur - jest mało strawny. Wymuszało to przystanki, które nie zawsze kończyły się przyswojeniem treści, czasami kończyło się to na machnięciu ręką i „pójściu dalej”.

Najciekawszym dla mnie spostrzeżeniem była, wygłoszona przy okazji komentowania przedwojennych pamiętników chłopów, uwaga na temat pozycji polskiej kobiety:

Religijność (…) stanowi ważny element struktury fantazmatu rządzącego relacjami w obrębie chłopskiej rodziny. Kobieta, poddana brutalnej przemocy męża, przez identyfikację ze znakami wiary i obrządku, przez żarliwą miłość do nich – księdza, Boga, Chrystusa – może zyskać pozycję moralnej wyższości, stać się przedstawicielką normy i prawa, a ostatecznie symbolicznie unicestwić chłopa w oczach swoich i dzieci, ba, w jego własnych. To jej odwet za pijaństwo i bicie. Ona, wsparta o autorytet kazania i krzyża, odbiera prawomocność jego pozycji ojcowskiej, czyni go głupim, prymitywnym zwierzęciem, którego można się tylko bać, ale nie szanować. Ani kochać. Miłość, szacunek, oddanie są zarezerwowane dla figur religii; akceptacja tych ostatnich przywraca kobiecie godność, którą odbiera jej mężowska przemoc. Chłop zaś, zwolniony z wszelkiej odpowiedzialności, może po niewolniczej pracy pić w karczmie, a gdy wróci do chałupy, brutalnie egzekwować swoje mężowskie prawa. Albo odreagować gorycz codziennego upokorzenia, katując żonę i dzieci. Ta struktura trwa do dzisiaj, podtrzymując uprzywilejowaną więź kobiet z Kościołem i w ten sposób umacniając ich pozycję jako „dysponentek moralnej prawomocności” w obrębie rodziny. To potężne narzędzie władzy nad mężczyznami i dziećmi. Warunkuje ono swoisty polski matriarchat psychologiczny, kontrastujący z dominującym w sferze społecznej politycznej  patriarchatem. Psychologiczny matriarchat, jeśli w ogóle uznawany, w przeważającym, „dworskim” dyskursie jest zwykle przypisywany emancypacji kobiet szlacheckich, pozostawionych samym sobie wskutek popowstaniowych represji. Jednak sądzę, że jest on przede wszystkim efektem owej uprzywilejowanej więzi z Kościołem, którą umęczona kobieta z folwarku buduje w swojej wyobraźni, by chociaż na chwilę uciec od materialnej i moralnej biedy codziennego życia

Generalnie rzecz jest o tym, że w latach 1939-1956 cudzymi rękami (najpierw Niemiec, potem Rosji) dokonała się w Polsce rewolucja – przejście do nowoczesności. Podobno taką rewolucję dany naród może przejść tylko raz i to, że ona została dokonana niejako "za nas” ma decydujący wpływ na wszystko co się od tego czasu zdarzyło i zdarza.  Przy czym nie jest tak, że nie braliśmy w tym udziału:

Dla uchwycenia polskiej rewolucji jako rewolucji najważniejsze jest rozumienie transpasywnego udziału w przemocy. To bowiem, co było najbardziej „rewolucyjne” w latach 1939-1956, miało charakter zmasowanego gwałtu; ludobójstwa dokonanego na Żydach i morderczych represji, stale dotykających różne grupy społeczeństwa polskiego, przede wszystkim niszczących dawne elity. Niezależnie, czy podmiotem działania były tu oddziały SS czy NKWD, Polacy, naród w przewadze chłopski, w ogromnej większości byli świadkami. Jednak, wbrew tezie Zaremby, doświadczali nie tylko „trwogi”. Pasywnie doświadczali różnych form spełnienia. Realizacja skrytych pragnień przerażała, paraliżując władze podmiotowe i skłaniając do doświadczania rzeczywistości jako „jakby śnionej”, albo wciągała, popychając do głębokich zmian samoodczuwania, samorozumienia, sytuowania się jako podmiotu. Czasem „zakazane czyny” były podglądane i doświadczane tylko jako rozkosz Innego, budząca zawiść i potępienie, innym razem budziły aktywną rozkosz, o której nie można już było zapomnieć i która, mimo poczucia winy, głęboko zmieniała doświadczenie samego siebie. W polskiej rewolucji obie formy miały miejsce i obie kształtowały powojenne postawy.

Jak łatwo można wykoncypować, wg. autora po transpasywnej przemocy czasu Zagłady, Polacy doświadczyli transpasywnej rewolucji agrarnej.

Książka była pisana jeszcze przed 2015 rokiem. Ciekawa co by dziś autor w niej zmienił – mam wrażenie, że nie przewidział siły zjawisk, które dostrzegał. Fragment poniżej, jest według mnie najlepszym jak dotąd opisem polskiej chrześcijańskiej duszy:

… można by podejrzewać, że skrzywdzeni powinni współodczuwać z innymi cierpiącymi. Dlaczego więc tak często mają kamienne serca? (…) Otóż trzeba pamiętać, że pierwszą potrzebą skrzywdzonych jest zadośćuczynienie. Dopóki zadośćuczynienie się nie dokona, wszystko inne jest nieważne. Ból trwa i zamyka na wszystko inne. Potrzebę zadośćuczynienia zaś tworzą dwa fundamentalne pragnienia. Jedno to potrzeba uznania cierpienia przez innych. Uznania wyjątkowości ich cierpienia. To wiąże się z tym, że krzywda nie zna miary. Ci, którzy czują się skrzywdzeni, nie znoszą lekceważenia, umniejszania, porównywania. Również relatywizowania. To wszystko, w ich odczuciu, służy zakłamywaniu prawdy o absolutnym wymiarze ich krzywdy; jest szydzeniem z ich bólu. Dlatego nie chcą słuchać o krzywdach innych. Dopóki ci „inni” nie staną się „swoi”, mówienie o ich cierpieniu służy w odczuciu skrzywdzonych pomniejszaniu tego, co dotknęło właśnie ich. Zaś sytuacja, w której skrzywdzony miałby pomyśleć o tym, że sam był źródłem krzywdy, jest już w ogóle niemożliwa. Przypominanie przedwojennych pogromów czy pacyfikacji ukraińskich wsi polscy skrzywdzeni odczuwają więc jako zamach na ich prawo do cierpienia. Drugą potrzebą jest kara dla krzywdzicieli (…) Pragnienie kary daje usprawiedliwienie nienawiści. Chęci odwetu. Często mówi się, że cywilizacja zamiast pomsty proponuje prawo. Karę wymierzoną przez państwo (…) W tym przeżyciu kara stapia się z zemstą. (…)  To problem, z którym borykają się wszystkie liberalne systemy prawne. Skrzywdzeni, tracący nadzieję, że liberalny system prawny pomści ich krzywdy, kierują swe nadzieje ku „wielkiemu złoczyńcy”, jedynemu, który obiecuje krew. Właśnie przemoc, którą „złoczyńca” obiecuje – przemoc, dla której nie ma miejsca w „cywilizowanym” uniwersum symbolicznym – zaspokaja ich pragnienie odwetu, zadośćuczynienia, sprawiedliwości. Stanowi fundament ich prawa. (…). Ten sposób przeżywania potrzeby sprawiedliwości ma jeszcze jedną konsekwencję. Tam, gdzie nie ma zadośćuczynienia w postaci uznania i –co najmniej symbolicznej – kary, poczucie krzywdy pozostaje niezmienne. Ile by łask i dobrodziejstw, pochlebstw i upomnień nie kierowano do skrzywdzonych, oni pozostaną w swoim „nie wybaczaj!” (…). Z tego zaś wynika, że poczucie krzywdy nie pozwala przeżywać radości, rozkoszy, jouissance innej niż ta płynąca z zemsty. Albo z fantazjowania o zemście. Albo ze złego losu krzywdzicieli, nawet jeśli przynoszą go inni. Ba, cieszyć się można ze złego losu w ogóle, pławić w nieszczęściu własnym i innych. To też jest zemsta na tych, którzy chcieliby już zapomnieć o krzywdzie. Oni chcieliby cieszyć się sukcesem. A poczucie krzywdy nie pozwala cieszyć się sukcesem. Nawet własnym. Chyba że jest traktowany jako odwet. Ale radość z tego, że jest dobrze? Że dobrze jest innym? Jak może być dobrze, kiedy boli poczucie krzywdy?! Jak może być dobrze, jeśli triumfują krzywdziciele?! Sukces innych staje się raczej zadrą, która nasila ból, niż zachętą do wspólnego świętowania.

Mimo, że to  nie o tym, może tu tkwi cierpliwość suwerena?

Internacjonalistyczna obietnica oznaczała uczestniczenie w „powszechnym politycznym organizmie”, które – zgodnie ze słowami Rousseau – „nie może jednak być niesprawiedliwe ani też nie może stwarzać możliwości nadużyć; niemożliwe jest bowiem, aby organizm chciał sam sobie szkodzić, dopóki jako całość zmierza tylko do dobra wszystkich". Udział w nowo powstającym organizmie stawał się narzędziem upodmiotowienia (…) Ta obietnica była na tyle ważna, że pozwalała długo zamykać oczy na faktyczne „niedogodności” dokonującej się rewolucji. By to zrozumieć, trzeba wiedzieć, że obietnica, nie będąc niczym innym niż obiektem pragnienia, może być dla człowieka czymś o wiele bardziej realnym od rzeczywistości.

A tu wyjaśnienie dlaczego nie lubimy myśleć:

Uparta obrona „dobrego samopoczucia”, stale przecież atakowanego przez ukryte „wspomnienie” zła, skłania do hamowania wszelkiego ruchu myśli, który poza ów schemat wybiega. Stąd niechęć do myślenia w ogóle, do analizowania, do intelektualnych wypraw w nieznane – stamtąd zawsze mogą wyłonić się upiory. Stąd też niechęć do przeglądania się w lustrze współczesności; zgodnie z tym, że teraźniejszość przychodzi do nas tam, gdzie naprawdę jesteśmy, coś strasznego pojawić by się mogło w obrazie odsyłanym przez prawdziwe zwierciadło. Lepsze okazuje się takie, które deformuje rzeczywistość, odsyłając do bajkowych, fantazmatycznych konstrukcji z mitycznej przeszłości. Stąd wreszcie niechęć do przyjmowania rzeczywistej odpowiedzialności, gdyż odpowiedzialność to konfrontacja z realnym zawsze ujawniająca niespójności w obrazie samego siebie, szczeliny, przez które wychynąć może poczucie winy.

O tyle groźnie, że

Jedna z diagnoz próbujących tłumaczyć stoczenie się dziewiętnastowiecznych Niemiec – kraju ogromnego sukcesu gospodarczego, politycznego, cywilizacyjnego – w otchłań wojen pierwszej połowy XX wieku i w największą zapewne zbiorową zbrodnię w historii, mówi o głębokim dysonansie między rzeczywistymi źródłami sukcesu i siły niemieckiego mieszczaństwa a jego ogromną niechęcią, by te źródła uznać. Efektem tego zaprzeczenia były rojenia o dziedzictwie Hermana z Lasu Teutoburskiego – pogromcy Rzymian – o sprawczej sile duchowego czynu i szczególnej misji Niemców w świecie.

poniedziałek, 09 października 2017

Rzutem na taśmę, po nieprzespanej nocy w autobusie, zamiast do pracy, po powrocie z sanatorium wzięłam do ręki kosiarkę i wyszłam na pole.

IMG_20171008_231621

I dobrze. teraz deszcze mi nie straszne.

To nie jedyne jesienne porządki, za jakie się wzięłam. Powyrzucałam sporo ciuchów i w szafie zrobiło się miejsce na następne. Ale kurtek zimowych brak. Niby jest sporo parek, ale nie mają w sobie tego "cuś". Ta po prawej z Asosa kosztuje 85  £. funtów, ta po prawej z Johna Lewisa  za 380 £. Wiec pewnie przechodzę kolejną zimę w mojej mocno już zdartej z H&M, kupionej lata temu na wyprzedaży za 5 £. 


Gorzej z butami. W starych się już nie da, a żadne z przymierzanych nie wchodzą na moją łydkę. Może jestem gruba, ale znowu nie jakoś strasznie. W dodatku, siłą rzeczy w tym przypadku odpada net. Ale przeglądałam wystarczająco długo, by zachorować na martensy w kwiatki i jak mi do przyszłego tygodnia nie przejdzie, kupię

Jedyne ale, to to, że kwiatki które mi się podobają występują tylko w wersji płóciennej (kosztuje tyle samo co skórzana, czyli dużo.

Poza kurtką i butami szukam jeszcze sztruksów - klasycznych, bez elastycznej nici. Nie do końca rozumiem, dlaczego niczego z tego czego szukam, nie ma. O ile jeszcze jakoś ogarniam to, ze że nie ma tego w naszych sklepach (gospodarka planowa ma swoje ograniczenia), to dlaczego nie ma tego też i w necie, już nie. 

Btw. świadomie używam słowa milicja. Ale ostatnio w jakieś dyskusji powiedziałam "rada narodowa" i w przeciwieństwie do mojego rozmówcy, nie rozumiałam gdzie popełniłam błąd. 

Poszłam na spotkanie do kawiarni Kontynenty, bo zgodnie z zapowiedzią:

Podczas spotkania o nieco przewrotnym tytule „Dwie słowie, czyli ile słów potrzeba, by opisać świat” prof. Jerzy Bralczyk oraz prowadzący spotkanie dziennikarz i satyryk, Michał Ogórek, spróbują znaleźć odpowiedź na pytanie, czy przewodniki pisane i literatura podróżnicza w ogóle mają sens w czasach dominacji obrazów i przekazów na żywo.

Tymczasem była to promocja książki 1000 słów. Bralczyk z Ogórkiem dobrze się bawili, zgromadzona publiczność chyba trochę gorzej. Gdy przyszedł czas na zadawanie pytań, próbowano nawiązać do zapowiedzianego tematu rozmowy, ale dziewczyna która zadała to pytanie została koncertowo zmyta. 

Wydarzenie otworzyło cykl jesiennych spotkań promujących literaturę podróżniczą .W ramach cyklu odbędą się także spotkania ze znanymi polskimi podróżnikami: Arunem Milcarzem (8.11), Łukaszem Wierzbickim (7.12) oraz Elżbietą Dzikowską (14.12). Ciekawa jestem ile osób poczuło się na tyle nabitymi w butelkę, że następne spotkania już nie przyjdzie.

Z kolei w sobotę byłam na pierwszym spotkaniu Kawiarenki Klubu „Tygodnika Powszechnego”. Gościem tego spotkania był Paweł Bravo. Ton zdecydowanie mniej nerwowy niż dziennikarzy z TOKFM, OKO Press  czy Newsweeka. Siła rzeczy czują się zdecydowanie bardziej bezpieczni - prawdopodobnie zostanie im wyznaczona rola koncesjonowanej opozycji. Z takiej pozycji łatwiej mówić "warto rozmawiać" Moim zdaniem nie warto. 

Jeszcze trwało spotkanie, gdy na stronie Stacji Muranów pojawiło się moje zdjęcie.


A w niedzielę, zamiast na Szarotkach, robiłam na drutach w ławach sali audytoryjnej Muzeum Polin. 

Było ciekawie. Lubię od czasu do czasu posłuchać mądrych i ciekawych ludzi. Np. nie wiedziałam, że termin ludobójstwo został zdefiniowany dopiero po II wojnie i dlatego, w Norymberdze jeszcze nie był zastosowany i że zgodnie z obowiązującą definicją, Wołyń to nie ludobójstwo, bo nie zamknięto przestrzeni (ofiary mogły ratować się ucieczką). 

A na deser usłyszana historyjka, rozmowa  kwalifikacyjna na przewodnika po obozie w Oświęcimiu.

- w Auschwitz-Birkenau najliczniejsza grupa ofiar to ....

 - Żydzi

- A skąd byli przewożeni?

-z Izraela

- Izrael uchodzi za państwo, które bardzo chroni swoich obywateli. Ma sprawne służby, wojsko. Jak to się stało, ze do tego dopuścili?

- Sama się nad tym głęboko zastanawiam.

dobry film

W ramach konferencji w kinie Muranów obejrzałam węgierski film 1945.

 

Sierpień 1945 roku. Na węgierskiej wsi już nie ma wojny, ale jeszcze nie wiadomo jak będzie wyglądał pokój. Na razie wszyscy czekają na rozwój wypadków. Ten pozornie spokojny czas wyczekiwania nagle się kończy gdy na oddaloną o kilka kilometrów kolejową stację przyjeżdża dwóch Żydów. Mają ze sobą dwie drewniane skrzynie, które ładują na drabiniasty wóz i w milczeniu udają się w kierunku wsi. Zanim tam dojdą, we wsi obudzą się wojenne upiory, wyjdą na wierzch tajemnice. Czarno-białe zdjęcia przywołują z pamięci Idę. Troszeczkę to wszystko unurzane w patosie, ale warte polecenia. Nawet Węgrzy są w stanie kręcić o tym filmy, tylko nie my.

Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli