niedziela, 24 lutego 2019
Finalizowanie remontu

Finalizowanie remontu idzie jak po grudzie. Tydzień wprawdzie zaczął się obiecująco i na poniedziałkowym spotkaniu dogadałam się w sprawie uszczelnienia okien (regulacja, wymiana uszczelek). Ale wszystkie pozostałe zaplanowane na ten tydzień sprawy "nie wypaliły".

W życiu osobistym podobnie. Na wcisk zapinam się w ostatnie spodnie. A tu w tym tygodniu: pożegnanie koleżanki w pracy, stypa, nasiadówa w knajpie i sobotni  bankiet. Na wszystkich tych spotkaniach wystąpi zastawiony stół. A silnej woli to ja nie mam. I jak tu realizować plany?

Nowa świecka tradycja. Gość w dom, a w zębach symbol nienawiści


Bo napędzani ciekawością jak wygląda to, o czym na okrągło przez cały rok gadałam goście suną i dary przynoszą zmyślne. Moim zdaniem trudno będzie przebić Agnieszkę. Do mojej kolekcji jej ceramicznych cudeniek (zrobiłam fotę, bo pisząc uświadomiłam sobie, że nie stoją w gablocie, są używane, więc w każdej chwili może im się coś stać):

doszła wspaniała misa.

Z kolei Joluśka, jako designer łazienki, przyniosła lustro vintage. Będzie jeszcze pomalowane, ale już jest cudne. Zauważyła je u swojej znajomej i namówiła ją, by jej odsprzedała.


Sama też mam w Onenote listę rzeczy do kupienia i bardzo powoli, ale kupuję kolejne pozycje z listy. Na przykład młynek do przypraw.

Podpatrzyłam takie wykorzystanie młynka do kawy u Gabi. Ale jakoś u niej lepiej mieli. Może z czasem się wyrobi.

 

dobry film  

Faworyta


Widziałam Zimną Wojnę, Romę a teraz Faworytę. Nie wiem czy z tych trzech ten najbardziej nie zasługuje na Oskara. Nawet nie dlatego, że jest aż tak dobry. Ale dlatego, że jest trochę inny.

Z jednej strony: film historyczny, angielski dwór królewski czyli pałac, kostiumy. Z trudem dokopałam się w Guglu o jaką konkretnie królową chodzi, ale film ociera się o postacie i zdarzenia historyczne.

Z drugiej reżyser to Jorgos Latnimos, (Kieł, Lobster), który mimo, że swój najnowszy film kręcił w Hollywood, aż tak bardzo się nie zmienił. 

Królowa (Olivia Colman), jest schorowana, zdziecinniała i mocno oderwana od rzeczywistości. Za jej decyzjami stoi Marlborough (Rachel Weisz), królewska przyjaciółka, dama do towarzystwa i kochanka. Jej pozycja pozostaje niezachwiana do czasu, aż na dworze pojawi się jej daleka krewna, Abigail (Emma Stone). Zaczyna się walka o względy królowej. A zawodniczki to najwyższa liga.

Koncert gry aktorskiej. Olivia Colman wymieniana jest prawie jako Oskarowy pewniak.

Ale pomijając to, jest i w tym filmie mroczna przewrotność i absurd do jacich przyzwyczaił swoich widzów Jorgos Latnimos.

Vice


Tak dobry jak Big Short, tego reżysera to ten film nie jest.

Vice to na pewno bardzo ciekawy film: odsłania kulisy amerykańskiej polityki, opowiada o jednym z jej głównych aktorów Dicku Cheneyu, ale czegoś mu brak. Może chodzi o to, że Dick Chenney pozostał dla mnie zagadką? Zamiast go zrozumieć (co w żadnym wypadku nie oznacza to polubić) przede wszystkim podziwiałam kunszt charakteryzatorów, którzy na planie dobrze radzą sobie z dodawaniem i odejmowaniem lat.

Z drugiej strony, może było to rozwinięcie zdania jakie pada na początku filmu, że siłą tego polityka  była małomówność i skrytość.

W każdym razie po obejrzeniu tego filmu dalej nie rozumiem dlaczego tak bardzo zależało mu na rozpętaniu wojny na BW i dlaczego tak łatwo udało mu się to przeforsować pompując spreparowane fakty.

No i jak zawsze gdy mowa o kulisach polityki poznajemy sprężynę, która go nakręcała: żonę Luynne. Film o niej chyba byłby ciekawszy niż o nim. Zwłaszcza, że wszyscy faceci, na czele z Bushem, to mało lotne misie z bardzo dużym ego.   

dobry film  

Sny wędrownych ptaków


Ach gdzie te czasy, gdzie krytycy wypowiadali swoje sądy, ludzie toczyli dyskusje i szli do kina by sprawdzić kto miał racje.

Dziś w tej internetowej ciszy co i rusz niepostrzeżenie przechodzi przez ekrany kolejny dobry film.

Taki jak ten.

Kolumbia, koniec lat 70. Na pustynnych rubieżach, w córce bogatego rodu zakochuje się ubogi chłopak. Rodzina dziewczyny, by go zniechęcić, podaje zaporową cenę. Ale w tym samym czasie w okolicy pojawiają się Amerykanie, zainteresowani eksportem marihuany.

Opowieść o powstawaniu kolumbijskiego narkobiznesu. Na samym początku ubodzy pasterze, plantatorzy kawy, których życie toczy się wokół pradawnych rytów.  Potem sytuacja się coraz bardziej "cywilizuje" i patrzymy jak powoli ich świat odchodzi w niebyt. Pod koniec filmu pada słowo Medelin.

czwartek, 02 marca 2017
przepis na podróż po Wietnamie

Wróciłam i teraz przechodzę powolną readaptację. Było więcej niż cudownie, dawno nie byłam tak szczęśliwa i zadowolona z życia. Aby tylko zdrowie i fundusze pozwoliły na kolejne takie wyjazdy. 

Poniżej mój autorski przepis na podróż po Wietnamie (przemknęła mi myśl, by już nie wracać do bloga, ale znając siebie wiem, że jeżeli tu przestanę tu pisać, to niezależnie od tego co sobie obiecam, żadnych innych zapisów systematycznie nie będzię. A niejednokrotnie się przekonałam, że warto coś na kształt pamiętnika nawet w tak okrojonej formie jak ten blog, prowadzić).

Na początek przepis na podróż do Wietnamu. Nasz plan był dobry i się sprawdził. ale dziś wiem, że mógłby być jeszcze lepszy( na czerwono to, czego nie udało nam się zobaczyć).     

1 dzień

Sajgon

Aklimatyzacja, Sajgon  + wycieczka po delcie Mekongu. Nocny autobus do Mui ne. Jak dzień dłużej, wycieczka do tuneli z czasów wojny

2 dzień

3 dzień

4 dzień

+ 1 dzień

 

5 dzień

Mui ne

Plaża w Mui ne + wycieczki. Jedna może być i na skuterze:  wydmy, czerwona rzeczka, port rybacki, wieże Czamów. Trochę dalej jest świątynia śpiącego Buddy, tam trzeba pojechać samochodem

6 dzień

7 dzień

+ 1 dzień

8 dzień

Dalat

Autobusem z Muine do Dalat. Dalat. Wieczorem autobusem do Hoi an

+ 1 dzień

9 dzień

Hoi an

Hoi an. Wieczorem autobusem z Hoi an do Hue

10 dzień

Hue

Na Hue trzeba mieć dwa dni, bo porozrzucane wokół miasta grobowce warto zwiedzić na skuterze. Z Hue do Hanoi można jechać zarówno pociągiem jak i autobusem

11 dzień

Hanoi

2 dni w Hanoi +  3  wycieczki: rejs po Zatoce Ha Long, jaskinie, góry Sepa (ta ostatnia wycieczka jest dwudniowa).

12 dzień

13 dzień

14 dzień

15 dzień

16 dzień

+ 1 dzień

 

1. Przede wszystkim synek miał rację – bez komórki z dostępem do Internetu się nie da. Nie wyobrażam sobie poruszania się po mieście bez nawigacji. Nie wiem też, jak w inny sposób można wytłumaczyć taksówkarzowi gdzie ma jechać. Rezerwacja hoteli, informacja na temat zwiedzanych miejsc – też tylko w necie.   

2. Polecam bilet lotniczy multicity (my przyleciałyśmy do |Sajgonu, a odleciałyśmy z Hanoi). Miejsca, które warto zobaczyć są od siebie sporo oddalone, a ponieważ Wietnam jest długi i wąski, krążyć w kółko się nie da.

3. Najtrudniejszym do zaplanowania punktem jest sposób poruszania się po Wietnamie. Najwygodniejszym rozwiązaniem jest motor i znam takich, którzy zwiedzili Wietnam na kupionym motorze, który przed wyjazdem sprzedali, ale trudno to rozwiązanie polecać tym, którzy planują 2-3 tygodniowy urlop.

Pozostaje:

1)  Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku (tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi). Jest możliwość wykupienia biletu "open" - jak nie motor, chyba jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

2) Jest też pociąg Hanoi-Sajgon. Da się przeżyć, ale jedzie wolno i nie jest w nim najczyściej (to jedyne miejsce, gdzie toalety pozostawiały dużo do życzenia). Nie da się też pociągiem dojechać do wszystkich, wartych odwiedzenia miejsc.

My jechałyśmy pociągiem dwa razy. Raz nocnym z Mui ne do Danang: wystrój kuszetki przypominał pociągi mojej młodości, po nerach dawała klimatyzacja i nie było jak się przed nią schować, bo do przykrycia było tylko cienkie prześcieradło. W sąsiednim przedziale jechał z nami kogut, więc świtem obudziło nas jego pianie. Za drugim spędziłyśmy pół dnia w pociągu na jednodniowej wycieczce Danang-Hue-Danang (z Danangu do Hue jest 100 km i pociąg pokonuje ten dystans w 4 godziny). Wprawdzie w dzień można podziwiać za oknem widoki, ale o 22 w zbiorczym wagonie gaszone jest światło i jak się nie ma latarki-czołówki, jedyne co pozostaje to czytanie Kindla

     Autobus „turystyczny”. w którym podróżuje się na piętrowo ułożonych leżankach (bilety kupuje się w punktach sprzedających wycieczki, są na każdym kroku). Tak jechałyśmy z |Sajgonu do Mui ne. Ale można się przejechać i kupić bilet na taki autobus, a wylądować w zatłoczonym do granic możliwości busiku - tak wracałyśmy z Ha long do Hanoi. Jest możliwość wykupienia biletu "open" - chyba po motorze, jest to najsensowniejsze rozwiązanie, 

3)  Autobus „PKS”. Takie autobusy są ale nie wiem jak dowiedzieć się o tym jak kursują. Nam w Hanoi udało się dotrzeć na dworzec autobusowy i wsiąść w taki autobus do Ha long tyle, że jako „białasy” zapłaciłyśmy za podróż tyle samo ile płaci się na tej trasie za autobus turystyczny.

4. Nie stanowi za to żadnego problemu poruszanie się po najbliższej okolicy. Można skorzystać z taksówki, wypożyczyć skuter (albo rower) czy wykupić wycieczkę – przy czym często taka wycieczka to samochód z kierowcą, który obwiezie po okolicy (do ceny takiej wycieczki, należy doliczyć bilety wstępu). 

My tradycyjnie (czyli zbiorowo z przewodnikiem) pływałyśmy po delcie Mekongu i zatoce Ha long, przez dwa dni kierowca obwoził nas po okolicy Mui ne, a na wypożyczonych skuterach pojechałyśmy na wycieczkę z Danang do Hoi an.

5.   Noclegi rezerwowałyśmy na booking.com. Wybór jest duży, tak jak wszędzie standard zależy od ceny, ale ciepła woda jest zawsze (leci umieszczonych na dachach, nagrzewających się w ciągu dnia zbiorników).

Dobrze, że wzięłyśmy

  • cienką dużą chustę, jest niezbędna: jako okrycie gdy wchodzi się do klimatyzowanych pomieszczeń, jako ochrona przed słońcem, pod kask itp. 

Czego nie wzięłyśmy, a szkoda:

  • grzałki - (nie zawsze w pokoju jest czajnik), a jak grzałka to i kubek by się przydał i coś, w czym można by potem było pić też
  • śpiworków – bez włączonej klimatyzacji duszno, z kolei gdy klimatyzacja jest włączona, pod prześcieradłem wieje chłodem

Jak zobaczyłam po powrocie  swoje przypominające skórę jaszczurki dłonie, żałowałam, że nie wzięłam rękawiczek (moim zdaniem łatwiej chodzić w rękawiczkach, niż za każdym razem, gdy myje się ręce pamiętać o posmarowaniu filtrem).   

No i mnie brakowało herbaty, bo tam niestety króluje Lipton (na północ jest trochę z tym lepiej i udało mi się upolować Achmed Tea),

Niepotrzebnie wzięłyśmy:

  • baterię leków, w tym płyn antybakteryjny
  • drobiazgi do rozdawania dzieciom
niedziela, 23 marca 2014
Kaprun

Tam gdzie byłam, w dolinach była już wiosna:

Było nawet i kilka rzeczy do zobaczenia, na przykład romański zamek (na dziedzińcu jest amfiteatr i odbywają się tam koncerty):


ale główną atrakcją, dla tych którzy tam przyjeżdżają, jest lodowiec. Z wiosennej doliny jedzie się pierwszą kolejką trochę wyżej (te rusztowania po lewej stronie, to pozostałości po po katastrofie sprzed kilkunastu lat, gdy w tunelu spłonęło ponad 150 osób).


 Potem przesiada się do drugiej kolejki:

która dowozi już do śniegu:

 

Można tam zostać, albo - kolejną kolejką - wjechać jeszcze wyżej:

Gdzie (oprócz kolejnych wyciągów) można sobie zrobić pamiątkowe zdjęcie:

I przejść 360 metrów skalnym korytarzem na drugą stronę góry:

 

Ledwo te wszystkie kolejki linowe przeżyłam (wyjątkowo nie lubię nimi jeździć).

Zdecydowanie przyjemniej było w dolinie, gdzie był cudowny kompleks basenowy, z całym mnóstwem najrozmaitszych biczy wodnych, prąd i tego typu atrakcji. Część basenów była na dworze.


Słowem pełny reset.

 

Jeżeli chodzi o Pianino, zależy mi już tylko na tym by go skończyć. Za dużo mam już pozaczynanych robótek, by i tą rzucić w kąt, ale serce do tego swetra straciłam.


babcia trendsetterka

Na wyjeździe bardzo sprawdziła się prenumerata Gazety Wyborczej, wykupiona na stronie ich stronie i "podpięta" do konta na publio.pl (poprzednio miałam wykupioną prenumeratę bezpośrednio na publio i nie mogłam korzystać ze wszystkich opcji). Teraz mogę zarówno bez ograniczeń  buszować po stronach Gazety, jak i mieć ją codziennie rano w moim Kindlu. Jeszcze gdyby zrobili interaktywną wersję Jolki ...

Ale dzięki temu, że na wyjeździe czytałam Gazetę Wyborczą, mogę napisać kolejny odcinek 

pamiętnika wk ... konsumentki

Niedawno ktoś mnie zapytał dlaczego przeniosłam się z Wwy akurat do Brwi. Zgodnie z prawdą, powiedziałam, że wtedy za Brwi przemawiało połączenie kolejowe z Wwą. Tymczasem, oni już planują następny remont na lata 2017-2022. Ratunku !!!

Tu tekst źródłowy

niedziela, 16 marca 2014

Zanim z Ańćką pojedziemy przejść się po Central Parku i zapolować na bizony (krok do W samo południe już ćwiczy):

dałam się wywieźć jako "czwarta do benzyny" w Alpy. Jestem w takich wyprawach poręczna, bo nie jeżdżę na nartach, więc nie aspiruję do tego, by w samochodzie znalazło się miejsce i na mój sprzęt. Inna sprawa, że dawniej w cztery osoby jeździło się maluchem do Hiszpanii, teraz na tydzień w Alpy pożycza się duży samochód, którym na co dzień jeżdżą psy na wystawy. 

Nocowaliśmy w słowackim miasteczku  Mikulov. Jak przyjechaliśmy zapadał mrok, tyle zobaczyłam co można było zobaczyć wieczorem. Rano tylko spojrzałyśmy jeszcze raz na górujący nad miastem zamek:


i udaliśmy się w drogę do Salzburga, gdzie głównym punktem zwiedzania miał być Hangar 7 (obok trzech dziewczynek, w drużynie jest jeden chłopiec).


Obejrzałam całe mnóstwo zabawek dużych chłopców, między innymi skafander Felix'a Baumgartnera jak robił za Ikara, czy kosmicznego motyla.


W ostatniej przeczytanej przeze mnie książce (Beksińscy), wywożony w celu pokazania świata Tomasz Beksiński, anglista, genialny tłumacz (m.in. przetłumaczył Monty Pythona) na pokazywane mu zabytki reagował w bardzo osobliwy sposób:

(…) zawiózł mnie najpierw na Tower Bridge. Spoglądając nerwowo na zegarek, lustrowałem wzrokiem Tamizę w nadziei, że wypłynie trup nagiej panny z krawatem okręconym wokół szyi (Alfred Hitchcock „Szał”) – ale niestety. Następnie pojechaliśmy oglądać Big Bena. Robert Powell nie wisiał na wskazówce („39 stopni”), za to wokół tłoczyli się skośnoocy fotografujący wujka Ito na tle Parlamentu. Znów nie wydarzyło się nic sensacyjnego. Wsiedliśmy w autobus, z którego zobaczyłem jeszcze kolumnę Nelsona (ale nie przeleciał na nią balon z Umą Thurman walczący z Umą Thurman – to miało się wydarzyć w „the Avengers” dopiero w 1988 roku (…) dał mi spokój z pokazywaniem Londynu. Zrozumiał, że wszystko i tak dawno już widziałem w znacznie ciekawszym sosie. 

To co by powiedział dziś, gdy dziś zabytki wyglądają tak:


Oczywiście, Tomek Beksiński mówił o dużych zabytkach, a to są tylko rzeźby. Myślę jednak, że to czas przejściowy. Niedługo i wieża Eiffla będzie pod folią. 

Alpy też nie mają już tego uroku, który tak ciepło wspominał autor niedawno przeze mnie przeczytanego Pensjonatu. Powoli tutejsze doliny zamieniają się w betonowe osiedla. I to coraz mniej urokliwe.


Tu gdzie jestem, zostawili jedną chałupkę, żeby czymś się dało oko nacieszyć.


Pocieszające jest to, że w sprawach ostatecznych, miejscowi hołdują tradycji. Na cmentarzu w Salzburgu nie ma lastrico (i chińskiego marmuru też).


Inna sprawa, że może to tylko odpowiednik cmentarza w Laskach, a na głównym cmentarzu tak piknie już nie jest. 

ps. aż boje się, że zapeszę, ale robię ostatni rząd listwy od Pianina i jak na razie nie widzę większych błędów.

poniedziałek, 03 czerwca 2013
zdjęcia z Gruzji

Zdjęcia z Gruzji są tu

Do Gruzji biegiem lot!

Dziś wróciłam z rodzinnego wyjazdu do Gruzji.

Teraz każdemu będę polecać polowanie na promocyjne ceny biletów Wizzair-u do Kutaisi. I to im szybciej tym lepiej. Bo wprawdzie Gruzja nie przestanie być piękna, ale już za chwilę zostanie przemielona przez przemysł turystyczny, dziś - przynajmniej w interiorze - jeszcze niewidoczny.

Po kraju porusza się kursującymi między miastami busikami, tzw. "marsztrutkami" (czasami trzeba skorzystać z taksówki więc lepiej jechać w cztery osoby by się te koszty "rozkładały"). Jest ich całe mnóstwo. W dodatku kierowcy są ze sobą w kontakcie i gdy jest taka potrzeba, uzgadniają przez telefon przesiadki "przekazując" sobie pasażerów. Z noclegami też nie ma problemu.W informacji turystycznej, czy hostelu mają bazę prywatnych kwater, a o to jak tam trafić nie trzeba się martwić, bo w cenę noclegu wliczone jest przyjechanie przez właściciela samochodem. Warto jednak zawsze zacząć od  hotelu, bo jest w tej samej cenie (tyle że w nim nie zawsze są miejsca i nie można się targować).

Trzeba tylko pamiętać, by zabrać ze sobą przewodnik, nawet w zabytkach klasy zero nie ma "pomocy turystycznych".

Byłam w Kutaisi - Gori i Borżomi. Zdjęć nie robiłam, bo robił je mój synek. Kiedy będą nie wiem, ale za to będą, jak to u niego, bardzo dobre.  

A że z Gumisiem nie ma przebacz, ledwo ochłonęłam po locie, już siedziałam w teatrze. I tak dzięki temu że artystka (M. Cielecka) się połamała nie tylko drugą część (2,5 godziny) - pierwszą obejrzę we wrześniu, gdy artystce gips zdejmą.


Z Warlikowskim jest tak, że trudno jego spektakle oceniać w kategorii: podoba/nie podoba się. Jego sztuki są jakieś i świetnie w nich grają świetni aktorzy.

I tak jest i tym razem. A jest o zagubieniu i poplątaniu, granicach wolności. A że o współczesności, to obowiązkowo o potrzebie bliskości, której towarzyszy nieumiejętność zbudowania i bycia w związku. Sporo odniesień do innych utworów, w większości dla mnie nie czytelnych. A na deser wstawka (moim zdaniem trochę przydługą) na temat 10 września - opowiada o tym do muzyki Radiohead dwójka aktorów  w dopracowanych układach choreograficznych.

Z tym, że nie jest to teatr dla wszystkich - mojej mamy bym na to nie zaprowadziła, bo chociaż tym razem nikt nie zdejmuje majtek,  momentami jest lekko obsceniczne.

 

wtorek, 05 lutego 2013

Pierwsza wycieczka w tym roku za mną. 

W Berlinie byłam kilka razy, ale dawno, ostatni raz w  1980 roku. Usiłowałam sobie coś z tamtego czasu przypomnieć  - porażka. Tylko jakieś strzępy - np. to, że zaraz po przekroczeniu granicy, kupiłyśmy z Ańćką Heinekena i kabanosy i zrobiłyśmy sobie "ucztę" na ulicznym murku.

Dziwne, że jeszcze nigdzie nie natknęłam się na artykuł porządkujący zagadnienie: "Blog, jako narzędzie utrwalania krótkiej pamięci”.



Mieszkaliśmy w wynajętym w necie mieszkaniu. Za trzy doby, przy metrze, kilka stacji od centrum, zapłaciliśmy w sumie 640 zł.

Natomiast sam Berlin nie urzekł mnie wcale, a wcale. Szare, chaotycznie zabudowane, toporne miasto. Może ma i swój wdzięk, tyle że trudny do wychwycenia na pierwszy rzut oka w pochmurne, krótkie zimowe dni. W dodatku, pora mało turystyczna, więc zero ulicznego make-up'u.



Stanowczo za mało wesołych akcentów, takich jak ta żyrafa z lego



W Pergamonie byłam jeszcze dawniej – czterdzieści lat temu. Dalej robi wrażenie. Podoba mi się ten sposób ekspozycji - zdecydowanie zamiast wystawionych w gablotach skorup, wolę rekonstrukcję.

Podziw budzi wyobraźnia, która pozwoliła im poskładać te kawałki, ale np. ten trzeci kawałek od prawej strony jakiś dziwny.



Dalej mam problem z bramą Ichtar. Jak byłam w Babilonie, nie umiałam wpasować zapamiętanej z Pergamonu bramy w odkopaną w pustyni dziurę.  Teraz potwierdziłam tamto wrażenie – brama jest naprawdę duża. 

 I zupełnie nie przeszkadza mi to, że trudno odróżnić oryginalne kawałki, od tych „doklejonych”.

Poza Pergamonem zwiedziłam trzy galerie malarstwa:

Najmniej ciekawą: Galerię Narodową w zespole muzeów na wyspie. Duża część zbiorów z gatunku przelatującego przez głowy osób mało wyrobionych malarsko, a do takich siebie zaliczam.

Przytłaczającą bogactwem galerię w kompleksie Kulturforum. Ma być rozparcelowana, więc są to ostatnie chwile gdy można ją zobaczyć w całości. Tyle, że za dużo tego.

I najciekawszą (i najmniejszą): trzy wypełnione arcydziełami sale ze zbiorów S. Guggenheima, udostępnianych przez stworzoną przez niego fundację. Po to by zobaczyć tę kolekcję staliśmy w deszczu w całkiem sporej kolejce. No i był Miro, którego już nie każdy umiał by namalować.



Pojechaliśmy też zobaczyć pałac Charlottensburgh. Byłam tu po raz pierwszy. Adamaszek, plusz i twierdząca odpowiedź na pytanie: czy brandenburski wdzięk może konkurować o palmę pierwszeństwa z bawarskim. Zdjęć nie robiłam, bo było to extra płatne, a tak jak i wszędzie, to i bez tego bilety wstępy do muzeów  do tanich nie należą.

Z netu ukradłam zdjęcie komnaty porcelany - przykład ww. brandenburskiego wdzięku.



A wracając jeszcze do Pergamonu. Drzewiej to były kamienie węgielne ...



A i podoba mi się ten patent na smartfon w podróży. To coś na czym leży, to przenośna kolumna, która razem ze smartfonem tworzy całkiem niezły radiomagneton.



Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli