czwartek, 02 marca 2017
przepis na podróż po Wietnamie

Wróciłam i teraz przechodzę powolną readaptację. Było więcej niż cudownie, dawno nie byłam tak szczęśliwa i zadowolona z życia. Aby tylko zdrowie i fundusze pozwoliły na kolejne takie wyjazdy. 

Poniżej mój autorski przepis na podróż po Wietnamie (przemknęła mi myśl, by już nie wracać do bloga, ale znając siebie wiem, że jeżeli tu przestanę tu pisać, to niezależnie od tego co sobie obiecam, żadnych innych zapisów systematycznie nie będzię. A niejednokrotnie się przekonałam, że warto coś na kształt pamiętnika nawet w tak okrojonej formie jak ten blog, prowadzić).

Na początek przepis na podróż do Wietnamu. Nasz plan był dobry i się sprawdził. ale dziś wiem, że mógłby być jeszcze lepszy( na czerwono to, czego nie udało nam się zobaczyć).     

1 dzień

Sajgon

Aklimatyzacja, Sajgon  + wycieczka po delcie Mekongu. Nocny autobus do Mui ne. Jak dzień dłużej, wycieczka do tuneli z czasów wojny

2 dzień

3 dzień

4 dzień

+ 1 dzień

 

5 dzień

Mui ne

Plaża w Mui ne + wycieczki. Jedna może być i na skuterze:  wydmy, czerwona rzeczka, port rybacki, wieże Czamów. Trochę dalej jest świątynia śpiącego Buddy, tam trzeba pojechać samochodem

6 dzień

7 dzień

+ 1 dzień

8 dzień

Dalat

Autobusem z Muine do Dalat. Dalat. Wieczorem autobusem do Hoi an

+ 1 dzień

9 dzień

Hoi an

Hoi an. Wieczorem autobusem z Hoi an do Hue

10 dzień

Hue

Na Hue trzeba mieć dwa dni, bo porozrzucane wokół miasta grobowce warto zwiedzić na skuterze. Z Hue do Hanoi można jechać zarówno pociągiem jak i autobusem

11 dzień

Hanoi

2 dni w Hanoi +  3  wycieczki: rejs po Zatoce Ha Long, jaskinie, góry Sepa (ta ostatnia wycieczka jest dwudniowa).

12 dzień

13 dzień

14 dzień

15 dzień

16 dzień

+ 1 dzień

 

1. Przede wszystkim synek miał rację – bez komórki z dostępem do Internetu się nie da. Nie wyobrażam sobie poruszania się po mieście bez nawigacji. Nie wiem też, jak w inny sposób można wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie ma jechać. Rezerwacja hoteli, informacja na temat zwiedzanych miejsc – też tylko w necie.   

2. Polecam bilet lotniczy multicity (my przyleciałyśmy do |Sajgonu, a odleciałyśmy z Hanoi). Miejsca, które warto zobaczyć są od siebie sporo oddalone, a ponieważ Wietnam jest długi i wąski, krążyć w kółko się nie da.

3. Najtrudniejszym do zaplanowania punktem jest sposób poruszania się po Wietnamie. Najwygodniejszym rozwiązaniem jest motor i znam takich, którzy zwiedzili Wietnam na kupionym motorze, który przed wyjazdem sprzedali, ale trudno to rozwiązanie polecać tym, którzy planują 2-3 tygodniowy urlop.

Pozostaje:

1)  Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku (tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi). Jest możliwość wykupienia biletu "open" - jak nie motor, chyba jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

2) Jest też pociąg Hanoi-Sajgon. Da się przeżyć, ale jedzie wolno i nie jest w nim najczyściej (to jedyne miejsce, gdzie toalety pozostawiały dużo do życzenia). Nie da się też pociągiem dojechać do wszystkich, wartych odwiedzenia miejsc.

My jechałyśmy pociągiem dwa razy. Raz nocnym z Mui ne do Danang: wystrój kuszetki przypominał pociągi mojej młodości, po nerach dawała klimatyzacja i nie było jak się przed nią schować, bo do przykrycia było tylko cienkie prześcieradło. W sąsiednim przedziale jechał z nami kogut, więc świtem obudziło nas jego pianie. Za drugim spędziłyśmy pół dnia w pociągu na jednodniowej wycieczce Danang-Hue-Danang (z Danangu do Hue jest 100 km i pociąg pokonuje ten dystans w 4 godziny). Wprawdzie w dzień można podziwiać za oknem widoki, ale o 22 w zbiorczym wagonie gaszone jest światło i jak się nie ma latarki-czołówki, jedyne co pozostaje to czytanie Kindla

     Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku - tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi. Jest możliwość wykupienia biletu "open" - chyba po motorze, jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

3)  Autobus „PKS”. Takie autobusy są ale nie wiem jak dowiedzieć się o tym jak kursują. Nam w Hanoi udało się dotrzeć na dworzec autobusowy i wsiąść w taki autobus do Ha long tyle, że jako „białasy” zapłaciłyśmy za podróż tyle samo ile płaci się na tej trasie za autobus turystyczny.

4. Nie stanowi za to żadnego problemu poruszanie się po najbliższej okolicy. Można skorzystać z taksówki, wypożyczyć skuter (albo rower) czy wykupić wycieczkę – przy czym często taka wycieczka to samochód z kierowcą, który obwiezie po okolicy (do ceny takiej wycieczki, należy doliczyć bilety wstępu). 

My tradycyjnie (czyli zbiorowo z przewodnikiem) pływałyśmy po delcie Mekongu i zatoce Ha long, przez dwa dni kierowca obwoził nas po okolicy Mui ne, a na wypożyczonych skuterach pojechałyśmy na wycieczkę z Danang do Hoi an.

5.   Noclegi rezerwowałyśmy na booking.com. Wybór jest duży, tak jak wszędzie standard zależy od ceny, ale ciepła woda jest zawsze (leci umieszczonych na dachach, nagrzewających się w ciągu dnia zbiorników).

Dobrze, że wzięłyśmy

  • cienką dużą chustę, jest niezbędna: jako okrycie gdy wchodzi się do klimatyzowanych pomieszczeń, jako ochrona przed słońcem, pod kask itp. 

Czego nie wzięłyśmy, a szkoda:

  • grzałki - (nie zawsze w pokoju jest czajnik), a jak grzałka to i kubek by się przydał i coś, w czym można by potem było pić też
  • śpiworków – bez włączonej klimatyzacji duszno, z kolei gdy klimatyzacja jest włączona, pod prześcieradłem wieje chłodem

Jak zobaczyłam po powrocie  swoje przypominające skórę jaszczurki dłonie, żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek (moim zdaniem łatwiej chodzić w rękawiczkach, niż za każdym razem, gdy myje się ręce pamiętać o posmarowaniu filtrem).   

No i mnie brakowało herbaty, bo tam niestety króluje Lipton (na północ jest trochę z tym lepiej i udało mi się upolować Achmed Tea),

Niepotrzebnie wzięłyśmy:

  • baterię leków, w tym płyn antybakteryjny
  • drobiazgi do rozdawania dzieciom
niedziela, 23 marca 2014
Kaprun

Tam gdzie byłam, w dolinach była już wiosna:

Było nawet i kilka rzeczy do zobaczenia, na przykład romański zamek (na dziedzińcu jest amfiteatr i odbywają się tam koncerty):


ale główną atrakcją, dla tych którzy tam przyjeżdżają, jest lodowiec. Z wiosennej doliny jedzie się pierwszą kolejką trochę wyżej (te rusztowania po lewej stronie, to pozostałości po po katastrofie sprzed kilkunastu lat, gdy w tunelu spłonęło ponad 150 osób).


 Potem przesiada się do drugiej kolejki:

która dowozi już do śniegu:

 

Można tam zostać, albo - kolejną kolejką - wjechać jeszcze wyżej:

Gdzie (oprócz kolejnych wyciągów) można sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie:

I przejść 360 metrów skalnym korytarzem na drugą stronę góry:

 

Ledwo te wszystkie kolejki linowe przeżyłam (wyjątkowo nie lubię nimi jeździć).

Zdecydowanie przyjemniej było w dolinie, gdzie był cudowny kompleks basenowy, z całym mnóstwem najrozmaitszych biczy wodnych, prąd i tego typu atrakcji. Część basenów była na dworze.


Słowem pełny reset.

 

Jeżeli chodzi o Pianino, zależy mi już tylko na tym by go skończyć. Za dużo mam już pozaczynanych robótek, by i tą rzucić w kąt, ale serce do tego swetra straciłam.


babcia trendsetterka

Na wyjeździe bardzo sprawdziła się prenumerata Gazety Wyborczej, wykupiona na stronie ich stronie i "podpięta" do konta na publio.pl (poprzednio miałam wykupioną prenumeratę bezpośrednio na publio i nie mogłam korzystać ze wszystkich opcji). Teraz mogę zarówno bez ograniczeń  buszować po stronach Gazety, jak i mieć ją codziennie rano w moim Kindlu. Jeszcze gdyby zrobili interaktywną wersję Jolki ...

Ale dzięki temu, że na wyjeździe czytałam Gazetę Wyborczą, mogę napisać kolejny odcinek 

pamiętnika wk ... konsumentki

Niedawno ktoś mnie zapytał dlaczego przeniosłam się z Wwy akurat do Brwi. Zgodnie z prawdą, powiedziałam, że wtedy za Brwi przemawiało połączenie kolejowe z Wwą. Tymczasem, oni już planują następny remont na lata 2017-2022. Ratunku !!!

Tu tekst źródłowy

niedziela, 16 marca 2014

Zanim z Ańćką pojedziemy przejść się po Central Parku i zapolować na bizony (krok do W samo południe już ćwiczy):

dałam się wywieźć jako "czwarta do benzyny" w Alpy. Jestem w takich wyprawach poręczna, bo nie jeżdżę na nartach, więc nie aspiruję do tego, by w samochodzie znalazło się miejsce i na mój sprzęt. Inna sprawa, że dawniej w cztery osoby jeździło się maluchem do Hiszpanii, teraz na tydzień w Alpy pożycza się duży samochód, którym na co dzień jeżdżą psy na wystawy. 

Nocowaliśmy w słowackim miasteczku  Mikulov. Jak przyjechaliśmy zapadał mrok, tyle zobaczyłam co można było zobaczyć wieczorem. Rano tylko spojrzałyśmy jeszcze raz na górujący nad miastem zamek:


i udaliśmy się w drogę do Salzburga, gdzie głównym punktem zwiedzania miał być Hangar 7 (obok trzech dziewczynek, w drużynie jest jeden chłopiec).


Obejrzałam całe mnóstwo zabawek dużych chłopców, między innymi skafander Felix'a Baumgartnera jak robił za Ikara, czy kosmicznego motyla.


W ostatniej przeczytanej przeze mnie książce (Beksińscy), wywożony w celu pokazania świata Tomasz Beksiński, anglista, genialny tłumacz (m.in. przetłumaczył Monty Pythona) na pokazywane mu zabytki reagował w bardzo osobliwy sposób:

(…) zawiózł mnie najpierw na Tower Bridge. Spoglądając nerwowo na zegarek, lustrowałem wzrokiem Tamizę w nadziei, że wypłynie trup nagiej panny z krawatem okręconym wokół szyi (Alfred Hitchcock „Szał”) – ale niestety. Następnie pojechaliśmy oglądać Big Bena. Robert Powell nie wisiał na wskazówce („39 stopni”), za to wokół tłoczyli się skośnoocy fotografujący wujka Ito na tle Parlamentu. Znów nie wydarzyło się nic sensacyjnego. Wsiedliśmy w autobus, z którego zobaczyłem jeszcze kolumnę Nelsona (ale nie przeleciał na nią balon z Umą Thurman walczący z Umą Thurman – to miało się wydarzyć w „the Avengers” dopiero w 1988 roku (…) dał mi spokój z pokazywaniem Londynu. Zrozumiał, że wszystko i tak dawno już widziałem w znacznie ciekawszym sosie. 

To co by powiedział dziś, gdy dziś zabytki wyglądają tak:


Oczywiście, Tomek Beksiński mówił o dużych zabytkach, a to są tylko rzeźby. Myślę jednak, że to czas przejściowy. Niedługo i wieża Eiffla będzie pod folią. 

Alpy też nie mają już tego uroku, który tak ciepło wspominał autor niedawno przeze mnie przeczytanego Pensjonatu. Powoli tutejsze doliny zamieniają się w betonowe osiedla. I to coraz mniej urokliwe.


Tu gdzie jestem, zostawili jedną chałupkę, żeby czymś się dało oko nacieszyć.


Pocieszające jest to, że w sprawach ostatecznych, miejscowi hołdują tradycji. Na cmentarzu w Salzburgu nie ma lastrico (i chińskiego marmuru też).


Inna sprawa, że może to tylko odpowiednik cmentarza w Laskach, a na głównym cmentarzu tak piknie już nie jest. 

ps. aż boje się, że zapeszę, ale robię ostatni rząd listwy od Pianina i jak na razie nie widzę większych błędów.

 
1 , 2
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli