Kategorie: Wszystkie | Excel dla idiotów | Na drutach | Podróże | Przeczytałam
RSS
piątek, 12 października 2018
Przeczytane

Wakacyjne czytanie, czyli cztery książki, których przeczytanie można sobie spokojnie darować

Ekomąż i Ekożona Michał Vieweght

 

Do Michała Vieweght mam sentyment, bo kilka dobrych scenariuszy napisał. Zelence do pięt nie dorastał, ale poniżej pewnego poziomu nie spadał.

Jak widać do czasu. O ile Ekomąż ma jeszcze chwilami przebłyski humoru, to w Ekożonie jest już tylko odgłos heblowanych desek. Tyle, że ponieważ zaczęłam czytanie od Ekomęża, przekonałam się o tym na koniec.

Miało być satyra na współczesne kobiety, które niczym wampiry energetyczne wypijają z biednych samczyków ostatnie soki, a wyszła żenua.

Księżniczka z lodu Camilla Läckberg



Nie jestem w stanie zrozumieć popularności skandynawskiej powieści kryminalnej. Jak w każdym kryminale jest trup. W tym przypadku młodej, dobrze ustawionej życiowo kobiety. Jej ciało znajduje w jej letnim domu na zabitej dechami wsi, z której pochodzi i w którym spędza jedynie weekendy.

Ani dochodzenie do tego kto zabił nie jest intrygujące, Ani cała otoczka obyczajowa nie wciąga. Nudy na pudy. A ludzie czytają, dają gwiazdki. Może tylko ja nic w tym ciekawego nie widzę.

 

Ostatni ślad Charlotte Link



Kolejny "skandynawski" kryminał był jeszcze gorszy. Bo do wszystkich zastrzeżeń jakie miałam do poprzedniej książki, doszedł jeszcze jeden: nasuwające się już od połowy książki jedyne słuszne rozwiązanie, które na ostatnich stronach nikogo (może z wyjątkiem samej autorki) nie zaskakuje.

piątek, 24 sierpnia 2018
Przeczytane

Komeda Magdalena Grzebałkowska



To nie jest najlepsza książka Grzebałkowskiej.
Trudno winić Grzebałkowską o to, że nie dotarła to zbyt wielu materiałów o Komedzie. Był mrukiem, nie udzielał wywiadów, nie pisał pamiętników. To co o nim wiemy, opiera się głównie na wspomnieniach innych. A te są od dawna znane.
Z kolei nie przemówił do mnie pomysł zapełnienia tej pustki opisem miejsc, utworów i składów zespołów. Z wywiadów z Grzebałkowską wynikała, że sprawiło jej dużo frajdy odkrycie wielu archiwalnych materiałów, dzięki niektórym z nich mogła wypełnić białe plamy historii polskiego jazzu. Mogę słuchać jazzu, ale jego historia mało mnie interesuje.
Słowem dobrze jest to napisane, ale niczego nowego o Komedzie się nie dowiedziałam.


Kobiety Witkacego. Metafizyczny harem Małgorzata Czyńska  



Bardzo ciekawa opowieść o życiu uczuciowym Witkacego. Bo o ile historia jego małżeństwa i ostatniej kochanki jest dobrze znana, o innych wiemy mniej.
Jak ktoś lubi „plotkarskie’ klimaty polecam.
Warto też zobaczyć zamieszczone w książce zdjęcia jego kobiet – Witkacy był zapalonym fotografem. Ale i na tym polu nie postępował szablonowo i robiąc zdjęcia swoim aktualnym miłością, nie dbał by „dobrze” na nich wyszły.


Człowiek o twardym karku Dariusz Rosiak




Książka z gatunku tych, w których cały czas jak się je czyta,  ma się wrażenie że autor dzieli się z czytelnikiem jedynie ułamkiem swoich przemyśleń.
Historia uratowanego przez polską rodzinę żydowskiego chłopca, Romualda Waszkinela, który o tym że jest Żydem, Jakubem Wekslerem,  dowiedział się w wieku 35 lat. Historia byłaby podobna do wielu innych, gdyby nie to, że  Romuald Waszkinel jest katolickim księdzem. I został nim jako Jakub Romuald Weksler Waszkinel.
Dalsze swoje życie poświęcił próbie połączenia judaizmu z katolicyzmem. Dobrze się nie skończyło. Ani na poziomie zawodowym, ani towarzyskim. Przy czym wiele z jego porażek wynikało nie tylko z samej straceńczej misji ale i z bardzo trudnego charakteru.
Z tym, że są i tacy, którzy kiedyś uważali go za przewrażliwionego, a dziś przyznają mu rację.

Jedziemy autobusem na cmentarz żydowski, a ksiądz Waszkinel cały roztrzęsiony. „Antysemici – mruczy pod nosem – wszędzie antysemici…”. „Gdzie antysemici, proszę księdza, jacy antysemici?”. „Napisy na murach, zobacz, na murach wszędzie napisy. »Jude raus!« i inne takie”. Jedziemy tym samym autobusem, ja siedzę obok niego i nie widzę żadnych napisów. Myślę sobie: „Odjechał kompletnie”. Ale wie pan co? Miał rację. Napisy były. Nie zauważyłem ich. My nie zauważamy, on zauważa. Ja nie zauważam, bo mnie nie dotyczą. Mnie się fajnie jedzie, a on widzi tysiąc zagrożeń w jednej chwili. I u niego to było postępujące. Można by mu pewnie mówić: „Zwariowałeś, stary, wyluzuj, wpadasz w obsesję, jakaś mania cię ogarnia”, ale nie o to chodzi. Te napisy to jest jego prawda. Moja prawda jest taka, że na tych murach żadnych napisów nie było.– No, ale jak w końcu: były czy ich nie było?- Były. Jeździłem potem tą trasą i widziałem antysemickie napisy na murach. Ale on nie umiał zamknąć oczu tak jak my.

Dziennik córki Francois Mitteranda. Mały dobry żołnierzyk Mazarine Pingeot





Mazarine Pingeot to nieślubna córka Francois Mitteranda.
Dorastała w czasach, gdy nawet ci którzy wiedzieli o tym, że małżeństwo prezydenta to fikcja i na co dzień żyje z inną kobietą, niż z tą z którą występuje na czerwonym dywanie, milczeli.
Świat dowiedział się o niej dopiero, gdy miał 19 lat.
Przedtem wiedzieli tylko nieliczni:

Matka zwycięża dzięki swemu uporowi i uzasadnionej wściekłości. A jak było z dziadkiem? Tego nie wiecie. (Zauważcie, że trzeba będzie o to zapytać matkę). Kiedy A., przyjaciel, o którym mowa, wchodzi do ogrodu, trafia na ojca, chodzącego tam i z powrotem z rękami założonymi do tyłu. Jak tam? Parę banalnych słów dowodzących, że nie dzieje się nic nadzwyczajnego. I potem ojciec, w pułapce, rzuca: „Powinieneś wiedzieć, że mam córkę, którą ci zresztą przedstawię”. Otwiera drzwi pokoju, w którym bawicie się z kuzynami. A. odpowiada: „To nie córka. To całe przedszkole”.

Ojciec w jej wspomnieniach jest kimś wielkim. I trzeba przyznać, że taką miał śmierć:

Wasz ojciec stawił czoła wszystkim swoim lekarzom (i swym rodzinom), aby pojechać do Egiptu na tydzień przed śmiercią. Było to zagranie na nosie, którego nie zrozumieli. Jeśli czytają te zdania, będą wiedzieli, że dali się zrobić na szaro. Hotel Old Cataract, pokój z widokiem na Nil: kładł się na szezlongu, aby pożegnać się ze swym krajobrazem i być może przedstawić w królestwie sił ducha. Ciało go już częściowo opuściło, czego jedynym świadkiem była wasza matka, pielęgniarka w dzień i w nocy.

Wspomnienia z dzieciństwa, w tle kampania wyborcza Francois Hollande’a. Historia bajecznie ciekawa. Ale książka jest napisana źle. I chyba nie można zwalić całej winy na tłumacza. Denerwująca jest pisanie w trzeciej osobie, a tego tłumacz nie wymyślił.

czwartek, 14 czerwca 2018
Przeczytane 2018

dobra książka

Księga wyjścia Mikołaj Grynberg

Dwadzieścia kilka (z ponad 80 odbytych) rozmów z osobami pochodzenia żydowskiego, które w 1968 roku, zostały postawione w sytuacji „wyboru”, często ograniczonego do pytania brać to co dają, czyli Izrael, czy starać się o inną miejscówkę na mapie. Nie wszyscy mieli poczucie, że nawet gdyby mieli na to siły, mogą pozostać w Polsce. Pełne spektrum – z tymi co wyjechali, i z tymi co zostali. Ciekawi mnie klucz, jaki przyjął autor wybierając te, a nie inne wywiady. Ale to siłą rzeczy zachował dla siebie. Świetnie napisana gawęda o ludzkich losach. To, że potrafi zapisać wywiad tak, że potem czyta się z zaparty tchem Grynberg udowodnił w Oskarżam Auschwitz, tu jedynie potwierdza swoje mistrzostwo. Książkę zadedykował swojemu ojcu, który nie zdążył przeczytać tej książki. Pierwsze kilka stron to wywiad z nim. Wraca do niego na koniec tym dialogiem:

Tato, kiedy się skończył twój sześćdziesiąty ósmy rok?
Synku rok się kończy w grudniu, ale rozumiem, ze nie o to pytasz.
Dobrze wiesz o co pytam.
Kiedyś myślałem, że skończył się w połowie lat siedemdziesiątych.
A dzisiaj co myślisz?
Że się jeszcze nie skończył

 dobra książka

Młyny Boże Jacek Leociak

Kawał dobrej publicystyki.

Rzecz o stosunku polskiego kościoła katolickiego do Holocaustu. Od pierwszego zdania czuć, że autor ma bardzo emocjonalny stosunek do tego o czym pisze. Bo jak trafnie zauważa:

Mamy od wieków taką oto sytuację. Po upaństwowieniu Kościoła, po uczynieniu z chrześcijaństwa religii panującej, której - ortodoksyjne - wyznawanie było egzekwowane bezwzględnie, aż do kary śmierci, jesteśmy świadkami dwóch zjawisk. Po pierwsze - stałej kolizji między władzą świecką a władzą duchowną. Kościół nie może się wyrzec ani przywilejów doczesnych, ani majątku ziemskiego (mówi, że jest mu to niezbędne do sprawowania misji), ani wpływu na kształt prawnoustrojowy państwa, w którym działa. Po drugie - nieustannego kontredansu „błędów i wypaczeń". Od wieków są ci źli w Kościele, odchodzący od ducha Ewangelii, ci „nieprawdziwi" księża, biskupi, papieże - godni potępienia lub przynajmniej krytyki. I są ci „prawdziwi", działający w duchu Ewangelii. Najczęściej ci dopuszczający się „błędów i wypaczeń" trzymają całą instytucję w garści, rządzą. Z kolei ci „prawdziwi" są na obrzeżach tej instytucji, w najlepszym razie tolerowani jako dziwacy, w najgorszym - poddawani ostracyzmowi, piętnowani, pozbawiani wpływu na nauczanie, suspendowani, choć (w dzisiejszych czasach) przemocy fizycznej już się wobec nich nie stosuje.

Świetnie napisana, błyskotliwa polemika z tym co teraz głoszą strażnicy narodowej tradycji historycznej. Były dwie możliwe reakcje na tę książkę: frontalny atak lub przemilczenie. Ponieważ przed pierwszym autor się ubezpieczył, bardzo wnikliwie dbając o podanie źródeł historycznych, wybrano drugie (plus pozbawienie wydawnictwa „Zagłada Żydów" dotacji Ministerstwa Kultury).

W czytaniu przeszkadza jedynie to, że autor chciałby podzielić się z czytelnikiem całą swoją wiedzą, a wie tak ogromnie za dużo, że nie ma takiej możliwości by można było to upchnąć w jednej książce. Stąd trochę chaosu, sporo skrótów myślowych, zamkniętych w kilku zdaniach tematów, wartych osobnych rozdziałów. Mało wiem na ten temat, bo mało się o tym pisze. Ale i tak wystarczająco dużo, by wiedzieć, że z taką wiedza jak ma Leociak trudno spokojnie spać, patrzeć na to co się wokół dzieje

Dziecko w śniegu Włodek Goldkorn.

Książka Włodka Goldkorna to nie tylko kolejne rozliczenie z polskością, tym razem kogoś kto po tym jak został 50 lat temu wyrzucony z Polski dobrze żył i dziś nie dyszy zemstą.

W książce jest takie zdanie, że autor chciałby by jego krzyk o reakcję rodzący się w Europie faszyzm był potraktowany tak jak śpiew kanarka w kopalni, który ostrzegał w te sposób górników, że wyczuł gaz. Na spotkaniu autor przyznał, że świetnie zdaje sobie sprawę z tego, że kiedy nadchodziła katastrofa, pierwsze ginęły na posterunku te kanarki. A nie napisał o tym, bo to by zbyt złowrogo zabrzmiało.

Ale jest i zaduma nad Zagładą, dyskretna polemika z powoływaniem się na Zagładę przez tzw. drugie czy trzecie pokolenie, zdaniem autora pomniejsza to dramat tych, którzy bezpośrednio żyli w tamtym czasie i zaburza pamięć o nim.

Jest też i trochę cudownych anegdot, np.:

Na innym piętrze mieszkała kobieta, której nazwiska nie pamiętam. Mówiono, że w czasie wojny znalazła się w Związku Radzieckim. Zesłali ją do Uzbekistanu, do zapadłej mieściny. Spytali, co potrafi robić. Powiedziała, że może uczyć niemieckiego. W rzeczywistości słabo mówiła po niemiecku. Za to bardzo dobrze w jidysz, który wywodzi się ze średniowiecznego dialektu średnio-wysoko-niemieckiego i jest zakorzeniony w etymologii hebrajskiej i słowiańskiej, a jego gramatyka nie ma z niemieckim nic wspólnego. W Katowicach mówiło się, że w Uzbekistanie żyje całe pokolenie przekonane, że mówi po niemiecku, podczas gdy mówią w jidysz.

Tytułowe dziecko w śniegu, to dziecko Chajtełe, ciotki autora, która upuściła je uciekając przed Niemcami i pobiegła dalej już bez dziecka. Wojnę przeżyła. 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 45
Archiwum
Zakładki:
Moje druty
Spis moli