Kategorie: Wszystkie | Excel dla idiotów | Na drutach | Podróże | Przeczytałam
RSS
piątek, 24 marca 2017
Przeczytane

Belgravia Julian Fellowes


Miał być nastrój jak z Downton Abbey (Julian Fellowes jest twórcą tego serialu). Ale  nie było Maggie Smith, więc tak nie smakowało

Wszystko zaczyna się w przededniu bitwy pod Waterloo. Jest bal. Jedną z tańczących par jest córka wojskowego dostawcy i syn arystokratycznego rodu. Już od jakiego czasu łączy ich uczucie. Ale on chwilę później ginie na polu bitwy.

Życie toczy się dalej, opowieść przenosi się do XIX- wiecznego Londynu  i z bohaterami książki rozstajemy się dopiero za kilkadziesiąt lat.

Powieść spełnia wszelkie wymogi stawiane tego typu powieściom. A w formie audiobooka, gdy dzierga się na drutach (Belgravia stanowiła tło do słowiczych getrów) jest do tego idealna. 


Słowik Kristin Hannah


Francja, okupacja niemiecka, losy dwóch sióstr Isabelle i Vianne  Isabelle, dość długo stara się tylko przeżyć w nic się nie angażując. Vianne angażuje się prawie od razu w ruch oporu.  

Momentami zwroty akcji ocierają się o taki poziom braku dbałości o realia, że mocno irytują.

Na przykład w pewnym momencie:

Vianne zostaje aresztowana. Gestapo podejrzewa że jest osobą której szukają. Ojciec postanawia jej pomóc, Zgłasza się na posterunek Gestapo, wchodzi do pokoju, gdzie Vianne jest przesłuchiwana, rozmawia z nią na boku tłumacząc jej, ze weźmie jej winę na siebie. Po czym to robi. Gestapo wprawdzie nie zwalnia Vianne, ale też i jej nie zabija … Jedzie do obozu koncentracyjnego, Przedtem, z okna swojej celi patrzy na egzekucję ojca.

Jako muzyczne tło do dziergania od biedy się nadaje (dalej dziergałam przy niej słowicze getry). Ale już niekoniecznie do czegoś więcej


God hates Poland Michał R. Wiśniewski


Odsłuchałam, a powinnam przeczytać (może to jeszcze kiedyś zrobię).

Układanka, w której kilka opowieści toczy się w równoległych światach. W jednym dwa zaprzyjaźnione małżeństwa, na wczasach all inclusive gdzieś na krańcu świata, pewnego dnia nagle konfrontują się z sytuacją, że Polski nie ma. Nie że znikła, tylko nigdy jej nie było.

Mam mieszane uczucia – z jednej strony celny język, fajne porównania. Z drugiej strony, gubiłam się w fabule, nie łapałam co dzieje się w realu, co w rzeczywistości wirtualnej i na koniec zostałam z poczuciem, że to takie trochę „przekombinowane”. Może dlatego, że słuchałam, a nie czytałam?

piątek, 27 stycznia 2017
Przeczytane 2017

dobra książka  

 Mam na imię Lucy Elisabeth Strout


Przeurocze powieścidło. Z tym „cuś” co sprawia że nie jest to jeszcze jedne kobiece czytadełko.

Tytułowa Lucy z powodu powikłań po wycięciu wyrostka robaczkowego leży tygodniami w nowojorskim szpitalu. Mąż jej nie odwiedza, bo zajmuje się dwójką małych dzieci. Z innymi pacjentami nie ma kontaktu, bo jest w izolatce. Nie wie też do końca co jej jest i czy z tego wyjdzie. 

Na pięć dni przyjeżdża do niej z głębi kraju, z ubogiej amerykańskiej prowincji, dawno nie widziana matka. Zawsze ich kontakty opierały się na przerywających milczenie półsłówkach i niedopowiedzeniach., teraz też daleko poza tę linię nie wychodzą.

Ta pełna milczenia, chwilami sztuczna i wymuszona rozmowa oraz kłębiące się w głowie Lucy przemyślenia, składają się na opowieść o dzieciństwie. Nawet nie tyle opowieść, ile jej szkic, bo wszystko zamyka się na niewielu ponad 200 stronach.

Ale jak ktoś lubi nie przegadane książki, takie bez nadmiaru słów, polecam.

Gdyby nie doroczne zestawienia wskazujące najlepsze książki wydane w mijającym roku, nie wiedziałabym ani o tej książce ani o Elisabeth Strout. Tymczasem  za powieść Olive Kitteridge dostała w 2009 roku Pulitzera. W Polsce wydano cztery jej książki. Jedną nawet tak dawno, że nie ma ebooka.

 

Król Szczepan Twardoch

 


W podsumowaniu 2016 roku Kinga Dunin napisała: Twardoch kolejny raz udaje, ze napisał arcydzieło. Coś w tym jest.

Tak jak kryminały Krajewskiego śmierdzą piwem i golonka, tak u Twardocha występują te same postacie pokręconych facetów, tańczących w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku pełen przemocy i seksu chocholi taniec „mocnych mężczyzn”. Przedwojenna Warszawa przypomina w tej książce Chicago lat dwudziestych, a tytułowy król rządzi jej żydowską dzielnicą niczym Al Capone.

Jest to dobrze napisane, ale już nie miało już dla mnie tej świeżości co Morfina. Nie dlatego że Król jest od tamtej książki gorszy, ale na tyle podobny, że tak tą golonką u Krajewskiego: to co za pierwszym razem jest do zniesienia, za drugim zaczyna przeszkadzać.

Słodka przynęta Ian McEwan


Powieść z życia agencji angielskiego wywiadu

Londyn, początek lat 70-tych. W agencji M5 rozpoczyna pracę młoda piękna dziewczyna. Jej zadaniem jest „opieka” nad początkującym pisarzem - ona ma udawać przed nim pracownika zachwyconej jego talentem fundacji, gotowej płacić mu za to by cały czas przeznaczył na pisanie książek. On ma w tych książkach wychwalać zachodni świat i krytykować, ten po drugiej stronie muru. Tyle, że ona się zakochuje i wszystko się komplikuje.

Nie jest to najlepsza książka Iana McEwana. Tak jak i inne, dobrze się ją czyta, ale w porównaniu z nimi, w tej z intrygą aż tak bardzo się nie wysilił. Chociaż, co trzeba mu przyznać, zakończenie zaskakuje.

Skandalu nie będzie Krzysztof Piesiewicz


Smuta książka – wywiad.

Dzieciństwo, młodość  w socjalizmie. Proces Popiełuszki. Przywrócenie praw Kuklińskiemu. Przyjaźń z Kieślowskim.

Potem kilka zdań o tej ostatniej sprawie, która zmiotła go ze sceny.

Kawał historii. Ale w świecie narzuconych przez tabloidy standardów, powiedział za mało by zaciekawić. 

 

 

 

 

piątek, 13 stycznia 2017
Przeczytane 2017

Limes inferior  Janusz Zajdel



Skoro wrzucono "całą wstecz" pomyślałam, że warto sięgnąć do starych lektur. I miałam rację. Limes inferior to nie tyle science, ile social fiction. Idealny świat Argolandu. Świat w którym żyją podzieleni na klasy, bezwolni, karmieni ogłupiaczami obywatele oraz czerpiąca pełnymi garściami klasa władzy. Czyta się to bez tamtych wzruszeń, odniesienia do PRL-u dziś nie bawią, tylko przerażają tym, jak z dnia na dzień są coraz bardziej aktualne. 

Ginekolodzy Jürgen Thornwald



To nie jest najlepsza książka Jürgena Thornwalda. Zasadne jest też pytanie, na ile to jest jego książka, bo w tej postaci nigdy się nie ukazała (Autor nie zdążył jej skończyć). To co dzisiaj możemy wziąć do ręki, to ułożone w całość artykuły ze Sterna i Los Angeles Times. Ale zgodnie z tym co zamierzał; opowiada o brutalności wielu lekarzy, ich wrogości do kobiet, kulcie macicy, któremu się oddawali, nawet jeżeli kobieta musiała umrzeć z tego powodu.

Gorzej, bo chociaż świat się zmienił, a medycyna razem z nim - pogarda dla kobiet dalej trzyma się mocno. Zwłaszcza wśród ginekologów. Dawniej z oddaniem pracowali by zasłużyć na przydomek "rzeźnicy kobiet" 


Doktor Le Dran, Francuz, wynalazł inną metodę: wykonywał niewielkie otwory w ścianie jamy brzusznej i rozcinał cystę, następnie wprowadzał do środka ołowianą rurkę i kładł pacjentkę na brzuchu na dwa miesiące. Miał nadzieję, że rurka wrośnie – co nigdy nie nastąpiło. Jeszcze bardziej barbarzyńska była procedura wymyślona w 1848 roku przez Anglika, doktora Edwarda Tilla. Tak długo wcierał żrące pasty w brzuch, aż przegryzły się przez skórę, tkankę i ściankę torbieli. Także on chciał w ten sposób stworzyć stały odpływ dla cyst.

Lubili się popisywać "świętością" - początek XX wieku, Jena, prof. Krönig:

Operował je w niedziele, przy rzekomo świątecznie czystym powietrzem… 

Byli przeciwni antykoncepcji: 

Nigdy nie słyszał o francuskim teologu o nazwisku Bouvier, który w 1842 roku (kiedy on, Mensinga, miał sześć lat) donosił Stolicy Apostolskiej, iż coraz więcej Francuzek wyznaje w konfesjonałach, że uprawia stosunki przerywane. Francuskie społeczeństwo ogarnęła fala sprzeciwu wobec boskiego „mnóżcie się”. Bouvier chciał się dowiedzieć od Watykanu, jak mają się zachowywać księża wobec zaistniałej sytuacji. Otrzymał radę, aby odczekać. Być może kobiety podejmowały swoje działania z naiwności. Zbyt natrętne wypytywanie mogłoby się przyczynić do rozprzestrzeniania się grzechu.

Mieli słuszne poglądy na wszystko:

Nawet jeśli dla kobiety każda kolejna ciąża wiąże się z dużym zagrożeniem, a mąż nie chce się zgodzić na wyżej wspomnianą czasową abstynencję, to kobiecie i tak nie wolno sięgać po złą metodę (pesarium) zapobiegania ciąży. Oczywiście w wysokim stopniu można jej współczuć, nie pozostaje jej jednak nic innego, jak mężnie stawić czoło smutnym następstwom przyjętych wraz z małżeństwem obowiązków.

Brzmi znajomo.

 

Żywopłot Dorit Rabinyan


Dziwna książka.Z jednej strony typowe romansidło. Nowy Jork, początek XXI wieku, 23-letnia stypendystka Fulbrighta z Izraela zakochuje się w Palestyńczyku, który przyjechał do NY i usiłuje zaistnieć jako malarz. Niby stary i ograny temat miłości bez przyszłości, ale podany w ciekawy i boleśnie prawdziwy sposób. Łączy ich miłość do bliskowschodniego słońca (w NY jest tego roku wyjątkowo sroga zima). Dzieli coś dużo realniejszego niż spór Capulettich i Montekich: prawdziwa nienawiść.

Z drugiej strony, to wszystko zdarzyło się naprawdę. Już w 2003 roku Dorit Rabinyan "rozliczyła się" z tej miłości, publikując w Guardianie pożegnanie Hassana Houraniego (w książce występuje jako Hilmi). Porównując ten artykuł z napisaną 10 lat później książką widać, jak mało w niej fikcji.   

4/5 tej książki opowiada o tym co przeżyli w NY i tę część czyta się świetnie. Ostatnia część książki opowiada o tym, co dzieje się po powrocie bohaterów do domu i według mnie nie ma już tego uroku, co część "nowojorska".

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli